1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Łódź Borysa Szyca

Łódź Borysa Szyca

Pierwszy sukces przyniósł mu spektakl „Bambini di Praga”  według Hrabala w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Za rolę Bucefała otrzymał Feliksa. I tak już zostało. To znaczy z tym sukcesem. Szyc równie swobodnie czuje się w teatrze, w filmie, a ostatnio O czym marzy? „Żeby z mojej córki Soni wyrosła twarda kobitka z charakterem!” – śmieje się najbardziej chłopięcy tatuś pod słońcem.

 

Przedszkole

Miałem najfajniej ze wszystkich dzieci. Ja i mój kolega Tomek Koszmider mieszkaliśmy naprzeciwko przedszkola, więc gdy panie wyprowadzały nas latem do ogródka, to łatwo było wyjść przez siatkę i uciec do domu. Ogródek przedszkolny i nasz dom dzieliły dodatkowo garaże, które były ważnym punktem w życiu małego chłopca, bo musiał z nich skoczyć, żeby poczuć się bardziej męski.

Nosiłem oczywiście jak każdy wtedy rajtuzy, które dostarczały mi strasznych przeżyć i upokorzeń. Zawsze były trochę przydługie, więc się w nie człowieczka wkładało i wciągało maksymalnie do środka, a gumka aż do sutków podchodziła. Trauma rajtuzowa przechodzi najwyraźniej z pokolenia na pokolenie. Teraz ja tak wciągam córkę, ale ją dla odmiany to bardzo śmieszy.

W przedszkolu kochałem się w pani Krysi, wychowawczyni. Z nią byłem na pierwszej randce w życiu w Horteksie przy Piotrkowskiej. Mama założyła mi na tę okazję białą koszulę, zawiązała aksamitkę oraz dała kasę, żebym mógł się poczuć facetem. Jedliśmy lody. (Szalałem za takimi z advocatem, bo chyba bardzo mnie już wtedy ciągnęło do trunków). Nie poruszaliśmy żadnych ważnych tematów, ale to było dla mnie ogromne przeżycie. Nie wiedzieć czemu, starsze dziewczyny zawsze mnie pociągały. Może przy nich czułem się jakiś taki bardziej dojrzały? Ostatnio Krysia spotkała się z moją mamą i zadzwoniły do mnie. Bardzo jest zawsze podniecona, gdy gdzieś coś o mnie przeczyta.

Dom

Róg Czerwonej i Wólczańskiej. Tu mieszkałem od urodzenia aż do wyprowadzki do Warszawy na studia. Moja mama potem też się stąd wyniosła. Pojawił się, nie wiedzieć skąd, prywatny właściciel, choć wcześniej powiedziano nam, że prawowici właściciele nie żyją. To były pewnie jakieś machloje. No, ale przyszedł ktoś, kto dowalił kosmiczne czynsze, i musiała się skończyć przygoda z piękną, starą, przedwojenną kamienicą, z mieszkaniami wysokości czterech metrów. Nasze miało 120 mkw., a sam pokój stołowy – 44. Gdy przyjechałem do Warszawy, okazało się, że kawalerka na własność to już jest całkiem niezły metraż. Teraz już jednak na szczęście wszystko sobie odbiłem, mieszkam na 150 m w przedwojennym domku.

Moja mama ma na imię Karina, to ona mnie wychowywała. Zawsze gdy spotykam jakąś inną Karinę, to mi się cieplej robi. Mama zawsze była osobą bardzo silną, twardą, ambitną i niepoddającą się losowi, który ją doświadczał dosyć mocno. Trudno jest przecież wychowywać samodzielnie dziecko, pracować i próbować się jeszcze jakoś spełnić (jest architektem wnętrz). Wszystko mi zapewniła. Gigantka prawdziwa. Choć kochałem mamę, byłem wredny i ohydny, myślę, że my, dzieci, umiemy okazywać uczucia do jakiegoś piątego roku życia, a potem... ciężko to przychodzi.

Mama broniła się bardzo przed moim wyjazdem do Warszawy, bo poznała trochę środowisko aktorskie, zna paru zmęczo-nych życiem alkoholików i kilku pogiętych psychicznie. Chciała więc jak każda mama zapewnić mi bezpieczniejszy zawód typu lekarz albo prawnik. Teraz wygląda jednak na zadowoloną. Przeniosła się do Warszawy i próbuje sił na nowo. Pewnie trudno jest osobie pięćdziesięcioparoletniej całkiem zmieniać środowisko, ale na szczęście ja już jestem dużym chłopcem. Teraz ja mogę jej pomóc.

Podstawówka nr 46 im. Józefa Chełmońskiego

Dała mi same dobre rzeczy. W ogóle miałem szczęście do szkół. Na środku korytarza jest ogromny obraz Chełmońskiego z paletą w ręku. Podziurawiony trochę, pomalowany kredkami.

