Krzysztof Ibisz o swoim dzieciństwie

Krzysztof Ibisz ze swoim ulubieńcem, bulterierem Nicponiem (Fot. Celestyna Król)
Krzysztof Ibisz ze swoim ulubieńcem, bulterierem Nicponiem (Fot. Celestyna Król)

Krzysztof Ibisz dzieciństwo spędził, ganiając po podwórkach starej Woli w Warszawie, ze stałą trasą między mieszkaniami mamy i taty. Miał zostać w kolejności: śmieciarzem, księdzem, fotoreporterem. Dziś Krzysztof Ibisz mówi: – Nikt wtedy nie diagnozował ADHD, więc nie wiem, czy to był mój przypadek, ale już w przedszkolu ruszałem się jakoś szybciej niż inni.

Szwedzki stół: wtedy nie wiedzieliśmy, że coś takiego jest, ale teraz uważam, że właśnie tak wyglądało moje dzieciństwo. Szukałem sobie różnych zajęć, co chwila pojawiało się coś nowego. Byłem dzieckiem, które chłonie wszystko naokoło, zastanawia się, co wybrać, i ma odwagę po to sięgać, tak to widzę. Zresztą tych swoich wyborów co najmniej dwa razy omal nie przypłaciłem zdrowiem albo nawet życiem.

Żadnych łez

Pierwszy raz był, kiedy miałem pięć lat i chciałem zostać śmieciarzem. Pamiętam, że kiedy do nas na ulicę podjeżdżała śmieciarka, nie mogłem się napatrzeć. Fascynował mnie szczególnie ten gość, który stał na stopniu na zewnątrz śmieciarki. Najlepszy był moment, kiedy auto ruszało, a on wskakiwał i łapał się uchwytu jedną ręką. Straszliwie mi imponowało, że to taka męska praca. Mieszkaliśmy na drugim piętrze i któregoś dnia, kiedy tak stałem na balkonie i obserwowałem z góry śmieciarkę, zorientowałem się, że utknąłem, nie jestem w stanie wyciągnąć głowy spomiędzy metalowych prętów balustrady. Mama wezwała na pomoc sąsiadów, aż w końcu sąsiad, rosły facet, zaparł się, rozchylił pręty i mnie uwolnił. Czy bardzo ryczałem? W ogóle. Uważałem, że śmieciarze nie płaczą.

Głos z magnetofonu

Najważniejszą osobą mojego dzieciństwa była babcia Helena. Wcześniej mieszkała na Wilanowie, potem na Woli z moim tatą, w małym pokoju. Była już na emeryturze, więc miała dla mnie czas i była obecna w różnych ważnych momentach. Przez dużą część podstawówki zdarzało się, że leciała mi krew z nosa. Nawet godzinę, dwie. Nikt nie wiedział dlaczego, może za szybko rosłem? I zawsze, kiedy dochodziło do tego w szkole, wzywano babcię, ponieważ rodzice byli w pracy. Czasem trzeba było jechać do szpitala, czasem szliśmy do domu. Właściwie niewiele dało się zrobić, ale już jej obecność była dla mnie ważna.
Kiedy dostałem się do PAX-owskiego liceum pw. św. Augustyna, byłem chyba jedynym, który nie miał dżinsów. Męska szkoła, katolicka, z tradycjami – to był PRL, więc nie płaciło się czesnego, ale chodziły tam głównie dzieci zamożnych rodziców, a my żyliśmy skromnie. Dla mnie to było oczywiste, że jak chcę wyjechać na wakacje, muszę miesiąc pracować przy zrywaniu jabłek albo pomagać gdzieś przy remontach, żeby sobie zarobić. I pamiętam, że jak babcia Helena dowiedziała się o tych dżinsach, za całą swoją emeryturę kupiła mi je w pewexie. Albo kiedy we wczesnej podstawówce zacząłem trenować dżudo. Poszedłem się zapisać do sekcji na Karową. I na kim ćwiczyłem w domu rzuty? No, niestety… na babci. Przy jej pełnej, zaznaczam, zgodzie rzucałem ją (delikatnie!) na wersalkę.
Babcia pisała wiersze i wspomnienia wojenne, czytała mi je potem na głos, a ja je nagrywałem na magnetofon szpulowy z mikrofonem. Mam te taśmy do dziś, zdigitalizowałem je, ale do tej pory nie miałem odwagi ich odtworzyć i posłuchać jej głosu.

