1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Mariusz Wilczyński - W lesie animacji

Mariusz Wilczyński - W lesie animacji

Z malarzem, performerem, wyjątkową postacią polskiej animacji – Mariuszem „Wilkiem” Wilczyńskim o życiu, sztuce i leśnym poszyciu rozmawia Joanna Chludzińska.

- Na tegorocznym festiwalu Era Nowe Horyzonty czeka nas zakrojony na szeroką skalę projekt związany z Twoją osobą. Będzie to bowiem nie tylko retrospektywa Twoich filmów, ale i przegląd filmów Twoich studentów, zostaną pokazane Twoje ulubione animacje, Twój ulubiony film, pojawi się także książka o Twojej twórczości. Masz 48 lat, od 14 lat robisz animację. Cofnijmy się do tego chłodnego jesiennego wieczoru czy mroźnego zimowego poranka czy… no właśnie. Kiedy to wszystko się zaczęło?

-To zaczęło się trochę przez przypadek i wszędzie deklaruję, że jestem w materii animacji samoukiem. To, co robię, od początku do końca jest moje, wszystko wymyśliłem sam, nigdy nie pytając nikogo o radę. Oczywiście jest w tym trochę kokieterii, bowiem skończyłem Akademię Sztuk Pięknych i to u świetnych profesorów (malarstwo u prof. Stanisława Fijałkowskiego i drzeworyt u prof. Andrzeja Bartczaka), co oznacza, że nie jestem kolejarzem ani brukarzem ani kucharzem, którym nagle zachciało się tworzyć animację. Cały czas pracowałemgdzieś w technikach pokrewnych, funkcjonowałem w krwioobiegu sztuki. Animację tworzę na własnych zasadach, które odbiegają od powszechnie przyjętych. Muszę o tym pamiętać, zwłaszcza jako pedagog, kiedy uczę studentów. Ja podjąłem ryzyko autorskiego, osobnego działania i mi się udało, ale nie każdego można wypuścić od razu na tak głębokie wody. Najpierw trzeba zdobyć jakieś podstawy. Oczywiście uwrażliwiam moich studentów na otwarcie głowy, na wrażliwość wyobraźni i coś, co jest dla mnie najważniejsze w sztuce, czyli stworzenie własnego idiomu, mówienie tylko swoim głosem.

- No dobrze, ale w takim razie czy kończąc ASP myślałeś o animacji?

- Nie, no co ty. Ja byłem malarzem i z moimi przyjaciółmi: nieżyjącym już niestety Maćkiem Szewczykiem, Darkiem Fietem i Mariuszem Wolańskim założyliśmy grupę performerską „Light Open Society”. Byliśmy pierwszymi VJ-ami w Polsce. To był rok ‘87. Tworzyliśmy wspólnie z wrocławskim zespołem Kormorany, bardzo ekscentrycznym i awangardowym, jak na tamte czasy. Robiliśmy spektakle na żywo. To polegało na tym, że my na ekranie w czwórkę improwizowaliśmy, używając slajdów i projektorów filmowych, budowaliśmy wspólny obraz czasami ruchomy, a czasami nie, powstawały też jakieś animacje, do muzycznych improwizacji wrocławskiej ekipy. To był zaczyn mojej dwutorowej drogi – bycia performerm i bycia animatorem. Z różnych powodów po jakimś czasie przestało mi pasować pracowanie w grupie. Stałem się trochę egocentrykiem. Po teledysku „O sole Mio” dostałem propozycję zrobienia scenografii do programu „Goniec Kulturalny” i przyjąłem ją, bo wspólnie z dziewczyną nie za bardzo mieliśmy wtedy kasę, chcieliśmy pojechać na jakieś wakacje nad morze. Pamiętam, że jedliśmy ciągle jakieś mrożonki albo serki homogenizowane. A ja zawsze chciałem dobrze żyć, bo uważam, że to polska bzdura pt. „tylko artysta głodny jest wiarygodny”. Pieniądze bardzo pomagają realizować swoje marzenia, iść do przodu. Po zrobieniu scenografii i tak musiałem siedzieć w telewizji przy nagrywaniu dubli. W programie było takie okienko literackie, gdzie Jacek Kopciński mówił o nowościach wydawniczych. Kiedy on mówił, ja automatycznie zacząłem robić rysunki. Zobaczyła to Ela Rottermund, ówczesna szefowa, i ona zaproponowała mi bym rysował do każdej książki ilustrację. A ponieważ jestem ambitny, z tygodnia na tydzień rysowałem coraz więcej. Przyszedł taki moment, że skleiliśmy te rysunki i to ożyło. Było to jedno z silniejszych doznań w moim życiu. W ciągu dosłownie trzech minut, wiedziałem, że wszystko, co do tej pory zrobiłem (głównie w malarstwie), już mnie nie interesuje. To było satori.

