Zanieczyszczenie powietrza to plaga naszych czasów – rozmowa z autorką książki „Uduszeni”

Dostęp do czystego powietrza jest dziś przywilejem nielicznych. (Fot. iStock)

Iść ulicą i wziąć głęboki oddech? Niebezpieczne. – Wszyscy powinniśmy móc mieszkać w miastach i nie chorować. Powinniśmy uczynić miasta czystszymi, zdatnymi do życia – mówi Beth Gardiner, amerykańska dziennikarka, autorka książki „Uduszeni”, która opowiada, czym oddychają mieszkańcy Kalifornii, Londynu, Nowego Delhi oraz polskiego Śląska.

Ciepły wieczór w Warszawie, na apce widzę, że poziom pyłu zawieszonego PM2.5 nie przekracza 7, widoczność na 11 km. Nieźle. A ty? Jakim powietrzem dziś oddychasz?
Tu, gdzie teraz jestem, czyli w Bay Area, całkiem niedaleko San Francisco, też wydaje się całkiem nieźle. Nie zawsze tak było; kalifornijskie powietrze jest dużo lepsze niż 50, 40, nawet dziesięć lat temu, ale wciąż najgorsze w Ameryce. Też dlatego, że Kalifornia jest tak zależna od komunikacji samochodowej. Tutejszy styl życia stawia auto w centrum, zakorkowane, dziesięciopasmowe autostrady to na Zachodnim Wybrzeżu wciąż codzienność.

Latem Polska mogłaby cię miło zaskoczyć. Ale pierwsze wrażenie, gdy przyjechałaś tu pisać o Krakowie i Śląsku, nie było najlepsze. Pamiętasz zapach polskiego powietrza?
Przyleciałam do Krakowa w marcu, kilka lat temu, była końcówka zimy, robiło się ciepło, ludzie przykręcali ogrzewanie. Spodziewałam się czegoś gorszego, zaskoczyło mnie, że nie było tak źle. Ale potem pojechałam na Śląsk, do Mysłowic, dym wręcz obezwładniał, dławił, gryzł, nigdy wcześniej nie oddychałam tak zanieczyszczonym, gęstym od pyłu powietrzem. Wybrałam się tam, bo chciałam obejrzeć elektrownie zasilane węglem, ale nie mogłam uciec od domowych pieców. Każdy z domów pluł dymem pachnącym plastikiem. Ktoś powiedział mi wtedy, że powietrze jest tak gęste, że można je żuć.

>> Czytaj także: Z ręką w plastiku – rozmowa z autorem książki „Jak zerwać z plastikiem. Zmień świat na lepsze, rezygnując z plastiku krok po kroku”

Miałaś podobne wrażenie?
Oczywiście. Ale czuję się tak czasem też w Londynie, gdzie mieszkam. Powietrze jest tu dużo lepszej jakości niż na Śląsku, ale gdy idę wzdłuż jezdni i wdycham opary z rur wydechowych tysięcy diesli, czuję się podobnie. To powietrze ma smak, czuć je w ustach. To okropne wrażenie.

„Uduszeni” [„Choked: Life and Breath in the Age of Air Pollution”] to opowieść nie tylko o tym, czym trują nas samochody.

Ale też o tym, że trują nas z premedytacją. Piszesz, że w Stanach doszło do zdecydowanych działań w związku z aferą Dieselgate – USA zmusiły Volkswagena, który wypuścił miliony aut z oszukanym oprogramowaniem, do działań, Europie się nie udało.
W Stanach rząd wymógł naprawę wyposażonych w wadliwe czujniki aut. Koncern, który oszukiwał, musiał zapłacić miliony dolarów, żeby dostosować swoje samochody do obowiązującego prawa. W Europie są one wciąż na drogach. Miliony brudnych, oszukanych aut, których emisje przekraczają legalne limity. Oto dziedzictwo Dieselgate. Obecne w Londynie, gdzie mieszkam ja, i w Polsce, gdzie żyjesz ty.

Dla mnie diesel to ważny element mapy zanieczyszczeń w Europie. W Stanach Zjednoczonych może 1 proc. aut jeździ na ropę, tymczasem w Europie – nawet 50 proc. albo więcej. Skutki dla zdrowia są opłakane. Ale problem nie polega tylko na wyborze określonego rodzaju paliwa, tylko na egzekwowaniu prawa. Europa ma mnóstwo aktów prawnych dotyczących czystego powietrza, standardów emisji, podobnie zresztą jak Ameryka. Ale Ameryka, przynajmniej przed etapem rządów Trumpa, egzekwowała to dużo skuteczniej. Nie idealnie, ale skuteczniej.

