1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Dwóch starszych panów z East Endu

Dwóch starszych panów z East Endu

Gilbert i George zawsze pojawiają się razem. Grzeczni, akuratni i opanowani. Od 40 lat ci dżentelmeni serwują publiczności kunsztowne fotokolaże, w których odbija się cały zgiełk tego świata: seks, perwersje, religia, napięcia społeczne, terroryzm… Wystawa w londyńskim Tate Modern potwierdza fakt od dawna oczywisty: we współczesnej sztuce nie ma drugiego takiego duetu.

Gilbert i George wybrali najbardziej ekstrawagancką z kreacji, jakie można stworzyć w świecie sztuki: postanowili być normalni. Stąd urzędnicze garniturki, przylizane fryzury i aparycja emerytowanych wujków. Panuje przekonanie, że Gilbert i George są kochankami, ale oni sami nigdy tego oficjalnie nie potwierdzili. Od początku lat 70. prowadzą wspólne gospodarstwo – mają dom na londyńskim East Endzie – ale wbrew ciekawskim, którzy chcą widzieć w nich stare małżeństwo, podkreślają, że nie mają nawet kuchni. Gilbert i George jedzą wyłącznie na mieście, twierdzą, że programowo nie mają przyjaciół, wszędzie chodzą na piechotę, nie jeżdżą na wakacje i nienawidzą wsi. W swojej dzielnicy mają cały świat: przedstawicieli niemal wszystkich narodów kuli ziemskiej, bogatych i biednych, przestępców i artystów, wielkomiejski hedonizm i religijny fundamentalizm. „Jeżeli czegoś nie ma na East Endzie, to znaczy, że nie ma tego nigdzie na świecie – mówią Gilbert i George. – Po co więc się stąd ruszać?”.

Żyjące rzeźby

„Normalni” Gilbert i George podkreślają swoje „zwykłe” skromne pochodzenie. George Passmore urodził się w Anglii w 1942 r. Rok później we włoskim Tyrolu przyszedł na świat Gilbert Proesch. Spotkali się na studiach artystycznych w londyńskim St. Martins College of Arts and Design i jak sami przyznają, „przypadli sobie do gustu od pierwszego wejrzenia” – zwłaszcza że George był podobno jednym z niewielu studentów, którym chciało się rozumieć kiepską angielszczyznę Gilberta.

W 1970 r. Gilbert i George, którzy wcześniej ogłosili się „żyjącymi rzeźbami”, zaprezentowali pracę pod tytułem „Śpiewająca rzeźba”. Tytułową rzeźbą byli sami autorzy – pomalowani na złoto, stojący na stole i śpiewający szlagier „Underneath the Arches”, często przez wiele godzin bez przerwy. Z początku lat 70. pochodzą również inne performance, wśród nich zapisana na taśmie filmowej akcja „Gordon  Makes Us Drunk”, w ramach której artyści metodycznie upijają się gordon ginem niemal do nieprzytomności.
 
Gilbert & George „The Wall”, 1986/Tate ModernNajważniejszym medium Gilberta i George’a od początku kariery była jednak fotografia. Zbudowali gigantyczne archiwum: w swoich zbiorach mają tysiące zdjęć krucyfiksów, dokumentacje graffiti i napisów z londyńskich murów, kolekcje ptasich odchodów sfotografowanych na chodnikach East Endu, zapasy portretów młodych ludzi z ulicznych subkultur i niezliczoną ilość innych motywów zorganizowanych w precyzyjne kategorie. W archiwum Gilberta i George’a honorowe miejsce zajmują wizerunki ich samych; każda praca duetu jest bowiem podwójnym autoportretem.

Demokratyczny ruch punk

W 1986 r. Gilbert i George, cieszący się już od dawna sławą wielkich brytyjskich artystów, ogłosili manifest „What Our Art Means” („Co znaczy nasza sztuka”). W przeważającej części był on deklaracją sztuki robionej z myślą o masowym odbiorcy: „Chcemy, aby nasza sztuka przemawiała prosto do Ludzi na temat ich Życia, a nie na temat ich wiedzy o sztuce. Dekadenccy artyści zajmują się sobą i wąskim kręgiem wtajemniczonych, lekceważąc zwykłego widza. Uważamy, że ta skomplikowana, niejasna i opętana obsesją własnej formy sztuka jest dekadencka i pozostaje okrutnym zaprzeczeniem prawdziwego Życia Ludzi”.
 