- To teraz pytanie o drugą stronę życia – przyszłość. Zegar pracy animatora bije znacznie wolniej niż reżysera filmów nieanimowanych. Ty masz już plany na duży kawałek swojego przyszłego życia. Teraz pracujesz nad „Zabij to i wyjedź z tego miasta”, w 2013 roku chcesz ukończyć „Mistrza i Małgorzatę”, w 2015 obejrzymy „Wodę ze sokiem”…

- To już nieaktualne. Przesunąłem te terminy. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” będzie w 2013. „Mistrza i Małgorzatę” skończę pewnie w 2018 roku, a „Na mój pogrzeb w czerwonej sukni przyjdź” w 2020.

- A „Wodę ze sokiem” kiedy?

- To już na starość, do trumny zrobię.

- Jaki zatem musi być animator, by się tak zamknąć w kopule czasowej? I gdzie w tym dalekosiężnym planowaniu jest miejsce na spontaniczność?

- Wszędzie. To tylko z boku tak wygląda. Ja nie jestem aż tak zamknięty. Co prawda mieszkam w lesie, ale ten las jest zaledwie dwadzieścia parę km od Warszawy. Raz w tygodniu mam zajęcia ze studentami, co jest dla mnie bardzo ważne. Następuje wtedy między nami szczególna wymiana energii. Poza tym się lubimy, dużo dyskutujemy. Fajnie patrzeć, jak oni się rozwijają. Moje dwie studentki z pierwszego roku, szalenie zdolne, koszą teraz najlepsze nagrody na festiwalach w Polsce. Nikt nie wie, o co chodzi. Mówię tu o Anicie Kwiatkowskiej-Naqvi i Natalii Brożyńskiej. Wracając do Twojego pytania: praca animatora to wolność, chociaż nie u każdego animatora ma ona taki sam wymiar. Ja nie jestem od nikogo uzależniony i to mi pasuje. Dostaję jakieś propozycje reklam, ale nie ma szans, bym tracił na nie czas. Jestem w tym względzie nie do kupienia. W filmie wszystko od początku do końca jest wymyślone, ale iimprowizowane, dlatego musisz narzucić sobie jakieś ramy czasowe, żeby nic ci się nie sypnęło, nie zapanował chaos. To jedyny sposób, by opanować tę lawę pomysłów. Praca nad animacją to swobodny lot, a określenie czasu na pracę to ustawienie słupów granicznych, żeby się w tym wszystkim nie roztrzaskać.

 
- W Twoich animacjach pojawiają się postaci „fantastyczne” jak z obrazów Boscha – hybrydyczne, trochę straszne, trochę śmieszne. Jak wygląda praca nad takimi postaciami? Podczytujesz może Owidiusza a może dużo śnisz?

