1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Wszystko wina kota!”: najnowsza książka Agnieszki Lingas-Łoniewskiej

„Wszystko wina kota!”: najnowsza książka Agnieszki Lingas-Łoniewskiej

Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Znana młoda pisarka tworzy swoje powieści pod pseudonimem Róża Mak. Wyłącza się z życia i wchodzi we własny świat. Każdy dzień organizuje więc po swojemu, według własnych potrzeb. Czy w jej osobistym życiu może zdarzyć się jeszcze coś wyjątkowego, na miarę bestselerowych powieści, które pisze? O pracy pisarki, swoich książkowych bohaterach i mężczyznach, którzy nie boją się uczuć opowiada w wywiadzie Agnieszka Lingas-Łoniewska – pisarka, autorka kilkunastu książek.

Zastanawiałam się, biorąc pod uwagę jak niezależne i urocze życie prowadzi główna bohaterka Lidia Makowska, czy faktycznie tak żyją pisarze?

Nie ukrywam, że część swoich doświadczeń pisarskich niejako „sprzedałam” mojej bohaterce, wykorzystując moje dotychczasowe, ośmioletnie doświadczenie pisarskie. Ale faktycznie, wygląda to bardzo podobnie. Piszę przy muzyce, zazwyczaj ubrana w dres, z nieokreśloną koafiurą na głowie. Nie lubię, gdy ktoś mi przeszkadza, zapominam o jedzeniu, piję dużo kawy, chociaż ostatnio przerzucam się na herbatę owocową, ale różnie z tym bywa. Ciągle tkwię w swoim świecie i dlatego zapominam o sprawach bieżących, generalnie żyć w domu z pisarką, to naprawdę ogromne wyzwanie dla pozostałych domowników.

Jedną z głównych postaci  jest uszczypliwy, znienawidzony przez bohaterkę krytyk literacki. Miała Pani kiedyś podobne doświadczenia?

Ależ oczywiście, trafiają do mnie różne recenzje, te dobre, te krytyczne, te krytykanckie, pełna paleta. Kiedy decydujemy się wyjść ze swoją twórczością do szerszego odbiorcy, musimy liczyć się z tym, że nasze książki trafią do różnych ludzi, o różnych potrzebach czytelniczych, gustach, oczekiwaniach i nie zawsze będą one tożsame z tym, co mamy do zaoferowania. Tworząc postać Jacka Sparrowa wykorzystałam częsty schemat, pojawiający się w blogerskim świecie, czyli czytanie książek autorów, którzy nie do końca nam pasują, aby zobaczyć, czy autor się rozwija, aby znaleźć jakieś lapsusy, aby po prostu mieć większą liczbę wejść na bloga. Powody są naprawdę różne. Mój Jack Sparrow tak do końca nie jest negatywnie nastawiony do twórczości Róży Mak, on stanowi raczej ten pozytywny obraz recenzenta, który docenia to co dobre w książce, ale i zwraca uwagę na pewne niedociągnięcia. No, ale to nie znaczy, że moja pisarka musi go za to uwielbiać :)

Zwróciło moją uwagę to, że prawie wszystkie postaci w Pani książce są dość "apetyczne": atrakcyjne, budzące sympatię, wrażliwe.. Czy to Pani sposób na "czarowanie" rzeczywistości?

Kiedyś na którymś z moich licznych spotkań autorskich, jedna czytelniczka powiedziała, że kocha czytać moje książki, bo skoro w życiu raczej mało romantyzmu i wspaniałych mężczyzn, to przynajmniej w moich powieściach może to znaleźć. I świetne jest zestawienie właśnie tych „apetycznych” postaci z często mrocznym wnętrzem, tragicznymi doświadczeniami i ciężkimi przeżyciami. To już staje się moim znakiem rozpoznawczym i jeśli ma to być czarowanie rzeczywistości, to mówcie mi czarodziejka!

Z czego bierze się chęć pisania komedii romantycznych? Czy to prezent dla stałych czytelników, którzy tego właśnie oczekują, czy jakaś własna potrzeba?

Zwykła pisarska potrzeba. W swojej twórczości uprawiam tak zwaną międzygatunkowość, piszę na ogół powieści o miłości, ale ta miłość osadzona jest w różnym świecie fabularnym. Mam na koncie książki sensacyjne, kryminał, teraz szykuje się thriller. Powieści typowo obyczajowe, dramaty i romanse. Jedną komedię też już napisałam, „Wszystko wina kota!” to moja druga przygoda z tym gatunkiem. Ja to nazywam płodozmianem, nie potrafię zamknąć się tylko na jednym gatunku literackim i wiem, że moi czytelnicy to doceniają. Tę różnorodność i świadomość, że w finale muszą być przygotowani na wszystko, nawet na śmierć głównego bohatera.

Bohaterki książki (4 przyjaciółki) skojarzyły mi się trochę z serialem "Seks w wielkim mieście". Czy postacie z Pani opowieści są całkiem wymyślone, czy zna Pani osoby, które stały się dla niej inspiracją?

Sama mam takie przyjaciółki, na które mogę liczyć, oczywiście ze wzajemnością. Ta książka to nie tylko romantyczna komedia omyłek, to także historia o prawdziwej kobiecej przyjaźni, o sile kobiet, o ich życiowych perypetiach i o tym, że dzięki przyjaźni o wiele łatwiej znieść przeciwności losu. Jeśli chodzi o same postaci, to są one w 100% przeze mnie wymyślone, jedynie Lidka vel Róża otrzymała ode mnie kilka „pisarskich” cech, a Tatiana odziedziczyła pewne moje doświadczenia z czasów, kiedy jeszcze pracowałam na etacie w korporacji.

Historia wypełniona jest przede wszystkim całą gamą uczuć i emocji, bardzo zróżnicowanych. Ciekawi mnie jednak, czy Pani książki recenzują/ czytają również mężczyźni. Pytam o to, ponieważ bohater książki (Jeremi) dużo mówi, ze swojej perspektywy, o tym, co czuje i co przeżywa, a to w sumie rzadkość, żeby mężczyzna tak jasno precyzował swoje odczucia... Nie chodzi mi oczywiście o samo ich przeżywanie (bo panowie potrafią być bardziej uczuciowi i romantyczni od kobiet), ale o ubieranie ich w słowa..

