1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. 50. urodziny Jennifer Lopez. Wszystkie wcielenia dziewczyny z Bronksu

50. urodziny Jennifer Lopez. Wszystkie wcielenia dziewczyny z Bronksu

Jennifer Lopez na czerwonym dywanie podczas 91. ceremonii wręczenia Oscarów, 24 lutego 2019 roku. (Fot. BEW PHOTO)
Jennifer Lopez na czerwonym dywanie podczas 91. ceremonii wręczenia Oscarów, 24 lutego 2019 roku. (Fot. BEW PHOTO)
Jeśli wyznaczy sobie cel, po prostu go realizuje. Zamiast jednej kariery w show-biznesie zrobiła trzy. Dziewczyna z Bronksu, tancerka, która została multimilionerką, gwiazdą kina, telewizji i muzyki pop. Ma powody do świętowania - właśnie kończy 50 lat. 

Żadne skromne urodziny w gronie najbliższych – J. Lo wkroczyła w kolejną dekadę życia z pompą, trupą taneczną i fajerwerkami. Jej amerykańska trasa koncertowa „It’s my party” zaczęła się w czerwcu, trwała dwa miesiące, a zakończył ją koncert w Miami w prawdziwe urodziny gwiazdy. Na zachętę dla fanów nagrała przed trasą nową piosenkę „Medicine”, która natychmiast stała się hitem. Na wrzesień planowana jest premiera jej najnowszego filmu „Hustlers”. A skoro jej partner, bejsbolista Alexander Rodriguez, oświadczył jej się w marcu na plaży na Bahamach, to potem może ślub. Czy Lopez ma w ogóle czas na sen?

– Chwila, moment. Wyjaśnijmy sobie coś od razu. – Promieniejąca mimo wczesnej godziny Jennifer Lopez siedzi w studiu radiowym nowojorskiej stacji WHTZ. – Wszystko, co robię, robię z pasji. Proces tworzenia – wszystko jedno, czy jest to gra w filmie, produkowanie go, wydanie nowej płyty, czy – jak teraz – złożenie w całość show na trasę koncertową, to elektryzująca frajda. Coś, co sprawia, że czuję się tak podekscytowana, jak kiedy byłam nastolatką i zaczęłam tańczyć w show na Broadwayu. To uczucie się nie starzeje. I nigdy nie rozumiałam, dlaczego miałam je zamknąć do jednej szuflady: skoro jestem tancerką, to nie powinnam się porywać na grę przed kamerą? A jeśli jestem aktorką, to nie powinnam śpiewać? Przez wiele lat to słyszałam i powiem jedno: jeśli chcesz coś robić, bo masz coś do zaoferowania albo chcesz po prostu spróbować swoich sił: do dzieła!

Lopez przyznaje jednak, że wiele lat zajęło jej zrozumienie, że największą przeszkodą na drodze do spełnienia jej marzeń była ona sama. – Słuchałam nie tych głosów krytyki, co potrzeba – przyznała na sofie w programie u Ellen DeGeneres. – My, kobiety, potrafimy niestety wyłowić z chóru pochwał i konstruktywnej krytyki ten jeden głos, który mówi: „jesteś kiepska, z czym do ludzi, nie uda ci się”. I to właśnie on tkwi ci w głowie miesiącami. Warto też dodać, że jeśli jesteś kobietą, która odnosi sukcesy, to nie jest to jeden głos – jest ich wiele. Mężczyźni słyszą ich znacznie mniej.

Jenny z dzielnicy

W domu zawsze mówiono jej, że może wszystko. Środkowa z trzech córek portorykańskich imigrantów dorastała w domu pełnym muzyki i tańca. Rodzice uważali, że jeśli dziewczynki będą się bawić w amatorski teatr musicalowy, to nie wpadną w złe towarzystwo na podwórku, gdzie handlowało się narkotykami, a czasem któregoś z sąsiadów znajdowano z kulą w głowie. Podczas gdy jej dwie siostry dostawały nagrody za osiągnięcia w nauce, Jennifer kolekcjonowała trofea sportowe. W ostatniej klasie liceum trafiła na casting do filmu i po zagraniu małej rólki doszła do wniosku, że chce zostać słynną aktorką. Każdą wolną chwilę poświęcała na lekcje tańca: balet, step, jazz, flamenco. Z college’u zrezygnowała po pierwszym semestrze. – Mama chciała, żebym została prawniczką. Dla mnie jednak najważniejszy był taniec i brakowało mi czasu na cokolwiek innego. To był pierwszy i jedyny raz, kiedy rodzice zakwestionowali mój wybór – wspominała w wywiadzie dla MTV w 1999 roku. – Na pewno się o mnie bali, ale jeden argument doprowadził mnie do szału. „Latynosi nie zostają gwiazdami filmowymi. Latynosi nie pracują w show-biznesie!” – przekonywał mój tata. Odmówiłam rezygnacji z tańca, więc mama postawiła mi ultimatum: albo mieszkasz w moim domu na moich zasadach, albo musisz się wyprowadzić. Spakowałam się i wyszłam.

Jenny nie miała pieniędzy i dachu nad głową. Spała kątem w studiu tanecznym, codziennie chodziła na castingi. – Było mi strasznie ciężko i często chodziłam głodna. Wiele razy nie dostałam pracy, bo słyszałam „nie potrzebujemy latynoskiej tancerki”. Mogłam się tylko pocieszać, że coś w końcu zmieni się na lepsze, że nie zawsze tak będzie. Ryczałam do poduszki. Niespodziewany angaż do zespołu wykonującego składankę najlepszych broadwayowskich musicali podczas pięciomiesięcznego tournée po Europie był jak prezent od losu. 500 dolarów tygodniowo?! Taki majątek? Lopez podekscytowana zarówno perspektywą zarobienia pieniędzy i zobaczenia kawałka świata, jak i  zapisanymi w kontrakcie darmowymi obiadami. Następnym krokiem była praca w Japonii, gdzie w spektaklu „Synchronicity” mogła pokazać również swój talent wokalny i choreograficzny. To zaowocowało pracą z zespołem New Kids On the Block i angażem do trupy tanecznej w popularnym programie telewizyjnym „Living in Colour” – tego samego, do którego odbyła poprzednio trzy castingi i przegrywała, łykając łzy. Przeprowadzka do Kalifornii uświadomiła jej, że pierwsze marzenie na jej liście właśnie się spełniło: jest zawodową tancerką, występuje z najlepszymi. W Los Angeles była jednak zupełnie sama, a dziewczyny z programu nie przyjęły jej do swojej paczki. – Byłam samotna, a praca w tym programie nie należała do najmilszych punktów w mojej karierze – wspominała. – Zainwestowałam więc w lekcje aktorstwa, chodziłam na nie codziennie, po powrocie do domu uczyłam się. Co tydzień latałam do Nowego Jorku, żeby odwiedzić rodzinę.

Dlaczego więc nie zrezygnowała z nielubianej pracy i nie pojechała w trasę koncertową z Janet Jackson, która kilkakrotnie dzwoniła do niej z propozycją? Bo panna Lopez po raz kolejny zagryzła zęby i miała już inne plany. Kolejne marzenie czekało na spełnienie. Miała przecież zostać aktorką. Albo jeszcze lepiej – gwiazdą.