- Teraz to już prawie nic nie czytam. Nie mam na to czasu. Oczywiście rodzi się we mnie poczucie dyskomfortu z przynależności do większej grupy polskiego społeczeństwa, tej nieczytającej, niestety. Codziennie pracuję po 8, 10, czasami po 12 godzin nazwijmy to twórczo i cały czas jestem pełną tubką, z której ta pasta artystyczna się wyciska. Zwróciłem się z tym problemem kiedyś, będąc jeszcze studentem, do mojego profesora na uczelni mówiąc, że prawie nic nie czytam. To mi odpowiedział, żebym nie czytał, jeśli moja wyobraźnia zupełnie wystarcza mi do tworzenia, nic złego się nie dzieje. Podobnie jest  z moim angielskim, znam go bardzo słabo. Na wystawę wMuseum of Modern Art w Nowym Jorku chciałem się nauczyć, dać sobie na to 6-8 miesięcy. Na co sam kurator z MoMA mi powiedział: „Niech się Pan nie uczy, szkoda czasu. Proszę rysować”. Mój czas się kurczy, więc chcę go maksymalnie wykorzystać.

- Współpracujesz ze świetnymi muzykami. Ale ja nie chciałabym pytać o to jak wam się układa ta współpraca, ale o pewną jakość, którą stwarza muzyka w Twoich animacjach. Ona nie jest ani ilustracyjna ani analogiczna do tego, co się dzieje w obrazie. Tym bardziej daleko jej do tautologii. Żyje jakby własnym życiem. Z tego splotu – Twojej kreski i muzyki rodzi się opowieść. A jak Ty myślisz o muzyce w Twoich animacjach?

- Używania muzyki nauczył mnie Tomasz Stańko. Przy animacji „Niestety” to ja miałem udźwiękowić film, a Tomek podłożyć muzykę. Kiedy do niego przyszedłem ze skończonym projektem, był nieco wzburzony: „Co ty chcesz z tego zrobić, Bolka i Lolka?”. Na początku zrobiłem to tautologicznie. Jeśli pojawiał się zegar, w tle było tykanie. Kiedy spadała kropla wody, słychać było jej uderzenie o dno wanny itd. Dzięki Tomkowi otworzyłem swoją głowę i zacząłem myśleć dźwiękiem tak, jak myślę obrazem, czyli nigdy po prostej linii, ale w trybie wolnych skojarzeń, niekrępujących wyobraźni dopełnień. Np. w „Niestety” kiedy płynie statek przez miasto, podłożone są odgłosy puszczy amazońskiej. W tym kontekście powstaje nowa jakość i puszcza brzmi jak miasto, a miasto staje się dziką puszczą. Staram się poszukiwać przez nieoczekiwana zestawienia nowych wartości.

- Kogo zaangażujesz muzycznie do swoich przyszłych projektów?

- Przy „Kizi Mizi” bardzo dobrze współpracowało mi się z Frankiem Kozłowskim (razem też robiliśmy muzykę do mojej oprawy TVP Kultura), jest bardzo kreatywny i tak naprawdę w 3 to są jego pomysły. U niego właśnie nagrywałem aktorów do nowego filmu.

- No właśnie o „Zabij to i wyjedź z tego miasta” chciałam zapytać, bo to kolejny krok i nowe oblicze Twojej animacji. W starszych animacjach Twoje postaci milczą, nawet wtedy, kiedy nie są to ryby, które z zasady nie mają głosu. W powstającym już od 3 lat filmie padnie dla odmiany dużo słów. Wiem, że swoich głosów użyczyli Ci tacy wielcy artyści jak: Andrzej Wajda, Irena Kwiatkowska, Krystyna Janda, Andrzej Chyra, Zbigniew Rybczyński i wielu innych. Muzykę w całości nagrał Tadeusz Nalepa. Dopowiesz coś jeszcze?