Mam męskich recenzentów, chociaż w mniejszości. Jeden z nich, autor bloga Nowalijki, jest nawet patronem medialnym tej książki i służył mi uwagami i radami podczas tworzenia historii pisarki i blogera. Mam także wśród mężczyzn wiernych czytelników, dostaję od nich maile z wrażeniami po lekturach i nie wyobraża sobie nawet pani, jak niektórzy z nich potrafią otwarcie pisać o emocjach. Więc to trochę taki stereotyp, że facet to tylko siekiera, broda i wycinka lasu. Właśnie przez takie pojmowanie męskości, oni często wolą nie dzielić się swoimi odczuciami, a szkoda, bo ich pojmowanie takich historii jest też bardzo interesujące.

Zresztą w Pani książce wielu jest fantastycznych, ciepłych, przystojnych mężczyzn, w dodatku wolnego stanu! Marzenie zapewne wielu kobiet...

Tak jak wspomniałam wyżej, lubię tworzyć bohaterów pięknych zewnętrznie, ale pogmatwanych wewnątrz, często z tragiczną przeszłością, czarną duszą i przechodzeniem na złą stronę mocy. Jeśli bohaterowi uda się wydostać, jest tym większa radość i ulga, że miłość jednak zwyciężyła. Bo moje książki to często powieści właśnie o uzdrawiającej sile miłości. Lecz nie zawsze się to udaje i wówczas czytelniczki (głównie) płaczą i mają wobec mnie mordercze zamiary :)

Prowadzi Pani stronę Czytajmy Polskich Autorów, gdzie zachęca Pani czytelników do odkrywania rodzimej literatury. Czy chętnie czytamy polskich autorów, czy jednak wybieramy zagranicznych?

Teraz się to zmienia, jest coraz więcej polskich autorów, którzy tworzą świetne powieści. Powstaje więcej grup czy stron internetowych, w których czytelnicy polecają sobie książki polskich autorów. Widzę to także na spotkaniach autorskich, na które jeżdżę praktycznie po całej Polsce. Zapraszają mnie biblioteki, w których to właśnie moje książki i książki innych polskich pisarzy są czytane najchętniej. Tak więc coś się zmieniło od 2010 roku, kiedy to założyłam portal, aby trochę wspomóc promowanie polskiej literatury. Powstaje też wiele ciekawych debiutów, w tej chwili czytam książki zgłoszone na konkurs Literacki Debiut Roku, gdzie jestem członkinią kapituły. I powiem szczerze, że jako jurorka, będę mieć trudne zadanie, aby wybrać zwycięzcę, bo poziom jest naprawdę wysoki.

Ma Pani już wiele książek na swoim koncie. Każdą kolejną pisze się łatwiej? Co jest największą inspiracją dla Pani?

Każdą kolejną pisze się trudniej. Jeśli kiedykolwiek zasiądę do książki ze świadomością, że będzie łatwo, to jestem skończona jako pisarka. Poprzeczka idzie w górę, warsztat szlifuje się nieustannie, a oczekiwania czytelników rosną. Tak więc to naprawdę bardzo ciężka praca, nie tylko stricte pisarska, ale i praca nad sobą. Jestem wielkim wrażliwcem, myślę, że to charakterystyczna cecha dla twórców i bardzo przeżywam każdą premierę i to, jak zostanie ona odebrana przez czytelników. Moją największą inspiracją jest muzyka, a także spotkania i rozmowy z ludźmi, wieczorki autorskie, kiedy niejednokrotnie trafiam do miast i miasteczek, do których pewnie nigdy bym nie zajechała i tam często znajduję coś, co mnie zainspiruje. Tak było w ubiegłym roku, gdy miałam trasę mazurską i zawitałam do miejscowości Banie Mazurskie, o których teraz możecie państwo przeczytać właśnie w książce „Wszystko wina kota!”. Natomiast teraz ukończyłam kolejną powieść, która ukaże się w przyszłym roku i po powrocie z trasy podkarpackiej, gdzie odwiedziłam zabytkową bibliotekę w Strzyżowie, postanowiłam, że to właśnie miasteczko pojawi się w mojej powieści. Zawsze mówię, że pisarz to taka gąbka, która nasiąka rzeczywistością, a potem wyciska z siebie całkiem nowy świat.

Śmiałam się, że do "Wszystko wina kota" można by zrobić całą antologię muzyczną (w formie płyty dodanej do książki). Słucha Pani takiej muzyki? 

Umieszczanie playlisty w książkach to mój charakterystyczny znak. Moi stali czytelnicy czekają zawsze na spis piosenek, których zresztą można posłuchać na moim kanale na youtube. Muzyka towarzyszy mi podczas pisania i jest inspiracją do tworzenia poszczególnych scen, elementów fabuły. W tej książce, którą teraz skończyłam pisać, bohater jest młodym gitarzystą i wokalistą, ułożyłam dla niego sporo piosenek i jest plan, aby je nagrać. Tak więc może okazać się, że mój bohater naprawdę zaśpiewa dla moich czytelników.

Widziałam, że ma Pani już stałe grono swoich fanów... Jak jednak zachęciłaby Pani nowych czytelników do swojej ostatniej książki?

Drodzy państwo, jeśli lubicie nieszablonowe historie o życiu, o jego blaskach i cieniach, o miłościach nowych i tych starych, cenicie humor, dynamiczną akcję i wyrazistych bohaterów, a także lubicie muzykę, zapraszam was do historii o pewnej pisarce, tajemniczym krytyku literackim i szalonych przyjaciółkach, a także rudym kocie, który stał się sprawcą wszystkich działań moich bohaterów. „Wszystko wina kota!” to lektura w sam raz na wakacje :)

Bestsellerowa pisarka, Lidia Makowska, od lat tworzy popularne wśród kobiet powieści, wydając je pod pseudonimem Róża Mak. Właśnie kończy pisać kolejną książkę i już zaczyna się martwić, co tym razem zarzuci jej Jack Sparrow – czołowy bloger bezlitośnie punktujący niedociągnięcia wszystkich poprzednich powieści.

Jednocześnie Lidia, namawiana przez agentkę i przyjaciółkę, Karolinę, przygotowuje się do telewizyjnego wywiadu, aby ujawnić wszystkim fanom swoją prawdziwą twarz. Żąda jednakże, aby wywiad poprowadził Jack, który jako krytyk literacki także występuje incognito.