J.Lo podbija świat

Role filmowe zaczęły spływać powoli, ale stopniowo coraz lepsze. Od produkcji, które trafiały bezpośrednio do dystrybucji wideo, przez serial telewizyjny, po pracę u boku takich gwiazd jak Wesley Snipes i Woody Harrelson w „Pociąg z forsą” czy w „Krew i wino” z Jackiem Nicholsonem. Samotność w Los Angeles zagłuszyła małżeństwem z kubańskim kelnerem Ojanim Noą. Choć trwało niecały rok, zaowocowało licznymi procesami sądowymi, gdy Noa postanowił wzbogacić się na rosnącej sławie byłej żony i zaczął zarabiać na sprzedawaniu wiadomości o niej do prasy plotkarskiej. Sprawa o prawa własności do filmu nakręconego podczas ich podróży poślubnej ciągnie się do dziś. Wygrany casting do „Seleny”, ekranowej biografii meksykańskiej gwiazdy muzyki, nareszcie skierował na Lopez całą uwagę filmowego światka. Nie tylko dlatego, że za tytułową rolę Jennifer dostała okrągły milion dolarów – najwyższą gażę w historii zapłaconą wówczas  latynoskiej aktorce. W „Selenie” Lopez udowodniła, zresztą nie po raz pierwszy, że nie tylko potrafi świetnie grać, ale również śpiewać. Konsekwencją był kontrakt na płytę w wytwórni Sony i oferty ról od takich reżyserów jak Oliver Stone (w „Drodze przez piekło” z Seanem Pennem) czy Steven Soderbergh („Co z oczu, to z serca” z George’em Clooneyem). Krytycy wystawiali jej najwyższe noty. Obstawiali, że widzowie są świadkami narodzin kolejnej, wielkiej gwiazdy ekranu. Dlatego fakt, że zwiastujący jej pierwszą płytę singiel „If You Had My Love” wylądował na pierwszym miejscy listy przebojów, wprawił wszystkich w zdumienie. Czy ta dziewczyna nie wie, co robi?! Rezygnuje z kariery filmowej, żeby zostać gwiazdą popu, zwariowała?!

– Doskonale wiedziałam, że kontrakt na płytę dostałam nie dlatego, że Tommy Mottola, ówczesny szef Sony Music, zachwycił się moim głosem. Chodziło o to, jak wyglądam. Więc zrobiłam wszystko, żeby pokazać, co naprawdę potrafię – mówiła Lopez w wywiadzie dla Jessa Cagle’a w People TV. – Poza tym byłam na tyle młoda, żeby rzucić się w to na główkę. Wydawało mi się, że wszystko wiem, że nic mnie nie zaskoczy. Kiedy dziś patrzę na siebie, wtedy trudno mi uwierzyć, jak okropnie byłam arogancka! Nagle Jennifer była wszędzie. Jako aktorkę znało ją wyselekcjonowane grono widzów. Hity z jej debiutanckiej płyty „On the 6” nucił cały świat. Jej zdjęcia z rozdania nagród Grammy, gdzie pojawiła się w sukience Versace z dekoltem poniżej pępka, w ciągu doby obejrzano w raczkującym wtedy Internecie prawie milion razy. Bynajmniej nie dlatego, że u jej boku stał wtedy jej ówczesny partner, raper Sean „Puff Diddy” Combs. – Związek z Puffym dał mi wtedy bardzo wiele: wiedzę o biznesie muzycznym, słuchałam jego rad, chłonęłam jego wiedzę jak gąbka, a on chętnie się nią dzielił. Zawsze walił prosto z mostu, może nie było to przyjemne, ale byłam na tyle mądra, żeby wyciągnąć z tego jak najwięcej – mówiła Cagle’owi. Combs oferował jednak więcej atrakcji, niż była w stanie wziąć na swoje barki: zamieszanie w strzelaninę w Nowym Jorku i oskarżenie go o nielegalne posiadanie broni było ponad jej siły. Po rozstaniu znalazła ukojenie w ramionach tancerza Crisa Judda, za którego prawie natychmiast wyszła za mąż. Ten związek też nie przetrwał ani jej pracoholizmu, ani rosnącej sławy. Jej drugi album „J. Lo” poszybował od razu na pierwsze miejsce listy przebojów, a jej najnowsza komedia romantyczna, „Powiedz tak” z Matthew McConaugheyem, pobiła rekordy wpływów kasowych. Małżeństwo z Juddem, którego swego czasu określała jako „bratnią duszę”, skończyło się rozwodem po zaledwie dziesięciu miesiącach. Mimo że nigdy nie mówiła publicznie o swoim życiu prywatnym, nie była w stanie kontrolować prasy brukowej. Stała się jej ulubioną bohaterką. Następnemu związkowi Lopez, z będącym wówczas u szczytu sławy aktorem Benem Affleckiem, nadano przydomek „Bennifer”, a ich zaręczyny były jednym z największych showbiznesowych wydarzeń roku, na równi ze spektakularną porażką ich wspólnego filmu „Gigli”. Do ślubu nie doszło. – Jestem tradycyjną romantyczką, wierzę w szacunek, wierność i dawanie sobie wolności w związku – wyznała w jednym z niedawnych wywiadów Lopez. – Ale do tego trzeba dojść na własnych błędach. Co nie znaczy, że należy zwątpić w miłość. Trzeba po prostu kochać mądrzej.

Pół roku później wyszła za mąż za dawnego przyjaciela, muzyka Marka Anthony’ego.

Co jest najważniejsze

– To teraz nam powiedz, jak się dowiedziałaś, że będziesz miała bliźniaki – Max, syn Lopez, z trudem może usiedzieć przy kuchennym stole. Mama pozwoliła swoim dzieciom przeprowadzić wywiad ze sobą na jej kanale na YouTube, a 11-latki są wyraźnie podekscytowane. – Byliśmy z waszym tatą w trasie koncertowej i dziwnie się poczułam. Oczywiście, że coś podejrzewałam! Lekarz zrobił USG i pokazał mały bąbelek w moim brzuchu: „o proszę, to jest wasze dziecko!” A potem pojechał tą głowicą od aparatu kawałek dalej i znalazł drugi bąbelek! A ja zaczęłam się histerycznie śmiać: będziemy mieć bliźniaki! – opowiada przed kamerą Jennifer. O ile jej córka słucha zachwycona, Max znika gdzieś poza kadrem i już nie wraca. – No cóż, tego należało się spodziewać – komentują jego matka i siostra.

Choć związek z Markiem Anthonym dał artystce wymarzone dzieci, ich małżeństwo rozpadło się, kiedy bliźniaki miały trzy lata. Był to też najgorszy moment w jej dotychczasowej karierze – owoce artystycznej współpracy z mężem, głównie po hiszpańsku, odnosiły sukcesy w Ameryce Łacińskiej, ale znacznie mniejsze w USA. Kariera filmowa, z wyjątkiem roli w komedii „Sposób na teściową”, za którą Lopez dostała oszałamiającą gażę 15 milionów dolarów, zwolniła tempa, ale jej konto bankowe pęczniało szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Macierzyństwo przyniosło kolejne wyzwania i przetasowanie priorytetów. W trakcie kilkuletniej rezydencji w Las Vegas, gdzie J. Lo wystąpiła w ponad 120 koncertach, najwyraźniej z powodu nadmiaru wolnego czasu skupiła się na rozwijaniu swoich komercyjnych przedsięwzięć: kolejnej kolekcji ubrań, udziału w kampaniach reklamowych i promowania własnych perfum, z których każde niezmiennie podbijają  rynek. Produkcja telewizyjna? Jej serial „The Fosters” był hitem sieci ABC Family. Kolejna płyta, kolejne filmy... Normalny człowiek padłby na twarz, ale wszystko wskazuje na to, że dla Lopez czas się zatrzymał.

– Jennifer ma więcej energii niż ludzie młodsi od niej o połowę – mówił w programie u Ellen DeGeneres jej narzeczony, gwiazdor baseballa Alexander Rodriguez. Z J. Lo są parą od dwóch lat, a razem z jej bliźniętami i jego córkami z poprzedniego małżeństwa wychowują razem czworo dzieci. – Nie wiem, jak ona to robi: śpiewa, występuje, gra w filmach, jest uważną i zawsze obecną mamą, gotuje, trenuje, odbiera milion telefonów, zarządza, planuje, ale też dba o siebie i o wszystkich wokół. Czasem wyłącza telefon i mówi „dość, nie mogę więcej”. I wtedy wyjeżdżamy gdzieś, gdzie mamy czas tylko dla siebie.

