1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wielki sukces filmu "Sponsoring" Małgorzaty Szumowskiej

Wielki sukces filmu "Sponsoring" Małgorzaty Szumowskiej

Po owacyjnym przyjęciu na Festiwalu w Toronto „Sponsoring”, nowy film Małgorzaty Szumowskiej, z łatwością znajduje dystrybutorów na kolejnych kontynentach!

Juliette Binoche i Małgorzata Szumowska zostały owacyjnie przyjęte na pokazie "Sponsoringu", na 36. Międzynarodowym Festiwalu Filmowy Toronto. Film pokazano w jednej z trzech najważniejszych sekcji – "Special Presentations", obok najnowszych dzieł Alexandra Payne’a, Michaela Winterbottoma i Larsa von Triera.

Nowy obraz reżyserki głośnych „33 scen z życia” nie tylko zyskał uznanie krytyków i widowni, która po brzegi wypełniła salę prestiżowego Princess of Wales Theatre, ale już teraz został sprzedany do szerokiej dystrybucji w ponad 20 krajach na całym świecie. "Sponsoring” obejrzą między innymi widzowie z Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Brazylii, Wenezueli, Hongkongu i Korei Południowej. Wciąż trwają negocjacje ofert z Ameryki Północnej oraz Japonii.

Piątkowy pokaz filmu w Toronto wywarł spore wrażenie na recenzencie ekskluzywnego magazynu Studio. Komplementował on efekt współpracy Szumowskiej z aktorkami występującymi w „Sponsoringu”, zwracając szczególną uwagę na „imponującą talentem” Joannę Kulig oraz Anaïs Demoustier, którą uznał za „najbardziej wyjątkową francuską aktorkę swojego pokolenia”. Podkreślił również, że młode aktorki, wspierane przez ikonę francuskiego kina Juliette Binoche, stworzyły sceny: „które po wyjściu z kina na długo zostają w pamięci.

Film opowiada o Annie (Juliette Binoche), dobrze sytuowanej dziennikarce, która przygotowuje artykuł na temat prostytucji wśród studentek. W trakcie pracy nad materiałem poznaje dwie sprzedające swoje ciała dziewczyny - Charlotte (Anais Demoustier) oraz Alicję (Joanna Kulig), które wprowadzają ją w świat płatnej miłości. Odstręczający, ale też - ku zaskoczeniu Anny - na swój sposób pociągający.

Polskim dystrybutorem “Sponsoringu” jest Kino Świat.

Film zagości w naszych kinach 27 stycznia 2012 roku. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Pol'and'Rock Festival i Najpiękniejsza Domówka Świata już niebawem. Kto wystąpi?

Pol'and'Rock Festival, (Simone Kuhlmey/Pacific Press/Alamy Live News, agencja FORUM)
Pol'and'Rock Festival, (Simone Kuhlmey/Pacific Press/Alamy Live News, agencja FORUM)
W związku z pandemią koronawirusa wszystkie większe imprezy muzyczne oraz festiwale zostały odwołane. Na zupełnie inny pomysł wpadli jednak organizatorzy jednego z największych i najpopularniejszych festiwali w Polsce - Pol'and'Rock Festival organizowanego przez Fundację WOŚP i Jerzego Owsiaka. Jak w tym roku będzie wyglądał Pol'and'Rock Festival?

"Najpiękniejsza Domówka Świata to nie tylko internetowa wersja festiwalu, ale również podziękowanie za Wasze wsparcie akcji przeciwdziałania koronawirusowi oraz wkład w Fundusz Interwencyjny" - dowiadujemy się ze strony festiwalu. W tym roku impreza odbędzie się na nieco innych zasadach.

Od 30 lipca do 1 sierpnia trwać będzie festiwal on-line, który zapowiadany jest jako "Najpiękniejsza Domówka Świata". Artyści wyjdą na scenę, aby zaprezentować się fanom podczas internetowego streamingu i wspólnie przeżyć kolejną odsłonę tego historycznego wydarzenia. Dawny Przystanek Woodstock zapowiedział występ takich gości, jak m.in. Majka Jeżowska, która zaprezentuje się widzom przed ekranami monitorów już pierwszego dnia festiwalu, Jelonek, Renata Przemyk, Elektryczne Gitary, Big Cyc, Happysad, Sidney Polak, Kwiat Jabłoni, czy Ania Rusowicz.