- W tym filmie będę miał trzy nośniki. Wcześniej głównie używałem dwóch: obrazu i muzyki. Teraz dojdą jeszcze słowa. Nawet jak Ci powiem kogo zagrają artyści to i tak to nic nie da. Na przykład Wredna Matka Łódzka w tramwaju to Magda Cielecka, Ucięta Głowa Berlioza i Woland jednocześnie to Zbyszek Rybczyński, kotem Behemotem będzie Daniel Olbrychski (jak widzisz będą grać w tym filmie postaci z następnego mojego filmu), Tadeusz Nalepa to Tadeusz Nalepa, a Zbigniew Boniek to Zbigniew Boniek. Mogę Ci powiedzieć, że Tomasz Stańko występuje jako Konduktor Nerwowy, Janusz Kondratiuk będzie Konduktorem Kierownikiem, a Marek Skrobecki Konduktorem Flegmatycznym. Krystyna Janda będzie główną postacią, jej synka Janka zagra Maja Ostaszewska, którego ojcem jest Andrzej Chyra. W szpitalu pracuje Krzysztof Kowalewski jako Pan Wacław. Andrzej Wajda zagra takiego dziwnego staruszka i nie wiemy czy bliżej mu do Kaczora Donalda czy do zbzikowanego powstańca warszawskiego. Film miał trwać początkowo 40 minut, później 60, a teraz ma 102 minuty. Widziało go bardzo niewiele osób: może 6, może 8 i każda z nich mówiła mi: „ale jak to, to przecież ma tylko 40 minut”. Na co ja: „Ależ nie, to trwa godzinę czterdzieści”. Nikt mi oczywiście nie wierzy, bo podobno tak szybko się ogląda, mimo że na razie jest to tylko animatik, tzn. ma czarne dziury. Cały czas pracuję nad tym filmem z najlepszym pod słońcem montażystą – Jarkiem Barzanem. Mam nadzieję, że animatik skończymy za dwa miesiące, a film do jesieni 2013.

- Podobno przy „Śmierci na 5” z muzyką Grzegorza Ciechowskiego były plany na coś dłuższego. Niestety z wiadomych przyczyn nie wyszło. Czy zamierzasz jeszcze kiedyś wrócić do tego projektu?

- A wiesz dostałem niedawno propozycję od Wojtka Waglewskiego i od Fisza, z którymi pracowaliśmy na „Męskim graniu”, by to dokończyć. Z pomysłem czegoś dłuższego wystartował na początku Grzegorz Ciechowski. Widział teledysk, który zrobiłem dla Stanisława Soyki i bardzo mu się spodobały wszystkie stworki przeze mnie namalowane. Nasz wspólny projekt nazywał dosyć enigmatycznie: „Polska Żółta Łódź Podwodna”. Wszystko miało się zaczynać i kończyć „Śmiercią na 5”. Prowadziliśmy wtedy na ten temat bardzo luźne rozmowy. W trakcie pracy Grzesiek umarł i naturalne dla mnie było przerwanie tego projektu.

- „Śmierć na 5” jest najbardziej oszczędna pod względem ruchu, przełamuje ruch dośrodkowy w Twoich animacjach, który może się kojarzyć z wpadaniem do króliczej nory jak w „Alicji z Krainy Czarów”. W ogóle bardzo dużo w Twoich animacjach spadania, wpadania, wypadania w nieustannym żywiole metamorfozy.

- To wszystko zależy od tego, o czym tak naprawdę chcesz opowiedzieć. W „Śmierci na 5” nie chciałem za bardzo szaleć, chciałem pokazać najprostszą alegorię życia, która w słowach jest banalna, ale w animacji mam nadzieję, że tak nie wypadła. To jest dziwne, ale ja nigdy nie miałem problemów z opowiadaniem za pomocą skojarzeń, paraleli, za pomocą języka wywodzącego się ze snu. Ja mam raczej większy kłopot z tym, żeby te gonitwy myśli zatrzymać, opowiadać wolniej. W „Kizi Mizi” jest zupełnie inaczej. To nie ruch się zmienia, ale postać. To głównie mysz przechodzi metamorfozę. Natomiast koty są zawsze takie same.

 
- „Z Armatą na Wilka” – taki będzie tytuł książki o Tobie i Twojej twórczości. Ma on chyba przełożenie na pewną realną historię o męskiej przyjaźni, która zaczęła się tragicznie, ale która trwa do dziś w dobrej formie.

- Pełny tytuł to „Z Armatą na Wilka. Animowany blues Mariusza Wilczyńskiego” i rzeczywiście jest to związane z pewną historią rzeczywistą. Mój pierwszy film „Szop, szop, szop, szopę…” z 1999 roku dostał jakąś miażdżącą recenzję Jerzego Armaty.