Gilbert i George realizowali ten demokratyczny program artystyczny od początku lat 70., choć ich prace niekoniecznie odpowiadają wyobrażeniu o „sztuce popularnej” czy „twórczości dla mas”. Ich sztuka rzeczywiście trzyma się blisko tzw. prawdziwego życia, co nie znaczy jednak, że jest przyjemna, kojąca czy łatwa. Przeciwnie, w czarno białych kompozycjach z lat 70. królują takie tematy, jak rozkład, seks, kurz, picie na umór. W serii „Dirty Words Pictures” („Brzydkie słowa”) z końca lat 70. artyści umieścili fotografie wulgarnych napisów na murach, wyrażających gniew, agresję i frustrację pogrążonej w społecznym i ekonomicznym kryzysie Wielkiej Brytanii. Te prace doskonale wpisują się w atmosferę epoki, w której narodziła się antykultura punk – nawet jeżeli ubrani w garnitury artyści wydają się w swoich własnych pracach przeciwieństwem punkowców.

Kontrowersyjne rebusy

Gilbert & George „England”, 1980/Tate ModernW latach 80. Gilbert i George wprowadzili do swoich dzieł kolor. Wypracowali własny, rozpoznawalny styl łączący elementy pop artu, punku, surrealizmu, plakatu i awangardowego fotomontażu. Wizerunki samych autorów, którzy we własnych pracach pojawiali się niczym postacie z komiksu czy kreskówki, zaczęły funkcjonować na prawach popkulturowych ikon. Atrakcyjna forma kryje tu niepokojące treści. Wśród wykorzystanych do kolaży elementów znajdziemy m.in. mikroskopowe zdjęcia krwi, moczu, spermy i śliny autorów. Oni sami występowali często w prowokacyjnych erotycznych pozach, bardzo swobodnie też poczynali sobie z symboliką religijną. Kolaże Gilberta i George’a przypominają skomplikowane rebusy ułożone z fragmentów rzeczywistości według przewrotnej logiki ekscentrycznych artystów. Niejednoznaczność tych obrazów nieraz wprawiała publiczność w konsternację. Nic też dziwnego, że artyści ściągali na swoje głowy wszelkiego rodzaju oskarżenia. Piętnowano ich jako gejowskich dekadentów, pornografów, nihilistów, szydzących z religii obrazoburców, perwersyjnych zwyrodnialców i satanistów, ale także jako artystycznych populistów, rasistów, a nawet faszystów.
 
Do anonimowych garniturów Gilberta i George’a trudno jednak przykleić jakąkolwiek etykietkę. Fenomen ich sztuki polega bowiem między innymi na jej pojemności. Kwiaty, ekskrementy, krew, napisy, bezdomni, skinheadzi, Azjaci, chuligani, AIDS, terroryści, symbole wiary, seksualne fetysze, obrazy śmierci, horror i czarny humor – wszystko to mieści się w fotokolażowej machinie obrazów brytyjskich artystów. Tu wszystko może być tworzywem sztuki. I wszystko nim bywa, bo sztuka Gilberta i George’a polega na rekonstruowaniu z fragmentów obrazu świata – oczywiście świata według dwóch nienormalnie normalnych starszych panów z East Endu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Vivian Maier – fotografka, która była jak duch

Portret młodej elegantki autorstwa Vivian Maier. (Fot. materiały prasowe © Estate of Vivian Maier, Courtesy of Maloof Collection and Howard Greenberg Gallery, NY)
Portret młodej elegantki autorstwa Vivian Maier. (Fot. materiały prasowe © Estate of Vivian Maier, Courtesy of Maloof Collection and Howard Greenberg Gallery, NY)
To zdjęcie autorstwa Vivian Maier, jedno z co najmniej 150 tysięcy, które zrobiła przez pół wieku. Dziś możemy tylko snuć teorie, dlaczego za życia nigdy żadnego nie opublikowała, zachowując je tylko dla siebie.