W szkole nawiązałem parę przyjaźni, które trwają do dzisiaj. Moja przyjaciółka Marta GrzeliŃska jest chrzestną mojego dziecka. Raz tylko, w piątej klasie, eksperymentowaliśmy z miłością, ale doszliśmy do wniosku, że nie chodzi o miłość, tylko o przyjaźń. Jestem chomikiem, więc mam z tamtych czasów wszystkie listy, pamiętniki, listy miłosne, minikarteczki typu: „Myślę o tobie, nawet jak cię nie ma”, pocztówki. Każdy rok opisany. To są moje skarby. Trzymam je w szkatułce, takim moim świętym Graalu. Jak mam zły humor, to sobie ją otwieram i lecę tak przez swoje życie.

Moja dziewczyna z czasów od pierwszej do trzeciej klasy nazywała się Ewa Kalamat. Bardzo się w niej kochałem. Miała długie włosy, prawie do pupy. Nasza jedyna pieszczota erotyczna, nazwijmy to tak, polegała na tym, że ona siedziała w ławce, a ja za nią, i tych jej włosów sobie dotykałem. Bardzo niewinne i bardzo wyrafinowane. Mój dziadek miał rodzinę w Niemczech, więc zdarzyło mi się dwa czy trzy razy tam pojechać. Przywoziłem Ewie ołówki, kolorowe gumki do ścierania, piórniki. Miała całą kolekcję. Ale kiedyś nie dała mi już dotykać włosów. To co? To się obraziłem. To był koniec naszej miłości.

Później była Kaśka Rosłońska. Silna namiętność. Z nią się pierwszy raz pocałowałem z językiem. W siódmej klasie albo szóstej. Byłem tak z siebie zadowolony i dumny! Wiedziałem, że od tej pory już nikt mi nie podskoczy, bo ja już to robiłem! To były czyjeś urodziny, granie w butelkę. Ci, których połączyła butelka, wychodzili do łazienki na dwie minuty. Co tam robili, to już od nich zależało.

Potem mój kolega Damian się kochał w Kaśce i ja  w odwecie walnąłem go z tak zwanej główki. Miał guza na czole, pierwszy raz w życiu widziałem guza na czole. Damian dostał wstrząśnienia mózgu, a mnie chcieli wyrzucić ze szkoły.

LO nr 26

Ze słynną dyrektor Falak Danutą, która była bardzo ostra i z pozoru oschła, tak naprawdę jednak strasznie kochała tę szkołę, prawie w niej mieszkała. W podstawówce byłem olimpijczykiem z geografii, więc dostałem się do tego bardzo dobrego liceum bez egzaminów.

Ponieważ nie miałem egzaminów, tylko rozmowę kwalifikacyjną, to ją sobie olałem. Zachowałem się jak pajac i zamiast do klasy menedżerskiej, jak chciałem, trafiłem do klasy humanistycznej. Było w niej tylko dwóch chłopców. Mama przeraziła się, że zostanę homoseksualistą, więc przeniosła mnie do klasy biologiczno chemicznej, w której spędziłem półtora roku. Myślałem nawet o medycynie, bo nigdy nie obawiałem się trupów i cięcia, potem udało mi się jednak przenieść do klasy menedżerskiej.

Po lekcjach całymi godzinami ślęczałem przed telewizorem i oglądałem teledyski Michaela Jacksona. Robiłem to zresztą od dziecka. Ćwiczyłem ruchy, tańczyłem i śpiewałem. To mi zostało do dziś. Tańczę, śpiewam, non stop mówię sam do siebie. Na ulicy też mi się to często zdarza. Na szczęście teraz są te zestawy słuchawkowe, więc ludzie myślą, że z kimś innym rozmawiam przez telefon.

 
Dyrektorka Danuta organizowała festiwal. Każdy, kto coś tworzył, pisał, rysował, malował, uklecił cokolwiek, mógł to pokazać innym. Tak nawiązałem największą moją przyjaźń męską – z Marcinem Nowakiem, z którym widuję się codziennie do dziś, bo mieszka obok mnie na Saskiej Kępie. Zaczęło się od tego, że kochaliśmy się w tej samej dziewczynie i nienawidziliśmy się z tego powodu strasznie. Ona wybrała jego, skurczybyka. Ale później go zostawiła. Ja i Marcin pogodziliśmy się na 40-osobowym wyjeździe do Zakopanego i od tamtej pory wszystko robiliśmy razem.

Na szkolny festiwal przygotowaliśmy jednoaktówkę Mrożka „Serenada”. Zrobiliśmy scenografię – był to kurnik, w którym siedziały trzy kury, czyli nasze koleżanki. Ja byłem kogutem, który je pilnował, a Marcin lisem, który przychodził, żeby je poderwać. Pierwszy raz stanąłem na scenie – to było dla mnie niesamowite przeżycie, przyjemne, mrowiące. To ciągnie. Jest to pewnie jakiś rodzaj egocentryzmu, bo lubisz być w centrum, lubisz, jak na ciebie patrzą. Nie jestem zwolennikiem zostawania aktorem z racji chęci zabicia swoich kompleksów albo otworzenia się. Może to wielu ludziom pomogło. Ja zostałem aktorem, bo czułem, że tak musi być. Jest mi z tym po prostu dobrze. Poczułem, że jestem performer i muszę występować. I już.