Oprócz artystów występujących na Dużej Scenie, internauci będą mogli wziąć udział w tzw. Akademii Sztuk Przepięknych, która słynie z ważnych spotkań i rozmów. W tym roku wśród gości: Ewa Ewart - jedna z najbardziej cenionych dokumentalistek i wielokrotnie nagradzana reżyserka filmów dokumentalnych, Joanna Kulig - aktorka, która po roli w oscarowym filmie "Zimna wojna" podbija świat filmu, Tomasz Sekielski - dziennikarz i współautor takich dokumentów, jak "Nie mów nikomu" oraz "Zabawa w chowanego", Andrzej Mleczko - jeden z najsłynniejszych polskich rysowników, Wojciech Mann - ceniony dziennikarz muzyczny, który opowie o nowej inicjatywie byłych pracowników radiowej "Trójki", a także Janusz Gajos - jeden z najbardziej znanych polskich aktorów wcielający się w wiele kultowych postaci polskiego kina.

Organizatorzy festiwalu zachęcają również, aby przeżyć ten wspólny czas w wyjątkowy sposób i urozmaicić sobie uczestnictwo w nim. Wśród 13 rzeczy, które warto przygotować na Najpiękniejszą Domówkę Świata znaleźć można informacje m.in. o zaopatrzeniu się w kwiat słonecznika - symbol festiwalu, zakupieniu koszulki festiwalowej, dzięki której będzie można poczuć klimat Pol'and'Rock Festivalu, czy wywieszeniu "festiwalowej flagi" w swoim mieszkaniu.

 

  1. Kultura

Polscy twórcy filmowi w nowej antologii HBO o doświadczaniu izolacji

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Korona Killer" Magnusa von Horna, antologia „W domu” (fot. materiały prasowe HBO)
Zobacz galerię 16 Zdjęć
Wielu twórców, jeden czas. "W domu" to tytuł nowego projektu HBO, antologii 14 filmów o niespodziewanym doświadczeniu izolacji zrealizowanej przez 16 twórców. Projekt pokazuje, że mimo zamknięcia, sztuka nie zna granic.

Twórcy zaproszeni do projektu przez HBO zaczęli kręcić swoje filmy tuż po rozpoczęciu izolacji, próbując na gorąco uchwycić wyjątkowość momentu, w jakim znalazła się ludzkość. W ten sposób powstał interesująca antologia "W domu". W projekcie udział wzięli: Jacek Borcuch, Andrzej Dragan, Krzysztof Garbaczewski, Renata Gąsiorowska, Magnus von Horn, Paweł Łoziński, Jan P. Matuszyński, Tomek Popakul, Jerzy Skolimowski, Krzysztof Skonieczny, Małgorzata Szumowska i Michał Englert, Mariusz Treliński, Anna Zamecka i Sung Rae Cho i Xawery Żuławski.

Wszystkie filmy powstały w ramach artystycznego manifestu. Musiały dziać się w czasie pandemii, ich długość miała nie przekraczać 10 minut i uwzględniać wprowadzone na ten czas restrykcje. Artyści musieli przygotować filmy samodzielnie w czasie 4 tygodni, mając pełną dowolność w kwestii doboru formy i gatunku.

Wśród 14 filmów znajdują się zarówno fabuły, filmy dokumentalne, a także animacje. Każdy twórca w indywidualny sposób opowiada o wspólnym doświadczeniu izolacji, niejednokrotnie nadając swojej historii osobisty ton. Dla wszystkich twórców projekt W domu stał się także pretekstem, żeby przyjrzeć się zastanej rzeczywistości „tu i teraz”, zanim przeminie. W efekcie powstała filmowa antologia czasu pandemii, w której można zobaczyć m.in. poruszające rozmowy z przypadkowymi ludźmi, Sycylię ujętą w piękne kadry, opowieść o tym, jak bardzo jesteśmy zamknięci w swoich bańkach, oczekiwanie na narodziny dziecka, refleksję nad rzeczywistością online, czy życie rodzinne, w którym bohaterowie starając się ustrzec przed wirusem, zarażają siebie czymś innym. Warunki, w jakich artyści przygotowywali swoje filmy nie były łatwe, ale mimo sytuacji zamknięcia, projekt "W domu" pokazuje, że sztuka nie zna granic.