Portret młodej elegantki, która wygląda, jakby weszła w kadr prosto ze „Śniadania u Tiffany’ego”, został zrobiony w 1954 roku przed biblioteką publiczną w Nowym Jorku. Bohaterka zdjęcia przykuwa uwagę urodą, ale jej tożsamość pozostaje nieznana. W jeszcze głębszym cieniu tajemnicy pogrążona była jednak twórczość autorki tego portretu. Vivian Maier (1926–2009) – dziś zalicza się ją do najwybitniejszych postaci amerykańskiej fotografii drugiej połowy XX wieku. Tyle że za życia artystki świat nie miał pojęcia o jej istnieniu, a tym bardziej o jej imponującym dorobku.

Maier była jak duch. Żyła samotnie i pilnie strzegła swojej prywatności. Przez kilkadziesiąt lat utrzymywała się z opieki nad dziećmi, mieszkając w domach kolejnych pracodawców. Mówiła z akcentem, więc brano ją za Francuzkę, ale rodziny, z którymi żyła, nie wiedziały tak naprawdę nic pewnego o jej pochodzeniu, przeszłości czy rodzinie. W pamięci podopiecznych zapisała się jako ktoś w rodzaju Mary Poppins – ekscentryczna, choć inspirująca niania. A także osoba, która nie rozstaje się z aparatem fotograficznym.

W 2007 roku John Maloof, z zawodu agent nieruchomości, a z zamiłowania zbieracz staroci, kupił pudło pełne fotograficznych negatywów. Zbiór pojawił się na aukcji majątku pochodzącego z przechowalni do wynajęcia, których klienci przestali płacić za swoje schowki. Jedną z takich niewypłacalnych klientek była Maier, która przekroczyła już osiemdziesiątkę, zmagała się z problemami psychicznymi i powoli traciła kontakt z rzeczywistością; dwa lata później zmarła w domu opieki.

Tymczasem Maloof, studiując nabyte negatywy, nabierał przekonania, że ma do czynienia z pracami artystki wybitnej – z kimś na miarę klasyków fotografii dokumentalnej, takich jak Robert Frank czy Diane Arbus. Poszedł więc tropem tajemniczej autorki, zaczął skupować i promować jej dorobek, a w 2013 roku wyprodukował film dokumentalny „Szukając Vivian Maier”, który zdobył nominację do Oscara i stał się hitem filmowych festiwali. Dziś zdjęcia fotografki krążą po świecie, pokazywane na cieszących się ogromną popularnością wystawach.

Historia Vivian Maier jest niezwykła, ale byłaby tylko interesującą anegdotą, gdyby nie magnetyczna siła jej prac. Fotografowała życie codzienne, ale potrafiła zmieścić w kadrze niezwykłość kryjącą się w zwykłych sytuacjach. Była samotniczką, a jednak w jej portretach obcych osób, które fotografowała na ulicach Nowego Jorku czy Chicago, jest głębokie zrozumienie drugiego człowieka. Formalnie rzecz biorąc, była amatorką. Ale czy to słowo pasuje do kobiety, która fotografowała przez pół wieku i wykonała co najmniej 150 tysięcy zdjęć? Dlaczego nikomu ich nie pokazywała? Odpowiedzi na to pytanie już nie poznamy, podobnie jak nie dowiemy się, czy cieszyłaby się ze sławy, jaką dziś otoczone jest jej nazwisko. Pewne jest tylko, że choć Vivian Maier za życia uznania się nie doczekała, i być może nawet w ogóle go nie pragnęła, to w pełni na nie zasługuje.

Najbliższe wystawy fotografii Vivian Maier to ta w FoLa w Buenos Aires, otwarta do 4 lipca, oraz w Musée du Luxembourg w Paryżu, której otwarcie przesunięto z marca na 15 września.