Benzopiren, ozon, tlenki azotu, pył ze startych opon i klocków hamulcowych, lista jest związków, którymi trują nas samochody jest długa. (Fot. iStock)

To co my możemy zrobić? My, pojedyncze jednostki? Wybierać auta na prąd? Stać na nie tylko uprzywilejowanych, a prąd w Polsce rzadko jest czysty. Kupować oczyszczacze i maski? To nie rozwiązuje problemu.
Możemy chronić siebie. Najważniejsza rzecz, na bardzo podstawowym poziomie: trzeba być świadomym tego, co się dzieje, gdy się jedzie na rowerze, wędruje, nawet podróżuje autem. Gdy chodzę po Londynie, zwłaszcza z córką, staram się wybierać równoległą, spokojną trasę, żeby nie iść blisko zatłoczonej arterii. Odbijam w bok, wchodzę między domy, drzewa, nawet jeśli to oznacza trochę dłuższy spacer. Większość emisji o samochodowym pochodzeniu jest skoncentrowana w najbliższym sąsiedztwie jezdni, wystarczy oddalić się od niej o 100 metrów, żeby zredukować wpływ toksyn nawet o połowę

A samorządy? Może one mają jakieś narzędzia ograniczania zanieczyszczanie powietrza?
W Krakowie wprowadzono lokalne przepisy, które ograniczają palenie węglem w domach. Londyn otwiera niskoemisyjne strefy, żeby trzymać najbardziej zanieczyszczające pojazdy z dala od gęstej zabudowy. I jeśli burmistrz Londynu Sadiq Khan ograniczy w ten sposób liczbę zgonów o kilkadziesiąt procent, to świetnie. Ale to jest problem, z którym miasta sobie same nie poradzą.

Dlaczego?
Miasta mogą ograniczać wjazd najbardziej zanieczyszczających powietrze, przekraczających emisyjne normy aut, ale dużo efektywniejsze byłoby doprowadzenie do sytuacji, że tych aut po prostu nie będzie. Wymuszenie na ich producentach, aby respektowali normy. Jeszcze jedna rzecz: lokalne rozwiązania są nie tylko mniej efektywne, ale też przerzucają koszty nie tam, gdzie powinny one trafić, na indywidualnych kierowców. To oni muszą płacić 20 funtów za wjazd do określonej strefy albo kupić nowy, czystszy samochód. To nie w porządku, większość z nich kupowała te samochody w dobrej wierze. Są ofiarami wielkiego oszustwa i to producenci powinni zapłacić.

>> Czytaj także: Liściaste szczęście – dlaczego warto wypełnić przestrzeń zielenią

W Polsce mamy ogromny rynek aut z drugiej ręki. Tylko w 2017 roku trafiło do nas 350 tys. diesli z Europy. Jakby tego było mało, wycinamy z nich filtry cząstek stałych.

Dlatego przepisy, nawet najlepsze, nie wystarczą. Trzeba je jeszcze egzekwować.

Ale ludzie omijają zasady, do tego nie wszyscy mogą sobie pozwolić na nowe, czyste samochody czy ekologiczne rozwiązania grzewcze. Weźmy na przykład węgiel, który przyciągnął cię właśnie do Polski. To ogromny problem – środowiskowy, polityczny, ekonomiczny, ale też źródło utrzymania dla wielu osób. Piszesz o nich w książce: górnicy, handlarze opałem. Co z nimi?
To są ważne problemy. Dlatego pisanie o środowisku jest tak fascynujące – często zdarza się, że kwestie związane z ludzkim życiem, zdrowiem, dobrym samopoczuciem stoją w opozycji do spraw związanych z kosztami, pieniędzmi, zatrudnieniem, ekonomią. A te czynniki są bardzo istotne. Ale prawda jest też taka, że ludzie, którzy cierpią z powodu zanieczyszczeń, sami je generują. Na Śląsku odwiedziłam wiele miast i miasteczek, wszędzie spotykałam dzieci uskarżające się na kaszel, problemy z oddychaniem, ale jednocześnie wszyscy palili w swoich domach najtańszym węglem. Albo pracowali w elektrowniach zasilanych węglem. Myślę, że to sytuacja, która jest pułapką dla pojedynczych osób, dlatego wymaga zaangażowania władzy. Rząd powinien zapewnić im alternatywę. Dlaczego tak trudno w Polsce o lepsze źródła energii? Słoneczną, wiatrową, nuklearną, cokolwiek, co nie będzie węglem? Bo to, oczywiście, prawda – ludzie indywidualnie za bardzo nie mają wyboru. |
Kolejna rzecz, której nauczyłam się w Polsce: płacicie za oczyszczacze powietrza, za nowe, lepsze samochody, ale nie mówi się dużo o kosztach, jakie ponosimy wszyscy w związku z tym, że oddychamy złym powietrzem. O naszym życiu i zdrowiu. To też można przecież przeliczyć na pieniądze obciążające system opieki zdrowotnej. W Stanach Zjednoczonych policzono finansowe korzyści płynące z wprowadzenia w 1970 roku ustawy o czystym powietrzu (Clean Air Act). To 22 biliony dolarów przez pierwsze dwie dekady. 44 razy więcej niż to, ile wydano, żeby poprawić jakość powietrza. I miliony ocalonych żyć.