Antologia 14 filmowych historii, w których twórcy starali się uchwycić wyjątkowość czasu kwarantanny dostępna jest od 16 lipca w HBO GO.

https://www.youtube.com/watch?v=yno1AxdvOxQ&feature=emb_title

Reżyserzy o projekcie:

"To nie my", reż. Jerzy Skolimowski. Wirus zastał mnie na Sycylii, gdzie przygotowywałem swój nowy film. Dzięki niemu zostałem świadkiem zarówno włoskiej tragedii, jak i włoskiego heroizmu. Ale też splendoru sycylijskiej wiosny. Czas się na chwilę zatrzymał, ale też czas zdaje się mieć tu inny wymiar. Moim filmem dziękuję Sycylii za jej szczodrą gościnność.

Kadr z filmu 'To nie my' Jerzego Skolimowskiego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "To nie my" Jerzego Skolimowskiego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Ukryj mnie w samolocie lecącym do Marakeszu", reż. Krzysztof Skonieczny. Sytuacja, w której znaleźliśmy się przez pandemię, kojarzy mi się z przebywaniem na pustyni. To dla mnie czas spotkania z samym sobą — filtrowania pamięci, przewijania kaset home video, rejestru autosejsmicznych drgań, gapienia się na samoloty i wróżenia ze smug kondensacyjnych. Stan zawieszenia w oczekiwaniu na mróz pustynnej burzy albo ciepły letni deszcz. Pustynia tworzy miraże i dekonstruuje iluzje. Ilekroć odbywam podróż do jej surowych krajobrazów, jest to przeżycie transgresywne i wzbogacające. Dziś pustynia wsypuje się do naszych domów, a rzeczywistość dostaje polidypsji.

Kadr z filmu 'Ukryj mnie w samolocie lecącym do Marakeszu' Krzysztofa Skoniecznego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Ukryj mnie w samolocie lecącym do Marakeszu" Krzysztofa Skoniecznego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Dom w skorupce", reż. Renata Gąsiorowska. To jest film o tym, jak jesteśmy jeszcze bardziej zamknięci w swoich bańkach, mimo że możemy komunikować się na odległość na tyle sposobów. O mojej relacji z mediami, które pochłaniam, a konkretnie z jednym kanałem na platformie streamingowej, który oglądam na okrągło i o tym, jak zmieniam się powoli w zwierzę domowe.

Kadr z filmu 'Dom w skorupce' Renaty Gąsiorowskiej, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Dom w skorupce" Renaty Gąsiorowskiej, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Dzisiaj są moje urodziny", reż. Jacek Borcuch. Dzisiaj, kiedy już wiem, co z tego wszystkiego wyszło, mogę powiedzieć, że robiąc swój mały film zanurzyłem się w Tu i Teraz, a właściwie w Tam i Wtedy. Zaskakujące nawet dla mnie jest to, że w swoim zawodowym życiu odwróciłem kamerę o 180 stopni.

Kadr z filmu 'Dzisiaj są moje urodziny' Jacka Borcucha, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Dzisiaj są moje urodziny" Jacka Borcucha, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Czekamy", reż. Jan P. Matuszyński. Czekanie w czasie pandemii jest wyjątkowe. Każdy doświadcza go w inny sposób. My akurat czekaliśmy... na coś innego.

