1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Goddessware - ceramika, która nawiązuje do miłości i samoakceptacji

Goddessware - ceramika, która nawiązuje do miłości i samoakceptacji

Jagienka Szymańska w pracowni (fot. Katerina Plevkova (IAMKAT), http://www.iamk.at)
Jagienka Szymańska w pracowni (fot. Katerina Plevkova (IAMKAT), http://www.iamk.at)
Zobacz galerię 14 Zdjęć
Goddessware (czyli Linia Bogiń) to kubki i doniczki, które nawiązują do miłości do samego siebie, do samoakceptacji, do "ciałopozytywności", ale też do społecznej świadomości raka piersi, czy kwestii karmienia piersią. Wyjątkową ceramikę tworzy Jagienka Szymańska - z wykształcenia fotografka, która nie boi się poruszać w sztuce tematów odważnych i trudnych.

"Jestem z wykształcenia fotografką, od lat moje prace to w większości autoportrety. Przez ostatnie 10 lat mieszkałam w Portugalii, a później zupełnie przypadkiem znalazłam prace na Ibizie. Tutaj na wyspie odkryłam, że spokój i równowagę daje mi przyroda i życie z rytmem natury - poczucie wolności i szczęście to dla mnie możliwość oglądania wschodów i zachodów słońca - i że właśnie do tego tęskniłam." - mówi Jagienka. Niedługo później zaczęła szukać innej niż fotografia formy ekspresji. Wtedy udała się na warsztaty z ceramiki.

"Udało mi się znaleźć warsztaty toczenia na kole garncarskim u lokalnego rzemieślnika, a praca w glinie dała mi olbrzymią satysfakcję, płynącą z uczucia większego uziemienia, związania z Pachamamą, z Matką Ziemią. Był to też czas, kiedy uczestniczyłam w wielu warsztatach dla kobiet dotyczących konstelacji łona, śpiewu, cyklów księżyca i budowania emocjonalnej intymności. Znalazłam się wtedy w dobrym momencie na rozpoczęcie nowego projektu związanego z ruchem body positive, z ciałopozytywnością. Zaczęłam pracować wykorzystując tradycyjną, hiszpańską czerwoną glinę, która po wypaleniu ma cielisty kolor, a który mi przypomina ciało, także poprzez swoją strukturę. Oprócz tego chciałam powiązać ceramikę z autoportretami i tym, co co zawsze było dla mnie największym kompleksem we mnie samej i co bardzo długo uczyłam się akceptować - piersiami.

Tak powstała moja linia ceramiki Goddessware, czyli Linia Bogiń - kubki i doniczki, które nawiązują do akceptacji własnego ciała, ale też do społecznej świadomości raka piersi, czy kwestii karmienia piersią. Wszystkie boginki są ręcznie robione, w małych partiach, a każda sztuka jest jedyna w swoim rodzaju. Są tu blizny po cesarkach cięciach i rozstępy, pieprzyki i male/duże brzuszki. Uważam, że każda z nas zasługuje na zauważenie, że jest unikatowa a co za tym idzie: piękna! Chcę, aby te kubki były widziane jako hołd dla naszych dających życie, ale tez przyjemność piersi, naszego ciała w ogóle." - mówi artystka.

Według niej akceptacja swojego ciała to lubienie samego siebie. Właśnie tego, jakie jesteśmy tu i teraz, a nie tego jakie chciałybyśmy być, jakie mamy wyobrażenia o kanonie piękna. To uczucie daje nam napęd, poczucie wartości i pewność siebie. Każda z nas, każda z kobiet jest inna, ma inne piersi, większe, czy mniejsze, patrzące do góry czy obwisłe. Nieważne, czy mamy po 20 czy 60 lat. Czy któraś miała mastektomię, rekonstrukcję czy operację plastyczną. Wszystkie jesteśmy kobietami i to czyni nas tak bardzo potężnymi, że prawie tego nie rozumiemy. Dajemy życie, dbamy, tworzymy, rozwijamy, walczymy o dobro na świecie i dla mnie, wszystkie jesteśmy boginiami" - mówi artystka, której prace rzeczywiście nawołują do tego, by pokochać swoje własne ciało i zaakceptować jego wszelkie niedoskonałości.

Jak sama twierdzi, jej prace spotykają się z różnymi reakcjami. Niektórzy reagują śmiesznie, prostolinijnie poprzez uśmiechy, śmieszki i komentarze ¨O, cycki!¨, do cudownych kilkugodzinnych rozmów i zwierzeń ze strony wielu kobiet. "To jest dla mnie bezcenne uznanie w oczach kobiet, kiedy widzą Boginki. Ciekawe jest to, że w pierwszym odruchu każda z nas szuka ¨swoich¨ piersi w moich projektach. Myślę, że właśnie to dopatrywanie się swojego odbicia jest swoistego rodzaju utożsamianiem się z projektem w ogóle. A to jest dla mnie największa nagroda" - podkreśla Jagienka.

Goddessware to linia pięknych, ręcznie robionych i unikatowych projektów doniczek, kubków, filiżanek, jedynych w swoim rodzaju, które dodatkowo upiększą wnętrze naszego domu, a także mogą być pięknym pomysłem na oryginalny prezent. Wszystkie z charakterystycznymi elementami - piersiami, które wyróżniają ceramikę na tle innych projektów dostępnych na rynku. Wszystkie idealnie wpisujące się w sposób myślenia "body positive" - z życzliwością i akceptacją w stosunku do siebie, jak i innych, zwłaszcza tych, którzy różnią się od nas.

Najnowsze projekty artystki można śledzić na oraz zamówić w sklepie online:

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości

Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Ludziom pokornym żyje się łatwiej. 

