1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Weekendowy kurs rozwoju mindfulness i redukcji stresu (MBSR)

Weekendowy kurs rozwoju mindfulness i redukcji stresu (MBSR)

RABAT 30%! Styczeń, luty, Warszawa

Rozwój mindfulness/uważności to ćwiczenie świadomego zarządzania uwagą w celu podniesienia jakości życia. Efektem uczestnictwa  w kursie MBSR jest potwierdzone badaniami skuteczniejsze radzenie sobie ze stresem osobistym i zawodowym, redukcja objawów psychosomatycznych, lepsze zdrowie  i większa radość życia. Program MBSR jest dla osób gotowych wziąć odpowiedzialność za swoje zdrowie i samopoczucie realizując ćwiczenia indywidualne przewidziane w programie. Realizacja - 3 warsztaty weekendowe.

Prowadzący/a: Małgorzata Jakubczak; pedagog, specjalistka w dziedzinie umiejętności psychospołecznych, doświadczona nauczycielka MBSR z certyfikatem The Institute for Mindulness Based Approaches.

Cena: zamiast 960 zł tylko 640 zł (30 % rabatu) dla 8 osób.

Informacje i zgłoszenia: INSPIRO Ośrodek Rozwoju Kompetencji; info@jakubczak.eu; ; tel: 600 837 898

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Seks na ekranie – jak aktorzy grają sceny łóżkowe i na czym polega koordynacja intymności?

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Normalni ludzie" (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)
Koordynator intymności uczy aktorów mówienia o swoich granicach, ale i potrzebach. O tym, co jest dla nich trudne i nie do przyjęcia, a co chętnie by przećwiczyli i oswoili. Taka edukacja przydałaby się chyba nam wszystkim. Rozmawiamy z Kają Wesołek i Anną Zabrodzką, pracującymi przy nowym serialu Netflixa „Sexify”.

Jak się robi całowanie na ekranie? Na czym polega koordynacja intymności?
Kaja Wesołek:
Przede wszystkim na tym, że kręcimy sceny w sposób bezpieczny dla aktora. Jeżeli on lub ona czują się niekomfortowo z głębokim pocałunkiem, to kręcimy to w taki sposób, żeby oszukać trochę kamerę i żeby pocałunek wydawał się głębszy niż jest w rzeczywistości. Wcześniej tego typu sceny były kręcone na zasadzie: „Skoro mamy w scenariuszu pocałunek, to całujcie się, i już”. Najczęściej nie było nawet żadnych prób.

Koordynacja intymności to budowanie zaufania i oswajanie aktorów ze sobą. Ważne jest, aby poczuli się bezpiecznie, wypracowali komunikację, nauczyli się wzajemnego słuchania, obserwacji i dbania o siebie nawzajem. Kolejnym elementem koordynacji jest świadoma zgoda. Na próbach korzystam z ćwiczenia autorstwa Ity O'Brien, w którym aktor zadaje pytania: „Czy mogę cię dotknąć i położyć rękę na twoim ramieniu?”. A druga osoba mówi: „Tak” albo: „Nie, jeszcze tego nie czuję”. To jest właśnie budowanie świadomej zgody. Bo dla każdego aktora czy aktorki „intymność” oznacza co innego. To może być pokazanie pośladka, piersi, przytulenie się, seks symulowany czy głęboki pocałunek.

Kadr z serialu 'Sexify' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sexify" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

Anna Zabrodzka: Dlatego pracę zawsze trzeba zacząć od definicji intymności i wyznaczenia jej komfortowych granic. Określenia tego, co jest dla mnie trudne i nie do przyjęcia, a co chciałabym przećwiczyć i omówić. Czy wolałabym się oswoić i przećwiczyć pocałunki, czy pójść na żywioł przed kamerą.