„Szukając Vivian Maier”, dokument poświęcony fotografce, można obejrzeć na platformach: Nowe Horyzonty, Cineman, VOD.pl, E-Kino pod Baranami.

  1. Kultura

Tkane historie – z wizytą u podlaskich tkaczek

Karolina Radulska przy krosnach. (Fot. Karolina Jonderko)
Karolina Radulska przy krosnach. (Fot. Karolina Jonderko)
Jest ich zaledwie 14. Na swoich krosnach podlaskie tkaczki snują − w dwóch kolorach − opowieści o życiu, przyrodzie, otaczającym świecie. Tak powstają unikalne i zjawiskowe tkaniny dwuosnowowe, niemal zapomniana już sztuka ludowa.

Do tej historii doskonale pasowałby początek „Za górami, za lasami…”. Są w niej bowiem krosno i wrzeciono oraz bajkowo brzmiąca nazwa „Kraina Wątku i Osnowy”. Poza tym historia dzieje się jak najbardziej współcześnie, a wspomniana kraina znajduje się jakieś dwie i pół godziny jazdy samochodem od Warszawy.

O niewielkim Janowie, położonym na obrzeżach Puszczy Knyszyńskiej, mówi się, że to stolica polskiej tkaniny dwuosnowowej. Wełnianej, utkanej z dwóch kolorów nici na liczących czasem nawet ponad sto lat krosnach, takiej, której powstanie zajmuje dużo czasu i wymaga cierpliwości. Tkaniny wykonywanej unikalną techniką dwuosnowową, która przetrwała na tych terenach od drugiej połowy XIX wieku.

Tkanina nad którą pracuje Karolina Radulska. (Fot. Karolina Jonderko)Tkanina nad którą pracuje Karolina Radulska. (Fot. Karolina Jonderko)

− Od tamtej pory dwie rzeczy pozostały niezmienne: materiał i metody. Dwuosnowowe tkaniny zawsze powstają z nici wełnianej, którą pozyskujemy z gór, to musi być stuprocentowa owcza wełna. Tkaczki najpierw przędą na kołowrotku nici, następnie je skręcają i barwią. Kiedyś do nadania kolorów używano kory drzew, liści pokrzywy czy łusek cebuli. Dzisiaj stosuje się farby syntetyczne. Potem tworzą osnowę, czyli sposób ułożenia nici. Charakterystyczne jest to, że tkaniny u nas zawsze powstają z dwóch kontrastowych kolorów − podkreśla Karolina Radulska, najmłodsza tkaczka i jednocześnie opiekunka Izby Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie. Wychowała się w Wasilówce w gminie Janów. Tkać nauczyła się od swojej teściowej Danuty Radulskiej.

Przyznaje, że tkanie pozwala jej nie tylko kontynuować rodzinną tradycję, lecz także pokazywać światu znakomitą sztukę ludową i chronić ją w ten sposób od zapomnienia. − Do tego mam poczucie, że tworzę coś pięknego i naprawdę wartościowego. I jednocześnie jestem w gronie 14 kobiet w Polsce, które potrafią tworzyć w tej najtrudniejszej technice tkackiej.

Tkanina „Kolędnicy” autorstwa Heleny Malewickiej. (Fot. Karolina Jonderko)Tkanina „Kolędnicy” autorstwa Heleny Malewickiej. (Fot. Karolina Jonderko)



Izba Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie, którą się opiekuje, powstała 35 lat temu i zgromadziła w tym czasie prace ponad 20 artystów, którzy na przestrzeni tych lat tworzyli na tym terenie. Ściany zdobi ponad 50 dywanów i makat ich autorstwa. Wśród nich jest także praca Karoliny Radulskiej. Artystka podkreśla, że tkanina dwuosnowowa zawsze była jej bliska, bo do wąskiego grona podlaskich tkaczek, które stosowały tę technikę, należała jej babcia Aurelia Majewska. − Kiedy była młoda, na początku XX wieku, w Janowie pojawiła się Eleonora Plutyńska, artystka i profesorka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Zafascynowana tkaninami zaczęła współpracę właśnie z moją rodziną, czyli babcią, rodziną Jaroszewiczów, Aleksandrą Radulską czy Reginą Maselbas.