Wielu ludzi się dziwi, gdy im się mówi, że pokora to coś bardzo pozytywnego. Dla części z nich wiąże się ona bowiem przede wszystkim z religią i uniżeniem, a może nawet poniżeniem. Tak jak odrzucamy słowo „litość” i nie chcemy, by ktoś się nad nami litował, tak samo nie chcemy być pokorni, bo wydaje nam się, że ktoś pokorny daje sobie postawić but na karku i zaprzecza swojej wartości. Guzik prawda. Będąc młodą zbuntowaną dziewczyną, też miałam taką wizję pokory. Za żadne skarby nie chciałam być pokorna wobec matki. Byłam przekorna, zbyt ostra, nieustannie walczyłam. Zbliżyłam się do niej dopiero długo po wyprowadzce z domu. Wreszcie dotarło do mnie, że nie muszę walczyć ze światem. Wróciłam też do duchowości (nie mylić z religią). A jak jest duchowość, to jest i pokora.

Do prawdziwej pokory trzeba dojrzeć. Z czasem doszłam do tego, że to jest po prostu zgoda na to, co się dzieje. Przeciwieństwo roszczeniowości, obrażania się na świat, pychy. Człowiek pokorny wcale nie uważa, że jest mniej ważny niż inni, wie, że jest tak samo ważny. Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat.

Jakoś nie dziwi nas, gdy nie poszczęści się komuś innemu. A jak to dotyka nas, pytamy, dlaczego ja. Zdarza się, że dzieci umierają na nowotwór, a my pytamy, dlaczego nasz rodzic zachorował na tę chorobę. Otóż z tego samego powodu.

Może to właśnie religia przyczyniła się do tej niechęci do pokory swoimi nakazami typu: „Zły grzeszniku, kajaj się, posyp sobie głowę popiołem”. Bo religijnie pokora wiąże się przecież z uznaniem grzechów, a więc w pewnym sensie z myśleniem, że jestem jakaś gorsza i należy mi się kara. Z drugiej jednak strony – stoi za nią przekonanie, że źródłem wszystkiego jest Bóg i że wszyscy jesteśmy przed nim równi. Widzę w tym pewne niebezpieczeństwo – ślepa ufność pokładana w Bogu łatwo może się zmienić w myśl, że ja nic nie mogę, będzie tylko tak, jak Bóg zechce. Tymczasem do własnych poczynań lepiej Boga nie mieszać, bo to my za nie odpowiadamy.

W Polsce wszyscy czują się spadkobiercami tradycji szlacheckiej, a przecież przytłaczająca większość społeczeństwa to byli chłopi. Cóż, nie bardzo sobie radzimy z poczuciem własnej ważności i wartości. Dlatego potrzebujemy podpórki w postaci – często wymyślonego – szlacheckiego pochodzenia. I dlatego też myślimy, że jak przychodzi nam się na coś godzić, to znaczy, że ktoś nas wziął pod but. Podejrzewamy, że kryje się za tym rodzaj poniżenia, wykorzystywania.

Pokora przynosi ulgę, o czym najczęściej nie wiemy. Jej sedno oddaje modlitwa o pogodę ducha, do której często się odwołuję

„Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

Jeśli przyswoimy tę treść, przestajemy się szamotać. Bo mamy świadomość swoich ogromnych możliwości, ale też ograniczeń. Nawet jeśli mam wielkie zasoby, nie mogę wszystkiego. Jeśli jestem pokorna naprawdę, potrafię sobie wybaczać. Nieustanne żale i pretensje do siebie i innych oznaczają, że nasza pokora jest tylko deklarowana. Swojej pokory nauczyłam się powoli, pomogły mi spotkania z różniącymi się ode mnie  ludźmi, którzy byli zadowoleni z siebie, robiąc rzeczy może nie najważniejsze dla wszystkich, ale takie, które chcieli i lubili. To był przykład samoakceptacji. Często przykro patrzeć, jak ktoś nieustannie stara się być kimś innym, lepszym od siebie samego.

Na czym polega pokora wobec życia? Podam jeszcze przykład dotyczący związków, a konkretnie mojego partnera Edka, z którym jestem najdłużej, bo ponad 30 lat, choć z przerwami. Jestem na tyle dorosła, żeby wiedzieć, że jeden mężczyzna to każdy mężczyzna, a jedna kobieta to każda kobieta. Mówiąc jaśniej, wiem, że nie mogę sobie powybierać fajnych cech i potem znaleźć mężczyzny, który je wszystkie będzie miał. Dostaję partnera, jaki jest. Niektóre rzeczy w nim uwielbiam, innych nie znoszę, jeszcze inne toleruję. Tych pierwszych jest na tyle dużo, że pozostałe mają mniejsze znaczenie. Biorę pełen zestaw, to jest też pokora. My się z Edziem coraz bardziej lubimy, coraz bardziej się siebie uczymy znosić. Dajemy sobie prawo do tego, że czasem każde z nas jest nie do wytrzymania. Moją pokorą jest zgoda na niego, a jego pokorą jest zgoda na mnie. Wiem, że on mnie nie idealizuje, ale też nie odrzuca, gdy bywam niefajna albo gdy się zdarzy, że nie spełnię jego oczekiwań i marzeń. Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości, nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. Oszukiwanie się, że możemy być doskonali, jest niebezpieczne, prowadzi nas choćby do perfekcjonizmu, który unieszczęśliwi nas i naszych bliskich. Stąd tylko krok do stawiania siebie ponad innych. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Nie musi się porównywać, wie, że jeden jest lepszy w tym, drugi w czymś innym. Pokora jest oparciem, miejscem regeneracji.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Styl Życia

Agnieszka Prucia: „Słowo to mój kolejny zmysł”

Małe słowa o wielkiej mocy, zapisane w glinie. Agnieszka Prucia i jej marka Misiura Design. (Fot. archiwum prywatne)
Małe słowa o wielkiej mocy, zapisane w glinie. Agnieszka Prucia i jej marka Misiura Design. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Odbiera rzeczywistość poprzez słowo, pisze od zawsze i kocha czytać. Glina dała jej spokój, chwilę zatrzymania i czas na refleksje. Agnieszka Prucia pod autorską marką Misiura Design tworzy z gliny wyjątkowe przedmioty. Zatapia w nich słowa - otulające, dodające otuchy, doceniające, zmuszające do głębokich przemyśleń. 