„Wszystko wina kota!” to ciepła i optymistyczna historia o zaufaniu i przyjaźni, a także o tym, jak cienka może być granica dzieląca dwa pozornie odległe światy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na podstawie książek Nicholasa Sparksa

 Kadr z filmu
Kadr z filmu "List w butelce". (Fot. NG Collection/Forum)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Nicholas Sparks to amerykański pisarz, który swoim piórem podbił serca czytelników na całym świecie. Jego powieści ukazują moc prawdziwej miłości, jednak nie należą do banalnych. Nic więc dziwnego, że wiele z nich doczekało się pięknych, poruszających do głębi ekranizacji. 

Nicholas Sparks urodził się w 1965 roku w Nebrasce jako drugi syn profesora Patricka Michaela i asystentki optyka Jill. Wychowywał się m.in. w Minnesocie, Los Angeles i Grand Island i Kalifornii. W 1984 roku ukończył liceum i rozpoczął studia na Uniwersytecie w Notre Dame. Szybko jednak przerwał naukę, aby napisać swoją pierwszą powieść. Następnie wrócił na uczelnię, obierając za specjalizację rachunkowość (w 1988 roku ukończył studia z wyróżnieniem).

Początki pisarskie Sparksa nie należały do najłatwiejszych. Jego pierwsza powieść, napisana jeszcze za czasów studiów, nigdy nie została opublikowana. Druga również nie zainteresowała wydawców. Trzecia, nad którą pracował wraz z medalistą olimpijskim Billym Millsem, sprzedała się zaledwie w 50 tys. egzemplarzy. Przełomem okazał się rok 1994, kiedy to Sparks napisał "Pamiętnik", książkę, która stała się światowym bestsellerem i odmieniła całe jego życie.

Obecnie autor wiedzie spokojne życie w Karolinie Północnej. Jest żonaty od ponad 30 lat i ma piątkę cudownych dzieci. Oprócz pisania powieści, angażuje się również charytatywnie, np. przyznaje stypendia, staże oraz fundusze na działalność bractw uczelnianych studentom Uniwersytetu w Notre Dame. Zajmuje się też produkcją filmów - w 2012 roku wraz ze swoją agentką założył firmę Nicholas Sparks Production, która przygotowuje ekranizacje jego powieści.

Nicholas Sparks wydał łącznie 23 powieści (ostatnia nosi tytuł "Powrót"), z czego 11 doczekało się znakomitych ekranizacji. Poniżej prezentujemy pełną listę filmów, które zostały nakręcone na podstawie książek autorstwa amerykańskiego pisarza.

"List w butelce"

"List w butelce" (1999) to pierwsza ekranizacja powieści Nicholasa Sparksa. Film powstał na podstawie wydanej rok wcześniej książki o tym samym tytule. Rozwiedziona dziennikarka Theresa Osborne spędza samotne wakacje nad morzem. Podczas spaceru po pustej plaży znajduje butelkę, a w niej podpisaną inicjałem wiadomość zawierającą wyznanie miłosne. Znalezisko robi na niej duże wrażenie - zauroczona treścią listu kobieta postanawia odszukać autora. W rolach głównych wystąpili Robin Wright Penn i Kevin Costner, a także Paul Newman, John Savage, Illeana Douglas i Robbie Coltrane.

Kadr z filmu 'List w butelce'. (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "List w butelce". (Fot. NG Collection/Forum)

"Szkoła uczuć"

"Szkoła uczuć" (2002) to ekranizacja trzeciej w kolejności powieści Nicholasa Sparksa pt. "Jesienna miłość". Jamie Sullivan jest nieśmiałą córką pastora. Jej pewność siebie nie jest uzależniona od opinii innych, a najważniejszą wartością w życiu jest wiara. Landon Carter jest z kolei szkolnym łobuzem i nie wie czego chce od życia. Wolny czas spędza na wygłupach, a przez jeden z nich o mały włos nie trafia do więzienia. W ramach resocjalizacji musi uczestniczyć w szkolnym spektaklu, aby nauczyć się wrażliwości na innych ludzi. Tam poznaje Jamie i zaczyna się z nią spotykać. W rolach głównych wystąpili Shane West i Mandy Moore oraz Peter Coyote.

Kadr z filmu „Szkoła uczuć”. (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu „Szkoła uczuć”. (Fot. NG Collection/Forum)

"Pamiętnik"

"Pamiętnik" to tytuł pierwszej wydanej powieści Nicholasa Sparksa. Autor napisał ją w połowie lat 90., do realizacji filmu doszło jednak dopiero w roku 2004. To historia pewnej miłości, która rozkwitła na początku lat 40. gdzieś w Karolinie Północnej. Duke odczytuje ją starej kobiecie cierpiącej na chorobę Alzheimera. Dzięki sile uczucia przeżywa na nowo cudowne chwile swojej wielkiej miłości. Przypomina sobie, kiedy po raz pierwszy zobaczył Allie Nelson - ich spotkania, wspólne wakacje i trudny okres rozstania, gdy zniknęła z jego życia na 7 lat. W rolach głównych znakomici Rachel McAdams i Ryan Gosling oraz James Garner i Gena Rowlands.

Kadr z filmu 'Pamiętnik'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Pamiętnik". (Fot. BEW Photo)

"Noce w Rodanthe"

Kolejną, po głośnym "Pamiętniku", ekranizacją książki Sparksa były "Noce w Rodanthe" (2008) na podstawie powieści o tym samym tytule napisanej w 2002 roku. Adrienne, chcąc zerwać z pełnym chaosu życiem, wyjeżdża do nadmorskiego miasteczka Rodanthe, gdzie ma zająć się gospodą znajomej. Kobieta pragnie spokoju i chce przemyśleć życiowe konflikty – z niewiernym mężem, i córką, która podważa każdą jej decyzję. Niedługo po przybyciu kobiety do Rodanthe pojawiają się prognozy potężnego sztormu, a w gospodzie pojawia się dr Paul Flanner, który chce się zmierzyć tu z własnym kryzysem tożsamości. W miarę zbliżania się sztormu oboje szukają w sobie ukojenia i nawiązują romans, który pozostanie na zawsze w ich pamięci. W rolach głównych plejada gwiazd - Diane Lane, Richard Gere, James Franco i Viola Davis.