Ważne jest to, że w każdym momencie sceny intymnej można to jeszcze zmodyfikować, jeśli ktoś nie czuje się jednak komfortowo. Bo nie chodzi o przekraczanie swoich granic, tylko o to, żeby te granice w sobie oswajać. Uczymy aktorów mówić o tym, czego potrzebują. Bo najczęściej są przyzwyczajeni do tego, że skoro tak jest napisane w scenariuszu, to przychodzą na plan i muszą to zrobić. A my odwracamy tę sytuację: „Aktorze, spójrz na siebie, z czym czujesz się OK?”.

Na co dzień zajmuję się psychoterapią osób dorosłych i myślę, że pierwsze spotkanie to dokładnie to samo, co się dzieje w gabinecie terapeutycznym. Spotykamy się, rozmawiamy o tym, kim jesteśmy, z jakiego powodu i po co tu jesteśmy, czym się zajmujemy, jaka jest nasza rola i zadania. Razem z Kają zbierałyśmy też informacje o potrzebach i oczekiwaniach aktorów, o tym, jak sobie wyobrażają naszą pracę.

I jak sobie wyobrażali?
A.Z.: Pojawiało się bardzo dużo obaw, bo to, co nieznane, zawsze budzi lęk. Naszym zadaniem była praca z tym lękiem.

K.W.: Serial „Sexify” to pierwsza produkcja, która tak intensywnie zaangażowała koordynatorki intymności w Polsce. Uczyłyśmy się tego zawodu w trakcie, łącznie z reżyserami, producentami i aktorami. Na Zachodzie funkcjonują procedury, których w Polsce jeszcze nie mamy i dopiero je tworzymy. Poza głównymi aktorkami – Sandrą Drzymalską, Marią Sobocińską i Aleksandrą Skrabą – pracowałyśmy również z epizodystami i statystami. Co ciekawe, żadna aktorka czy statysta nie zgłosili nagości jako sceny intymnej.

Dla mnie scena nagości również jest intymna. Zresztą najlepsza według mnie taka scena w serialu „Sexify” to ta, gdy jedna z bohaterek pokazuje swoje nieperfekcyjne kompletnie nagie ciało.

K.W.: Dla ciebie nagość mogłaby być intymnością, a aktor może powiedzieć, że to zadanie aktorskie. Spotykałyśmy się z różnymi postawami, od „zagram wszystko" po „ale tylko podniosę sukienkę, żeby było widać kolano, i nie pozwalam na odsłonięcie moich piersi”.

Pamiętajmy, że intymna scena rozgrywa się zwykle z udziałem dwóch osób, tak że ktoś może się czuć komfortowo, ale druga strona może powiedzieć: „Hej, a ja nie czuję się dobrze z twoją otwartością”.

Kadr z serialu 'Sexify' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sexify" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

A.Z.: Uczymy aktorów i aktorki otwartej komunikacji i asertywności. Mówienia: „Nie zgadzam się na to, żebyś teraz był tak blisko mnie, potrzebuję chwili, by się z tobą oswoić”. Na planie byłyśmy mediatorami pomiędzy aktorami a innymi członkami ekipy w zakresie potrzeb i komfortu aktorów.

Dobrym przykładem jest tu współpraca z pionem kostiumów, który przedstawia możliwe zabezpieczenia stref intymnych. Dla kobiet jest cielista bielizna, stringi czy naklejki wysłaniające miejsca intymne, a dla mężczyzn również cielista bielizna, stringi i sakiewka na genitalia. Aktorzy mogą wybrać, w czym gra się im najwygodniej.

Jakie trzeba mieć doświadczenie, żeby zostać koordynatorką intymności?
K.W.: Certyfikaty do pracy w roli koordynatorów intymności na planach zdjęciowych w Europie wydaje Intimacy for Stage & Screen w Wielkiej Brytanii. Kiedy podczas jednego z treningów online z Lizzy Talbot, która razem z Itą O'Brien pracowała m.in. przy serialach „Normalni ludzie”, „Sex Education” czy „Bridgertonowie” – zapytałam, czy jest szansa, by taki kurs ukończyła osoba z Polski, usłyszałam, że na razie nie. Koordynacja intymności jest mocno osadzona w danej kulturze i języku. Ktoś, dla kogo język angielski jest drugim językiem, może nie zrozumieć kontekstu kulturowego. Mam nadzieję, że to się w przyszłości zmieni, teraz doszkalamy się online i pracujemy na planach zdjęciowych jako psychologowie od „trudnych scen”. Tak było przy „Ciemno, prawie noc” Borysa Lankosza, gdzie jest wiele scen przemocy i wykorzystania dzieci, czy „Królu” Jana P. Matuszyńskiego. Czerpiemy więc wiedzę z wcześniejszych doświadczeń z planów zdjęciowych, na których byłyśmy w roli psychologów.