Ceramika przechodzi właśnie swój renesans. Co ma w sobie glina, że przyciąga tak wielu ludzi? Myślę, że to wiąże się z tym, że glina to powrót do pierwotnej aktywności. Towarzyszyła nam od wieków, więc być może teraz obudziło się w nas pragnienie, które jest bardzo stare i zapamiętane. Dla mnie glina to spotkanie z samym sobą – medytacja, zatrzymanie, uzdrowienie, możliwość twórczej ekspresji. W mojej malutkiej pracowni, w moim spotkaniu z gliną, dzieje się coś ważnego, co pomimo wielu kryzysów sprawia, że robię to już od 9 lat. W glinie nie ma miejsca na pośpiech i może to jest jej największy urok. Ja jestem bardzo energiczna, lubię działać szybko i niewiele rzeczy robię powoli, a glina to moja przestrzeń do zatrzymania. Może tego też poszukują ci, którzy do niej dziś wracają?

Myślisz, że ludźmi, którzy kupują ceramikę, kieruje jedynie chęć otaczania się ładnymi rzeczami? Czy jest w tym coś więcej? Piękna forma to jedno, ale w przypadku prac wykonanych ręcznie, ogromne znaczenie ma człowiek, który za tym stoi. Mimo tylu lat pracy ja samej siebie nie nazywam ceramikiem, bo istnieje tak wielu utalentowanych ludzi w tej dziedzinie, że mnie to po prostu onieśmiela. Ale z drugiej strony myślę, że ja przecież nikomu nie obiecuję ideału, a tylko przedmiot z głębszą myślą. Jestem magistrem filozofii i być może trochę się za tymi słowami chowam, bo wiem, że ta forma nie jest doskonała, ale glina uczy zgody na niedoskonałość. Cały proces pracy rękami – w niego jest wpisane to piękno niedoskonałości.

Jak zaczęła się twoja przygoda z ceramiką? Ja tego w ogóle nie planowałam. Pewnego dnia znalazłam plakat, reklamujący zajęcia z ceramiki i po prostu na nie poszłam. I nie pytaj mnie dlaczego, bo nie wiem. Na początku nie byłam obiecującym ceramikiem. Ale, jak zwykle w takich sytuacjach, największe znaczenie mają ludzie. Moja pierwsza nauczycielka ceramiki zawsze potrafiła spojrzeć na moją pracę z życzliwością i to ona nie pozwalała mi zwątpić. Najpierw więc były zajęcia w każdy czwartek, później pierwsze paczki gliny kupione już do domu, a dalej glina w całym mieszkaniu i codzienny slalom pomiędzy schnącymi pracami.

Wtedy też straciłam pracę, starałam się o dofinansowanie z Urzędu Pracy i nie dostałam go. Myślałam, że to już mój koniec, ale glina pomagała mi zachować równowagę. I kiedy już zupełnie nie wiedziałam co robić dalej, „Gazeta Wyborcza” i nieistniejący Raiffeisen Polbank ogłosiły konkurs „Pomysł na firmę”. To był wieloetapowy proces, którego finałem miała być możliwość zdobycia kapitału na rozpoczęcie własnej działalności. Nie byłam przekonana, czy mam w ogóle jakieś szanse, ale zgłosiłam się i zostałam laureatką – dostałam czek na 50 tys. złotych. I wtedy się zaczęło, już bez żartów. W sierpniu 2014 roku zaczęłam działać pod szyldem Misiura Design – ze swoim piecem, niewiedzą, naiwnością, marzeniami i ogromnie silną wolą.

Rok temu temu, z okazji kolejnych urodzin swojej firmy, napisałam do dostawców gliny z pytaniem o to, ile gliny już od nich kupiłam. Po podliczeniu okazało się, że trzy tony. Dla żartu sprawdziłam, jakie zwierzę tyle waży – samica słonia afrykańskiego. W tamtym momencie naprawdę poczułam, że to jest już coś więcej, niż tylko 9 lat pracy z gliną.

Co lepiłaś z gliny jako pierwsze? Domki. Myślę, że zrobiłam ich parę tysięcy.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Kiedy zrodził się pomysł zatapiania słów w glinie? Przyszło to do mnie bardzo naturalnie. Przestałam się w końcu tego wypierać i w pełni zrozumiałam, że dla mnie słowo to kolejny zmysł. Od zawsze pisałam dzienniki, wiersze, ogromnie dużo czytam i odbieram rzeczywistość poprzez słowo. I pewnego dnia to się stało oczywiste, że w ceramice wychodzącej spod moich rąk musi być słowo.

Teraz słowa stały się tożsamością twojej marki. Stoją za nimi osobiste historie? Tak, ale są one jednocześnie bardzo uniwersalne. Do pewnego etapu żyjemy w głębokim poczuciu indywidualności. Wydaje nam się, że to co się dzieje u nas jest wyjątkowe, zwłaszcza jeśli jest trudne. A później okazuje się, że jesteśmy bardzo uniwersalni w doświadczaniu zarówno szczęścia, jak i cierpienia.

Twoja praca jest formą autoterapii? Nigdy nie zakładałam, że tak będzie, ale moje prace to trochę taki dziennik emocjonalny. W kolekcji, nad którą obecnie pracuję, przyszły do mnie zupełnie zaskakujące dla mnie słowa. Z kolei, gdy spojrzę na te poprzednie, nie z każdym się teraz utożsamiam. Ale to jest właśnie moja historia. Korzystam ze swoich prac i wtedy również mierzę się z tymi sentencjami, przepracowuję je, sprawdzam. Bo nie są to rzeczy na stałe zapisane w naszej percepcji –  dzisiaj „czujesz się cudem”, a jutro leżysz w błocie i płaczesz. Każdy z nas tak ma.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Oprócz swojej pracowni ceramicznej i pięknych przedmiotów z gliny, stworzyłaś wokół siebie grono wyjątkowych ludzi – wrażliwych, czujnych, uważnych. Ja zawsze dziękuję za czujące serce po drugiej stronie. Bo nie byłoby mnie bez ludzi, którzy moją ceramikę cenią i kupują. W nich jest ta wrażliwość, czułość, pragnienie. Stąd się bierze rezonans między nami. I chociaż nadal mam firmę, którą muszę utrzymać, to mam poczucie, że dzieje się między nami coś więcej oprócz transakcji.