Kadr z filmu 'Czekamy' Jana P. Matuszyńskiego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Czekamy" Jana P. Matuszyńskiego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Maski i ludzie", reż. Paweł Łoziński. Upływ czasu w pandemii stał się moim bohaterem. Świat się zatrzymał, a moja kamera na balkonie wraz z nim. Obserwuję w jednym kadrze kawałek świata i szczególny wycinek czasu, w którym się wszyscy znaleźliśmy. Wsłuchuję się w nagłą ciszę. Pod moim balkonem spowolnione życie jednak toczy się dalej. Jak na scenie przesuwają się kolejne postacie. Pytam ludzi o to, na co sam nie mam odpowiedzi - co będzie dalej?

Kadr z filmu 'Maski i ludzie' Pawła Łozińskiego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Maski i ludzie" Pawła Łozińskiego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Nic nie zatrzyma tej wiosny", reż. Mariusz Treliński. Zafascynował mnie wielogłos artystów. Nie pamiętam momentu, w którym występowalibyśmy wspólnie. To wielka rzadkość w naszym kraju. Jesteśmy urodzonymi solistami, a tu nagle głos tutti. Nie wierzę, że można świadomie zapisywać czas. Dlatego mniejszą wagę przywiązuję do samych wypowiedzi. Napięcia, które pojawią się między etiudami, przypadkowe odniesienia, skojarzenia będą kluczowe. Prawdę mówiąc, sam nie mam jeszcze pojęcia, o czym to będzie. Mówienie o sobie paraliżuje.

Kadr z filmu 'Nic nie zatrzyma tej wiosny' Mariusza Trelińskiego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Nic nie zatrzyma tej wiosny" Mariusza Trelińskiego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Chłopiec z widokiem", reż. Małgorzata Szumowska/Michał Englert. Pierwsza myśl… ograniczenie, również w polu widzenia. Siedząc w domu, widzimy tylko pewien wąski wycinek rzeczywistości, chcielibyśmy zobaczyć więcej.

Kadr z filmu 'Chłopiec z widokiem' Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Chłopiec z widokiem" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Ślimak", reż. Krzysztof Garbaczewski. Uprawiając ogród zauważasz, że czas nie jest linearny, raczej odrealnia, i sprawia, że coraz bardziej przypominasz wirtualnego ślimaka, który nosi na grzbiecie swój dom z serpentyny. Jej proporcja, to matematyczny ciąg, algorytm strachu, a wstręt to tylko stan przejściowy, na drodze do miłości.

Kadr z filmu 'Ślimak' Krzysztofa Garbaczewskiego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Ślimak" Krzysztofa Garbaczewskiego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Korona Killer", reż. Magnus von Horn. Lockdown wystawił na próbę nasze związki, relacje rodzinne, cierpliwość i miłość. Chciałem uchwycić poczucie, że starając się ustrzec przed wirusem, zarażamy siebie czymś innym.

Kadr z filmu 'Korona Killer' Magnusa von Horna, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Korona Killer" Magnusa von Horna, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Kioto, 21 kwietnia", reż. Anna Zamecka/Sung Rae Cho. Zamknięci w domu podczas przymusowej kwarantanny mieliśmy trudność w zrozumieniu i opisaniu tego, co się dzieje, w uchwyceniu realności zdarzeń. To poczucie zagubienia, wyobcowania, nierealności i fantomowego istnienia próbowaliśmy oddać w naszym filmie.

Kadr z filmu 'Kioto, 21 kwietnia' Anny Zameckiej i Sung Rae Cho, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Kioto, 21 kwietnia" Anny Zameckiej i Sung Rae Cho, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Piosenka o końcu świata", reż. Andrzej Dragan. Lubię niepokój, lubię go konstruować i mu się przyglądać. Dlatego stworzenie czegoś w tym niezwykłym czasie, w którym przymusowy niepokój stał się doświadczeniem całego ludzkiego pogłowia wydało mi się szczególnie interesujące.

Kadr z filmu 'Piosenka o końcu świata' Andrzeja Dragana, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Piosenka o końcu świata" Andrzeja Dragana, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Księżyc", reż. Tomek Popakul. Z jednej strony apokalipsa, z drugiej strony dzień jak co dzień. Na jakiejś niewidocznej warstwie pulsuje coś dziwnego.