Kadr z filmu „Noce w Rodanthe”. (Fot. Michael Tackett/Forum) Kadr z filmu „Noce w Rodanthe”. (Fot. Michael Tackett/Forum)

"Ostatnia piosenka"

"Ostatnia piosenka" (2010) to film oparty na powieści Sparksa z 2009 roku o tym samym samym tytule. Życie 17-letniej Ronnie staje na głowie po wstrząsającej informacji o rozwodzie rodziców i przeprowadzce ojca z Nowego Jorku na Tybee Island w Georgii. Trzy lata później bohaterka nadal czuje złość i alienuje się od rodziców. Matka uważa, że najlepszym pomysłem dla córki, będzie wyjazd do ojca i spędzenie z nim lata. Ojciec dziewczyny, były pianista i nauczyciel, wiedzie spokojne życie pochłonięty tworzeniem dzieła sztuki, które stanie w centrum lokalnego kościoła. W roli głównych ulubienica młodego pokolenia, czyli Miley Cyrus, a także Liam Hemsworth, Kelly Preston i Greg Kinnear.

Kadr z filmu 'Ostatnia piosenka'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Ostatnia piosenka". (Fot. BEW Photo)

"Wciąż ją kocham"

"Wciąż ją kocham" (2010) to ekranizacja powieści Sparksa z 2006 roku. Film przedstawia piękną, porywającą i głęboką miłość oraz rozstanie i poświęcenie w niezwykle wzruszającej historii. John i Savannah pochodzą z dwóch różnych światów, ale kiedy poznają się przypadkiem na plaży, natychmiast budzi się w nich wzajemne uczucie. Wkrótce rozdziela ich wojna, a miłość zmusza do podjęcia najtrudniejszych decyzji w życiu. W rolach głównych wystąpili znany z filmu "Step Up" Channing Tatum oraz gwiazda "Mamma Mia!" Amanda Seyfried.

Kadr z filmu „Wciąż ją kocham”. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu „Wciąż ją kocham”. (Fot. BEW Photo)

"Szczęściarz"

"Szczęściarz" (2012) na motywach bestsellerowej powieści Nicholasa Sparksa z 2008 roku to historia żołnierza marines, sierżanta Logan Thibault, który powraca z trzeciej wyprawy w Iraku. Mężczyzna wierzy, że jedyną rzeczą, która sprawiła, że przeżył, jest znaleziona fotografia nieznajomej kobiety. Thibault odnajduje ją i podejmuje pracę w prowadzonym przez jej rodzinę schronisku dla zwierząt. Mimo początkowej nieufności i skomplikowanej sytuacji życiowej Thibault nawiązuje z nią romans. W rolach głównych rewelacyjny Zac Efron i znakomita Taylor Schilling.

Kadr z filmu 'Szcześciarz'. (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "Szcześciarz". (Fot. NG Collection/Forum)

"Bezpieczna przystań"

"Bezpieczna przystań" (2013) to film na podstawie powieści o tym samym tytule z 2010 roku. Do małego miasteczka w Północnej Karolinie przyjeżdża tajemnicza kobieta o imieniu Katie. Jest młoda i atrakcyjna, ale wiedzie życie pustelniczki. Wycofana, cicha, stroni od kontaktów towarzyskich, pozostaje na uboczu miejscowej społeczności. Pewnego dnia los stawia na jej drodze Alexa, wdowca samotnie wychowującego dwójkę dzieci. Gdy Katie powoli zaczyna wpuszczać mężczyznę do swojego świata, wtedy pojawia się widmo upiornej przeszłości. W rolach głównych: Mimi Kirkland, Josh Duhamel, Julianne Hough, David Lyons, Cobie Smulders.

Zdjęcie z planu filmu „Bezpieczna przystań”. (Fot. NG Collection/Forum) Zdjęcie z planu filmu „Bezpieczna przystań”. (Fot. NG Collection/Forum)

"Dla ciebie wszystko"

"Dla ciebie wszystko" (2014) to ekranizacja powieści Sparksa z 2011 roku o tym samym tytule. Dawson to chłopak wychowany w rodzinie skłonnej do przemocy. Ma problemy z alkoholem i jest zamieszany w sprawy związane z narkotykami. Amanda z kolei wychowywana jest w tradycyjnych wartościach, które sprawiły, że chce zostać nauczycielką. Różnice pochodzenia oraz nieprzychylni ludzie sprawiają, że tych dwoje nie może być razem, choć bardzo tego pragną. Po latach Dawson żyje samotnie i pracuje na platformach wiertniczych. Amanda ma męża i trójkę dzieci, ale mimo to nie może zaznać szczęścia. Pewnego dnia dawni kochankowie spotykają się w rodzinnym miasteczku. W rolach głównych James Marsden i Michelle Monaghan.

Kadr z filmu „Dla ciebie wszystko”. (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kadr z filmu „Dla ciebie wszystko”. (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

"Najdłuższa podróż"

Film "Najdłuższa podróż" (2015) oparty na powieści z 2014 roku opowiada o miłości, przeznaczeniu, marzeniach, śmierci i tajemnicach. Historia składa się z dwóch wątków, które splatają się w nieoczekiwanym momencie. W pierwszym z nich oglądamy starszego pana, który po wypadku samochodowym zostaje uwięziony we wraku i w oczekiwaniu na pomoc wspomina całe swoje dotychczasowe życie, wypełnione miłością do nieżyjącej już żony. Drugi z wątków to opowieść o studentce historii sztuki, zakochanej w młodym kowboju z rodeo, który musi wrócić na arenę po ciężkim wypadku, by ratować rodzinne ranczo. W rolach głównych wystąpili m.in. Britt Robertson, Scott Eastwood i Alan Alda.

Kadr z filmu 'Najdłuższa podróż'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Najdłuższa podróż". (Fot. BEW Photo)

"Wybór"

"Wybór" (2016) powstał na kanwie powieści z 2007 roku o tym samym tytule. Mieszkający w nadmorskim miasteczku Wilmington weterynarz Travis cieszy się dużym powodzeniem wśród kobiet i jest w niezobowiązującym związku z Monicą. Wkrótce poznaje nową sąsiadkę - studentkę medycyny Gabby. Jej chłopakiem jest lekarz Ryan. Gdy mężczyzna wyjeżdża w delegację, Gabby i Travis zaprzyjaźniają się. Wktótce dziewczyna musi wybrać, kogo tak naprawdę kocha i z kim spędzi resztę życia. W rolach głównych Travis Shaw, Alexandra Daddario, Teresa Palmer i Tom Welling.

Kadr z filmu 'Wybór'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Wybór". (Fot. BEW Photo)

  1. Kultura

Dlaczego kochamy komedie romantyczne - pytamy reżyserkę Elizabeth Sankey

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Komedia romantyczna" w reżyserii Elizabeth Sankey. (Fot. materiały prasowe Millennium Docs Against Gravity)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kto ich nie lubi? Badania oraz frekwencja w kinach mówią wyraźnie, że komedie romantyczne kochają wszyscy, a zwłaszcza kobiety. Choć pokazują przecież dość uproszczony świat, pełen stereotypów i klisz. Dlaczego tak się dzieje i czy tak musi wyglądać każda „bajka dla dorosłych” – pytamy Elizabeth Sankey, reżyserkę dokumentu „Komedia romantyczna”, który można obejrzeć na festiwalu Millennium Docs Against Gravity.

Elizabeth Sankey jest pisarką, aktorką i muzykiem. 'Komedia romantyczna' to jej debiut reżyserski. (Fot. materiały prasowe Millennium Docs Against Gravity) Elizabeth Sankey jest pisarką, aktorką i muzykiem. "Komedia romantyczna" to jej debiut reżyserski. (Fot. materiały prasowe Millennium Docs Against Gravity)

Twój film stawia pytanie, nad którym sama się zastanawiałam: czy można być współczesną kobietą i feministką, a jednocześnie uwielbiać komedie romantyczne?
Kiedyś uważałam, że nie da się tego pogodzić. Jednak zmieniłam zdanie. Oczywiście sposób, w jaki pokazywane są w tych filmach kobiety czy mniejszości, czyli bardzo stereotypowo, powinien się zmienić. Jednak dostrzegłam w komediach romantycznych również wiele pozytywnych rzeczy. Przede wszystkim to, że ten gatunek daje nam nadzieję na przyszłość i odbudowuje wiarę w związki.

Jak się czułaś, patrząc teraz na komedie romantyczne, które oglądałaś, gdy byłaś młodsza? „Pretty Woman”, „Bezsenność w Seattle”, „Amelia”, „Bridget Jones”...
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo ukształtowały one moje podejście do związków, ale też przekonania, jak powinna zachowywać się kobieta, o czym marzyć i do czego dążyć. Uważałam, że to oczywiste, że powinnam wyjść za mąż i urodzić dzieci. Dopiero kiedy zbudowałam stały związek, zobaczyłam, że to właśnie komedie romantyczne i kultura zachęcały mnie do tego modelu życia.

Czy jakieś tytuły uznałabyś za przeczące tym stereotypom?
Bardzo lubię film „Kiedy Harry poznał Sally”, w którym kobieta i mężczyzna są wyrazistymi, silnymi postaciami. Myślę, że to dlatego, iż film wyreżyserowany jest przez Roba Reinera, ale scenariusz napisała kobieta – Nora Ephron. Poza tym główni bohaterowie przez większość życia są w podróży, doświadczają i próbują różnych rzeczy, aż dochodzą do momentu, w którym są w stanie stworzyć zdrowy związek. To moim zdaniem bardzo dobre przesłanie. Ludzie mają dzisiaj dość szybkich i powierzchownych relacji. Nawet jeśli sięgniemy do komedii amerykańskich z lat 30., tak zwanych screwball comedy, jak „Ich noce” Franka Capry czy „W pogoni za cieniem” W.S. Van Dyke'a, zobaczymy, że ich bohaterki wcale nie są papierowe. Często skupiają się na karierze, chcą odnieść sukces, a mężczyźni je w tym dopingują.

Kadr z filmu 'Kiedy Harry poznał Sally' z 1989 roku. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Kiedy Harry poznał Sally" z 1989 roku. (Fot. BEW Photo)

Komedie romantyczne są tworzone dla kobiet i mówią o kobietach, jednak reżyserują je głównie mężczyźni. Nie znalazłam ani jednej polskiej komedii romantycznej wyreżyserowanej przez kobietę...
Trudno zburzyć ten status quo, skoro to działa, bo filmy okazują się hitami. Mimo że w przeważającej większości ukazują nieprawdziwy obraz nie tylko kobiet, ale też mniejszości etnicznych czy seksualnych. To musi się zmienić. Powinniśmy tworzyć i promować różnorodne scenariusze, o ludziach nie takich jak my.

Nie lubię komedii romantycznych za to, że w większości nie zachęcają kobiet do tego, żeby być autentycznymi, za to pokazują męski ideał kobiety. Na zasadzie: „pij piwo i oglądaj piłkę nożną, a wtedy będziesz dla niego atrakcyjna”.
Masz na myśli wzorzec tzw. równej dziewczyny? Zgadzam się, mamy udawać, że jesteśmy jakieś, po to, żeby dopasować się do męskich oczekiwań. I często tak postępujemy, gdy jesteśmy młodsze. Mam jednak wrażenie, że nowe pokolenie kobiet jest bardziej świadome niż nasze. Pewna nastolatka powiedziała mi, że teraz nie udajesz, że lubisz piwo albo sport, za to podkreślasz, że jesteś inna od pozostałych dziewczyn.

W komediach romantycznych wszystko kręci się wokół miłości, co jest trochę banalne. Z drugiej strony, może powinniśmy postawić nasze związki i miłość na pierwszym miejscu, nie tylko pracę czy samorealizację. Jakie zalety komedii romantycznych dostrzegłaś, pracując nad swoim filmem?
Największą zaletą jest dla mnie, że to jedyny gatunek, który skupia się na dwóch osobach: kobiecie i mężczyźnie, a w przyszłości mam nadzieję również na parach nieheteronormatywnych. Jeśli w komedii romantycznej pokażesz ludzi, których na co dzień nie dostrzegasz, to mocniej z nimi empatyzujesz i możesz zobaczyć w nich człowieka. Tymi filmami można skłonić widza do tego, żeby przemyślał własne uprzedzenia i stereotypy w stosunku do innych ludzi. Nawet jeśli nie zdaje sobie z nich sprawy. Bo jeśli pokażesz w takim filmie kobietę trans, która zakochuje się w mężczyźnie, to jesteś w stanie zmienić myślenie niektórych ludzi. Komedia posługuje się uproszczeniami, ale ma także wielki potencjał, by łączyć widownię. Ponieważ trafia do każdego.

A co myślisz o tym romantycznym modelu miłości? Jaki to miało wpływ na twoje związki? Masz męża, w tej chwili jesteś w ósmym miesiącu ciąży, można powiedzieć filmowy happy end...
Od zawsze pociągały mnie historie miłosne, dlatego że pokazują najwspanialsze i najbardziej magiczne rzeczy, jakie zdarzają się nam w życiu. Kiedy zakochujesz się w drugiej osobie, to dzieje się istne szaleństwo. To takie irracjonalne i magiczne, kiedy ludzie mówią sobie po raz pierwszy: „kocham cię”. A dzięki filmom możemy w tym uczestniczyć razem z nimi. Według mnie komedie romantyczne są podobne do horrorów, to także fantastyka, a jednak taka miłość może ci się przecież przydarzyć. Komedie romantyczne podtrzymywały moją wiarę w miłość. Jesteśmy z mężem 12 lat i nadal jest wspaniale.

Kadr z filmu 'Niedobrani' z 2019 roku. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Niedobrani" z 2019 roku. (Fot. BEW Photo)

Może to jest właśnie zaleta komedii romantycznych, które trafiają w jedną z naszych najważniejszych potrzeb – potrzebę miłości. Każdy z nas chce kochać i być kochanym. Nie ma miłości bez wiary w nią.
Zdradzę ci coś – moja kariera ruszyła dopiero wtedy, gdy poznałam swojego męża. Zaczęłam więcej pracować, bo byłam w stanie skupić się na tych bardziej rozwojowych rzeczach. Nie musiałam się już martwić o życie prywatne. Jedną z najlepszych rzeczy, jeśli chodzi o bycie w długotrwałym związku, jest poczucie stabilizacji i komfortu, ale też wsparcie drugiej osoby. Wtedy można zadać sobie pytania: Co jeszcze chciałabym zrobić ze swoim życiem? Co jest dla mnie ważne?

Mam wrażenie, że dzisiaj niewielu ludzi wierzy w ideał romantycznej miłości, bo życie szybko weryfikuje, jak jest naprawdę.
Miłość romantyczna w filmowym ujęciu to: ślub, dzieci i uczucie aż po grób. Tak było kiedyś, tyle że to pojmowanie miłości jest zbyt wąskie i ludzie zdają sobie z tego sprawę. Dlatego każdy z nas powinien zdefiniować miłość i związek tak, jak chce i czuje.

A dla ciebie czym jest miłość romantyczna, co oznacza?
Nigdy nie wyobrażałam sobie własnego ślubu i nie zależało mi na małżeństwie. Dopiero kiedy poznałam odpowiedniego mężczyznę, poczułam, o co chodzi z tym romantyzmem. On chciał się żenić, a ja pomyślałam wtedy: jakie to romantyczne! Banalne, prawda? Jednak moje małżeństwo nie jest takie jak twoje ani jak małżeństwo moich rodziców. Moje małżeństwo jest moje, własne, wyjątkowe − i za to właśnie je kocham. To ja wybieram, co dla mnie jest romantyczne.

Kiedy mąż dał mi pierścionek zaręczynowy w romantycznej włoskiej scenerii i zapytał: „wyjdziesz za mnie?”, nie płakałam jak na filmach...
Ja też nie uważam, że oświadczyny są romantyczne, zwłaszcza te publiczne. I nie lubię dostawać kwiatów. Są jednak rzeczy, które mój mąż robi dla mnie na co dzień  i szczerze mówiąc, nigdy nie widziałam ich w komediach romantycznych. Te filmy opowiadają o bardzo wczesnym stadium miłości.

Jak myślisz, jakie będą komedie romantyczne przyszłości? Mam wrażenie, że są teraz w kryzysie.
Nie ma przyszłości dla komedii opierających się na dawnych wzorach, jak na przykład niezdarna kobieta i niegrzeczny chłopak, który powinien zostać ujarzmiony. W ostatnich latach ukazały się takie filmy, jak: „Bajecznie bogaci Azjaci” Jona M. Chu, „Chyba na pewno Ty” Nahnatchki Khan, „Twój Simon” Grega Berlantiego czy „Niedobrani” z Sethem Rogenem i Charlize Theron, które zabrały ten gatunek w zupełnie nowe miejsca. Pokazują postacie, jakich wcześniej nie oglądaliśmy. Kobiety zachowują się tam jak w prawdziwym życiu. Dlatego przyszłość komedii romantycznych należy do bohaterów i światów, których jeszcze nie widzieliśmy.

Kadr z filmu 'Bajecznie bogaci Azjaci' z 2018 roku. (Fot. materiały prasowe Netflix) Kadr z filmu "Bajecznie bogaci Azjaci" z 2018 roku. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Kobiety chętnie oglądają komedie romantyczne, ale wzorzec kobiecości w nich pokazany często im się nie podoba. Tymczasem mężczyźni oglądają te filmy rzadziej, za to podobają im się tradycyjne modele męskości i kobiecości. Może powinno się tworzyć więcej komedii romantycznych dla mężczyzn?
Zastanawiałaś się, jakie komedie romantyczne podobają się mężczyznom? Większość moich kolegów mówi mi: nie znam, nie oglądam komedii romantycznych, jeśli już, to lubię „Notting Hill” Rogera Michella czy „500 dni miłości" Marca Webba. Pewnie dlatego, że główny bohater to Hugh Grant czy Joseph Gordon-Levitt, a nie Julia Roberts. Myślę, że „Przeboje i podboje” Stephena Frearsa to również komedia romantyczna zrobiona głównie pod mężczyzn.

W komediach romantycznych różnice płciowe są bardzo wyraźne. Tymczasem dzisiaj unikamy tych różnic, patrzymy na drugą osobę jak na człowieka.
W latach 70. XX wieku, kiedy ruch wyzwolenia kobiet w Stanach Zjednoczonych był najsilniejszy i najbardziej słyszalny, kręcono najmniej komedii romantycznych. Myślę, że teraz jest podobnie – nie wiadomo, jak rozwijać ten gatunek. Osadzić go w przeszłości? Albo w świecie, który nie istnieje? A może spróbować zrobić współczesną komedię romantyczną? Zawsze można przecież pokazać kobietę demokratkę i mężczyznę republikanina, którzy będą się kochać i nienawidzić − to by dopiero zagrało! Na pewno trzeba inteligentnie wykorzystywać stereotypy w komediach po to, żeby je burzyć, wtedy łatwiej jest unikać ich w prawdziwym życiu.