Myślę, że taką społeczność buduje tylko prawda. To wszystko stało się tak naturalnie, dziś nazwałabym to marketingiem serca – i chyba właśnie to ludzi przyciąga i sprawia, że zostają ze mną. Autentyczność wymaga ogromnej odwagi, bo łatwo ją zaatakować i zniszczyć, a jednak tego potrzebujemy.

Autentyczność może też być największą siłą. Ja nigdy nie kalkuluję, nie zastanawiam się, czy coś będzie mi się opłacało. Potrafię dzielić się tym, że czasem sentencje, które stworzyłam, są dla mnie nie do przyjęcia, że mierzę się z kryzysami, na które talerzyki nie pomagają. Umiem przyznać się, że dziś nie czuję się cudem, nie jestem łagodna dla siebie, nie wierzę, że umiem robić rzeczy w swoim tempie. I wtedy widzę, że w ludziach jest ogromne pragnienie, żeby słyszeć nie tylko o tym co możemy, ale też po ludzku nie możemy. Szczególnie w dobie mediów społecznościowych ważny jest ten autentyzm naszego przekazu. Mamy pewnego rodzaju obowiązek mówienia nie tylko o tym, że byłam w swojej wymarzonej podróży i będę mieć publikacje w czasopiśmie, ale też o tym, że leżę na ziemi i płaczę.

Masz swoją ulubioną sentencję? Bardzo długo były to słowa, które teraz nie są już dla mnie bazowe i tak ważne jak wtedy. To są talerze z napisami: „Wystarczy, że jesteś, jesteś cudem”, „Gdy słyszysz, że jesteś dzielna, upewnij się, że także łagodna dla siebie”. Ta opowieść się już dla mnie dopełniła i kolekcja „Przedwiośnie” przyniosła mi takie najbardziej aktualne słowa, na przykład „Po zimie zawsze jest wiosna. Zaufaj naturze”, a najbliższa mi teraz jest ta kolekcja, która właśnie schnie w pracowni. Jest w niej bardzo dużo słów, które zatrzymują. Są o byciu w sobie, przy sobie, o oddechu, uważności.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Wkładasz w swoją pracę całe serce? Tak, ale już się z nią aż tak bardzo nie identyfikuję. Kiedyś miałam poczucie, że firma i ja to jedno, a dzisiaj firma to bardzo ważna część mojego życia, ale nie jedno. Oczywiście, wkładam w nią ogromną ilość serca, ale to serce też bije i potrzebuje pójść do lasu, pomilczeć, odpocząć, być w racjach z ludźmi. Firmę traktuję jak 7-letnią córkę, która na początku potrzebowała ode mnie zupełnie innego wymiaru bliskości, niż teraz.

Artystka, filozofka, rzemieślniczka, podróżniczka, bizneswoman – jak ty byś opisała siebie? Ja jestem po prostu dziewczyną z marzeniami, która ma odwagę je spełniać. Ale te określenia, których użyłaś, pewnie są również jakąś częścią mojej tożsamości.

Wspomniałaś, że kochasz pisać. Planujesz to w jakiś sposób rozwijać? Pisałam od zawsze, ale od pewnego czasu wzięłam się za to na poważnie i szkolę swój literacki warsztat. Tak trochę chichoczę, że jestem już poetką, ale bez tomiku wierszy. Ale to się wkrótce zmieni, bo mam wiersze, jest ich bardzo dużo i jestem po wstępnych rozmowach na temat konceptu i myślę, że w końcu wydam swój tomik poezji. Bo nie mogę już więcej chować się za gliną.

Prace Agnieszki Pruci można nabyć na jej stronie internetowej misiura-design.pl

Fot. Kornelia Machura, Agnieszka Kolon i Justyna Karamuz. 

  1. Styl Życia

Polska ceramika - przegląd najpiękniejszej ceramiki od polskich twórców

Od lewej: patera MUAStudios, talerze Projekt Ładniej, wazon ENDE Ceramics. (Fot. materiały prasowe)
Od lewej: patera MUAStudios, talerze Projekt Ładniej, wazon ENDE Ceramics. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 37 Zdjęć
Z miłości do piękna, natury i gliny. Tak powstaje polska ceramika, tworzona w malutkich pracowniach przez ludzi, którzy w lepieniu z gliny odnaleźli swoją pasję. Od kilku lat polska ceramika zyskuje popularność, bo coraz więcej z nas pragnie otaczać się pięknymi, ręcznie tworzonymi przedmiotami. Przedstawiamy nasz wybór najpiękniejszej ceramiki od polskich twórców. 

Z miłości do piękna, natury i gliny. Tak powstaje polska ceramika, tworzona w malutkich pracowniach przez ludzi, którzy w lepieniu z gliny odnaleźli swoją pasję. Od kilku lat polska ceramika zyskuje popularność, bo coraz więcej z nas pragnie otaczać się pięknymi, ręcznie tworzonymi przedmiotami. Przedstawiamy nasz wybór najpiękniejszej ceramiki od polskich twórców. 

Trzask Ceramics

Za nazwą Trzask stoi Marta Kachniarz, która od trzech lat prowadzi pracownię ceramiczną w Warszawie i własnoręcznie projektuje, wykonuje i ozdabia uroczymi malowidłami wszystkie ceramiczne cuda. Tworzy głównie przedmioty użytkowe, zastawę oraz biżuterię. Styl Trzasku charakteryzuje przede wszystkim ogromna swoboda - znajdziemy tam zarówno miseczki z motywem lastryko, proste w formie wazony na kwiaty w pastelowych odcieniach, jak i charakterystyczne talerze z malunkiem lampartów, wylegujących się w rajskim ogrodzie. I oczywiście uśmiechnięte kubki brzuszki, które skradły moje serce!