- Podobno był to jeden mały akapit.

- Ja zapamiętałem to jako miażdżącą wręcz recenzję. Jak każdy twórca jestem egocentrykiem. To był wtedy mój początek, debiut i trzeba przyznać, że to co przeczytałem w tekście Armaty było, tej wersji się będę trzymał, miażdżące.

- Do tego stopnia, że miałeś w planach podwójny mord.

- To była podrażniona ambicja. Ja nad „Szop, szop, szop, szopę…” pracowałem ponad rok, włożyłem w ten film całe moje umiejętności, całe moje doświadczenie i całą moją wrażliwość. Podstawą w mojej pracy jest to, że zawsze wszystko robię na maksa. Tu także. Wymyśliłem sobie, że zamiast Chopina granego klasycznie, co było wtedy dość oczywiste, będzie Stańko, Urbaniak, Steczkowska. Wszystko sobie sam zaplanowałem, wymyśliłem, poustawiałem i pokleiłem. No i kiedy dostałem tę recenzję, byłem roztrzaskany. Pamiętam, że przeżyłem to bardzo. Wryło mi się w pamięć nazwisko Armaty i postanowiłem, że jak go spotkam to chyba zastrzelę.

- I w końcu go spotkałeś.

- No tak. To było w Krakowie, ale całe szczęście obyło się bez zbrodni i kary. Tak jakoś zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że mamy wiele wspólnego.

- Na przykład lubicie animacje i bluesa. A co z literaturą? Ja do niej jeszcze na chwilę powrócę. Wiem, że planujesz adaptację „Mistrza i Małgorzaty”. Czy marzy Ci się przełożenie innego klasyka na język animacji?

- Ja tę książkę bardzo lubię i dziwię się, że do tej pory nikt tego w animacji nie zrobił. Adaptację „Mistrza i Małgorzaty” wymyśliłem sobie dużo wcześniej, ale były dwie rzeczy, które mnie przed tym hamowały. Po pierwsze nie byłem jeszcze gotowy, a po drugie czułem, że byłoby to jak wchodzenie w czyjeś buty, na czyjś grunt. Zwłaszcza, że z adaptacjami klasyki rosyjskiej kojarzy się Piotr Dumała. Z resztą Dostojewskiego uwielbiam i sam bym coś z „Sobowtórem”, „Biesami” czy  „Zbrodnią i karą” zrobił.

Zawsze myślałem, że „Mistrz i Małgorzata” to moja książka, intymna sprawa, a wyobraź sobie, że podczas przygotowań scenariusza, gdzieś przeczytałem, chyba w Wyborczej, że to ulubiona książka Polaków. I to mnie wtedy zmroziło, bo zapachniało łatwym sukcesem, czego zawsze staram się unikać. Dlatego nigdy np. nie zrobię reklamy. Mimo wszystko pracuję nad tą książką, nie potrafię się jej oprzeć. Myślę też, że najprawdopodobniej powstanie w języku angielskim.

- Na zakończenie dwa absurdalia. W swoich animacjach pozostajesz w stałej komitywie z kotem, psem, myszką. A jak to jest poza animacją?

- Z natury nie mówię o życiu prywatnym. Mam psa, a mieszkając w lesie na co dzień spotykam dużo innych zwierzątek. Nie wszystkie jednak włączam do animacji, jak widzisz. To są z resztą takie etapy. Pamiętam, że kiedyśw każdej mojej animacji musiał zajść albo wzejść księżyc. Są to pewne obsesje i intuicje, których nie sposób wyjaśniać.

- W czym balonik jest lepszy od parasola?

- A gdzie w moich animacjach są baloniki? A już wiem – rzeczywiście. Nigdy tak o tym nie myślałem. Umówmy się, że to są pewne rekwizyty. Skoro tak często się pojawiają to znaczy, że moja wyobraźnia jest jednak ograniczona. No patrz.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.