Za szafą

Już w przedszkolu ruszałem się jakoś szybciej niż inni. Dzisiaj tak samo – nie jestem w stanie poruszać się na przykład po galeriach handlowych, bo dla mnie wszyscy chodzą tam za wolno. Nikt wtedy nie diagnozował ADHD, więc nie wiem, czy to był mój przypadek, ale najbardziej z wszystkiego nienawidziłem leżakowania.
Z przedszkola pamiętam też, że panie nas biły. Za szafą. Ciągnęły nas za szafę i wymierzały karę. Czy uważałem, że to straszne? Chyba wydawało mi się, że to normalne.

Ksiądz Tarnowski

Babci Helenie zawdzięczam też to, że poznałem księdza Janusza Tarnowskiego. To ona mnie przyprowadziła do kaplicy na Żelaznej, gdzie odprawiał msze. Ksiądz profesor, autor wielu książek, pedagog przesiąknięty ideą Korczaka. To, w jaki sposób wygłaszał homilie – miał alergię na słowo „kazanie” – jak rozmawiał z młodzieżą i dziećmi, było niespotykane. Zadawał pytania i uważnie nas słuchał, zachęcał do dyskusji. Dzięki niemu od siódmego roku życia byłem ministrantem, służyłem do mszy w piątki na 18, w soboty na 6 lub 6.30 rano, a w niedzielę na 8. W tym samym rytmie przez prawie 20 lat mojego życia. Ksiądz Tarnowski prowadził grupy niedzielne, gdzie rozmawialiśmy o kwestiach moralnych, ale też o książkach, filmach. Tak, o swoich problemach też. To nie były sesje psychoterapeutyczne, raczej błyskotliwa inteligencka dyskusja.
Jak poznałem księdza Tarnowskiego, miał mniej więcej tyle lat, co ja mam teraz, ale wtedy wydawał mi się starszym panem. Pamiętam też, że był świetnie zorganizowany, co do minuty, pewnie dlatego tyle w życiu napisał książek, tyle udało mu się zrobić. Pod tym i pod wieloma innymi względami był dla mnie wzorem. Przez jakiś czas całkiem poważnie myślałem, czy nie zostać księdzem.

Niemodne

Mój tata był w latach 60. kierownikiem w Domu Słowa Polskiego, później został dyrektorem. Tam się poznali z mamą. Wtedy w DSP drukowano większość gazet. Mama pracowała w dziale retuszu, jest technikiem poligrafem. W pokoju, w którym pracowała, siedziało kilkanaście osób w białych fartuchach, każdy miał swój pulpit i patrzył w „świecący ekran” – za szybą matową były lampy, na szybie kładło się materiał fotograficzny i go opracowywało.
Rodzice rozstali się, jak miałem cztery lata, ale potem, jeszcze do mojego siódmego roku życia, mieszkaliśmy razem. W tamtych czasach znaleźć osobne mieszkanie nie było łatwo. Nie pamiętam, żeby ich rozstanie było dla mnie traumą, może byłem za mały. Po prostu tak wyglądał mój świat, nie analizowałem tego.
Do kogo jestem bardziej podobny? Optymizm odziedziczyłem po mamie. Ona zawsze uważa, że szklanka jest do połowy pełna. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek narzekała, że jest jej ciężko. Przejąłem też po niej przekonanie, że praca porządkuje życie, sama w sobie jest wartością, że kształtuje w nas pozytywne cechy, które przekładają się na inne dziedziny życia. Wiem – to jest dzisiaj niemodne, liczą się luz, celebrowanie wolnego czasu.
Tata? On też dużo pracował, zawsze był ambitny, przypłacił to chorobą serca, wiadomo, czasy takie, że się bardzo dużo paliło, do tego stres. Fizycznie jestem bardziej podobny do niego. Był wysoki i przez długi czas straszliwie chudy, miał nawet pseudonim „Szprycha”. Po zakładach chodził w garniturze, jak przystało na szefa.