MUAStudios

Bezkres błękitnego oceanu, wzburzone fale, przyjemnie gorący piasek, pastelowe zachody słońca - a to wszystko zamknięte na ceramicznych paterach. I choć brzmi to niemal nierealnie, dokładnie takie produkty czekają na nas w MUAStudios. Tę warszawską pracownię ceramiczną tworzy Kati Romanowska, Czarny (Łukasz Przygodziński) i ich pies, Łajdak. Inspiracje czerpią z podróży i natury, a każdy przedmiot, który tworzą, jest absolutnie wyjątkowy. Niedługo, obok przepięknych pater, misek i talerzy, swoją premierę będzie miała kolekcja kubków i wazonów.

ENDE Ceramics

ENDE to studio założone przez Natalię Gruszecką i Jakuba Kwarcińskiego – projektantów i absolwentów ceramiki na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Ich projekty to przedmioty codziennego użytku (głównie przepiękne kubki i filiżanki), które łączą w sobie funkcjonalność, oryginalną estetyczną formę i wysokiej jakości materiały. Z roku na rok produkty ENDE cieszą się coraz większym zainteresowaniem nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Obecnie sprzedawane są w Europie, Stanach Zjednoczonych, Azji, na bliskim wschodzie oraz Australii i Nowej Zelandii.

Krafla

Wazon na kwiaty z dziurkami, obok którego (gwarantuję!) nikt nie przejdzie obojętnie, to flagowy produkt marki Krafla. Oprócz tego marka oferuje oryginalne doniczki z systemem nawadniania, które wpasują się do niemal każdego typu wnętrz. Wszystko w stonowanych, pastelowych kolorach. Krafla oferuje dekoracje i akcesoria do domu, tworzone przez Paulinę Pająk, z wykształcenia prawniczkę, i Katarzynę Zarębę, absolwentkę Design Academy Eindhoven. Dziewczyny prywatnie przyjaźnią się od wielu lat, w pracy natomiast wzajemnie się inspirują i uzupełniają. Ich marka przypadnie do gustu wszystkim, którzy chcą podkreślić urodę swoich zielonych roślin.

Misiura

Małe słowa o wielkiej mocy, zapisane w glinie. Za marką Misiura stoi Agnieszka Prucia, która porzuciła niesatysfakcjonującą pracę i korporacyjny zgiełk na rzecz tworzenia ceramicznych cudów. Tworzy przede wszystkim talerze, w których zatapia słowa - wspierające, doceniające, dodające skrzydeł. Jak sama pisze: "Moja pracownia to miejsce, w którym pasja i marzenia nabierają realnych kształtów​. Wypełniona słowami, które zapisuję w glinie, by nie tracić z oczu cudów codzienności, by praktykować radość z małych rzeczy i by szukać równowagi w przyrodzie. Piszę w glinie, bo wierzę, że dobre słowa budują życie". 

Wesky Studio

Minimalizm w najlepszym stylu. Wesky Studio to piękne w swojej prostocie formy, naturalne kolory oraz wzory inspirowane naturą. Znajdziemy tam przedmioty codziennego użytku - kubki, talerze, czarki, miski i wazony - wszystko w iście designerskim stylu. Za Wesky Studio stoi Artur Wesołowski. Jego pracownia powstała "z radości do toczenia na kole i zachwytu nad procesem, w którym bryła gliny w ciągu kilku minut staje się zaczynem naczynia obdarzonego regularnością i harmonią".

Projekt Ładniej

Wspaniale nieidealna, inspirowana naturą i pięknem otaczającej nas przyrody - taka właśnie jest ceramika Projektu Ładniej. Tworzy ją Alicja Podhajska-Godyń, z wykształcenia socjolożka i projektantka wnętrz. Cały proces produkcji odbywa się w małej pracowni w Katowicach. To tam powstają piękne talerze o nieregularnych kształtach, patery w kolorach ziemi, pastelowe kubki i miseczki na przeróżne drobiazgi oraz wiele innych produktów z gliny, które umilają przebywanie w domu i upiększają przestrzeń. Ceramika Projektu Ładniej jest formowana ręcznie, odlewana z form gipsowych, a następnie ręcznie malowana, dzięki czemu staje się unikatowa i niepowtarzalna.

 

  1. Psychologia

Mamo, jestem brzydka

Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. (Fot. iStock)
Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. (Fot. iStock)
Jak w głowie dziewczynki powstaje obraz własnego ciała? Czemu tak często jest negatywny? O tym, jaki wpływ na to mają matki – z dr hab. Katarzyną Schier rozmawia Ewa Pągowska. 

"Jestem brzydka”. Jak takie przekonanie powstaje w głowie kilkuletniej dziewczynki?
Jednym z głównych powodów może być zaburzony proces kształtowania się obrazu ciała. Obraz ciała jest częścią „ja cielesnego”, czyli pierwszego „ja”, jakie buduje człowiek. Przyjmuje się, że powstaje około 6. roku życia. Przez pierwsze lata zyskujemy wiedzę m.in. o tym, jak jesteśmy zbudowani, świadomość, że np. mamy twarz, chociaż możemy ją zobaczyć tylko w lustrze. Budujemy stosunek emocjonalny do ciała i jego poszczególnych części. Co ważne – to wszystko tworzy się relacyjnie, a więc w bliskości z drugą osobą.