Kadr z filmu 'Księżyc' Tomka Popakula, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Księżyc" Tomka Popakula, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

  1. Kultura

"The Eddy" z udziałem Joanny Kulig - serial o doświadczaniu straty

Joanna Kulig i André Holland w serialu
Joanna Kulig i André Holland w serialu "The Eddy" w reżyserii Damiena Chazelle'a. Premiera 8 maja na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Akcja serialu „The Eddy” z udziałem Joanny Kulig toczy się wokół muzyki jazzowej. A jednak w przełomowych momentach bohaterom towarzyszy cisza, jakby symbol pustki, którą muszą sami wypełnić. Jaką lekcję o doświadczaniu straty nam to daje – zastanawiają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. 

Akcja serialu „The Eddy” toczy się wokół muzyki jazzowej. A jednak w przełomowych momentach bohaterom towarzyszy cisza, jakby symbol pustki, którą muszą sami wypełnić. Jaką lekcję o doświadczaniu straty nam to daje – zastanawiają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. 

Martyna Harland: Właśnie ukazuje się pierwszy serial Damiena Chazelle'a, "The Eddy". Główny bohater Elliot to współwłaściciel podupadającego klubu, tytułowego "The Eddy". Elliot jest też menadżerem kapeli, w której śpiewa Maja, grana przez Joannę Kulig. Są parą. Odnoszę jednak wrażenie, że główną bohaterką jest tu muzyka, która działa cuda, bo dzięki niej możemy chociaż na chwilę oderwać się od codzienności...
Grażyna Torbicka: Uważam, że pokazanie muzyki i klubu „The Eddy” w roli głównych bohaterów serialu jest bardzo odważne. Muzyka jazzowa z definicji jest adresowana do wąskiego kręgu odbiorców, więc tym bardziej cieszę się, że Netflix zdecydował się zaproponować taki serial, adresując go do wszystkich. Wracając jednak do roli muzyki, o której mówisz, to nie czułam, żeby odrywała mnie od rzeczywistości. Może dlatego, że w momencie, kiedy rzeczywistość mocno puka do drzwi bohaterów, muzyka znika. W najtrudniejszych dla nich momentach panuje całkowita cisza. Dla mnie to było raczej uświadomienie sobie, że w chwili nieszczęścia zawsze pozostajemy sami ze sobą. Mamy poczucie pustki, czyli miejsca, w którym nie mamy czego się uczepić, by utrzymać się na powierzchni.

A nie masz wrażenia, że muzyka łączy bohaterów serialu, choćby Elliota i jego córkę?
Wątek muzyczny jest charakterystyczny dla Chazelle’a. Być może dlatego, że sam marzył kiedyś o karierze perkusisty jazzowego. Jego wcześniejszy oscarowy film „Whiplash” jest właściwie autobiograficzną opowieścią o wielkim wysiłku, jaki trzeba podjąć, żeby przekonać się, czy jesteśmy w stanie oddać się w pełni muzyce. Muzyka jest bezwzględna, nie znosi konkurencji. Być może Chazelle uświadomił sobie, że nie ma powołania lub dość talentu, żeby osiągnąć wybitny poziom jako muzyk, i zrezygnował? A co do muzyki w tym serialu, to faktycznie klub „The Eddy” jest przestrzenią, która łączy. Bohaterowie próbują się w niej odnaleźć i pobyć ze sobą. Odbieram to jako marzenie o miejscu, w którym możesz poczuć się jak u siebie i robić, co zechcesz. Bo czy nie dlatego Elliot i Farid zakładają taki klub?

Ciekawi mnie rola Joanny Kulig, która pokazuje tu zupełnie inną twarz. Jej Maja jest jakby przytłoczona życiem.
A wiesz, że oglądając „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego, w pewnym momencie pomyślałam, że ma ona bardzo podobną konstrukcję do filmu „La la land” Damiena Chazelle’a? W obu filmach muzyka jest motywem przewodnim i łączy bohaterów: Zulę i Wiktora, Mię i Sebastiana. To pary, które darzą się olbrzymim uczuciem i pragną być razem, ale jakoś nie są w stanie. Coś ich gna w przeciwne strony, mimo że są dla siebie stworzeni i wiedzą o tym. Mam wrażenie, jakby Chazelle to wszystko magicznie połączył, nagle wyciągając z „Zimnej wojny” tę naszą Asię Kulig...