Karolina Radulska przyznaje, że postać Eleonory Plutyńskiej miała bardzo duży wpływ na historię tkaniny dwuosnowowej. Dzięki jej współpracy z podlaskimi tkaczkami pojawiły się nie tylko nowe motywy wzornictwa, lecz także sposób tkania – wytwarzane tym sposobem dywany stały się grubsze.

Ludgarda Sińsko i jej praca 'cztery pory roku'. (Fot. Karolina Jonderko)Ludgarda Sińsko i jej praca "cztery pory roku". (Fot. Karolina Jonderko)

Ważnym elementem tkanin dwuosnowowych są kompozycje tematyczne, które na nich powstają. Każda z tkaczek ma swój charakterystyczny, rozpoznawalny motyw. Wzory dzielone są na trzy kategorie: tradycyjne, związane z Eleonorą Plutyńską oraz opowiadania. Te pierwsze są najstarsze i przekazywane z pokolenia na pokolenie, nawiązują często do świata roślin, przykładem mogą tu być kwiaty czy gałązka winorośli. Opowiadania to z kolei historie utkane na dywanach, na przykład: las, zabawa, cztery pory roku. Eleonora Plutyńska pokazała natomiast tkaczkom, że mogą tworzyć z głowy, czyli po prostu motywy, które same wymyślą. Te trzy kategorie wzorów można też mieszać. Wszystko zależy od tego, jaką historię chce opowiedzieć autorka albo jaki motyw przewodni zamówi klient. Janowskie tkaczki tkają nie tylko dywany. Można u nich zamówić makatę na ścianę, poszewki na poduszki, torby, a nawet zakładki do książek. Ich prace są znane na całym świecie i trafiły do wielu galerii oraz kolekcji muzealnych, między innymi: w Niemczech, Szwajcarii, Stanach Zjednoczonych, Australii czy Japonii.

Izba Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie z muralem namalowanym przez Arkadiusza Andrejkowa. (Fot. Karolina Jonderko)Izba Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie z muralem namalowanym przez Arkadiusza Andrejkowa. (Fot. Karolina Jonderko)


Kilka lat temu, dla podtrzymania, ale też ożywienia tradycji tkackich w regionie, powstał Szlak Turystyczny „Kraina Wątku i Osnowy”. Prowadzi przez tereny dwóch gmin, Janowa i Korycina, bo tutaj mieszka większość tkaczek. Szlak obejmuje 14 pracowni. Kiedy wchodzimy do jednej z nich, w Janowie, słychać najpierw charakterystyczny stukot pracy krosna. Niewielka pracownia wypełniona jest słońcem, a na ścianach porozwieszane są tkaniny dwuosnowowe, wszędzie widać leżące nici. Światło, które wpada przez okno, ciepło oświetla uśmiechniętą Ludgardę Sieńko, która właśnie pracuje przy ponadstuletnim krośnie. Pochylona ze skupieniem tka kolejny dywan, który tym razem pojedzie do Gdańska. − Klientów mam z całej Polski, ale też z innych krajów. Najczęściej zamawiają właśnie dywany, a taki o wymiarach, powiedzmy, półtora metra na dwa to jest dużo pracy. Zajmuje przynajmniej miesiąc – pani Ludgarda wie, co mówi, ma za sobą kilkadziesiąt lat doświadczenia.

Każdego roku, zazwyczaj latem, w Janowie odbywają się warsztaty tkackie, podczas których tkaczki dzielą się swoimi umiejętnościami. Wtedy też organizowany jest dla artystek konkurs na tkaninę dwuosnowową. Tak będzie i w tym roku. Przez lipiec i sierpień w Izbie Tkactwa Dwuosnowowego będzie można wziąć udział w warsztatach. 12 września planowane są rozwiązanie konkursu oraz Janowskie Sploty – Święto Tkactwa i Tradycji.

  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.