Jak to się dokładnie odbywa?
Ogromną rolę w kształtowaniu obrazu ciała odgrywa dotyk. Dowiedziono, że jeśli jest częsty i czuły, małe dziecko otrzymuje informację, że jego ciało, a więc ono samo, jest piękne i warte miłości. Pomiędzy niemowlęciem a jego głównym opiekunem, czyli najczęściej matką, dochodzi do bardzo dużej liczby epizodów interakcyjnych – małych, codziennych sytuacji, w których dziecko uczy się, jak jego ciało jest odbierane. Dotyk pomaga też nauczyć się granic, czyli tego, gdzie kończy się ono samo, a gdzie zaczyna druga osoba. Ma to bezpośredni związek z późniejszą umiejętnością określania granic na poziomie emocjonalnym. Dlatego zabiegi pielęgnacyjne, takie jak przewijanie i kąpiel, nie powinny być tylko mechanicznym wykonywaniem koniecznych czynności. Ani, co gorsze, wykonywane z dezaprobatą, jak to zdarzyło się w przypadku pewnej dziewczynki. Kiedy była niemowlęciem, rodzice nie radzili sobie z zapachem jej kupy i przewijając dziecko prychali z obrzydzeniem. Dziewczynka później, w wieku kilku lat, myślała, że jest wstrętna, bo śmierdzi, chociaż nie miało to nic wspólnego z prawdą.

Czyli dziewczynce, która czuje się brzydka, we wczesnym dzieciństwie zabrakło dotyku matki?
Możliwe, ale dotyk to jeden z wielu elementów. Jak twierdził brytyjski pediatra i psychoanalityk Donald Woods Winnicott, szalenie ważne jest to, co dziecko widzi w oczach matki. Czy siebie jako wcielenie Wenus lub Apolla – czy przerażenie, chęć rywalizacji, depresję, wycofanie lub nawet echa konfliktu z partnerem. Jeśli nie ma tam miejsca na miłość i akceptację, to emocjonalny ból, jaki odczuje dziecko, można porównać do sytuacji porzucenia.

A kiedy dziewczynka ma już kilka lat, znaczenia nabierają słowa, zwłaszcza mamy…
Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. Łatwo sobie wyobrazić, jak będzie myśleć o sobie córka matki, która wiecznie się odchudza. Takiej, która wciąż narzeka na swój wygląd, nigdy nie ma się w co ubrać i za każdym razem, kiedy staje przed szafą, dochodzi niemal do katastrofy.

Przekazami, które mogą utrudniać dziewczynce akceptację jej ciała, są też te negujące kobiecość np.: „kobiety mają ciężko”, „zobaczysz, urodzisz dziecko, to też przytyjesz”. Często wypowiadają je mamy, które podświadomie są niezadowolone z tego, że urodziły córkę. Mogą postrzegać ją jako rywalkę. Zachowują się więc jak macocha z bajki, która chce usunąć Królewnę Śnieżkę, żeby pozostać najpiękniejszą. To wcale nie taka rzadka sytuacja, kiedy matka nie radzi sobie z tym, że córka dorasta, i próbuje nieświadomie zniszczyć w niej kobiecość. Z zazdrości o jej młodość i szanse, jakie ma przed sobą. Oczywiście na kształtowanie się prawidłowego obrazu ciała źle wpływają też negatywne uwagi na temat wyglądu, jak np.: „z takim kołtunem na głowie nie wyjdziesz”, „fatalnie wyglądasz w tych spodniach”, „jesteś za gruba – mówię to dla twojego dobra”.

Na forach internetowych znalazłam sporo wypowiedzi mam, które pisały, że ich córki są „grubasami” i „nie mogą przestać się obżerać”.
Jeśli nie stwierdzono, że przyczyną otyłości czy nadwagi dziecka (te dwa stany należy różnicować) jest jakaś choroba, a tylko, jak określa to mama, fakt, że jej dziecko „się obżera”, to ja pytam: dlaczego to dziecko musi się obżerać? Dlaczego poprzez jedzenie musi regulować swoje napięcie? W psychologii klinicznej otyłość prosta jest często wiązana nie tylko ze złymi nawykami żywieniowymi i brakiem ruchu, ale także z zaburzeniami więzi. Zamiast koncentrować się na technikach odchudzania, zajęłabym się poszukiwaniem rzeczywistych przyczyn takiej otyłości. Zwłaszcza gdy mama używa określeń, jakie pani zacytowała. Jeśli ona jest wściekła, że ma „grubego, brzydkiego bachora”, to nawet gdy nie powie tego dziecku, ono to wyczuje i tak właśnie będzie o sobie myśleć.

Skąd u matki biorą się takie odczucia?
Prawdopodobnie z jej osobistych doświadczeń. Być może w dzieciństwie wstydziła się otyłej mamy albo sama cierpi z powodu nadwagi – szczególnie gdy słyszy krzywdzące komentarze od partnera. Z moich doświadczeń terapeutycznych wynika, że zatrważająco często mężczyźni mówią do swoich kobiet „gruba babo” lub „znów się nażarłaś”. Nic dziwnego, że później widok córki z nadwagą budzi w tych kobietach lęk, niechęć i wstyd, że są złymi mamami, skoro do tego dopuściły.

Na kształtowanie się obrazu ciała ogromny wpływ mają też rówieśnicy.
Ostatnio słyszałam o czterolatce, która chciała się odchudzać, bo usłyszała w przedszkolu, że ma duży brzuszek. Podobała mi się reakcja jej taty. Nazwał to wszystko grandą, a potem pokazał córce w gazetach i książkach jej rówieśniczki. Wytłumaczył, że w tym wieku wszystkie dzieci mają podobne brzuszki. To wystarczyło. Tata zadziałał jak tarcza.

Rodzice muszą pełnić funkcję korektywną wobec informacji z zewnątrz. Także tych płynących z mediów. Przecież już małe dziewczynki starają się dopasować do lansowanego wzorca piękna. Chcą wyglądać jak Barbie, a to przecież niemożliwe. Ta lalka ma proporcje, które w naturze nie występują! Proszę zobaczyć, jak trudno w takiej sytuacji być zadowoloną ze swego wyglądu. Czasem zdarza się wręcz, że mała dziewczynka obejrzy konkurs piękności dla małych dzieci, oceni, że nie miałaby w nim szans i stwierdzi: „jestem brzydka”. Przy okazji chciałabym stanowczo odradzić wysyłanie małych dziewczynek na konkursy piękności. One nie rozumieją tego, co się dzieje i bardzo przeżywają porażkę. Czują, że sprawiły zawód mamie i tacie, i cierpią.