Miałam podobne skojarzenie, tyle że w Mai widziałam Zulę z "Zimnej wojny", która postanowiła żyć dalej. Ale to, co przeżyła, mocno się na niej odbiło.
A może właśnie Zula zainspirowała Chazelle’a przy pracy nad tym serialem? Maja faktycznie ma w sobie coś z bohaterki Pawła Pawlikowskiego. Wiemy, że jest Polką, która trafia za granicę. Próbuje się jakoś odnaleźć, szuka czegoś lub kogoś, ale jeszcze tego nie znalazła i nie wygląda na szczęśliwą... W tej sytuacji ratuje ją muzyka. To jedyna przestrzeń, która trzyma ją jakoś w pionie.

Czy na ciebie muzyka działa terapeutycznie?
Tak, dlatego że muzyka jest sztuką absolutną, nie potrzebuje żadnych dodatkowych elementów. Brzmienie wystarcza, by wywoływać w nas emocje, nadać rytm naszej wyobraźni i zainspirować, a nawet pobudzić do życia.

Psychologowie twierdzą, że muzyka wnika w najgłębsze warstwy psychiki, uruchamia ukryte treści. Z badań opublikowanych przez Cochrane Library wynika, że samo słuchanie muzyki pomaga łagodzić dolegliwości bólowe, a także zmniejszać lęk i zmęczenie.
Jednak cisza także może być terapeutyczna. W serialu mamy na to przykład, bo – wrócę do tego, co już powiedziałyśmy – w przełomowych momentach akcji, na przykład gdy jeden z bohaterów umiera albo gdy jego partnerka dowiaduje się o tej tragedii – zalega cisza. Jakby muzyka mogła pomóc dopiero później, kiedy już staramy się racjonalizować nieszczęście, zrozumieć, co się stało, żeby stanąć na nogi. Ta powracająca cisza bardzo mnie uderzyła i poruszyła. Poczułam ją jak wielką próżnię, w której znajduje się człowiek po utracie kogoś bliskiego.

Elliot ma od początku wiele problemów, dotyka go śmierć bliskich osób. Myślę, że być może jeszcze niedawno nie rozumielibyśmy żalu i bólu Elliota, jednak teraz, gdy mamy więcej doświadczeń związanych z poczuciem utraty, niekoniecznie śmierci, ale choćby pracy, wolności czy celów - łatwiej uruchomić empatię i współodczuwać.
Nie odbieram tego serialu w taki sposób, nie odnoszę go do rzeczywistości związanej z pandemią koronawirusa, w której dziś żyjemy. Z moim obecnym stanem duszy mogę już bardziej porównać film „Na zawsze razem” opowiadający o zamachu terrorystycznym w Paryżu. Reżyser Mikhaël Hers pokazał w nim, że utrata jednej bliskiej osoby możne oznaczać utratę prawie całego świata. A jednak trzeba się jakoś na nowo odnaleźć w tej cząstce, która pozostała. I w tym najbardziej pomaga nam bliskość drugiego człowieka. Przy okazji tych naszych filmoterapeutycznych rozmów zawsze mówimy, że w zależności od tego, w jakim momencie życia oglądamy film, co innego nas dotyka i inaczej to przeżywamy. Rozmawiałyśmy w różnych osobistych stanach i zewnętrznych okolicznościach, teraz po raz pierwszy przeżywamy sytuację kolektywnego żalu, związanego z pandemią wirusa. Być może doświadczasz dziś silnego poczucia straty, dlatego akurat w ten sposób odczytujesz sytuację bohatera.

Tak, myślę, że ten serial świetnie wpisał się w nasze tu i teraz. Może być terapeutyczny dla wszystkich ludzi, którzy chcą lub będą chcieli wrócić do normalnego życia po różnych ciężkich doświadczeniach...
Zgadzam się z tobą. Główny bohater, Elliot niesie w sobie tego rodzaju emocje. To jest to, na co zwróciła uwagę Olga Tokarczuk w swoim przemówieniu noblowskim – człowiek ma w sobie olbrzymią moc.