Mała jedynka

Mieliśmy taki rytuał, że wpadam do taty w niedzielę po porannej mszy. I że smażymy razem cebulę, jemy z chlebem i rozmawiamy. Jeździliśmy też pod namiot na Mazury, na pole namiotowe nad Babantem Wielkim. Już w wieku siedmiu lat miałem swój własny namiot, małą jedynkę, a tata swój. To tata nauczył mnie korzystać z kompasu, rozpalać ognisko. Miałem ze sobą zawsze finkę, którą dostałem od niego, bo był przed wojną harcerzem. I tak finka przechodzi z rąk do rąk, z pokolenia na pokolenie, teraz ma ją mój młodszy syn Vincent.
Tata odszedł niedawno i wciąż mi go bardzo brakuje, także w tym czysto fizycznym wymiarze. Przez jego ostatnie miesiące byłem u niego codziennie, goliłem go, robiłem masaż pleców. Nasz kontakt był czasem intensywniejszy, czasem trochę słabszy, ale przez ostatnie 20 lat byliśmy bardzo blisko. Bardzo za nim tęsknię. Jednak czas nie leczy ran.
szybko, do szpitala!
Ten drugi raz, kiedy omal nie przypłaciłem pasji życiem, był, kiedy wymyśliłem, że będę grał bluesa na harmonijce ustnej. Jeszcze w podstawówce grałem w zespole ludowym na mandolinie i na gitarze, potem nauczyłem się na skrzypcach, aż wreszcie wymyśliłem tego bluesa. Moim idolem był Ryszard Riedel z zespołu Dżem. Znalazłem w „Życiu Warszawy” ogłoszenie, że ktoś sprzedaje harmonijkę. Pojechałem więc na daleką Wolę, gdzie drzwi otworzył mi facet, który sam wyglądał jak Riedel, zarośnięty, z długimi włosami. Wróciłem z harmonijką do domu i obiecałem sobie, że jeszcze tej samej nocy nauczę się grać. Rzeczywiście grałem jak szalony, aż poczułem, że coś mam w gardle, zacząłem się dusić. Poleciałem po mamę, która nie spała, bo nie mogła zasnąć – przecież cały czas grałem. Pojechaliśmy do najbliższego szpitala na Kasprzaka. Na miejscu okazało się, że utknęła mi w gardle metalowa blaszka, która się obluzowała i wypadła z harmonijki. A jak mi już ją wyjęli, trafiła na lata za szybę, do poglądowej gabloty z przedmiotami, które połknęli ludzie.

Dziękuję

Zawsze robiłem kilka rzeczy naraz. Skakałem wzwyż, trenowałem też karate, wspomniane dżudo, aikido. Pływałem, była akrobatyka, budowałem gokarty i radia w sekcji elektronicznej Pałacu Młodzieży. Trafiłem też do sekcji fotograficznej i przez pewien czas byłem pewien, że w przyszłości zostanę fotoreporterem. Moje nazwisko pojawiło się zresztą w stopce redakcyjnej „Razem”, jednego z najpopularniejszych w PRL-u magazynów ilustrowanych. Jeździłem robić materiały, dostawałem wynagrodzenie, mimo że byłem nastolatkiem. Po prostu któregoś dnia zadzwoniłem do redakcji, umówiłem się na rozmowę. Na miejscu przyjął mnie szef działu foto Mirosław Stępniak i potraktował serio. Nigdy mu nie podziękowałem, że kompletnie bezinteresownie poświęcił tyle czasu chłopcu, który miał 14 lat, zaufał mi, nauczył fachu. Dziękuję Ci, Mirku.

Aresztowanie

Liceum Stowarzyszenia PAX było takim miejscem, do którego trzeba było mieć papiery polecające. Ja list polecający dostałem od księdza Tarnowskiego. O ile w podstawówce nie byłem zbyt dobrym uczniem, podciągnąłem się dopiero pod sam koniec, o tyle w liceum nie dało się nie uczyć. Jak ktoś dostawał czwórkę, to już wśród kolegów uchodził za idiotę: „Nie mogłeś się nauczyć na piątkę?” – mówili ze szczerym politowaniem. Jestem tym rocznikiem, który nastolatkiem był w czasach opozycji, Solidarności. W liceum kolportowaliśmy bibułę, z chłopakami malowaliśmy na murach antykomunistyczne hasła typu „17 września – pamiętamy”. Rodzice się bali, że będę za to siedział. I faktycznie, aresztowali mnie, ale akurat zupełnie nie za to, o co tak drżeli. Wtedy były modne oporniki, które się nosiło przyczepione do ubrania, i ja też tak chodziłem. Zgarnęło nas z koleżanką z ogrodu Saskiego dwóch tajniaków, po czym spędziłem dwie doby w areszcie na Wilczej.
Chodziło się też na koncerty Kaczmarskiego, Gintrowskiego. Na jednym z nich przeżyłem zresztą wielkie upokorzenie. Poszedłem posłuchać Gintrowskiego w kościele na Powiślu. Generalnie takich występów nie można było nagrywać, ale ja strasznie chciałem to sobie potem odtworzyć, słuchać i powtarzać chwyty na gitarze. Wziąłem wielki, ciężki dyktafon, a w czasie koncertu Gintrowski wstał, wyciągnął rękę, żebym mu ten dyktafon podał i tak przy wszystkich go odłączył i schował. Poczułem się potwornie, że ktoś mógł pomyśleć, że nagrywam dla służb.