A jeśli dziewczynka mówi: „jestem brzydka” i to nie ma nic wspólnego z konkursem piękności?!
Trzeba dowiedzieć się, dlaczego uważa się za brzydką. Można poprosić, żeby siebie narysowała. Potem razem obejrzeć rysunek i porozmawiać o poszczególnych częściach jej ciała. Zapytać, co konkretnie i dlaczego jej się nie podoba. Odpowiedzi mogą być naprawdę zaskakujące. Może na przykład nie podoba jej się fakt, że rosną jej piersi. To z kolei jest spowodowane lękiem przed dorosłością, którego dziecko sobie po prostu nie uświadamia.

My jednak możemy się domyśleć, że ta postawa wynika np. z matczynej dezaprobaty dla własnej kobiecości i swojego życia. Bez względu na przyczyny, warto częściej powtarzać córce, że dla nas jest najpiękniejsza. Ale takie słowa muszą wypływać z potrzeby chwili i być wypowiadane z miłością.

A starsze dziewczynki? Mam wrażenie, że „zadowolona ze swego wyglądu nastolatka” to oksymoron.
Trochę tak. Ale pamiętajmy, że z okresem dojrzewania wiąże się też wiele dobrego, jest uważany za drugą rozwojową szansę. W tym czasie wszystko się przebudowuje, kształtuje się osobowość, zmienia sposób widzenia świata. Mama może wtedy stanowić ważne wsparcie w rozwoju „ja” seksualnego. Jeśli we wcześniejszym okresie były jakieś problemy w relacji mama – córka, to teraz można je naprawić.

Dorastające córki ze swoimi matkami najczęściej się kłócą. Może lepiej powstrzymać się od wszelkich uwag dotyczących wyglądu nastolatki?
To zależy, czego dotyczą i w jaki sposób będą wypowiedziane. Warto zachować delikatność, ale nie milczenie. Wczesną wiosną widziałam w metrze dziewczynkę w okresie dorastania, która była bardzo lekko ubrana. Dekolt jej bluzki był tak duży, że niemal wychodził z niego biust. Jej strój nie pasował ani do miejsca, ani do temperatury. W moim odczuciu ta dziewczynka była całkowicie niezaopiekowana. Zabrakło kogoś, kto by z nią porozmawiał, zanim wyszła z domu. Mama w trosce o bezpieczeństwo i zdrowie córki musi czasem pozwolić sobie na pewne uwagi. Nie tyle krytykować i zabraniać, ile mówić o ewentualnych konsekwencjach.

Czasem wydaje nam się, że córka ubrała się po prostu brzydko.
Zasada jest prosta: małe dzieci się ubiera, starszym daje ubrania do wyboru, a strój nastolatka się toleruje. Styl ubierania tego ostatniego jest częścią poszukiwań własnej tożsamości, sposobu wyrażania siebie. Warto powstrzymać się od komentarzy: „znów na czarno, nałóż wreszcie coś kolorowego”. Nie ma nic gorszego niż matka, która ma w głowie idealny obraz nastolatki. Tego, jak powinna wyglądać, ubierać się i zachowywać. I która do takiego wyimaginowanego obrazu stara się dopasować swoją córkę.

A jeśli rodzice od zawsze powtarzają, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie. To źle?
Skąd. Dziewczynka powinna żyć w przekonaniu, że dla swoich rodziców jest najpiękniejsza na świecie, że jest ich królewną. Trzeba więc prawić jej komplementy, prawdziwe. Koncentrować się na tym, co ma dobrego, ładnego... Ona nie może żyć w iluzji, bo kiedyś ktoś powie jej prawdę i zupełnie nie będzie umiała sobie z tym poradzić. Trzeba pokazać jej, że ma np. piękną buzię i trochę mniej zgrabne nogi. Powiedzieć prawdę.

Jeśli uwagi matki wynikają z jakichś nie do końca uświadomionych uczuć – lęku, zazdrości czy złości – to wtedy bolą. Ale jeśli kieruje się dobrymi intencjami i troską o córkę i jej wygląd, to zwykle bez problemu potrafi sformułować zdania, które nie ranią. Niedobrze mówić np.: „masz brzydką cerę”. Lepiej powiedzieć: „coś ci się zrobiło na buzi, chodź pójdziemy z tym do kosmetyczki”. I iść!

Dr hab. Katarzyna Schier psycholożka, psychoterapeutka. Podstawowe obszary jej zainteresowań naukowych: relacja psychika – ciało, czyli problematyka rozwoju i zaburzeń Ja cielesnego oraz geneza i leczenie zaburzeń psychosomatycznych; ukryte formy przemocy w rodzinie (odwracanie ról czyli parentyfikacja); mechanizmy rządzące psychoterapią. 

  1. Psychologia

„Nie muszę być pierwsza, by czuć się ważna” – skąd czerpać zdrowe poczucie wartości?

Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Do poczucia własnej wartości pomaga dotrzeć głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jeden jedyny we wszechświecie – mówi trenerka i doradczyni rozwoju osobistego Barbara Wójcik.

Jaka jest pani definicja zdrowego poczucia własnej wartości?
To szczególny stosunek do siebie samego o podłożu emocjonalnym, na który składają się dwie jakości: poczucie godności i wysoka samoocena. Doświadczam szacunku do siebie jako osoby i uznaję swoje prawo do istnienia, a na tym fundamencie buduję drugi składnik – wysoką samoocenę. Pierwotne jest jednak poczucie, że jako istota ludzka jestem ważna tak jak każdy inny człowiek. Bo jeśli wiem, że mieszka we mnie cząstka, nazwę ją duchową, taka jak w każdym człowieku, to mogę dobrze się czuć, choćbym niczego nie dokonała. Mogę z szacunkiem patrzeć na innych niezależnie od tego, co robią, czy ich zachowanie jest godne uznania. Nowoczesne społeczeństwa wyrażają ten szacunek w swoim prawodawstwie – każdy z nas ma te same prawa!