Co będzie dalej? Jesteś optymistką?
Wierzę, że wszystko w naszym życiu dzieje się po coś. Warto czerpać z tego naukę, żeby nie powtarzać tych samych błędów. Rozmawiamy w sytuacji, gdy w relatywnie krótkim czasie świat bardzo się zmienił. Jeszcze niedawno niebo było pocięte śladami latających tam i z powrotem samolotów. Teraz mamy spokój, ciszę. Parę dni temu, kiedy wracałam ze spaceru z psem w pobliżu domu, usłyszałam nad głową charakterystyczny klekot, przez chwilę pomyślałam, że to niemożliwe, spojrzałam w górę i nagle przeleciał nade mną klucz żurawi. A jednak! Zawsze jesienią wypatruję odlatujących ptaków, a wiosną czekam na te, które przylatują. Jeżeli uda mi się je zobaczyć, odczytuję to jako dobry znak dla mnie. Ciekawe, co pomyślały sobie te żurawie, lecąc z południa Europy, skoro tym razem na ich trasie było tak spokojnie? Bo przecież musiały to jakoś zauważyć i odczuć...

Dziś wszyscy tęsknimy za tętniącym energią miastem - rozmowa z Joanną Kulig, grającą Maję w serialu "The Eddy"

Joanna Kulig jako Maja w serialu 'The Eddy'. (Fot. materiały prasowe Netflix) Joanna Kulig jako Maja w serialu "The Eddy". (Fot. materiały prasowe Netflix)

Zagrałaś tu w kontrze do swojego emploi, twoja Maja jest jakby bez siły...
Kiedy poznajemy Maję, rzeczywiście jest w dołku psychicznym. Nie wie, co robić, dlaczego dalej gra w zespole i jest w związku z Elliotem. Jednak udaje jej się z tego impasu wydostać i z odcinka na odcinek odzyskuje siłę i energię do życia, wiarę w swój potencjał. To ciekawe, bo jej postać jest skonstruowana jakby trochę na odwrót, od bezsensu do sensu.

Co w takim razie daje jej siłę?
Zrobienie kroku w stronę spełniania swoich marzeń. A przede wszystkim ważne jest to, że w pewnym momencie postanawia wyznaczyć swoje granice w związku. Początkowo to Elliot dominuje w ich relacji. Ma za sobą trudne doświadczenie, jest zamknięty, pogrążony w traumie, nie chce rozmawiać. A Maja nieustannie się mu podporządkowuje. Jednak jest tym na tyle wyczerpana, że w pewnym momencie stawia warunki. Potrzebuje emocjonalnej bliskości i otwartości. Gdy Elliot mówi: „sam nie dam rady”, Maja uświadamia sobie, że mu na niej zależy, jednak nie chce dłużej spalać się w takim związku. Jeśli mają zostać razem, to musi to być na nowych zasadach. Nawet jeśli mieliby ostatecznie zostać tylko przyjaciółmi.

Mam wrażenie, że zarówno klub „The Eddy”, jak i sama muzyka mają terapeutyczny wpływ na bohaterów serialu. To miejsce pomaga im przetrwać trudny czas i odnaleźć nadzieję na lepsze jutro.
Każdy z tych bohaterów ma kłopoty, ale w muzyce potrafią odnaleźć wytchnienie. Sam klub jest dla Mai jak dom. Nie wiem, co by się z nimi stało, gdyby nie „The Eddy”. To niesamowite, co muzyka jest w stanie zrobić z człowiekiem. Jest katalizatorem głęboko ukrytych emocji, których nie umiemy wyrazić wprost. Potrafi nas wzruszyć, rozbawić, zasmucić. Artyści przychodzą do klubu, grają i zapominają o wszystkim, co złe. No i ciekawe jest zobaczyć ten serialowy Paryż, tętniący brzmieniem i energią. Właśnie teraz, gdy życie miejskie jest w zawieszeniu, a ulice są opostoszałe...

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe