fbpx

„Ania z Zielonego Wzgórza” była zmorą jej życia. Lucy Maud Montgomery

Lucy Maud Montgomery
Lucy Maud Montgomery w 1891 roku. (Fot. BEW PHOTO)

Całe życie kojarzona była z jedną książką, która przyniosła jej sławę, ale na zawsze przypięła łatkę pisarki dla dzieci. Tą książką była „Ania z Zielonego Wzgórza”, a pisarką Lucy Maud Montgomery, która o swojej bohaterce pisała, że to zmora jej życia.

Kilka lat temu firma CreateSpace postanowiła zarobić na fakcie, że prawa autorskie do najsłynniejszej książki dla dzieci – „Ani z Zielonego Wzgórza” – wygasły i wydała I tom „Ani…” z nieco „odświeżonym” wizerunkiem. Na okładce książki zamieściła zdjęcie blondwłosego, powabnego dziewczęcia, w niczym nieprzypominającego rudowłosej 11-letniej chudziny, którą wszyscy znamy. W Kanadzie – kraju ludzi z natury raczej spokojnych i niezainteresowanych skandalami – zawrzało. Krytycy literaccy nie pozostawili suchej nitki na wydawcach, linczując ich za mijanie się z prawdą, seksualizację dzieci i bezwzględny marketing. Jeden z nich, Nick Mount, napisał wprost, że „jeśli istnieje jakakolwiek książka, która jest wspólna dla wszystkich Kanadyjczyków, wliczając w to nawet najmłodsze pokolenie, to właśnie „Ania z Zielonego Wzgórza”, i naruszanie tego wizerunku jest proszeniem się o kłopoty”. Skandal zadziałał jak dobra reklama, a Ania raz jeszcze, podobnie jak ponad sto lat temu, rozpaliła wyobraźnię czytelników na całym świecie. Tym razem jednak nie było autorki, która mogłaby wypowiedzieć się w imieniu dziewczyny z Avonlea.

Zresztą o samej Montgomery, choć regularnie wspominają ją pisarze takiego formatu jak Alice Munro, wiemy nieporównywalnie mniej niż o jej najsłynniejszej bohaterce. Mimo dzienników, mimo zachowanych listów do najbliższych przyjaciół.

Nie mogę tego pamiętać

Urodziła się 30 listopada 1874 roku w małej miejscowości Clifton, na Wyspie Księcia Edwarda, w małym biało-zielonym domku. „Miałam 22 miesiące i nie mogłam tego pamiętać. Ale pamiętam moją mamę w trumnie” – napisze po latach w swoich dziennikach. W innym miejscu zanotuje: „Z wiekiem coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak niewiele uczucia zaznałam w dzieciństwie. Wychowywało mnie dwoje starszych ludzi, którzy nawet w najlepszych chwilach nie okazywali mi zrozumienia i którzy mieli ciasne umysły”.

Kiedy Clara Montgomery umarła na gruźlicę, jej mała córeczka Lucy Maud została oddana przez zrozpaczonego ojca pod prawną opiekę teściów mieszkających w rybackiej wiosce w Cavendish. To właśnie Cavendish pisarka uwieczni w książkach, tworząc najwspanialsze opisy przyrody, jakie znaleźć można w kanadyjskiej literaturze.

Ojciec na początku regularnie ją odwiedzał, ale po kilku latach postanowił osiedlić się na zachodzie kraju. Dopiero w wieku 15 lat zobaczy go ponownie. Ale wówczas będzie miał on nową żonę i dzieci, a dla Maud – poniewieranej i wykorzystywanej do prac domowych przez macochę – zabraknie miejsca w jego domu. Jedynym miłym wydarzeniem podczas tego pobytu była wiadomość, że pismo „Patriot” opublikuje jej wiersz „On Cape LeForce”. Pierwsza poważna publikacja młodziutkiej autorki.

Maud, nie Lucy. Już jako dziecko nienawidziła tego imienia. Gdy wyda pierwszą powieść, powie wydawcy, by na okładce napisał tylko inicjały. Tak autorka „Ani…” zaistnieje jako L.M. Montgomery. Będzie się śmiała w liście do przyjaciela, że od jakiegoś czasu pisze do niej liściki zakochana czytelniczka z Australii, która myśli, że Maud jest mężczyzną.

Co jeszcze wiadomo o Montgomery z czasów „sprzed Ani…”? Od zawsze uwielbiała się uczyć. Ale nie uczyć innych. Po szkole powszechnej trafiła na dwuletni kurs dla nauczycieli w Prince of Wales College. Kurs zrobiła w rok, uzyskując dyplom nauczycielski pierwszej klasy. Szybko okaże się, że nie przepada za pracą z wiejskimi dzieciakami, narzeka na uczniów. Do 1898 r. trafia kolejno do trzech szkół poza wyspą: Bideford, Belmont i Lower Bedeque. Pobyt w Belmont zaowocuje zaręczynami, których będzie zawsze żałować, posada w Lower Bedeque – miłością, o której nigdy nie zapomni.

Ta wstrętna Ania

Ania pojawia się – najpierw tylko w głowie Maud – w 1905 roku. Trzy lata później pierwszy tom opowiadań o rudowłosej sierocie wydaje wydawnictwo w Bostonie w Stanach, które od razu podpisuje z autorką umowę na kolejne tomy (co ciekawe, w Kanadzie książkę opublikowano dopiero rok po śmierci pisarki). Ukazują się „Ania z Avonlea”, „Wymarzony dom Ani”, „Dolina Tęczy”. Zainteresowanie okazuje się tak duże, że lata później Maud musi dopisywać nieplanowane części, takie jak „Ania na Uniwersytecie” czy „Ania z Szumiących Topoli”. Fikcyjną postacią zachwycają się krytycy, sam Mark Twain napisze, że to „najwspanialsza i najbardziej czarująca bohaterka książek dziecięcych od czasów pamiętnej Alicji”.

Sama Montgomery nie podziela tego entuzjazmu: „Z chwilą gdy Ania przestała być natchnieniem, zaczęła prześladować mnie jak zmora”. Już po drugim tomie będzie mówiła o dziewczynce, która przyniosła jej sławę: „Ta wstrętna Ania”. Bohaterka przyrasta do Montgomery na dobre. Tej łatki nie pozbędzie się już nigdy, mimo że po drodze stworzy Emilkę, o wiele dojrzalszą psychologicznie postać. Wymyśli też Pat i Kilmeny.

Wydała ponad 20 książek, a jednak miała poczucie, że nie stworzyła tej jednej, najważniejszej. Zawsze pisała szybko, często na zamówienie, zawsze czuła się do czegoś zobowiązana. Wielokrotnie podejmowała próby ucieczki od literatury dla młodzieży. Wyszły jej świetne książki „Dzban ciotki Becky” czy „Błękitny zamek”. Co z tego, skoro traktowane były w najlepszym razie jak ambitniejsza proza dla podlotków. Maud żaliła się w listach, że wydawnictwa nie chcą jej drukować, jeśli opowieści nie zawierają w sobie morału. Ironia losu – kilkadziesiąt lat później krytycy będą piętnować Maud za tworzenie literatury infantylnej. Wcześniej pojawiały się też głosy, że niezwykle płodna autorka publikuje przede wszystkim dla pieniędzy.

Niemniej opinie krytyków nie wpłynęły na decyzję Królewskiego Towarzystwa Sztuk Pięknych w Wielkiej Brytanii, które w 1923 roku ogłosiło Montgomery swoją członkinią. Była pierwszą kobietą w historii Kanady, którą spotkało tak zaszczytne wyróżnienie.

Kara bogów

W liście do przyjaciela datowanym na 1927 rok stwierdza: „Kobiety, które bogowie chcą ukarać, zostają żonami pastorów”. Wychowana w surowej protestanckiej rodzinie Montgomery o miłości miała idealistyczne pojęcie. Zupełnie jak bohaterki jej książek. Z tą różnicą, że Ania czy Emilka nigdy nie zaznały gorzkiego rozczarowania. Maud owszem, ale zanim to nastąpiło, sama namieszała w cudzych głowach. Na jej liście złamanych serc znaleźli się: kuzyni, koledzy, bracia przyjaciółek i jeden nauczyciel.

W wieku 25 lat po raz pierwszy i ostatni postępuje nierozsądnie, zaręczając się z kuzynem Edwinem Simpsonem. Prawie natychmiast żałuje tej decyzji, ale z obowiązku bycia narzeczoną uda jej się wyzwolić dopiero po dwóch męczących latach. W tym samym czasie zakochuje się miłością szaloną i nieokiełznaną w Hermanie Leardzie, synu gospodarzy, u których mieszka, ucząc w szkole w Lower Bedeque. Maud nie jest pruderyjna, pozwala sobie na namiętność, choć rozsądek jej podpowiada, że z tym mężczyzną – niewykształconym i ubogim – nie będzie szczęśliwa. Z ciężkim sercem odrzuca miłość i sporo czasu upłynie, zanim uleczy złamane serce. Do końca będzie myślała o Hermanie, a jego śmierć kilka lat później ponownie nią wstrząśnie. 24 lipca 1899 roku wspomina go tak: „Herman Leard – nie żyje! […]. Łatwiej mi myśleć o nim jako o zmarłym należącym do mnie, tylko do mnie dzięki śmierci, tak jak nigdy nie byłby moim za życia […]”.

Maud jest już po trzydziestce, nie zakłada zmiany stanu cywilnego, gdy niespodziewanie o rękę prosi ją początkujący w okolicy pastor Ewan Macdonald. Przyjmuje jego oświadczyny. Tym razem nie ma mowy o namiętności. Stara panna zdaje sobie sprawę, że nie utrzyma się jedynie z honorariów za opowiadania i wiersze. Na ślub musi czekać zresztą jeszcze pięć kolejnych lat, zobowiązana przez testament dziadka, który nakazuje jej opiekować się babcią aż do śmierci.