Dlaczego tak trudno nam to zobaczyć?
Bo problem jest niewidzialny. Zapewne można policzyć cenę oczyszczenia powietrza w Polsce – to są czysto techniczne kwestie. Gorzej z oszacowaniem rozmiarów korzyści. Mimo że dotkną miliony ludzi, większość z nich nawet nie zda sobie sprawy, że są beneficjentami dostępu do czystszego powietrza. Jeśli jutro nie będę mieć ataku serca, jeśli moja córka nie zachoruje na astmę, najpewniej nie uświadomię sobie, że powodem tego jest fakt, że rząd wprowadził przepisy ograniczające emisję i nakazał firmom energetycznym zmianę źródła pozyskiwania energii.

Lektura twojej książki wywołuje też spore zdziwienie: drewno nie jest niewinne.
Mnie to też zaskoczyło.

Wizerunek ogniska, kominka, miejsca, które symbolizuje przytulność, bezpieczeństwo, ciepło, też to metaforyczne, został poważnie nadszarpnięty.
Tak! Miałam podobne poczucie, czułam, że węgiel jest zły, toksyczny, niebezpieczny, ale drewno? Cóż złego może być w paleniu drewnem? Jest naturalne, wszyscy kochamy tulić się do siebie przy świetle kominka, do tego w wielu miejscach na Ziemi jest promowane jako przyjazne dla środowiska paliwo. Zaczynając dokumentację do książki, wciąż słyszałam o drewnie, i w Polsce, i w Kalifornii, ale jeśli mam być szczera, z początku nie traktowałam tego poważnie. Eee, drewno, powiedzcie mi lepiej coś o węglu albo ropie, odpowiadałam. I dopiero pod sam koniec pracy nad książką przeczytałam opracowanie naukowe, które pozwoliło mi zrozumieć, że drewno ma istotny wkład w globalne zanieczyszczenie. Dym z jego palenia jest toksyczny, obfituje w groźne cząsteczki PM2.5. Jeśli zaś chodzi o jego neutralność klimatyczną, musi spełnić bardzo wyśrubowane warunki. A one rzadko się zdarzają. Pewne badanie pokazuje, że w Londynie korzyści wynikające z ograniczenia transportowego zostały całkowicie wyeliminowane przez negatywne skutki spalania drewna w przydomowych piecykach. A to teraz bardzo trendy – opalany drewnem piec w domu. Kilka lat temu poczułam, że ktoś w moim sąsiedztwie zorganizował sobie taki na Gwiazdkę. Po prostu któregoś dnia powietrze zaczęło specyficznie pachnieć. To przyjemna woń.

Miły zapach, który jest posłańcem złej wiadomości?
Tak! Teraz, gdy tyle już o tym wiem, nie mogę się pozbyć myśli, że ktoś w sąsiedztwie mnie podtruwa, a ja nawet nie wiem kto.

Czyli powinniśmy powiedzieć „nie” kominkom?
Szczerze? W miastach nie ma na nie miejsca. Może na wsiach, jeśli spełni się wszystkie zasady dotyczące suszenia surowca, tak, ale w miastach, gdzie pali się drewnem głównie dla przyjemności – nie ma na takie paleniska miejsca. Dym z nich po prostu nam szkodzi.
W krajach takich jak Indie ludzie używają drewna do gotowania i wdychają toksyczny dym, bo nie mają wyboru. W zamożnej części świata palimy nim, bo mamy taki kaprys.

W książce przytaczasz też statystyki: zanieczyszczenie powietrze powoduje 7 mln zgonów na świecie rocznie. 40 proc. Amerykanów oddycha powietrzem bardzo złej jakości, Europejczycy umierają z tego powodu 15 razy częściej, niż giną w wypadkach samochodowych.
Zabrałam się do tej książki, bo wierzyłam od początku, że zanieczyszczenie powietrza jest bardzo ważnym tematem. Ale martwiłam się, muszę przyznać, czy jednocześnie zainteresuje czytelników; nie możesz poświęcić całej książki statystykom albo historiom dzieci, które mają atak astmy. Gdy jednak zaczęłam zbierać materiały, szybko zrozumiałam, że zanieczyszczenie powietrza przenika się z innymi tematami, ze wszystkimi najważniejszymi problemami społecznymi. Tu i teraz. Łączy się z rasizmem, z równowagą między prywatnym a publicznym, sposobem egzekwowania władzy, zmianami klimatycznymi, ale też z problemem ekonomicznych nierówności. Gdy to wszystko zobaczyłam, uwierzyłam, że książka o zanieczyszczeniu powietrza może być interesująca. Że ludzie będą chcieli ją czytać.