Nie da się też ukryć, że gwiazda wygląda dziś jeszcze lepiej niż 20 lat temu. Nie chwali się publicznie, jakiemu cudotwórcy od medycyny estetycznej powierzyła swoją twarz, ale cokolwiek robi, robi to dobrze. Internetowa fora urodowe huczą od domysłów na temat tego, jakim zabiegom się poddaje, ale fakt, że ma pełną mimikę twarzy i wciąż może zmarszczyć czoło nie umknął niczyjej uwadze. Sama J. Lo wyjawiła tylko, że unika słońca, nie pija alkoholu ani niczego z kofeiną, w domu się nie maluje i codziennie ćwiczy przynajmniej godzinę. Taniec, pilates, ciężary, bieganie. Bez wymówek, bez wykrętów. Do filmu „Hustlers”, w którym gra striptizerkę, nauczyła się tańczyć na rurze i dorobiła się kaloryfera na brzuchu. – Może to dobry moment, żeby powiedzieć też wreszcie, że nigdy nie ubezpieczyłam swojej pupy! – wyznała ze śmiechem w programie „Carpool Karaoke”.

W marcu tego roku na Bahamach, podczas jednego z rzadkich wspólnych wyjazdów, Alex Rodriguez przez cały dzień powtarzał w kółko w głownie dwa zdania zaplanowanych od jakiegoś czasu oświadczyn. Chciał, żeby wszystko wyszło idealnie. Przez trzy poprzednie dni sprawdzał nawet, o której godzinie dokładnie zachodzi słońce, aby wstrzelić się w idealny moment. Na szczęście Jennifer powiedziała „tak”.

– Ślub? Nie, tego jeszcze nie planujemy, chcemy się nacieszyć narzeczeństwem – śmiała się Lopez z wywiadzie radiowym. Lato będzie jedną wielką urodzinową imprezą. Kiedy patrzę za siebie, to widzę, że osiągnęłam niesamowicie dużo. Ale wiem też, że wciąż mam mnóstwo do zrobienia: i we własnym imieniu, i dla innych. I naiwnie mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie mi na to siły.

Jennifer Lopez urodziła się w 1969 roku w Bronksie, w Nowym Jorku. Córka portorykańskich imigrantów, technika komputerowego i gospodyni domowej, druga z trzech sióstr. Od dziecka uczyła się tanca i śpiewu, odnosiła sukcesy w sporcie i teatrze amatorskim. Karierę w show-biznesie zaczynała jako tancerka w produkcjach na Broadwayu, później w telewizji i na trasach koncertowych New Kids on the Block i Janet Jackson. Zagrała w filmach takich jak „Selena”, „Droga przez piekło”, „Powiedz tak”, „Cela”, „Co z oczu, to z serca”, „Sposób na teściową”, „Oczy anioła”, „Parker” czy „Zatańcz ze mną”. Jej najnowszy film, „Hustlers” będzie miał premierę we wrześniu tego roku. Lopez, znana też jako J. Lo, jest również międzynarodową gwiazdą muzyki pop, wydała osiem płyt i jest autorką wielu słynnych przebojów; śpiewa po angielsku i po hiszpańsku. Przez trzy sezony zasiadała jako jurorka w „Amerykańskim Idolu”, od dwóch lat produkuje i sędziuje w programie talent show „World od Dance”. Jej majątek wyceniany jest na ponad 300 milionów dolarów. Trzykrotnie zamężna, jest mamą 11-letnich bliźniąt, Emme i Maxa. W marcu zaręczyła się z amerykańskim gwiazdorem baseballa Alexandrem Rodriguezem. Mieszka w Los Angeles.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.

  1. Kultura

Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w nowej stacji. Jednym z prowadzących Marek Niedźwiecki

Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w tym roku w nowej stacji. Jednym z prowadzących pozostaje niezmiennie Marek Niedźwiecki. (Fot. Darek Kawka/Instagram @radio_357)
Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w tym roku w nowej stacji. Jednym z prowadzących pozostaje niezmiennie Marek Niedźwiecki. (Fot. Darek Kawka/Instagram @radio_357)
"Dziwny jest ten świat" Czesława Niemena, "Nie pytaj o Polskę" Republiki, a może "Autobiografia" Perfectu? Kto w tym roku zajmie pierwsze miejsce? Tego dowiemy się już 3 maja, tym razem jednak nie w "Trójce", a na antenie Radia 357. 

Polski Top Wszech Czasów nadawany od 2008 roku w każdą majówkę przez III Program Polskiego Radia, przenosi się do innej stacji. W tym roku audycję po raz pierwszy usłyszymy na antenie Radia 357, rozgłośni założonej z inicjatywy byłych dziennikarzy "Trójki".

Lista będąca zestawieniem najlepszych polskich piosenek układana jest na podstawie głosów słuchaczy. Tegoroczne głosowanie odbyło się jednak w zupełnie innej niż dotychczas formie, a mianowicie za pośrednictwem kartek pocztowych.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Radio 357 (@radio_357)

Pierwszy Polski Top Wszech Czasów zagra na antenie Radia 357 w poniedziałek 3 maja w godzinach 9.00 – 21.00. Notowanie zaprezentują Marek Niedźwiecki, Marcin Łukawski i Piotr Stelmach.

  1. Kultura

"Nie jestem księżniczką". Anne Hathaway stawia czoło hejtowi

- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ma wszystko, czego można oczekiwać od gwiazdy: wdzięk Audrey Hepburn, uśmiech Julii Roberts. I do tego wszechstronny talent, który potwierdza w swojej najnowszej produkcji „Skazani na siebie”. A jednak właśnie z tego powodu Anne, a raczej Annie Hathaway musiała zmierzyć się z niechęcią i hejtem.

Dla ambitnej, nieobawiającej się wyzwań i wciąż poszukującej 39-latki trudno o lepszy dar od losu. W czasie pandemii, gdy wiele jej koleżanek zmuszonych zostało do izolacji domowej, ona zagrała główną kobiecą rolę w jednym z pierwszych filmów covidowych, pomyślanych jako kronika pandemicznej rzeczywistości.

W „Skazanych na siebie” w reż. Douga Limana gra Lindę, młodą kobietę, uwięzioną przez lockdown w londyńskim mieszkaniu dzielonym z byłym, obecnie bezrobotnym, partnerem Paxtonem (Chiwetel Ejiofor). Z powodu kwarantanny para jest skazana na stałą współobecność i zmaga się ze swoimi lękami, frustracjami oraz byciem razem. Ona pracuje online dla jednej z korporacji, ale to, co robi, coraz bardziej ją stresuje. Wigor i przypływ uczuć w tym związku pojawia się niespodziewanie wraz z planem… kradzieży diamentu z luksusowego Harrodsa. Uff, trzeba nie lada odwagi, by wejść w tak karkołomny projekt! Komedia, dramat, romans, napad – unurzane w pandemicznym sosie.

Aktorka odnalazła jednak w tym filmie siebie. Zachwycił ją scenariusz opisujący absurdy naszej nowej szalonej rzeczywistości. Jak sama mówi, żyjemy w dziwnych czasach, a w takich każdy sposób radzenia sobie jest usprawiedliwiony i głęboko ludzki. Film ma podnosić na duchu, dostarczać rozrywki i dystansować widza do tego, co dookoła. – To było ekscytujące doświadczenie – wyznała. – W czasie kwarantanny obserwowałam siebie i kontaktowałam się ze znajomymi na czatach, Zoomach czy Skype’ach. Widziałam, że niektórzy wrócili do palenia papierosów albo trawki, inni zaczęli zaglądać do kieliszka lub kłócić się z bliskimi. Byli także i tacy, których ta nienormalna sytuacja zbliżyła do siebie, wyzwoliła w nich kreatywność, pokazała radość z odkrywania małych rzeczy. To jest film o emocjach, o tym, jak długotrwałe zamknięcie wpływa na ludzi. Sama dzięki tej produkcji uwolniłam się od stresu związanego z kwarantanną.