A.Z.: Jestem certyfikowaną psychoterapeutką i diagnostką kliniczną, ale zdarzało mi się pracować też przy produkcjach telewizyjnych, na przykład przy „Big Brotherze”. Dobrze wiem, jak wygląda proces tworzenia filmu – od przygotowań do premiery. Moja mama jest montażystką, mój tata był scenografem. W przeszłości stawałam przed kamerą i na scenie teatralnej. W pracy koordynatorki intymności, w duecie z Kają, to ja jestem od przygotowania psychologicznego aktorów do roli. By byli w niej, a nie grali sobą. Po to właśnie wykorzystuję techniki z psychologii i psychoterapii.

K.W.: A ja zajmuję się pracą z ciałem aktora i ćwiczeniami, które to ciało oswajają. Jako dziecko byłam tancerką, później dostałam się do szkoły teatralnej w Warszawie, miałam angaż w Teatrze Narodowym, tak że 15 lat spędziłam na scenie, jednocześnie studiując psychologię. Dlatego wiele technik do pracy nad intymnością zaczerpnęłam z improwizacji charakterystycznej dla tańca współczesnego.

Rozpisujecie sceny na zasadzie ruchu tańca albo sztuk walki? Tak było w serialach „Euforia”, „Sex Education” czy „Normalni ludzie”. Dzięki temu aktorzy wiedzą, w którym dokładnie miejscu znajdzie się ręka, noga przy kolejnym ruchu ciała, a to zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa.
K.W.: To, o czym mówisz, to choreografia intymności, czyli ostatni etap koordynowania intymności. Przy „Sexify” tej choreografii nie układałyśmy, dlatego że scenariusz był wcześniej konsultowany z seksuologami i dostałyśmy już gotowe storyboardy, które omawiałyśmy z aktorami. Pytałyśmy, czy taka pozycja seksualna jest spójna z ich wizją postaci, którą mają zagrać. Na pewnym etapie to aktorzy wiedzą, a właściwie czują swojego bohatera lepiej niż sam reżyser.

Ważne jest to, że wszystkie próby na planie odbywają się w ubraniach. Dopiero gdy filmujemy scenę, aktorzy zdejmują ubrania, a obok zawsze stoi ktoś gotowy, by ich okryć.

Kadr z serialu 'Euforia' (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Euforia" (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)

Jakie są wytyczne do pracy dla koordynatora intymności?
K.W.: Przede wszystkim nigdy nie pokazujemy nagich genitaliów aktora z przodu, jedynie od pasa w górę lub z tyłu, tak że widać nagie pośladki. Umawiamy się też na to, jakim językiem posługujemy się na planie, które sformułowania są dopuszczalne. Nie ma miejsca na żarciki z intymności. Nie mówimy kolokwialnym językiem: mineta, tylko: seks oralny. Nie rozmawiamy z aktorem, który jest nagi, reżyser podchodzi do aktora, dopiero gdy ten jest już okryty. Aktor zgłasza gotowość do nakręcenia sceny.

Co to w ogóle znaczy dobra scena seksu?
K.W.:
Dobra scena seksu to taka, która prowadzi dalej historię w filmie. Ona musi być po coś, opowiadać i wnosić coś do filmu. Jeżeli scena seksu jest tylko dla seksu, to się nie uda. W „Nimfomance” Larsa von Triera każda scena jest po coś, nawet ta ekstremalna. Poza tym jeżeli aktor nie czuje się komfortowo z reżyserem, wiadomo, że na planie będzie napięcie i to właśnie intymne sceny szczególnie się opóźnią. Sceny w „Sexify" były kręcone o czasie, bo aktorzy byli gotowi psychicznie.