Często podkreślasz, że kwestia dostępu do czystego powietrza jest przywilejem. Szczególnie widoczne jest to na przykładzie kalifornijskiej San Joaquin Valley.
Ameryka jest krajem nierówności, ale San Joaquin Valley jest miejscem, w którym te różnice są szczególnie drastyczne. To zawsze było boleśnie podzielone miejsce; tutaj John Steinbeck osadził akcję „Gron gniewu”, powieści o tych, którzy nie mają niczego, i o tych, którzy mają wszystko. Oczywiście, zamożni właściciele farm, którzy mieszkają tu dziś, także oddychają zanieczyszczonym powietrzem, ale z pewnością ich domy nie są zlokalizowane 50 metrów od fermy z 50 tys. krów ani obok ważnej autostrady załadowanej ciężarówkami transportującymi pomidory i migdały. Powiedziałabym, że zanieczyszczone powietrze uwypukla podziały istniejące w społeczeństwie. I, oczywiście, najłatwiej to sprowadzić do ekonomii, ale jest w tym też silny czynnik rasizmu. Ostatnio pracowałam z naukowczynią, która bada temat wpływu środowiskowych toksyn na afroamerykańskie społeczności. Ich członkowie, Afroamerykanie z klasy średniej, którzy zarabiają 50–60 tys. dol. rocznie, przyjmują podobne dawki co bardzo ubodzy biali zarabiający 10 tys. dol. Co to oznacza? Że nie chodzi tylko o pieniądze i to, gdzie możesz dzięki nim zamieszkać, ale też o to, że firmy emitujące zanieczyszczenia instalują swoje obiekty w sąsiedztwie kolorowych: Afroamerykanów, Latynosów. Też z powodów politycznych.

A ty czy czujesz się uprzywilejowana, jeśli chodzi o dostęp do czystszego powietrza?
Tak, choć mieszkam w dość zanieczyszczonej części Londynu. Moja dzielnica jest gęsto zaludniona, jest dużo samochodów, ale ja mieszkam przy dość cichej, spokojnej, ślepej uliczce. Wokół – sporo zieleni, park, lasek, rodzaj rezerwatu, przez który mogę iść, żeby uniknąć sąsiedztwa ruchliwej ulicy. Mam też dużą świadomość tego problemu, dlatego wiem, jak się poruszać po mieście. Więc, owszem, czuję się uprzywilejowana, bo mimo że problem zanieczyszczenia powietrza dotyczy też mnie, to jak wszystkich, którzy mają pewne zasoby, dotyczy jednak mniej.

Kiedy dowiedziałaś się tego wszystkiego, nie myślałaś, żeby się przeprowadzić? Do czystej górskiej Szwajcarii? Gdzieś nad skandynawskie jeziora?
Londyn to mój dom. Lubię miejsce, w którym żyję, tu mam pracę, rodzinę, przyjaciół, moje dziecko chodzi tu do szkoły, nie jest łatwo się wyprowadzić. Myślę, że wszyscy powinniśmy móc mieszkać i żyć w miastach i nie chorować jednocześnie. Powinniśmy uczynić nasze miasta czystszymi, zdatnymi do życia, zamiast się wyprowadzać.

Jest dla nas nadzieja? Będziemy kiedyś mogli oddychać pełną piersią, bez lęku o zdrowie?
Jeden z recenzentów mojej książki napisał, że nie może się zdecydować, czy jestem optymistką, czy pesymistką. Trafnie mnie zdiagnozował. Sama nie wiem, kim jestem, to trochę zależy od dnia i aktualnej prognozy zanieczyszczeń. Na ogół mam realistyczne podejście; czyste powietrze to nie jest nieosiągalna dla nas kwestia, możemy to naprawić.
Ameryka, miejsce dalekie od idealnego, zrobiła w tej dziedzinie ogromny postęp przez ostatnie 50 lat. Chiny zaczynają działać. Z czystym powietrzem jest podobnie jak ze zmianą klimatyczną: mamy narzędzia, żeby ją zahamować. To nie jest problem technologiczny, tylko polityczny.

Beth Gardiner, amerykańska dziennikarka (współpracuje z „New York Timesem” i „Guardianem”), pisze o ochronie środowiska, energetyce, zrównoważonym rozwoju. Mieszka w Londynie.