Aktorowi nie wypada

Poszedłem do Łodzi na wydział aktorski, bo to było wyzwanie. Tyle osób na jedno miejsce! Uwielbiałem teatr, przez trzy lata chodziłem do ogniska państwa Machulskich przy Teatrze Ochoty, tak naprawdę to była taka miniszkoła teatralna. A jak się już do Łodzi dostałem, studia okazały się tak absorbujące, że nie było mowy, żeby jednocześnie zajmować się fotografią. Chciałem po drodze zacząć reżyserię, wydział aktorski miał być etapem, sposobem, żeby potem lepiej zrozumieć aktora, z którym się pracuje. Ale kiedy byłem na trzecim roku, Jerzy Grzegorzewski, widząc mój egzamin, zaproponował mi pracę u siebie, w teatrze Studio. Gdyby mi zaproponował to ktoś inny, może nie wyjeżdżałbym z Łodzi i upierał się przy reżyserii, ale to był sam Grzegorzewski! Tylko że jako aktor mało zarabiałem. Poszedłem więc do dyrektora: „Panie dyrektorze, teatr ma gabloty z repertuarem na mieście, brudne są. Ja będę mył te gabloty”. Usłyszałem: „Nie wypada, żeby to robił aktor”.
Jakiś czas potem przechodzimy akurat z kumplem obok Belwederu, więc mówię: „Chodź, zapytamy, czy tam nas nie potrzebują”. Idziemy, pukamy: „Chcemy rozmawiać z dyrektorem technicznym”. Wychodzi do nas jakiś człowiek, a my: „Dzień dobry, my w sprawie mycia okien, mamy firmę, jesteśmy profesjonalni. Może byłby pan zainteresowany?”. „Wiedzą panowie, tak się składa, że u nas okna myje spółdzielnia pracy kobiet i nie jesteśmy zadowoleni. Chodźcie, pokażę wam, co by trzeba było ogarnąć”. Tak się zaczęło. Od razu założyliśmy firmę, myliśmy te okna w Belwederze ze trzy lata. Potem też w Kancelarii Prezydenta i hotelu Holiday Inn.

Teleranek i Czar Par

Nadal myślałem o reżyserii. Wiedziałem, że jest taka szkoła w Kanadzie, w Montrealu. Tam mieszkał przyjaciel mojego ojca, wiedziałem, że mogę u niego mieszkać i że on pomoże mi znaleźć pracę, żebym mógł zarobić na te studia. Pracowałem u pewnego Hindusa, zajmowałem się sitodrukiem na T-shirtach, a w weekendy dorabiałem w knajpach. Zacząłem studia, zarobiłem w sumie 7,5 tys. dolarów kanadyjskich, ale to było za mało, brakowało mi na kolejny semestr. Wiedziałem już, że się nie nadaję do emigracji. Śniły mi się spaliny z Marszałkowskiej. Wstrętny smród spalin, a ja za nim tęskniłem. Uznałem, że wracam i krótko po tym zaczęła się telewizja. Nawiązałem współpracę z redakcją dziecięcą „5-10-15”, „Teleranka”. Potem prowadziłem program dla młodzieży „Klub Yuppies”. Po klubie był już „Czar Par”. Myśmy zupełnie nie wiedzieli, że to będzie tak kultowy teleturniej. W czasie emisji ulice miast pustoszały.

Lekcje angielskiego z Bożeną Walter

Zawsze mnie fascynowało, że Jan Suzin zapowiadający program w ciężkich przyciemnianych okularach jest jednocześnie w tylu milionach domów. Albo teleturniej „Wielka Gra” ze Stanisławą Ryster – jeszcze niewiele z tego jako dziecko rozumiałem, a już siedziałem przed czarno-białym telewizorem marki Agat i nie mogłem oderwać wzroku.
Jak to się stało, że sam trafiłem do telewizji? Kiedy wróciłem z Kanady, poszedłem, żeby szlifować język, na lekcje angielskiego. I na tych właśnie zajęciach spotkałem Bożenę Walter. „Studio 2”, które prowadziła, było największym objawieniem telewizyjnym mojej młodości. Te rozmowy, ten luz, który ten program wniósł do telewizji. Atmosfera na naszych zajęciach angielskiego też była luźna, wszyscy mówiliśmy sobie na ty, ja miałem ksywę „Rambo”, Bożena Walter – „Sara”. Więc ja, jak to ja, podszedłem i powiedziałem, że bardzo chciałbym pracować w telewizji. Usłyszałem: „W takim razie coś wymyśl”. No to wymyśliłem.

Krzysztof Ibisz
rocznik 1965; prezenter i dziennikarz telewizyjny. Od 2000 roku związany z Polsatem, prowadzi tam program „Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami” oraz „Demakijaż” (Polsat Café). Wcześniej pracował dla TVP i TVN.