A.Z.: Ja bym to nazwała autentycznością w roli. Seks na ekranie musi być autentyczny. Dlatego najpierw potrzebne jest wejście aktora w rolę, ale i świadome wyjście. Ciało pokazuje, kiedy nie czujemy się komfortowo, dlatego ważne, żeby ten sygnał zauważyć. Bo jeśli nie dostrzegam tego napięcia w ciele, tylko gram dalej, to scena nie będzie autentyczna.

Dobra scena seksu musi być autentyczna, ale nie musi być seksem w realu?
K.W.: Lars von Trier chyba jako jeden z pierwszych pokazał prawdziwy stosunek w „Nimfomance”. Pytanie, co na to koordynator intymności. Czy to już przemysł soft porno? Czy aktor świadomie przekracza swoją granicę i granice innych? Istnieją produkcje, w których koordynatorzy nie są potrzebni, bo twórcy nie chcą dbać o zachowanie tych granic. Mam szacunek dla każdego widza, także tego, który potrzebuje na ekranie czegoś więcej. Ale i tego, który będzie się czuł lepiej, wiedząc, że ogląda sceny kręcone bezpiecznie.

Koordynatorzy intymności dbają także o bezpieczeństwo widza, żeby nie poczuł się niekomfortowo, oglądając scenę intymną?
A.Z.: W pewnym sensie tak. Jeżeli produkcja angażuje koordynatorów intymności, daje widzowi pewność, że sceny były kręcone z szacunkiem dla granic aktorów.

Kadr z serialu 'Sex Education' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sex Education" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

Co jako koordynatorki intymności poleciłybyście wszystkim, nie tylko aktorom, by seks nas nie krępował i byśmy czuli się w nim bezpiecznie?
A.Z.:
Dla mnie dużym autorytetem jest psychoterapeutka Esther Perel, która napisała poradnik „Inteligencja erotyczna”. Pisze o namiętności i pożądaniu. O podstawach szacunku do siebie i świadomości tego, na ile daję sobie do czegoś prawo.

K.W.: Naszym aktorom dawałyśmy ćwiczenie, które każdy może odnieść do siebie. „Spisz, co robi ta postać, jakie ma przekonania na temat tego, co powinna robić w życiu. Czym jest dla niej seks. Co lubi, a czego nie. Co czuje w trakcie seksu”. Jako koordynatorka najbardziej korzystam z nurtu humanistycznego, czyli: czego potrzebujesz?

A.Z.: Sesja terapeutyczna również jest rozmową o intymności. Bo jeśli ktoś przychodzi do mnie po pomoc, to mówi o swoich intymnych sprawach. A moim zadaniem jest zadbać o jego poczucie bezpieczeństwa i szacunek do siebie nawzajem. To według mnie podstawa udanego życia, również tego seksualnego.

A co poradziłybyście parom, które dopiero się poznają? Jak komunikować swoje granice jasno, ale jednocześnie tak, by druga strona nie poczuła się odrzucona?
A.Z.: Uważam, że w każdej relacji, na każdym etapie, ważna jest umiejętność słuchania oraz empatia. Myślę tu o obydwu stronach. Jeśli słucham siebie, to wiem, czego mi potrzeba, ale dopuszczam, że moje potrzeby nie muszą zostać w pełni zaspokojone przez drugą stronę, bo ona może mieć inne. Jeśli potrafię prawdziwie słuchać rozmówcy, poznaję jego potrzeby, sposób myślenia, oczekiwania, daję przestrzeń, to przyjmuję go takim, jakim jest. To wcale nie oznacza, że to mnie zobowiązuje do tego, aby zawsze w pełni spełniać jego oczekiwania, bo nie muszą one iść w parze z moimi. Ważną umiejętnością jest wspólne poszukiwanie rozwiązań, w których każdy jest gotowy pójść na jakieś ustępstwo. Innymi słowy: znaleźć to, co może nas łączyć, czyli wspólny cel oraz być gotowym z czegoś zrezygnować, zyskując relację.