Elizabeth Sankey jest pisarką, aktorką i muzykiem. Pochodzi z Londynu. Na temat wydarzeń kulturalnych pisała m.in. do „The Guardian”. Razem ze swoim zespołem Summer Camp wydała trzy studyjne albumy. Jako aktorka dubbingowała filmy Disneya. „Komedia romantyczna” to jej reżyserski debiut.

  1. Kultura

Filmy dla dwojga - wybieramy najlepsze filmy na wieczór we dwoje

 Kadr z filmu
Kadr z filmu "Słodki listopad" (Fot. NG Collection/Forum)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Wspólne oglądanie filmów to jedna z najciekawszych form rozrywki dla par. W naszym zestawieniu filmów idealnych na wieczór we dwoje znajdziecie lekkie obyczajówki, zmysłowe komedie romantyczne i wzruszające dramaty. Zapraszamy na seans!

"Amelia"

"Amelia" ze zmysłową Audrey Tatuou w roli głównej to jedna z najpopularniejszych francuskich produkcji z początku XXI wieku. Film łączy w sobie elementy komedii obyczajowej i malowniczej baśni - to właśnie dlatego opowieść o niezwykłej Amelii pokochał cały świat. Fabuła wydaje się banalna - żyjąca w Paryżu samotna dziewczyna postanawia uszczęśliwiać ludzi. Gwarantujemy jednak niezapomniane doznania - od śmiechu do łez. A wszystko to okraszone fenomenalną ścieżką dźwiękową w wykonaniu Yanna Tiersena.

Kadr z filmu 'Amelia' (Fot. Miramax Films/Entertainment Pictures/Forum) Kadr z filmu "Amelia" (Fot. Miramax Films/Entertainment Pictures/Forum)

"A Ghost Story"

Rooney Mara i Casey Affleck w poruszającej historii o intymności, samotności i przeżywaniu żałoby. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom - "A Ghost Story" to nie jest typowa historia o duchach. Niedawno zmarły mężczyzna powraca do swojego domu pod postacią ducha, aby nawiązać kontakt z pogrążoną w żałobie żoną. Jest zagubiony i nie potrafi przepracować swojej śmierci. Kobieta nie wie, że jej codzienne życie jest podglądane przez ukochanego.

Kadr z filmu 'A Ghost Story' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "A Ghost Story" (Fot. BEW Photo)

"Słodki listopad"

Czy uczucia można podporządkować swoim planom? "Słodki listopad" stara się odpowiedzieć na to pytanie. 30 dni - na tyle czasu (lub mniej) atrakcyjna Sara wiąże się z mężczyznami. I choć partnerów zmienia jak rękawiczki, każdego stara się uczynić lepszym człowiekiem. Co się stanie, gdy w jej życiu pojawi się Nelson, pracoholik nieangażujący się w poważne związki? Możecie sprawdzić to sami, sięgając po "Słodki listopad" z Charlize Theron i Keanu Reevesem w rolach głównych. Film dostępny jest na platfomie Netflix.

Kadr z filmu 'Słodki listopad' (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "Słodki listopad" (Fot. NG Collection/Forum)

"Tamte dni, tamte noce"

Głośny melodamat Luki Guadagnino, specjalisty od sensualnego kina, to nostalgiczna opowieść o pierwszej miłości i gorzka refleksja na temat ludzkiej natury. Mamy lato 1983 roku. 17-letni Elio spędza rodzinne wakacje w północnych Włoszech. Pewnego dnia w jego życiu pojawia się Oliver, młody amerykański stypendysta. W porażająco pięknych krajobrazach spalonej słońcem Italii mężczyźni odkrywają odurzającą siłę wzajemnego przyciągania. W rolach głównych rewelacyjny duet Timothée Chalamet i Armie Hammer.

Kadr z filmu 'Tamte dni, tamte noce' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Tamte dni, tamte noce" (Fot. BEW Photo)

"Ona"

Melancholia, samotność i głód bliskości w pigułce. "Ona" to obraz, który niejednokrotnie gościł w naszych filmowych zestawieniach. Samotny pisarz zapoznaje się z nowo zakupionym systemem operacyjnym, który ma zaspokoić wszystkie jego potrzeby. Wkrótce zaczyna rozwijać się między nimi romans. Ta futurystyczna historia miłosna daje do myślenia i pokazuje, jak ogromny wpływ ma na nas nowoczesna technologia. Wzruszająca fabuła, nastrojowa ścieżka dźwiękowa i fenomenalny Joaquin Phoenix w roli głównej. Czego chcieć więcej?

Kadr z filmu 'Ona' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Ona" (Fot. BEW Photo)

"Notting Hill"

Na liście klasyków w kategorii "filmy dla dwojga" od lat wysokie miejsce zajmuje "Notting Hill", czyli baśń o Kopciuszku w nowoczesnym wydaniu. Życie rozwiedzionego londyńskiego księgarza Williama staje na głowie, gdy do jego sklepiku zagląda uwielbiana przez wszystkich hollywoodzka aktorka, Anna Scott. W rolach głównych urocza Julia Roberts i zabójczo przystojny Hugh Grant. To przezabawny i niezwykle ujmujący film, który sprawi, że na waszych twarzach z pewnością zagości uśmiech.

Kadr z filmu 'Notting Hill' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Notting Hill" (Fot. BEW Photo)

"Czas na miłość"

"Czas na miłość" to film bez wielkich porywów i niespodziewanych zwrotów akcji, a mimo to zachwyca swoją prostotą i zmusza do refleksji. Pewnego dnia Tim Lake odkrywa, że może przenosić się w czasie. Postanawia więc uczynić świat lepszym, szukając prawdziwej miłości. Twórcom takich hitów jak "Cztery wesela i pogrzeb" oraz "To właśnie miłość" udało się stworzyć niezwykle ciepłą i budującą historię, która poprawia nastrój, stawia na nogi i na długo pozostaje w pamięci. W rolach głównych znakomity Domhnall Gleeson i pełna wdzięku Rachel McAdams.

Kadr z filmu 'Czas na miłość' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Czas na miłość" (Fot. BEW Photo)

  1. Kultura

Komedie z Adamem Sandlerem - wybór najciekawszych filmów

Adam Sandler w komedii romantycznej
Adam Sandler w komedii romantycznej "Żona na niby" (fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Jeśli kochacie amerykańskie komedie, postać Adama Sandlera z pewnością jest wam dobrze znana. Aktor jest jedną z najbardziej wyluzowanych hollywoodzkich gwiazd. Wyróżnia się ogromnym poczuciem humoru i dystansem do siebie, a filmy z jego udziałem to świetna rozrywka zarówno dla młodszych, jak i starszych widzów. Sprawdźcie, które komedie z Adamem Sandlerem są warte uwagi. To filmy, które z pewnością poprawią wam nastrój!