Na tym poziomie wszyscy jesteśmy równi.
Otóż to. I jeżeli mieliśmy szczęście wychowywać się w środowisku, w którym szanuje się życie, to nie mamy kłopotu z poczuciem własnej wartości: fundamentalna godność jest tożsama z darem życia.

Ale mamy kłopot. Czy nie dlatego, że wychowanie i edukacja oparte są na porównywaniu?  
Porównywanie osób sugeruje, że ktoś jest mniej, a ktoś więcej wart. Oczywiście różniąc się pod każdym względem, zajmujemy różne pozycje w hierarchiach zawodowych i społecznych. Jeśli mam poczucie godności, niskie miejsce w rankingu nie robi mi żadnej szkody, bo nie muszę być pierwsza, żeby wiedzieć, że jestem coś warta. Fundament mam taki sam jak wszyscy, ale to, co na nim buduję, zależy od moich zasobów. Właściwa edukacja to umacnianie w dzieciach poczucia godności i pomoc w rozpoznawaniu ich indywidualnych zasobów.

Nasze poczucie wartości nadszarpuje także wieczne ocenianie.
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek. Cały rozwój osobisty opiera się na tym, co mam, a nie na tym, czego nie mam. Dlatego tak niesłychanie ważne jest rozpoznawanie swoich mocnych stron. Jeśli na rynku wymiany umiejętności zdecyduję się wystawić swoje, to one zawsze będą podlegać ocenie. Każdy może ocenić mnie jako trenerkę, lecz nie jako człowieka!

Jak odkryć głębokie poczucie własnej wartości?
Jeżeli staramy się siebie samych zrozumieć, to prędzej czy później mamy szansę zobaczyć, że poczucie naszej wartości nie jest zależne od innych ani od tego, w jakich warunkach dorastaliśmy. Na trudne przeżycia można spojrzeć w nowy sposób. Dotarciu do samego siebie służy poszerzanie samoświadomości, a także praca terapeutyczna. Jako dzieci byliśmy bezradni, teraz możemy sobie poradzić, korzystając z zasobów, które mamy jako dorośli.

Co nam jednak w tym przeszkadza? Przyjmowanie roli ofiary?
Nie można zaprzeczać, że krzywdy istnieją. Natomiast warto się z nimi zmierzyć. Można wtedy odkryć, że nie musimy żyć w poczuciu krzywdy. Bez zaakceptowania siebie taką, jaka jestem, się nie obejdzie. Nie zmienię tego, że pewnych cech nie mam. Natomiast może mi się wydawać, że brakuje mi czegoś, co tak naprawdę mam. Urealnione patrzenie na siebie naprawdę jest uzdrawiające. Dotrzeć do poczucia własnej wartości pomaga głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jedyny we wszechświecie.

Ale na samoocenę trzeba pracować?
Owszem, pracować w tym sensie, żeby rozwijać to, co się ma. Moja samoocena wzrasta, bo widzę, że sobie radzę, że potrafię robić coś coraz lepiej. Jeżeli mam oparcie w sobie, to żadna strata czy porażka nie wyrządzą mi szkody.

My szukamy potwierdzenia własnej wartości raczej na zewnątrz.
Zawsze będziemy chętnie słuchać o sobie dobrych rzeczy i smakować sukcesy, bo potwierdzają wysoką samoocenę. Czemu mielibyśmy się z tego nie cieszyć? Jednak jeżeli swoje poczucie wartości budujemy wyłącznie na tym – jest ono chwiejne. Umacnia je jedynie fundament własnej godności. Samoocena, owszem, ewoluuje, bo jedne zadania idą nam świetnie, a z innymi nie dajemy sobie rady. Coś mi nie wyszło, ale nie robię z tego powodu tragedii. Wycofuję się na jakiś czas, by potem wrócić lepiej przygotowana, lub szukam innej drogi.

Co zrobić, żeby nasze dzieci miały poczucie własnej wartości? Po pierwsze, zbadać, czy sami je mamy, bo tylko dorosły, który czuje się ważny jako człowiek, może to przekazać swojemu dziecku. Po drugie, cenić dziecko za to, że jest, a nie za to, jakie jest. Ważne jest przy tym poszanowanie jego uczuć i myśli.

Akcentuje pani mocno poczucie godności. Dlaczego?
Poczucie godności to jest taki rdzeń, który stanowi o naszym człowieczeństwie. Jeżeli uznamy go w sobie, to uznamy także w kimś i już tego rdzenia nie naruszymy. Jeżeli natomiast zabraknie nam tego fundamentu, zabraknie też zdrowej bazy do budowania wysokiej samooceny. Wtedy nasze poczucie własnej wartości będzie zależeć np. od tego, co osiągniemy. Tymczasem nie da się go zbudować poprzez zmianę zawodów, mężów, domów, gromadzenie dóbr. Bert Hellinger, niemiecki terapeuta i twórca słynnych już rodzinnych ustawień, odkrył, co musimy zrobić, abyśmy poczuli się ze sobą pogodzeni. Otóż jest to możliwe wtedy, gdy przestaniemy mieć pretensje do rodziców, a więc przyjmiemy ich takimi, jacy są. A co to tak naprawdę znaczy? Że przyjmiemy dar życia bez zastrzeżeń.

A jeśli rodzice wyrządzili nam krzywdę?
Może pomóc myślenie: życie kosztowało mnie więcej, miało wyższą cenę. Ale któż by się targował o życie. Przyjmuję je więc ze wszystkimi warunkami. To podstawa. Trzeba przyjąć do serca także członków naszego systemu rodzinnego: dziadków, rodziców i ich rodzeństwo, własnych braci i siostry, także przyrodnie i zmarłe. Jeżeli uporządkujemy system rodzinny, to możemy z niego czerpać siłę. Rzeka życia wyrzuciła nas na brzeg przy pomocy rodziców i przodków i jeśli czujemy, że stoją za nami, to dopiero wtedy niczego nam nie brakuje, czujemy się pełni i znamy własną wartość.