Anna Zabrodzka, psychoterapeutka, psycholożka, pracuje w nurcie psychodynamicznym i systemowym. Prowadzi psychoterapię indywidualną osób dorosłych, także psychoterapię online.

Kaja Wesołek, trenerka aktorstwa dziecięcego, koordynatorka intymności i konsultantka scenariuszy. Z wykształcenia psycholożka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

Władza a podległość – jak zmieniają ludzi?

Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
W jaki sposób miejsce w hierarchii służbowej wpływa na kreatywność? O decyzyjności, zarządzaniu i ich oddziaływaniu na pełnienie ról społecznych w organizacji mówi dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS, ekspertka od zagadnień związanych z władzą i przywództwem.

Zrób prosty eksperyment. Narysuj kredką literę „E” na własnym czole. Wykonaj tę czynność i dopiero wtedy zacznij dalej czytać ten tekst. Już? Jeśli na co dzień sprawujesz władzę, to prawdopodobnie narysowałeś literę „E” z kreskami poziomymi skierowanymi w lewo.

No cóż, nie ułatwiłeś zadania obserwatorom. Nic dziwnego. Osoby zarządzające innymi koncentrują się na sobie i swojej perspektywie. Gdy w laboratorium badacze poprosili o narysowanie „E” uczestników, u których za pomocą wspomnień aktywizowano władzę lub podwładność, to aż trzy razy więcej osób kierujących personelem rysowało ją z własnego punktu widzenia. Badacze pod przewodnictwem Adama Galinsky’ego z Columbia Business School udowodnili, że sprawowanie funkcji kierowniczej znacząco podwyższa egocentryzm i zniechęca do patrzenia na rzeczywistość z innej perspektywy niż własna. Osoby uprawnione do kontroli podwładnych (nawet przez chwilę wzbudzoną w badaniach) automatycznie przyjmują założenie, że inni mają taką samą wiedzę, jak oni i taki sam dostęp do informacji. Gdyby przeanalizować sytuację osób pełniących role związane z władzą to często efekt „czołówki E” występuje w codziennej pracy i może prowadzić do uprzedmiotowienia podległych pracowników, niezauważania potrzeb innych oraz realizowania osobistych celów. Władza nie tylko obniża empatię. Prowadzi do wzrostu pewności własnych opinii i ogranicza skłonność do uwzględniania rad innych. Kierując innymi tracimy motywację do tego, aby ich rozumieć. Jak wykazały amerykańskie badaczki Jennifer Overbeck i Bernadette Park, staramy się zrozumieć inne osoby dopiero wówczas, gdy uświadamiamy sobie, że bez ich pomocy nie osiągniemy założonych celów zawodowych.

Podwładność zabija kreatywność

Władza to jednak nie tylko duże ego. Jedną z najbardziej poszukiwanych i najważniejszych kompetencji szefa jest umiejętność wprowadzania zmian i innowacji w firmie. Do tego również potrzebne jest poczucie mocy i wpływu, a przy tym takie postępowanie, by inni nie czuli się podwładnymi. Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. Pozwala widzieć świat czy cele z lotu ptaka, z pominięciem nieważnych szczegółów. Jak z kolei wykazali Keltner, Gruenfeld i Anderson psychologowie społeczni z Uniwersytetu Stanforda przyjmowanie roli podwładnego uruchamia system hamowania, który prowadzi do skupienia na analizie detali, blokuje kreatywne myślenie i utrudnia działania, a tym samym wprowadzanie zmian w swoim otoczeniu.