Ulga

To smutny czas w życiu Maud, spędza go głównie w Cavendish, dużo pisze. Babcia jest coraz trudniejsza w kontakcie, dom zaczyna się rozpadać, najbliższa rodzina, która tylko czeka na przejęcie spadku, utrudnia im obu życie. W dodatku Maud coraz częściej cierpi na niewytłumaczalne zapaści, silne migreny, całymi tygodniami snuje się po domu w poczuciu niemocy. Każda zima to męki walki z tajemniczą słabością, która omal nie doprowadza jej do szaleństwa. Dziś pewnie uznalibyśmy, że była to depresja, wówczas zalecano Montgomery ziółka.

Wiosna 1911 roku przynosi zmiany. Babcia umiera, wnuczka musi wynieść się z domu, w którym spędziła całe życie, by zostać panią pastorową. Dla osoby, która coraz krytyczniej podchodzi do religii, to prawdziwa ironia losu. Teraz musi stać się wzorem cnót, być zawsze życzliwa dla parafian i wyrozumiała dla męża, którego darzy szacunkiem, choć nie miłością.

Rodzi mu trzech synów. Chestera w roku 1912, Hugh (który zmarł po porodzie) w 1914, a ostatniego – Stuarta w 1915. Maud ma już wtedy 41 lat. Coraz częściej zaciska zęby, śpi coraz mniej, a od czasu do czasu musi poświęcać się opiece nad mężem. Jemu także nieobce są napady smutku. Jak potem podadzą biografowie, depresja Ewana wynikała z silnego przekonania, że po śmierci trafi do piekła. To dzięki żonie wizerunek pobożnej, kochającej się pastorskiej rodziny nie został naruszony.

Pisanie daje Maud wytchnienie. Nie tylko prozy. Daje upust swoim uczuciom w listach do przyjaciół. Pierwszy to poznany przez wspólnych znajomych młodszy od niej nauczyciel i początkujący pisarz Ephraim Weber, z którym zacznie korespondować w 1902 roku. Drugi to szkocki dziennikarz George Boyd MacMillan. Zaczęli do siebie pisać rok później. Spotkają się tylko raz, podczas jej podróży poślubnej w 1911 roku do Wielkiej Brytanii. Te przyjaźnie, choć listowne, okażą się najszczersze w życiu Montgomery. Gdy ukaże się tom opowiadań „Pożegnanie z Avonlea”, na którym wydawca zamierza zarobić, składając do kupy pojedyncze opowiadania Montgomery, ta pisze uprzejmie do MacMillana „Niech pan tego nie czyta”.

Bez happy endu

Mimo depresyjnych skłonności Maud nie była pesymistką. Wszyscy, którzy ją znali, znali też jej uroczy uśmiech. Postrzegano ją jako osobę, która potrafi cieszyć się z życia. Nigdy nie nauczyła się pływać, za to wytrwale brodziła we wszelkich zatokach. Uwielbiała fotografować, a listy z pozdrowieniami od siebie ozdabiała małymi kotkami. Kochała koty, zawsze miała je wokół siebie.

A jednak ostatnie lata jej życia kładą się cieniem na wierze Maud w szczęśliwe zakończenia. Mocno przeżywa pierwszą wojnę światową, jest przerażona tym, co czyta w prasie, coraz bardziej zamyka się w sobie. Jednocześnie zaczyna udzielać się społecznie, regularnie pojawia się na światowym kongresie kobiet w Toronto.

Starzeje się. W 1928 roku traci zęby. W kolejnych latach podupada fizycznie, w liście do Webera donosi, że strasznie utyła, ale nie ma czasu na zajęcie się swoim zdrowiem. Trosk dostarcza jej najstarszy syn, od którego w końcu odchodzi żona. Gdy wybucha kolejna wojna, Maud nie może w to uwierzyć.

W 1941 ląduje w szpitalu. Demony wojny, pogrążony w depresji mąż, sprawiający kłopoty syn, to nie jest świat – w jakim chciała żyć i w jakim chciała umrzeć. W pamiętniku pisze, że boi się umierać w bólu, ale jak na ironię, tak właśnie umiera – 24 kwietnia 1942 roku. Na zakrzepicę, choć jej wnuczka, Kate Macdonald Butler stwierdziła w 2008 roku, że Maud przedawkowała leki na depresję.

Przy jej łożu śmierci znaleziono list: „Straciłam rozum przez czary i nie śmiem myśleć, co mogę przez to uczynić. Co za koniec życia, w którym starałam się zrobić wszystko, co w mojej mocy”. Montgomery pochowano na cmentarzu w Cavendish. Rok później zmarł jej mąż.

Korzystałam m.in. z książki „Maud z Wyspy Księcia Edwarda” Mollie Gillen, Wydawnictwo Literackie.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  • Polecane