'Locked down', czyli 'Skazani na siebie' - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe) "Locked down", czyli "Skazani na siebie" - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

Szuflady nie dla niej

Media mają z nią pewien problem, gdyż Hathaway nie daje się zaszufladkować – porzuciła karierę w filmach familijnych i nie ogranicza się wyłącznie do komedii romantycznych, w których chcieliby ją widzieć krytycy. Chętnie angażuje się w projekty, które są odskocznią i stoją w wyraźnej opozycji do jej poprzednich produkcji. Grywa zarówno postacie banalne, jak i wewnętrznie skomplikowane.

Zaczynała jako gwiazda filmów ze „stajni” Disneya. Z miłych młodzieżowych produkcji, takich jak „Pamiętnik księżniczki” (współczesna wersja bajki o brzydkim kaczątku) czy „Ella zaklęta”, przeszła do poważnych filmów. Zanim zyskała popularność po roli w „Diabeł ubiera się u Prady”, zdążyła wystąpić w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, pokazując, że ma ambicję pojawiać się także w mniej komercyjnych produkcjach. Wcieliła się tutaj w żonę geja i zgodziła na rozbierane sceny, choć prywatnie uważa się za osobę nieśmiałą i dość konserwatywną. Zresztą to właśnie udział w produkcjach niezależnych przyniósł Hathaway największe uznanie krytyków. Kiedy w 2008 roku zagrała narkomankę w filmie „Rachel wychodzi za mąż”, głośno mówiło się, że dopiero teraz pokazuje swój pazur. Za tę rolę została zresztą nominowana do Oscara. Największy triumf odniosła jednak, grając w musicalu. Za kreację zmuszonej do prostytucji Fantyny w „Les Misérables: Nędznikach” otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Po 'Pamiętniku księżniczki' Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe) Po "Pamiętniku księżniczki" Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe)

– Tak, chciałam się sprawdzić – wspomina postać Fantyny. – Nie sądziłam jednak, że śpiewanie bez playbacku legendarnego utworu „I Dreamed a Dream”, który stał się trampoliną dla megasukcesu Susan Boyle, okaże się aż tak stresujące. Na szczęście moja nauczycielka poradziła mi, bym nawet nie próbowała naśladować wielkich głosów, bo plan filmowy to nie teatr, a szepcząc piosenkę można wyrazić większe emocje. Posłuchałam jej i wyszło mi to na dobre.

Jeśli myślicie, że to zaspokoiło ambicje aktorki i jej skłonność do podejmowania ryzykownych wyzwań, to nic bardziej mylnego! Anne Hathaway miała poczucie, że po oscarowych „Nędznikach” jej kariera dryfuje na dość monotonnych falach, aż do momentu, gdy przeczytała scenariusz filmu „Monstrum”, opisany jako romantyczna komedia z potworem w tle. – Był tak dziki, oniryczny i wymykający się klasyfikacjom, że po prostu wiedziałam, że chcę brać w tym udział. Od razu zakochałam się w scenariuszu, był po prostu tak inny na bardzo głębokim poziomie i to w sposób niewymuszony – dodała. Zagrała bezrobotną dziewczynę, która po rozstaniu z chłopakiem wraca z Nowego Jorku do rodzinnego miasteczka, w którym grasuje terroryzujący mieszkańców gigantyczny potwór. To film o toksycznych relacjach i próbie pozostania człowiekiem, niezależnie od okoliczności.

„Monstrum” sytuuje się daleko od przesłodzonego „Pamiętnika księżniczki”, po którym młoda aktorka stała się rozpoznawalna. Podobno zwróciła na siebie uwagę reżysera Garry'ego Marshalla, gdy na przesłuchaniu, na które przyszła prosto z lotniska, po długim i męczącym locie, spadła z krzesła. Marshall potrzebował dokładnie takiej Mii – niezdary, która w miarę rozwoju akcji przechodzi spektakularną metamorfozę i staje się prawdziwą księżniczką. „Monstrum” dalekie jest także od filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, komediowego hitu z Meryl Streep, który utrwalił międzynarodową popularność Anne Hathaway. Zagrała tutaj naiwną dziewczynę z prowincji, która zostaje asystentką bezwzględnej królowej imperium mody. Od czasu roli w „Monstrum” Hathaway zapewnia, że zmieniła podejście i przy wyborze projektów z większą uwagą analizuje to, co czyta, by nie przegapić czegoś wartościowego, co samo ją zainspiruje.

Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie 'Diabeł ubiera się u Prady'. (Fot. materiały prasowe) Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". (Fot. materiały prasowe)

Kiedy po „Pamiętniku księżniczki” pytano ją, czy jako dziecko marzyła o tym, by zostać prawdziwą księżniczką, odpowiadała krótko i zdecydowanie: NIE. Chciała być… zakonnicą, potem chirurgiem, a na koniec Kobietą Kotem. W 2012 roku to ostatnie marzenie się spełniło. Gdy Christopher Nolan zaangażował ją do roli Kobiety Kota w filmie „Mroczny Rycerz powstaje”, aktorka długo nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Euforii nie przyćmiły nawet wątpliwości fanów Batmana, którzy do tej pory kojarzyli ją głównie z grania w komediach romantycznych.

Nuda czy profesjonalizm?

Do każdej z ról przygotowuje się niezwykle starannie. Sama wyszła z propozycją obcięcia swoich długich pięknych włosów, by lepiej oddać postać Fantyny. I schudła 12 kilo. Przygotowując się do roli Mii Thermopolis, uczyła się wspinaczki skałkowej. Pracując nad postacią Jane Austen w filmie „Zakochana Jane”, nauczyła się grać na pianinie. Z kolei do roli Seliny w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” intensywnie ćwiczyła, trenowała  kaskaderstwo i taniec.

Mimo sławy aktorka należy do nielicznego grona „grzecznych” gwiazd. Nie zabiega o zainteresowanie mediów, nie oglądamy jej zdjęć prywatnych, na których się upija, nie czytamy o jej wybrykach. – Chciałabym być aktorką, którą ludzie znają i szanują dzięki rolom filmowym, a nie życiowym perypetiom i skandalom. Nie chcę, żeby ktokolwiek, siedząc w kinie, myślał o moich podbojach sercowych czy imprezowych wyskokach. Wolałabym, aby mógł się skupić na tym, co ogląda – powiedziała na samym początku swojej kariery, i jest temu wierna do dziś.

W 'Ocean's 8', kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo) W "Ocean's 8", kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo)

No, z małym wyjątkiem! W 2008 roku na czołówki gazet trafił skandal związany z wieloletnim partnerem aktorki – włoskim milionerem Raffaellem Follierim, który został aresztowany za oszustwa finansowe i pranie brudnych pieniędzy. Para rozstała się tuż przed wybuchem afery.

To doświadczenie na szczęście nie zamknęło aktorki na nowy związek. W 2012 roku poślubiła Adama Shulmana, producenta i projektanta biżuterii. Wychowana w szczęśliwej rodzinie, miała skąd czerpać wzorce – wielokrotnie wyznawała, że pragnie, aby jej małżeństwo było tak samo udane jak związek rodziców. I na razie jest z Adamem szczęśliwa. W 2016 roku urodziła syna, Jonathana. W lipcu 2019 para doczekała się drugiego chłopca, Jacka. – Kiedy urodziłam Jonathana, to jakbym sama urodziła się na nowo – wspomina. – To cudowne uczucie obserwować, jak w twoim dziecku rodzą się emocje w związku z różnymi sytuacjami, których doświadcza. Kiedy zrozumiałam, że synek wchłania też moje, bardzo się wyciszyłam, uspokoiłam. Poczułam, że nie mogę przy nim być zdenerwowana, spięta, bo to bezbłędnie wyczuwa. Dzieci są znacznie bardziej bystrymi obserwatorami, niż nam się wydaje. Mogą nie rozumieć, ale czują. Dzięki rodzinie mam dystans do pracy, a w moim życiu panuje równowaga.