Dobry kierownik

Aby rozwijać ludzi trzeba znać ich potrzeby i dobrze rozpoznać potencjał. Wiedzieć, do czego ten proces ma doprowadzić w dłuższej perspektywie szefa i jego pracowników. Wtedy pojawia się prawdziwa współzależność celów. Władza jest dobra i warto ją mieć, by skutecznie zarządzać zespołem. Przywództwo też jest ważne, by inni widzieli, że wiesz dokąd i po co razem zmierzacie. Warto pamiętać o słowach Monteskiusza, który mawiał, że „By dokonać wielkich rzeczy, nie trzeba być wielkim geniuszem, nie trzeba być ponad ludźmi, trzeba być z nimi", Najważniejsze jest zarządzanie, które sprawia, że jesteś blisko ludzi, ich problemów.

Jak to osiągnąć w praktyce? Oto kilka rad wynikających z wielu badań. Przede wszystkim nie przestawaj zarządzać, czyli planować, delegować, egzekwować. Bądź blisko ludzi, pamiętaj o ich zawodowej codzienności i ich potrzebach. Nie jesteś sam. Masz zespół. Gdy go budujesz nie rób tego tylko dla siebie, ale też dla jego członków. Przywództwo uwodzi, bo szef lub kierownik czuje, że staje ponad innymi, czuje się lepszy i ważniejszy, co powoduje, że zaczyna myśleć, że może pozwolić sobie na więcej. Uważa, że ma większe prawa, co może prowadzić do łamania norm lub działań niezgodnych z zasadami. To zasługa systemu dążenia, który włącza się w sytuacji sprawowania władzy. Dlatego, gdy pojawi się poczucie wyższości, dla dobra zatrudnionych ludzi warto natychmiast wyjść z gabinetu i pójść do stołówki dwa piętra niżej, by posłuchać jakie problemy mają członkowie zespołu, co ich trapi, co interesuje. Warto dać się wypowiedzieć swoim ludziom i posłuchać o tym jakie mają pomysły. Wziąć pod uwagę perspektywę innych i szukać rozwiązań, które naprawdę wychodzą naprzeciw zgłaszanym przez nich potrzebom. Poddawać się ocenie i reagować konstruktywnie na otrzymywane komunikaty zwrotne. To ochroni szefa przed egocentryzmem, efektem „czołówki E”, przed upadkiem i wreszcie przed samą utratą władzy. Badania pokazują, że zespoły działają najlepiej – to oznacza także efektywność w realizacji zadań - gdy energia, którą daje zwierzchnictwo, połączona jest z treningiem przyjmowania perspektywy – u szefów, nie u podwładnych.

Gdy zatem słyszę, że menedżer zarządzający zespołem twierdzi, że nie chce sprawować władzy, to zaczynam się martwić o jego ludzi. Pozycja w firmie, która umożliwia kierowanie pracą ludzi, daje możliwość wywierania wpływu, a bez tego nie ma skutecznego zarządzania. Władza sprawowana z odpowiedzialnością za innych ma sens.

Dr Dorota Wiśniewska-Juszczak w pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem. Prowadzi badania nad konsekwencjami stosowania różnych strategii wpływu w relacji z osobami poddanymi władzy. Jako praktyk – trener i konsultant – specjalizuje się w budowaniu efektywnych zespołów i komunikacji w ich obrębie. Jest autorką innowacyjnej metody pomiaru potencjału przywódczego menedżerów, akredytowanym trenerem Insights Discovery oraz trenerem najwyższego stopnia terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach.

Materiały prasowe SWPS

  1. Kuchnia

Muffiny z białą czekoladą i truskawkami

Fot. iStock
Fot. iStock
Sezon na truskawki trwa zdecydowanie zbyt krótko. Ledwie się rozpocznie, a już za chwilę nieubłagalnie ma się ku końcowi. Co roku uwijam się, by zdążyć zrealizować wszystkie swoje truskawkowe zachcianki i.. jeszcze nigdy mi się nie udało.

Lista ciast i deserów wciąż niebezpiecznie się rozrasta. Chciałabym to i.. to i jeszcze.. tamto. Zatem, drogą bezlitosnej selekcji trafiają dziś do was moje muffinki z białą czekoladą i truskawkami.