Ulica Żubrowa

Do pubu na Żubrowej uciekało się z lekcji, piło się piwo, paliło fajki. Robiłem to wszystko. Byłem niegrzecznym chłopcem. Przede wszystkim jednak na Żubrowej prowadziliśmy rozmowy na temat naszych marze . Ja marzyłem już wtedy, żeby zostać aktorem. Nakręciliśmy tam z kumplami 200 filmów, w naszych głowach oczywiście. Przeczytaliśmy mnóstwo książek, zrobiliśmy tysiące projektów. Te pomysły się z nas wprost wylewały. Odbywała się tu taka duchowa współmotywacja, powiedzmy.

Borys SzycDużo romansów też pamiętam, bo na zewnątrz rosło mnóstwo krzaków. Byłem kochliwy, ale żeby wszystko było jasne, nie kochałem tych wszystkich kobiet naraz, tylko po kolei… Pisałem wiersze, podchodziłem do miłości bardzo poetycznie. Oczywiście byłem też stałym bywalcem toalety, w której stawaliśmy się dorośli. Miałem kolegę, który jarał najpierw papierosa normalnego, a palce miał owinięte kartką papieru, żeby mu nie śmierdziały. Po czym palił mewę miętową, żeby mu nie śmierdziało z gęby. Jakby to coś zmieniało. Był wtedy szał na papierosy Westy Ice. Jakieś takie niby lodowe.

Blue Monday

Klub bilardowy (już go nie ma niestety) stał się moim drugim domem. Byłem zapalonym graczem, do tej pory zresztą jestem, ale wtedy grałem codziennie. To było jedno z moich pierwszych źródeł dochodu, bo oczywiście grałem na pieniądze. Jak się dobrze grało, to sporo można było wygrać. Zdarzało się też wtopić troszeczkę, ale byliśmy tam taką szajką bluemondayowską, która dokładnie wiedziała, jak kto gra. Grałem głównie z moim przyjacielem Mikołajem, z którym siedziałem w jednej ławce w podstawówce, chyba że nas rozsadzali, bo już nie dało rady. Mikołaj mieszka teraz w Irlandii, ale utrzymuję z nim kontakt do dziś.

Zobacz również koszulki sportowe z nadrukiem

Rave

Zawsze my we dwóch. Mikołaj i ja. Na dyskotece kółko tańczących, a my w środku robiliśmy show. Mój chrzestny miał dyskotekę na Widzewie, Dagor to się wtedy nazywało. Chodziło się tam co weekend. Boże, co to były za czasy! Ta muza tam tak naprawdę była straszna. Niekończący się utwór przez cały wieczór. Chamskie bity.

Łódź była miejscem, w którym rozkwitł tzw. rave. W pierwszych rave’owych klubach każdy miał białe rękawiczki, gwizdek, dookoła błyskały ultrafioletowe światła. Wyobrażasz sobie, jak cała dyskoteka macha łapami i gwiżdże? Na tym to polegało. Mikołaj robił sobie jeszcze na czole ultrafioletowym mazakiem różne głupie napisy.

Za młodu to się oszczędzało, więc się nie piło w klubie, tylko przed wejściem – raz, raz na ławce z kolegą. Sam próbuję sobie siebie wyobrazić w tym wydaniu – to musiało być straszne i śmieszne zarazem.

Konie

Pół mojego życia to jeździectwo. Skoki przez przeszkody w łódzkim Klubie Jeździeckim. Tam zaczynałem. Oczywiście mama mnie w to wkręciła. Sprzedała obraz Kossaka, żeby mi kupić konia. Później go utrzymywała, walczyła o to bardzo.

To była kobyłka koloru złotego, nazywała się Brama. Musieliśmy ją sprzedać, gdy dostałem się do Szkoły Teatralnej w Warszawie. Brama nadal wygrywa mistrzostwa Polski. Chciałbym ją kiedyś odkupić, nawet jakby miało to być jej dożywocie.

Lofty w Starej Przędzalni

Promuję je troszkę. Zawsze marzyłem o takim lofcie, jakie są w Nowym Jorku. I tu, w starej fabryce, miejscu, gdzie Wajda kręcił „Ziemię obiecaną”, Australijczycy budują piękne lofty, trzypoziomowe, z wielkim tarasem.

Łódź jest w ogóle pod względem architektury fabrycznej miejscem unikalnym. Do niedawna jednak nikt nie miał pomysłu, jak to wykorzystać. Teraz powstają genialne, ogromne inwestycje. Księży Młyn na przykład czy Centrum Manufaktura po odnowieniu zabytkowego zespołu fabrycznego Izraela Poznańskiego.

Liczę na to, że łódź będzie się rozwijać. Być może wróci też do swojej świetności centrum filmowego. Jest już Camerimage. We wrześniu odbędzie się festiwal Wena dla internautów. Każdy może wysłać swoją MP3 kę.

Teraz nie mogę się przeprowadzić z powrotem do Łodzi. Ale co będzie kiedyś? Nie wiadomo.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.