Nadal kocha swoją pracę, ale dziś ma już inne priorytety. Ceni kobiety, które znajdują w sobie tyle odwagi i determinacji, by zerwać ze stereotypem, że poświęcenie dla rodziny jest najważniejsze. Sama jednak już by się na to nie zdobyła. Dobrze wie, że poza planem filmowym też jest inne życie. Mieszka w Nowym Jorku, który ma tę przewagę nad Los Angeles, że można wyjść na spacer z psem, nie będąc przez nikogo rozpoznanym. No i w Nowym Jorku jest metro. To wielki luksus kompletnie nieznany w Kalifornii. Aktorka uwielbia zakładać ciemne okulary, podróżować po mieście i obserwować ludzi, nie obawiając się, że ktoś do niej zadzwoni, bo pod ziemią nie ma zasięgu.

Kiedy rozmawiałam z nią kilka lat temu na festiwalu w Wenecji, ujawniła jeszcze jedno hobby. – To dekoracja wnętrz. Lubię włóczyć się po sklepach meblowych na Manhattanie oraz po galeriach z antykami. Zamierzam w przyszłości zapisać się na kurs stolarsko-ciesielski, by nauczyć się samej wykonywać zaprojektowane przeze mnie meble. Naprawdę! To niezwykle uspokaja i relaksuje, a efekty są bardzo pożyteczne – mówiła.

Podobnie jak prace w ogródku na tyłach jej nowojorskiego domu. W związku z pandemicznymi obostrzeniami oboje z mężem mniej wychodzą, ale ma to także swoje dobre strony. Aktorka zdradziła, że uczy się gotowania i gry na gitarze. Dużo czyta. Fascynują ją dokonania współczesnej fizyki, zwłaszcza ich wymiar duchowy. Z upodobaniem przytacza Einsteina, który powiedział, że wierzy w Boga, bo jest naukowcem. Jej zainteresowania metafizyką mają początek we wczesnym dzieciństwie, kiedy marzyła o tym, by wstąpić do klasztoru. Wprawdzie nie została zakonnicą i wraz z całą rodziną odeszła od Kościoła katolickiego przez solidarność z Michaelem, bratem aktorki, który jest gejem, ale poszukiwania duchowe nadal są ważną częścią jej życia.

Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images) Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images)

Syndrom Anne Hathaway

Chociaż wydawałoby się, że ma wszelkie atuty, by być podziwianą i lubianą, to w rzeczywistości przez całe lata musiała mierzyć się z... hejtem. Dlaczego? Istnieje kilka teorii. Zdaniem niektórych za bardzo się stara – cała jej kariera wygląda jak dobrze zaplanowany program, w którym odhacza kolejne punkty. Znajduje się w niej miejsce na wszystko: od ról popularnych i łatwych aż po nagradzane poważne filmy. Brak tu nieprzewidywalności, szaleństwa, czegoś, co sugerowałoby, że aktorka ma w sobie cokolwiek spontanicznego. Podobnie z zachowaniem w przestrzeni publicznej – na wywiadach opowiada anegdotę, ale zawsze taką, która jest odpowiednio urocza i dowcipna. Na czerwonym dywanie rzadko decyduje się na cokolwiek awangardowego, nosząc sukienki ładne, ale łatwe do zapomnienia. Na zdjęciach zawsze wygląda nienagannie, w wywiadach jest uprzejma, a jej przemowy po otrzymaniu nagród są okraszone odpowiednią ilością łez. Chociaż bardzo nie lubi, kiedy ktoś z dziennikarzy w czasie wywiadu zwróci się do niej per „Anno”. Zdecydowanie woli być „Anią”. Oficjalne imię zarezerwowane jest tylko dla kręgu bliskich osób. Tak właśnie zwraca się do niej mama. Szczególnie wtedy, gdy jest zła na swoją córkę. – Zawsze, gdy pojawiam się gdzieś publicznie i ktoś woła mnie po imieniu, to myślę sobie, że zaraz nakrzyczy na mnie, bo coś nabroiłam – przyznała w jednym z popularnych talk-show. – Mówcie do mnie Annie (Ania). Wszyscy. Byle nie Anne (Anna).

Określenia „syndrom Anne Hathaway” amerykańska prasa zaczęła używać w 2013 roku, kiedy aktorka została nominowana do Oscara. To wtedy stało się jasne, że widzowie – jak się wydaje zupełnie irracjonalnie – nie darzą Hathaway sympatią. Zdaniem niektórych to właśnie jej perfekcyjność budzi sprzeciw, bo ludzie  wolą naturalność. Jej obrońcy wskazują jednak, że ta postawa wynika po prostu z tego, że gwiazda jest profesjonalnie przygotowana do kariery aktorskiej. Oczywiście świadomość, że kariera aktorska to coś, co można zaplanować, przygotować i rozsądnie poprowadzić, kłóci się z piękną wizją „od szarej myszki do gwiazdy filmowej”, zdecydowanie bardziej podobają nam się opowieści o upadkach i mozolnym podnoszeniu się z nich, ale z drugiej strony takie historie nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A historia Anne Hathaway – ma.

Po latach aktorka przyznała, że hejt i niechęć, których była ofiarą, nie złamały jej, lecz przeciwnie – wzmocniły psychicznie. – Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady na ten temat, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoła, a to was ostatecznie wzmocni – wyznała w jednym z wywiadów. – Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. I tego nadal się trzymam! Kiedy jako nastolatka decydowałam się na ten zawód, rodzice zostawili mi wolny wybór, nie odradzali aktorstwa, ale ostrzegali, że porażka jest w ten zawód wliczona. Dali mnie i moim braciom potężne oparcie. Dziś myślę, że to rodzicom zawdzięczam, że twardo stąpam po ziemi i mam dość mocy kręgosłup moralny, co w tym zawodzie jest podstawą.

Anne Hathaway przyszła na świat w listopadzie 1982 roku na Brooklynie w Nowym Jorku, ale dorastała w stanie New Jersey. Jej mama też jest aktorką, tata – prawnikiem. Sama zadebiutowała w 2001 roku w filmie „Pamiętnik księżniczki”, który doczekał się kontynuacji. Oprócz wymienionych tytułów, zagrała też w takich filmach, jak „Interstellar”, „Jeden dzień”, „Praktykant” czy „Oszustki”.

  1. Kultura

Nowości Netflixa i HBO idealne na majówkę

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Kobieta w oknie". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Tegoroczna majówka nie będzie należała do najcieplejszych, dlatego wszystkich spragnionych dobrego kina zapraszamy na przegląd najciekawszych nowości, które obejrzycie w tym czasie (i nie tylko) na Netflixie i HBO GO.

"Homeland", sezon 8

Kontynuacja i tym samym finałowy sezon jednego z najlepszych seriali szpiegowskich w historii. Historię niezwykle charyzmatycznej agentki CIA śledzimy już od tak dawna, że ciężko opisać wszystkie kryzysy polityczne, spiski i tajemnice, które odkryła w swojej długiej karierze. Ostatni sezon "Homeland" polecamy nie tylko (takim jak my) oddanym fanom Carrie i Saula Berensona, ale zwłaszcza osobom, które dotychczas omijały "Homeland". Gwarantujemy, że w ciągu całej majówki dotrzecie do 8. sezonu i wspólnie zobaczymy, jak kończy się ta trzymająca w napięciu (i to w każdym sezonie, co zdarza się rzadko!) historia. Sezon ósmy "Homeland" zadebiutuje na platformie 1 maja.

"Tlen"

12 maja na platformie Netflix pojawi się nowy film oryginalny pt. "Tlen". To opowieść o młodej kobiecie (w tej roli znana m.in. z "Bękartów wojny" Mélanie Laurent), która budzi się ze śpiączki w kapsule kriogenicznej. Aby się z niej wydostać nie ma zbyt dużo czasu - musi zrobić to jak najszybciej, ponieważ w kapsule niebawem zabraknie jej tlenu. Jak na razie brzmi to raczej przerażająco i klaustrofobicznie, ale "Tlen" okrzyknięto premierą miesiąca, więc damy mu kredyt zaufania.