Składniki na 10-15 sztuk (w zależności od wielkości użytych papilotek):

  • 2-2,5 szklanki mąki pszennej
  • 0,5 szklanki cukru
  • 150g białej czekolady
  • 250 ml maślanki lub kefiru
  • 0,5 szklanki oleju rzepakowego
  • 2 jaja
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • truskawki (po 1 dorodnej sztuce na babeczkę)

Czekoladę siekamy na drobne kawałeczki. Truskawki kroimy w półplastry lub grubszą kostkę. Bierzemy 2 miski. W jednej mieszamy łyżką wszystkie mokre składniki (olej, maślankę lub kefir, jaja) a w drugiej wszystkie pozostałe czyli suche. Następnie suche przekładamy do mokrych i krótko mieszamy (tylko by się połączyły). Formę do muffinów wykładamy papilotkami, które wypełniamy ciastem do 3/4 ich wysokości. Pieczemy 20-25 min w temp. 180C.

  1. Moda i uroda

Wszystkie Zaimki Miłości – nowa równościowa kampania marki Levi’s

Kolekcja Levis’s Pride 2021, na zdjęciu m.in. kurtka Liberation Trucker Jacket z zaimkami „they/them, she/her, he/him, we”. (Fot. materiały prasowe)
Kolekcja Levis’s Pride 2021, na zdjęciu m.in. kurtka Liberation Trucker Jacket z zaimkami „they/them, she/her, he/him, we”. (Fot. materiały prasowe)
Tegoroczna kolekcja Levi's Pride podkreśla jak istotne jest stosowanie odpowiedniego zaimka wobec każdej osoby, i jak ważne jest, aby postrzegać ludzi tak, jak chcą być postrzegani.

Levi's od zawsze stawia na wartości takie jak akceptacja, inkluzywność, empatia. Od momentu powstania marki w 1853 roku, Levi Strauss & Co walczy o równość i postęp. W 1992 roku marka była pierwszą firmą z listy Fortune 500, która oferowała ubezpieczenie zdrowotne partnerom swoich pracowników niezależnie od ich płci.

Marka od dawna prowadzi realne działania na rzecz równego i sprawiedliwego traktowania osób LGBTQIA+ na całym świecie. Jest też współorganizatorem akcji sexed.pl, której celem jest edukacja seksualna młodych Polaków. To pierwszy krok do zrozumienia odmienności, akceptacji i tolerancji.

Tegoroczna kolekcja Levi’s Pride 2021 to tradycyjny już ukłon w stronę społeczności LGBTQIA+ oraz zwrócenie uwagi na ich prawa. Linia zawiera uniseksowe klasyki i akcesoria Levi’s ozdobione tęczową grafiką. Levi’s kontynuuje trwająca już trzy lata współpracę z OutRight Action International - organizacją, której działania mają na celu promowanie praw społeczności LGBTQIA+ na całym świecie. 100 proc. zysku z kolekcji Levi's Pride 2021 zostanie przekazane na rzecz organizacji.

Kolekcja Levis’s Pride 2021. (Fot. materiały prasowe)Kolekcja Levis’s Pride 2021. (Fot. materiały prasowe)

W Polsce Levi's stworzył lokalną kampanię Pride 2021. Bierze w niej udział pięć osób reprezentujących społeczność LGBTQIA+, pochodzących z różnych środowisk a inspiracją do jej stworzenia była trwająca obecnie społeczna dyskusja dotycząca użycia zaimków związanych z płcią. Marka od trzech lat współpracuje też z Fundacją Wolontariat Równości, organizatorką Parady Równości w Warszawie czy poznańską Grupą Stonewall, i chętnie włącza się do dyskusji na temat tolerancji i akceptacji inności. Cel jest jeden - aby wszyscy, niezależnie od tego, gdzie mieszkają, kim są i kogo kochają, mieli prawo oraz nieskrępowanej możliwość do bycia osobą dumną, wolną i widoczną. Do bycia sobą na własnych zasadach.

  1. Styl Życia

Rafting – adrenalina i kontemplacja

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.