"Super tata"

Dwóch młodych ludzi mieszka w garsonierze na poddaszu. Jeden robi zawrotną karierę, drugi jest abnegatem. Ten pierwszy oświadcza się swej dziewczynie, zostaje przyjęty, szaleje z radości - i rozpoczyna daleką podróż służbową. Następnego dnia u drzwi garsoniery pojawia się pięcioletni chłopiec, syn szczęśliwego podróżnika. Lekkoduszny mężczyzna musi się zaopiekować dzieckiem współlokatora. Chcąc udowodnić swojej dziewczynie, że potrafi być odpowiedzialny, udaje ojca chłopca.

Kadr z filmu 'Super tata' (fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Super tata" (fot. BEW Photo)

"Lewy sercowy"

Adam Sandler jako drobny przedsiębiorca Barry Egan bezskutecznie szuka kobiety swojego życia. Przyczyn swoich niepowodzeń upatruje w fakcie, iż wychowywał się w z siedmioma siostrami, których zachowanie skrzywiło jego psychikę. Pewnego dnia poznaje ekscentryczną Lenę, która wydaje się być tą jedyną. Mężczyzna robi wszystko, aby przypaść jej do gustu. Aktor za rolę w filmie otrzymał nominację do Złotego Globu.

Kadr z filmu 'Lewy sercowy' (fot. New Line Cinema/Entertainment Pictures/Forum) Kadr z filmu "Lewy sercowy" (fot. New Line Cinema/Entertainment Pictures/Forum)

"Dwóch gniewnych ludzi"

Spokojny biznesmen Dave (w którego w filmie "Dwóch gniewnych ludzi" wciela się Adam Sandler) w wyniku splotu nieszczęśliwych wypadków uznany zostaje za niepoczytalnego. Sąd wysyła go na terapię, która ma go nauczyć kontrolować emocje. Prowadzi ją ekscentryczny dr Rydell (Jack Nicholson), miłośnik niekonwencjonalnych metod leczenia. Prawdziwe kłopoty zaczynają się jednak, gdy sąd nakazuje Dave'owi zamieszkać u terapeuty. Bohater musi więc stawić czoła nie tylko nietypowej psychoterapii, ale i dziwactwom nowego współlokatora.

Kadr z filmu 'Dwóch gniewnych ludzi' (fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum) Kadr z filmu "Dwóch gniewnych ludzi" (fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

"Opowieści na dobranoc"

W disnejowskiej komedii "Opowieści na dobranoc" Adam Sandler wciela się w Skeetera Bronsona, pracownika hotelu, który wieczorami opiekuje się swoimi siostrzeńcami. Żeby uspokoić dzieci zaczyna opowiadać im różne historie i otwiera tym drzwi do ich nieograniczonej wyobraźni. Wkrótce opowieści Skeetera w tajemniczy sposób przenikają do jego życia stając się rzeczywistością.

Kadr z filmu 'Opowieści na dobranoc' (fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Opowieści na dobranoc" (fot. BEW Photo)

"Żona na niby"

Adam Sandler w roli Danny'ego Maccabee chce uwieść dziewczynę swoich marzeń, młodziutką Palmer (Brooklyn Decker). By zakamuflować powiedziane jej lekkomyślnie kłamstwo, mężczyzna zmusza swoją lojalną asystentkę Katherine (Jennifer Aniston) do udawania jego żony. Kiedy pojawiają się kolejne kłamstwa, zatuszować je pomagają włączone do gry dzieci Katherine. Wkrótce wszyscy trafiają na Hawaje, gdzie czeka na nich absurdalny, wymykający się spod kontroli weekend.

Kadr z filmu 'Żona na niby' (fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Żona na niby" (fot. BEW Photo)

"Rodzinne rewolucje"

Wybuchowy duet Adam Sandler & Drew Barrymore w przezabawnej komedii o dwójce pozornie niepasujących do siebie samotnych rodziców, którzy zbiegiem okoliczności spędzają wspólne wakacje. Po katastrofalnej randce w ciemno Lauren i Jim zgadzają się tylko co do jednego: nie chcą się już nigdy więcej widzieć. Wkrótce okazuje się, że będą skazani przez tydzień na swoje towarzystwo w luksusowym afrykańskim kurorcie.

Kadr z filmu 'Rodzinne rewolucje' (fot. materiały prasowe Warner Bros) Kadr z filmu "Rodzinne rewolucje" (fot. materiały prasowe Warner Bros)

"Weselny tydzień"

Dwie duże rodziny. Jeden mały dom. To będzie dla nich ciężki weselny tydzień. Czy są na to przygotowani? "Weselny tydzień" to przezabawna komedia Netflixa, w której Adam Sandler gra przykładnego ojca z klasy średniej. Mimo nalegań zamożniejszego ojca pana młodego (Chris Rock) mężczyzna koniecznie chce zapłacić za wesele swojej córki. Cała masa nieszczęść zmusza obu tatusiów (wraz z rodzinami) do wspólnego przetrwania najdłuższego tygodnia w ich dotychczasowym życiu.

Kadr z filmu 'Weselny tydzień' (fot. materiały prasowe Netflix) Kadr z filmu "Weselny tydzień" (fot. materiały prasowe Netflix)

"Zabójczy rejs"

"Zabójczy rejs" wyprodukowany przez Netflixa to kolejny film, gdzie u boku Adama Sandlera zagrała Jennifer Aniston. Aktorzy zagrali tu małżeństwo (tym razem prawdziwe), które wybiera się na europejskie wakacje. Dzięki przypadkowemu spotkaniu w samolocie para otrzymuje zaproszenie na jacht miliardera Malcolma Quince’a. Gdy Quince zostaje zamordowany, małżonkowie stają się głównymi podejrzanymi w sprawie rodem z klasycznego kryminału. W filmie obok Sandlera i Aniston zobaczymy plejadę zagranicznych gwiazd.

Kadr z filmu 'Zabójczy rejs' (fot. materiały prasowe Netflix) Kadr z filmu "Zabójczy rejs" (fot. materiały prasowe Netflix)

  1. Kultura

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.