"Kobieta w oknie"

Kolejny thriller, który zaprezentuje nam w najbliższych dniach Netflix to "Kobieta w oknie" z główną rolą Amy Adams to opowieść o cierpiącej na agorafobię (lękiem przed przebywaniem w otwartych przestrzeniach) psycholożce dziecięcej, która obserwuje z okna idealną rodzinę mieszkającą po drugiej stronie ulicy. Kobieta przypadkowo staje się świadkiem brutalnej zbrodni, co jeszcze bardziej wpłynie na jej dotychczasowe życie i problemy, z jakimi się zmaga. Film oparty został na książce A. J. Finna z 2018 roku o tym samym tytule.

"Kto zabił Sarę?", sezon 2

Największy hit Netflixa ostatnich miesięcy już powraca z kolejnym sezonem. Meksykański serial, który od tygodni utrzymuje się na szczycie rankingu najchętniej oglądanych produkcji Netflixa opowiadający o tragicznej zbrodni dokonanej na tytułowej Sarze w pierwszym sezonie zostawił nas z wieloma niewiadomymi w zasadzie bezustannie kierując podejrzenia na innego bohatera. W tym sezonie mamy dowiedzieć się więcej i może ostatecznie będziemy mogli odpowiedzieć sobie na nurtujące wszystkich pytanie - kto naprawdę zabił Sarę?

"Boyhood"

Choć na tę produkcję, która pojawi się na Netflixie poczekamy do drugiej połowy miesiąca (premierę na platformie zapowiedziano na 16 maja), w tym wypadku naprawdę warto czekać. "Boyhood" to opowieść o chłopcu, którego losy śledzimy od 5. do 18. roku życia. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że prace nad filmem trwały ponad 12 lat. Reżyser pokazał tu bowiem rzeczywiste dorastanie i wchodzenie w dorosłość, gdzie przez cały czas bohaterów grają ci sami aktorzy. Kto nie widział, warto poczekać.

"Tajemnica Brokeback Mountain"

Tego samego dnia na platformie (16 maja) ukaże się jeden z najlepszych filmów w karierze Jaka Gylenhaalla i Heatha Ledgera - opowieść o rodzącym się uczuciu pomiędzy dwoma mężczyznami, którzy początkowo bronią się przed tym - wówczas wstydliwym, niezrozumiałym dla nich uczuciem. Z biegiem lat każdy z nich znajduje sobie żonę, rodzą im się dzieci, jednak pamięć o ukochanym nie przemija. Poruszający i w pewnym sensie przełomowy film, który w tym roku skończył 16 lat.

"Mare z Easttown"

Nowy serial kryminalny z Kate Winslet w roli głównej od niedawna zadebiutował na platformie HBO GO. I trzeba przyznać, że jest to serial wyjątkowo udany, z ciekawie rozwijającą się fabuła i przede wszystkim - świetną grą, zwłaszcza Winslet. Choć w ciągu pierwszych kilkunastu minut wydaje się powielać znane nam już serialowo schematy - małe miasteczko, każdy się zna od lat, nieszczęśliwe rodziny, w końcu tragiczna zbrodnia - "Mare z Easttown" ogląda się naprawdę z ogromnym zaciekawieniem. Serial doskonale buduje klimat, zagadka staje się coraz cięższa do rozwiązania, a poszczególne postaci tak niejednoznaczne i w sumie dziwaczne, że na kolejne odcinki czeka się z utęsknieniem.

"Rocky"

Na platformę HBO GO w tym miesiącu dodane zostaną wszystkie filmy o legendarnym pięściarzu Rocky'm, w tym m.in. "Rocky", "Rocky II", "Rocky III", "Rocky IV", "Rocky V", "Rocky Balboa", "Creed: Narodziny legendy", "Creed II" oraz dokumentalny "Rocky: 40 lat legendy". Jedno jest pewne - fani Rocky'ego będą mogli urządzić sobie maraton z idolem, reszta nadrobić zaległości klasyki kina.

"Opowieść podręcznej", sezon 4

Kontynuacja kultowego serialu powstałego na podstawie bestsellerowej i nagrodzonej wieloma nagrodami książki Margaret Atwood. W czwartym już sezonie June, jako przywódczyni rebeliantów, staje do walki z Gileadem. I w tym sezonie również przeniesiemy się do brutalnego świata, w którym życie kobiet stało się prawdziwą udręką. Wszystkich fanów serialu nie trzeba zachęcać, ale tym, którzy nie widzieli mocno polecamy.

  1. Kultura

Carlos Ruiz Zafón: "Zazdroszczę umiejętności zapominania"

Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy.
 (Fot. materiały prasowe)
Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. (Fot. materiały prasowe)
Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Fragment opowiadania "Blanca i Pożegnanie" z książki Carlosa Ruiza Zafona "Miasto z mgły", Wydawnictwo MUZA S.A., premiera: 5 maja

Zazdroszczę i zawsze będę zazdrościć owej niezwykłej umiejętności zapominania, którą obdarzeni są niektórzy szczęśliwcy. Dla nich przeszłość jest jak sezonowe ubranie albo jak stare buty, które wystarczy schować gdzieś głęboko w szafie i uznać, że już się nie nadają do jakichkolwiek wycieczek w przeszłość. Bo ja na swoje nieszczęście wszystko zachowywałem w pamięci i wszystko zachowywało w swojej pamięci mnie. Pamiętam wczesne dzieciństwo spędzone o chłodzie i głodzie, pełne samotności i martwej pustki, i siebie wpatrującego się w szarość kolejnych dni. I pamiętam czarne lustro zaćmiewające złym urokiem spojrzenie mego ojca. Nie pamiętam za to żadnego z bliskich kolegów. Mogę oczywiście przywołać w myślach twarze dzieciaków z mojej dzielnicy, z którymi bawiłem się albo tłukłem, ale żadnej z nich nie pragnę odzyskać z krainy obojętności. Żadnej prócz twarzy Blanki. Blanca była o parę lat starsza ode mnie. Poznałem ją w kwietniowy dzień, tuż przy bramie mojego domu, kiedy szła, trzymając się ręki panny służącej, która kierowała się ku małemu antykwariatowi naprzeciwko budynku sali koncertowej. Traf chciał, że antykwariat tego dnia czynny był dopiero od godziny dwunastej, one zaś zjawiły się pół godziny wcześniej i teraz musiały jakoś przeczekać tych trzydzieści minut, podczas których miał zostać naznaczony mój los, czego zresztą nie przeczuwałem w najmniejszym nawet stopniu. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie ośmieliłbym się do Blanki odezwać. Strój, zapach i wielkopańska prezencja panienki z bogatego domu, odzianej w jedwabie i tiule, nie pozostawiały wątpliwości, że ta istota nie należy do mojego świata, a ja jestem dla niej z zupełnie innej planety. Dzieliło nas zaledwie kilka metrów ulicy, ale całe kilometry niewidzialnych norm, zasad i praw. Mogłem tylko patrzeć na nią, tak jak się patrzy z podziwem, bałwochwalstwem niemal, na przedmioty wystawione w witrynach sklepów, do których drzwi zdają się stać otworem, ale człowiek dobrze wie, że nigdy nie przekroczy ich progu. Często myślałem, że gdyby nie stanowczość mojego ojca w sprawach higieny, Blanca nigdy nie zwróciłaby na mnie uwagi. Mój ojciec uważał, że w czasie wojny napatrzył się na parchów aż nadto, i choć byliśmy biedni jak myszy kościelne, od małego przyzwyczajał mnie, bym nie dąsał się na lodowatą wodę ciurkającą, a i to nie zawsze, z kranu nad umywalką i zaprzyjaźnił się z kostkami mydła, które cuchnęło chlorem, ale usuwało każdy brud, łącznie z wyrzutami sumienia. W ten właśnie sposób, liczący sobie dokładnie lat osiem sługa uniżony David Martin, schludny chudopachołek w przyszłości aspirujący do roli trzeciorzędnego literata, zebrał się na odwagę, by nie uciec wzrokiem w bok, kiedy ta laleczka z dobrej rodziny utkwiła we mnie swe oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. Ojciec powtarzał mi nieustannie, że należy zawsze ludziom odpłacać taką samą monetą. Odnosiło się to co prawda do mordobicia i tym podobnych afrontów, niemniej postanowiłem być wierny jego naukom i odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech, a do uśmiechu dodać lekkie skinienie głową. To ona wolno podeszła do mnie i przyglądając mi się bacznie, zrobiła coś, czego nikt nigdy przedtem wobec mnie nie uczynił – wyciągnęła do mnie rękę. – Mam na imię Blanca – powiedziała. Blanca, z wyrazem znudzenia na twarzy, trzymała dłoń lekko zgiętą niczym paryska młoda dama albo panienki w komediach salonowych. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że powinienem był natychmiast skłonić się i nachylony delikatnie musnąć wargami tę wyciągniętą dłoń. Nie doczekawszy się, Blanca cofnęła rękę i zmarszczyła brew. – Ja jestem David. – Zawsze jesteś tak źle wychowany? Zacząłem szukać jakiegoś elokwentnego wyjścia, by zatrzeć nieco moje nieokrzesanie popisem błyskotliwości i polotu, który uratowałby mój wizerunek, kiedy podeszła do nas panna służąca z wyrazem niedowierzania na twarzy i spojrzała na mnie jak na wściekłego psa szwendającego się po ulicy. Była to młoda kobieta, nazbyt poważna jak na swój wiek, o przepaścistych czarnych oczach, w których trudno było uświadczyć choćby odrobiny sympatii względem mej osoby. Ujęła Blancę za ramię i odciągnęła ode mnie. – A z kim to panienka Blanca rozmawia? Panienka wie przecież, że ojciec panienki nie lubi, by panienka rozmawiała z obcymi ludźmi. – To nie jest obcy człowiek, Antonio. To mój przyjaciel David. Mój ojciec go zna. Zatkało mnie. Służąca bacznie mi się przyglądała. – David jak? – David Martín, proszę pani. Sługa uniżony. – Antonii nikt nie usługuje, Davidzie. To ona służy nam. Nieprawdaż, Antonio? To była chwila zaledwie i nikt nie mógł tego zauważyć poza mną, bo ciągle czujnie się jej przyglądałem. Antonia wpierw obrzuciła Blancę krótkim mrocznym spojrzeniem pełnym jadowitej nienawiści, które zmroziło mnie całkowicie, ale w sekundę zgasiła je potulnym uśmiechem, a następnie pokręciła głową, jakby bagatelizując rzecz całą. – Dzieciaki… – bąknęła pod nosem i zawróciła do antykwariatu, w którym już otwierano drzwi. W tym samym momencie Blanca zrobiła taki ruch, jakby chciała usiąść na schodku przy drzwiach. Nawet ja, nieokrzesany żółtodziób, wiedziałem, że jej ubranie żadną miarą nie powinno wejść w kontakt z niezbyt szlachetnymi, pokrytymi pyłem węglowym kamieniami, z których zbudowany był mój dom. Zdjąłem więc szybko swoje połatane paletko i rozłożyłem je przed nią niczym dywanik. Blanca usiadła na najlepszym z mych ubrań i westchnęła, spoglądając na ulicę i spieszących nią przechodniów. Antonia, stojąc jeszcze w drzwiach antykwariatu, nie spuszczała z nas oka, a ja udawałem, że tego nie widzę. – Mieszkasz tu? – zapytała Blanca. Wskazałem sąsiedni dom i przytaknąłem. – Ty też? Blanca spojrzała na mnie, jakby właśnie usłyszała najgłupsze pytanie w swoim krótkim życiu. – A skądże znowu. – Dzielnica ci się nie podoba? – Brzydko pachnie, ciemno tu, zimno, ludzie są brzydcy i straszny tu hałas. Do głowy by mi nie przyszło opisanie mojego dotychczasowego świata tymi słowami, ale niestety nie potrafiłem znaleźć żadnego kontrargumentu. – To po co tu przychodzisz? – Mój tata mieszka niedaleko targowiska Born. Często go odwiedzam, Antonia mnie tu przyprowadza. – A ty gdzie mieszkasz? – W dzielnicy Sarriá, z mamą. Nawet ja, biedak, słyszałem o tej dzielnicy, choć nigdy tam nie byłem. W mojej wyobraźni miejsce to jawiło się jako warowny gród z wielgachnymi domami i lipowymi alejami, z luksusowymi pojazdami, bujnymi ogrodami – świat zaludniony takimi osobami jak ta panieneczka, ale sporo starszymi. Bez wątpienia jej świat był światem pachnącym, świetlistym, owiewanym świeżutką bryzą, a jego mieszkańcy byli wytworni i cisi. – A dlaczego twój tata mieszka tutaj, a nie z wami? Blanca wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. Temat ją chyba krępował, więc wolałem go nie drążyć. – To tylko na jakiś czas – powiedziała po chwili. – Niedługo wróci do domu. – Jasne – odparłem ze współczuciem w głosie, nie bardzo wiedząc, o czym właściwie mówimy. Jako przegrany już w chwili urodzenia zawsze skory byłem do namawiania, by pokornie godzić się z losem. – Wiesz co, nasza dzielnica nie jest taka zła, sama zobaczysz. Na Riberze da się żyć, przyzwyczaisz się. – Ale ja nie chcę się przyzwyczaić. Nie podoba mi się ta dzielnica, nie podoba mi się dom, który kupił tata. Nie mam tutaj przyjaciół. Przełknąłem ślinę. – Ja mogę być twoim przyjacielem, o ile tylko zechcesz. – A kim ty jesteś? – Jestem David Martín. – Już to mówiłeś. – Wydaje mi się, że jestem kimś, kto też nie ma przyjaciół. Blanca odwróciła się i spojrzała na mnie z ciekawością i nieufnością zarazem. – Nie lubię bawić się w chowanego ani grać w piłkę nożną – zaznaczyła. – Ja też nie lubię. Blanca uśmiechnęła się i znów wyciągnęła do mnie rękę. Tym razem dołożyłem wszelkich starań, żeby złożyć pocałunek na jej dłoni. – Lubisz baśnie? – spytała. – Najbardziej na świecie. – Znam kilka takich, których nikt nigdy nie czytał – powiedziała. – Mój tata pisze je specjalnie dla mnie. – Ja też piszę baśniowe opowieści. To znaczy wymyślam je sobie, a później uczę się ich na pamięć. Blanca zmarszczyła brwi. – No to opowiedz mi jedną z nich. – Teraz? Zaraz? Blanca przytaknęła i spojrzała na mnie wyzywająco. – Mam nadzieję, że nie będzie o księżniczkach – zagroziła. – Nienawidzę księżniczek. – No cóż, występuje w niej taka jedna księżniczka… Ale jest wredna. Twarz jej się rozpromieniła. – Jak bardzo wredna?

Tego dnia Blanca została moją pierwszą czytelniczką, słuchaczką i publicznością. Opowiedziałem, jak najlepiej umiałem, swoją pierwszą baśń o księżniczkach, czarownikach, o magii, zatrutych pocałunkach w świecie czarów i o ożywionych pałacach, które pełzały po stepach mrocznego świata niby piekielne bestie. Pod koniec opowieści, kiedy bohaterka tonęła w mroźnych wodach czarnego jeziora, trzymając w dłoni przeklętą różę, Blanca, zapomniawszy, że jest panienką z dobrego domu, uroniła łzę i szeptem wyznała, że ta opowieść jest piękna. Tym samym na zawsze przypieczętowała wybór mojej życiowej drogi. Wszystko bym oddał za to, żeby ta chwila trwała wiecznie. Padający na nas cień Antonii przywrócił mnie do szarej rzeczywistości. – Blanco, musimy już iść, ojciec panienki nie lubi, kiedy spóźniamy się na obiad. Służąca odciągnęła Blancę i kiedy prowadziła ją w dół ulicy, ja odprowadzałem ją wzrokiem, póki całkiem nie zniknęła mi z oczu, a ona na krótko przedtem pomachała mi ręką na pożegnanie. Podniosłem swoje paletko i założyłem je, czując ogarniające mnie ciepło i zapach Blanki. Uśmiechnąłem się w myślach, bo dotarło do mnie, że może i na krótko, ale po raz pierwszy w życiu byłem szczęśliwy i że skoro raz poczułem smak tej trucizny, moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Gdy wieczorem jedliśmy zupę z pajdą chleba, ojciec przyglądał mi się bacznie. – Dziwnie inaczej wyglądasz. Coś się stało? – Nie, ojcze. Położyłem się wcześnie, żeby uciec przed dołującymi nastrojami ojca. Wyciągnąłem się w ciemnościach na łóżku, rozmyślając o Blance, o opowieściach, jakie miałem zamiar dla niej wymyślić, ale zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie mieszka ani kiedy znów będę mógł ją spotkać, i czy w ogóle taka sposobność się nadarzy. Przez następne dni szukałem Blanki. Po obiedzie, gdy mój ojciec udawał się na drzemkę albo zamykał się w pokoju, by odgrodzić się od świata i siebie samego, ja wychodziłem i ruszałem w dół dzielnicy, a potem kręciłem się po wąskich i ciemnych uliczkach otaczających aleję Born z nadzieją, że spotkam tam Blancę albo jej groźną pannę służącą. Na pamięć znałem już wszystkie zaułki, każdy cień tego labiryntu, którego ściany zdawały się napierać na siebie, zbiegać, jakby chciały się zewrzeć w plątaninę tuneli. Stare szlaki średniowiecznych cechów kreśliły siatkę korytarzy, które brały swój początek przy bazylice Santa María del Mar, by później rozwidlać się i ponownie schodzić, rozgałęziać i przecinać, tworząc splot pasaży, łuków i niemożliwych zakrętów, do których światło słoneczne docierało za dnia ledwie przez kilka minut. Skrzyżowania sygnalizowały gargulce i reliefy, tam gdzie stare pałace w ruinie sąsiadowały z budynkami wyrastającymi jeden na drugim niczym napierające na siebie skały. Wyczerpany wracałem o zmierzchu do domu, w tym samym czasie, kiedy mój ojciec się budził. Szóstego dnia, gdy już skłonny byłem uznać, że spotkanie z Blancą po prostu mi się przyśniło, poszedłem ulicą Mirallers w kierunku bocznego wejścia do bazyliki Santa María del Mar. Gęsta mgła spowiła miasto i snuła się nad brukiem ulic niczym białawy welon. Drzwi do kościoła były otwarte. W nich właśnie spostrzegłem zarys kobiecej sylwetki, a obok niej dziewczęcej postaci. Obie ubrane były w białe suknie, które chwilę później mgła przywłaszczyła sobie i przesłoniła. Pobiegłem w tamtą stronę i wpadłem do bazyliki. Prąd powietrza wciągał mgłę do wnętrza kościoła i widmowa smuga batystu płynęła nad ławkami nawy głównej rozświetlana płomykami świec. Zobaczyłem Antonię, pannę służącą klęczącą przy jednym z konfesjonałów w błagalnej i pełnej skruchy pozie. Nie miałem wątpliwości, że spowiedź tej harpii spowijały gęste opary smoły. Blanca siedziała w jednej z ław, machając nogami i błądząc oczyma po ołtarzu. Gdy podszedłem do ławy z drugiej strony, Blanca się odwróciła. Ujrzała mnie i jej twarz się rozjaśniła. Uśmiechnęła się i w jednej chwili uleciały mi z pamięci wszystkie te ponure dni, podczas których usiłowałem ją odnaleźć. Usiadłem obok niej. – Co ty tutaj robisz? – spytała. – Przyszedłem na mszę – wymyśliłem na chybcika. – O tej porze nie ma mszy – zaśmiała się. Nie chciałem jej okłamywać, więc spuściłem wzrok. Obyło się bez słów. – Ja też stęskniłam się za tobą – wyznała. – Myślałam, że o mnie zapomniałeś. Pokręciłem głową. Atmosfera szeptów i mgieł dodała mi skrzydeł, więc zebrałem się na odwagę, by głośno wypowiedzieć jedno z tych wyznań, które układałem w swych opowieściach pełnych magii i bohaterstwa. – To niemożliwe, bym mógł cię zapomnieć. Te słowa brzmiały pewnie niepoważnie i komicznie, tym bardziej w ustach ośmioletniego chłopaka, który być może nawet nie wiedział, co mówi, ale powiedziałem to, co czułem. Blanca spojrzała na mnie z dziwnym smutkiem, niepojętym zupełnie w tych dziewczęcych oczach, i mocno ścisnęła moją dłoń. – Przyrzeknij, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Antonia, panna służąca, najwyraźniej wolna już od grzechu wszelakiego i gotowa do recydywy, stanęła przy naszej ławie, spoglądając na nas z nieukrywaną niechęcią. – Proszę panienki? Blanca ciągle patrzyła mi w oczy. – Przyrzeknij. – Przyrzekam. I znowu panna służąca zabrała mi moją jedyną przyja­ciółkę. Patrzyłem, jak oddalają się główną nawą bazyliki i znikają w drzwiach wychodzących na aleję Born. Tym razem jednak moją melancholię osładzała szczypta przebiegłości. Coś mi mówiło, że panna służąca jest wrażliwego sumienia, co zmusza ją, celem jego podreperowania, do częstych wizyt w konfesjonale. Dzwony bazyliki wybiły czwartą, a w mojej głowie zaczął kiełkować pewien plan. Od tego dnia codziennie za piętnaście czwarta stawiałem się w kościele Santa María del Mar i siadałem w jednej z ław nieopodal konfesjonałów. Minęło zaledwie kilka dni, gdy znów zobaczyłem je obie. Odczekałem chwilę, by służąca uklękła przy konfesjonale, i podszedłem do Blanki. – Co drugi dzień o czwartej – przekazała mi szeptem informację. Nie chciałem tracić ani chwili, więc ująłem jej dłoń i ruszyliśmy na spacer po bazylice. Przygotowałem dla niej opowieść, która toczyła się właśnie tu, wśród tych kolumn i kaplic, i kończyła się walką pomiędzy złym duchem z popiołu i krwi a bohaterskim rycerzem, odbywającą się w krypcie pod ołtarzem. Miał to być pierwszy odcinek tasiemcowej powieści pod tytułem Widma katedry pełnej przygód, strachów i romansów, w każdym najdrobniejszym szczególe wymyślonej dla Blanki. To dzieło w swym debiutanckim zadufaniu uznawałem za szczytowe osiągnięcie literackie. Ostatnie zdania odcinka udało mi się wypowiedzieć, kiedy dochodziliśmy już do konfesjonału, od którego służąca właśnie wstawała. Tym razem mnie nie zauważyła, zdążyłem bowiem schować się za kolumną. Przez dwa tygodnie co drugi dzień spotykałem się z Blancą w bazylice. Dzieliliśmy się przeróżnymi historiami, zwierzaliśmy się sobie z dziecięcych marzeń, podczas gdy służąca katowała księdza drobiazgowym wyliczaniem swoich grzechów.

Carlos Ruiz Zafón. 'Miasto z mgły', Wydawnictwo: MUZA S.A. Carlos Ruiz Zafón. "Miasto z mgły", Wydawnictwo: MUZA S.A.