1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Boże Ciało” Jana Komasy polskim kandydatem do Oscara! W kinach od 11 października

„Boże Ciało” Jana Komasy polskim kandydatem do Oscara! W kinach od 11 października

"Boże ciało" Jana Komasy powalczy o Oscara. Film trafi do kin 11 października. (Fot. Andrzej Wencel, Aurum Film)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
„Boże Ciało” – najnowszy film Jana Komasy, twórcy hitów „Miasto 44” i „Sala samobójców”, będzie reprezentować Polskę w wyścigu po Oscary w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Film trafi na ekrany kin 11 października.

„Boże Ciało” to niezwykle oryginalny projekt w polskim i europejskim kinie – odważna produkcja ocierająca się o tematy tabu, dotykająca kwestii społecznych podziałów oraz skomplikowanej duchowości młodych ludzi.

Jest to dla mnie i dla całego zespołu ogromne wyróżnienie. To kameralny film, którego entuzjastyczny odbiór na całym świecie nas zaskoczył i przerósł nasze oczekiwania. Mam nadzieję, że ta niezwykła historia zyska teraz więcej możliwości, by dotrzeć do większej ilości widzów na świecie mówi reżyser, Jan Komasa.

Kadr z filmu 'Boże ciało', reż. Jan Komasa. (Fot. Andrzej Wencel, Aurum Film) Kadr z filmu "Boże ciało", reż. Jan Komasa. (Fot. Andrzej Wencel, Aurum Film)

To kolejny wielki sukces obrazu, którego światowa premiera odbyła się na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, gdzie otrzymał on aż dwie nagrody. Już wtedy międzynarodową karierą polskiej produkcji wróżyły tak prestiżowe media. Amerykańska premiera „Bożego Ciała” miała miejsce w tym tygodniu na  Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto. Wciągający, poruszający i odważny – tak o filmie Jana Komasy piszą polskie i zagraniczne media.

Kadr z filmu 'Boże ciało', reż. Jan Komasa. (Fot. Andrzej Wencel, Aurum Film) Kadr z filmu "Boże ciało", reż. Jan Komasa. (Fot. Andrzej Wencel, Aurum Film)

„Boże Ciało” to inspirowana prawdziwymi zdarzeniami historia 20-letniego Daniela, który w trakcie pobytu w poprawczaku przechodzi duchową przemianę i skrycie marzy, żeby zostać księdzem. Po kilku latach odsiadki chłopak zostaje warunkowo zwolniony, a następnie skierowany do pracy w zakładzie stolarskim. Zamiast się tam udać, Daniel kieruje się do miejscowego kościoła, gdzie zaprzyjaźnia się z proboszczem. Kiedy pod nieobecność duchownego niespodziewanie nadarza się okazja, chłopak wykorzystuje ją i udając księdza zaczyna pełnić posługę kapłańską w miasteczku. Od początku jego metody ewangelizacji budzą kontrowersje wśród mieszkańców, szczególnie w oczach surowej kościelnej Lidii. Z czasem jednak nauki i charyzma fałszywego księdza zaczynają poruszać ludzi pogrążonych w tragedii, która wstrząsnęła lokalną społecznością kilka miesięcy wcześniej. Tymczasem w miasteczku pojawia się dawny kolega Daniela z poprawczaka, a córka kościelnej, Marta, coraz mocniej zaczyna kwestionować duchowość młodego księdza. Wszystko to sprawia, że chłopakowi zaczyna palić się grunt pod nogami. Rozdarty pomiędzy sacrum i profanum bohater znajduje w swoim życiu nowy, ważny cel. Postanawia go zrealizować, nawet jeśli jego tajemnica miałaby wyjść na jaw...

W jego rolę główną brawurowo wciela się fenomenalny Bartosz Bielenia. Pozostałą część obsady dopełniają utalentowani aktorzy młodego pokolenia – Tomasz Ziętek i Eliza Rycembel oraz Aleksandra Konieczna, Łukasz Simlat, Barbara Kurzaj, Zdzisław Wardejn i Leszek Lichota.

Plakat filmu 'Boże ciało', reż. Jan Komasa Plakat filmu "Boże ciało", reż. Jan Komasa

Obejrzyj zwiastun:

https://youtu.be/Y22lmaNA_Aw

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Irlandczyk” - najnowszy film Martina Scorsese

Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Martin Scorsese właśnie skończył 77 lat. Obchodzone 17 listopada urodziny poprzedzają o kilka dni kinową premierę jego najnowszego genialnego filmu „Irlandczyk”. Krótko po tym produkcja trafia także do sieci – od 27 listopada można ją oglądać na portalu Netflix. 

Do tego, dlaczego twórca zdecydował się na taką kolej rzeczy, jeszcze wrócimy, tymczasem o „Irlandczyku” już teraz mówi się, że to jedno z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejsze, dzieło w dorobku reżysera. Mocne słowa zważywszy na liczbę i jakość tytułów wyreżyserowanych przez Scorsese. Chodzi w końcu o twórcę mającego na koncie – nie licząc krótkiego metrażu, dokumentów i seriali – 26 pełnometrażowych filmów fabularnych, wśród których są tak znaczące tytuły jak „Taksówkarz”, „Wściekły byk”, „Chłopcy z ferajny”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, „Aviator” czy „Wilk z Wall Street”. Najnowszy „Irlandczyk” to zresztą nie tylko wybitne kino, ale też obraz mówiący wiele o autorze. Znajdziecie w nim wszystko to, za co widzowie na całym świecie kochają Martina Scorsese. A jeśli przyjrzeć się jeszcze uważniej – sporo bardzo osobistych tropów.

Piękny, młody, szalony

O czym jest „Irlandczyk”? To gangsterska saga, kilkadziesiąt lat z życia głównego bohatera, płatnego mordercy Franka Sheerana. A jednocześnie fikcja ocierająca się o prawdziwe wydarzenie: tajemnicze zaginięcie legendarnego przywódcy amerykańskich związków zawodowych Jimmy’ego Hoffy, jedną z największych zagadek kryminalnych w historii USA.

Włoscy gangsterzy u Scorsese nikogo nie powinni dziwić. To motyw, który przewija się w jego twórczości od samego początku. A znając biografię reżysera nietrudno domyślić się, skąd się wziął. Dzieciństwo i młodość upłynęła mu pod znakiem włoskiej mafii rządzącej w całej okolicy. Nowojorczyk sycylijskiego pochodzenia wychował się w Hell's Kitchen [Przedsionku Piekła], dzielnicy cieszącej się fatalną sławą. Niektóre wątki z jego filmów to historie żywcem wyjęte z opowieści bliskich. I tu ciekawostka, bo Martin miał też w zwyczaju obsadzać w drobnych rolach swoich, pamiętających lata świetności Ala Capone, rodziców.

W „Irlandczyku” filmowy Frank Sheeran brata się i z włoską mafią i ze wspomnianym Jimmym Hoffą, który część swego politycznego potencjału zawdzięczał nie do końca, delikatnie mówiąc, legalnym powiązaniom i interesom.

Franka gra tu Robert De Niro. I choć ta historia obejmuje kilka dekad, aktor (od Scorsese młodszy zaledwie o rok) gra także dużo młodszą wersję siebie. To nie pierwszy raz, kiedy użyto zaawansowanych technik komputerowych, żeby odjąć filmowym bohaterom kilkadziesiąt lat. A jednak, trzeba przyznać, Scorsese idzie tu na całość. Przez połowę filmu oglądamy De Niro z wyczyszczonymi zmarszczkami, a przede wszystkim odmłodzonym owalem twarzy. Efekt tych zabiegów nie zawsze jest idealny, ale widz szybko się przyzwyczaja i przestaje zwracać na niedoskonałości uwagę.

Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie 'Irlandczyk' (fot. materiały prasowe Netflix) Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie "Irlandczyk" (fot. materiały prasowe Netflix)

Dlaczego reżyser nie zdecydował się obsadzić kogoś z młodszych aktorskich roczników? Odpowiedź wydaje się oczywista. Ten film to hołd złożony swoim aktorom. Swoim, bo występuje tu nie tylko De Niro, który grał u Scorsese najlepsze, nazywane dziś bez cienia przesady kultowymi, role. Ale partnerują mu też Al Pacino (filmowy Jimmy Hoffa) i Joe Pesci. Ten ostatni zasługuje na szczególną uwagę, bo choć wystąpił u Scorsese po raz enty, to w pewnym sensie debiutuje. Jest niemal tak ważną postacią jak tytułowy Irlandczyk Frank. A tym samym, wreszcie, w wieku 76 lat pozbywa się etykietki aktora drugoplanowego. Jest też szansa, że po tak rewelacyjnej i znaczącej roli, na jego widok ludzie wreszcie przestaną mówić: „Pesci? Ten niski wredny z „Kevina samego w domu”?”.

Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu 'Chłopcy z ferajny' z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO) Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu "Chłopcy z ferajny" z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO)

Przy okazji miłośnicy kina, uwiedzeni przez „Irlandczyka”, mogą sobie zrobić scorsesowską powtórkę z duetu: De Niro-Pesci. We „Wściekłym byku” czy „Chłopcach z ferajny” są piękni i młodzi bez efektów specjalnych. A także groźni. Tacy, jakimi chciał widzieć swoich bohaterów Scorsese. Sam, jako dzieciak i młodzieniec, był słaby i chorowity. Może i nawet fantazjował, żeby być gangsterem, ponoć rozważał przystąpienie do mafii, tyle że z powodu ciężkiego stadium astmy był w szkole zwolniony z wuefu i w ogóle z wysiłku fizycznego. Lekarz zabraniał mu właściwie wszystkiego. Wyjątkiem były – szczęśliwie – seanse w kinie.

Gdzie te kobiety?!

Peanom na temat nowego filmu towarzyszą kontrowersje. Nietrudne do przewidzenia w dobie ruchu #Metoo i masowej rewizji kina pod kątem równości płci. Na konferencji prasowej podczas festiwalu w Rzymie włoska dziennikarka wypomniała Scorsese znaczącą dysproporcję między mężczyznami i kobietami w jego filmach. Reżyser bez sukcesów próbował wybrnąć z tematu, pogrążając się jeszcze bardziej, aż głos zabrała producentka „Irlandczyka”, wykazując się, trzeba przyznać, niezłym refleksem. Przypomniała dziennikarzom zgromadzonym na konferencji, a przy okazji widzom na całym świecie, że Scorsese w 1974 roku wyreżyserował film „Alicja już tutaj nie mieszka”. Przejmującą opowieść o marzącej o karierze muzycznej Alice, za którą to rolę aktorka Ellen Burstyn dostała zresztą Oscara. To także nie kto inny tylko Scorsese nakręcił tak romantyczny jak to tylko możliwe „Wiek niewinności” z miłosnym trójkątem odegranym przez Michelle Pfeiffer, Winonę Ryder i Daniela Day-Lewisa. I wreszcie, to Martinowi Scorsese zawdzięcza jedną z najciekawszych w swoim dorobku aktorską kreację Sharon Stone. Kto widział ją w „Kasynie”, ten wie, o czym mówię.

Argument, że reżyser kręci tylko męskie kino jest takim samym nadużyciem jak ten, że kręci tylko filmy gangsterskie. Skoro tak, to co w jego dorobku robią wymienione właśnie filmy, ale też świetne muzyczne dokumenty, m.in. o Bobie Dylanie czy familijna produkcja „Hugo i jego wynalazek” nagrodzona 5 Oscarami?

Sharon Stone w filmie 'Kasyno' z 1995 roku (fot. BEW PHOTO) Sharon Stone w filmie "Kasyno" z 1995 roku (fot. BEW PHOTO)

Fakty pozostają jednak faktami. I jeśli chodzi o proporcje, to prawda, że Martin Scorsese, w życiu prywatnym otoczony kobietami (pięciokrotnie żonaty jest ojcem trzech córek), na ekranie woli męskie historie i męskich bohaterów. Ktoś przytomnie policzył, że w „Irlandczyku” najważniejsza postać kobieca, córka Franka – Peggy – wypowiada w sumie… sześć słów. A jednak, paradoksalnie, to postać kluczowa. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, podpowiem, że to właśnie ona, jako jedyna, ma odwagę sprzeciwić się złu, nawet jeśli jest to bierny opór. To właśnie ta młoda kobieta jest sumieniem wszystkich tych, którzy sumienia nie mają.

Jak nie zostałem księdzem

Wina i kara, sumienie, grzech. To zawsze były jego tematy. Sam planował zostać księdzem, poszedł nawet do seminarium, zanim uznał, że miłość do kina jest znacznie silniejsza niż duchowe powołanie. Ale nigdy nie przestał sobie zadawać ważnych, ostatecznych pytań. Stąd też inne filmy, które wymykają się „gangsterskiemu nurtowi”. „Ostatnie kuszenie Chrystusa” uznane swego czasu za film wybitnie antykościelny, a dziś rozpatrywany jako kino głęboko religijne. Stąd też „Kundun – Życie Dalajlamy” i wreszcie: najnowsze z tej trójki „Milczenie”. Ta ekranizacja powieści jednego z najważniejszych japońskich pisarzy Endō Shūsaku, opowieść o prześladowaniach jezuitów i zjawisku „ukrytych chrześcijan” w dawnej Japonii, zaprowadziła Scorsese do samego papieża. Film miał swoją prapremierę w Watykanie, a Scorsese miał u papieża Franciszka osobistą audiencję.

Willem Dafoe w filmie 'Ostatnie kuszenie Chrystusa' z 1988 roku (fot. BEW PHOTO) Willem Dafoe w filmie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" z 1988 roku (fot. BEW PHOTO)

I jeszcze jeden wielki temat, który Scorsese porusza w „Irlandczyku”. Przemijanie. Chyba po raz pierwszy reżyser poświęca mu tyle uwagi. Widmo śmierci – tej typowej dla półświatka, czyli równie nagłej co drastycznej, ale też tej naturalnej, z choroby i starości – wisi nad bohaterami od pierwszego kadru. Aż do samego końca, bo gangsterska saga opowiadana jest z perspektywy pensjonariusza domu spokojnej starości. Który nie tylko wspomina i rozlicza się z własną przeszłością, ale i próbuje się dobrze przygotować do spraw najbardziej ostatecznych (genialna scena w domu pogrzebowym, gdzie Frank sam wybiera sobie trumnę). Scorsese pokazuje przemijanie i starość bez lukru i większej nostalgii. Oglądając te sceny trudno się nie zastanawiać, ile w nich obaw i lęków samego reżysera.

Uczyłem się od Polaków

Metryka to jedno, ale Martina Scorsese po prostu nie da się postrzegać w kategoriach seniora kina. Nie tylko nadal trzyma rękę na pulsie i potrafi wyczuć gusta publiczności, ale też nie boi się zmian, jakie nieuchronnie następują w światowej kinematografii. Już produkując i maczając palce w reżyserii świetnego, osadzonego w czasach prohibicji serialu HBO „Zakazanego imperium” udowodnił, że jest równie skuteczny na małym co dużym i ekranie. Teraz idzie o krok dalej. Trwającego 3 i pół godziny (które, choć może niektórym trudno w to uwierzyć, zupełnie się nie dłużą) „Irlandczyka” z jego zawrotnym budżetem ponad 150 mln dolarów finansowała platforma Netflix. Oznacza to, że film jest przeznaczony przede wszystkim do oglądania na tej platformie, w domu. To, że pojawia się 5 dni wcześniej w naszych kinach, jest podyktowane głównie tym, że, aby ubiegać się o Oscara, musi być na całym świecie, choćby przez chwilę, także w dystrybucji kinowej. Podobnie jest na przykład z inną wyczekiwaną produkcją Netflixa – „Historią małżeńską” ze Scarlett Johansson i Adamem Driverem w rolach głównych. Jesteśmy oto świadkami dużej zmiany. Zmiany, która jeszcze dwa lata temu na festiwalu w Cannes wywołała tak gwałtowne emocje, że wydawało się, że między telewizją nowej generacji a kinem nastąpi nieodwracalny rozłam. Tymczasem „Irlandczyk” jest równie gorąco oczekiwany przez publiczność kinową (bilety na pokazy przedpremierowe rozeszły się błyskawicznie) co użytkowników Netflixa, raczej łącząc niż kogokolwiek dzieląc. Zobaczymy, czy ten trend się utrzyma, tak czy inaczej 77-letni Martin Scorsese jest siłą rzeczy twarzą rewolucji, jaka właśnie zachodzi w kinematografii.

Al Pacino i Robert DeNiro w filmie 'Irlandczyk', (fot. materiały prasowe Netflix) Al Pacino i Robert DeNiro w filmie "Irlandczyk", (fot. materiały prasowe Netflix)

I gdyby ktoś do tego momentu jeszcze go nie pokochał, przypomnę na koniec jego miłość do polskiego kina.

Bo to Scorsese z pełnym zaangażowaniem poleca za oceanem nasze rodzime filmy. Parę lat temu odebrał doktorat honoris causa w łódzkiej Filmówce, stworzył również specjalny cykl „Mistrzowie polskiego kina”, a o Wajdzie, Holland, Konwickim czy Kawalerowiczu mówi w imieniu swoim i kolegów po fachu, że „to kino, od którego wszyscy się uczyliśmy”.

  1. Kultura

"(Nie)znajomi", czyli jak dobrze znasz swojego partnera

Film
Film "(Nie)znajomi" w reżyserii Tadeusza Śliwy można oglądać w kinach od 27 września. (Fot. materiały prasowe)
Bohaterowie filmu „(Nie)znajomi” przyjaźnią się od lat, a jednak kryją przed sobą wiele tajemnic... O sekretach w relacjach i lęku przed ich ujawnieniem – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Bohaterowie filmu „(Nie)znajomi” przyjaźnią się od lat, a jednak kryją przed sobą wiele tajemnic... O sekretach w relacjach i lęku przed ich ujawnieniem – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: „(Nie)znajomi” to polski remake filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, jest jeszcze wersja francuska, hiszpańska, koreańska. Kłamstwa i kłamstewka to chleb powszedni naszych związków, więc siła tego scenariusza polega chyba na tym, że widz bez trudu potrafi odnaleźć się w przedstawionej sytuacji. Grażyna Torbicka:
Każdy z nas z taką łatwością utożsamia się z bohaterami, bo podobnie jak oni ukrywamy się za możliwościami, jakie daje nam świat wirtualny. To tam rozgrywają się wszystkie relacje, a telefon komórkowy stał się centrum komunikacji ze światem. Tyle że to nie jest prawdziwy świat. Przecież ci ludzie dobrze się znają, wydawałoby się, że są przyjaciółmi, a jednak zabawa, na którą się decydują, odkrywa kolejne prawdy o ich życiu. Przyjęło się, że do telefonu drugiej osoby nie należy zaglądać. Chyba że mamy na to pozwolenie. I dotyczy to także relacji z partnerem, bo w ten sposób szanujemy jego sferę intymności. A oni godzą się na to, że będą czytać na głos przychodzące do nich w trakcie spotkania SMS-y...

Dlaczego się na to decydują?
Pomysł rzuca kobieta, która ma najmniej do ukrycia, jednak każdy z tych bohaterów ma jakieś wątpliwości i obawy. I rzeczywiście na światło dzienne wychodzą tajemnice, to wywołuje różne zachowania, ujawnia brak tolerancji na pewne sprawy. Okazuje się, że inaczej zachowujemy się pod nieobecność osób, wobec których żywimy jakieś uprzedzenia – wtedy pozwalamy sobie na żartowanie z nich czy wręcz na ataki. Dopiero gdy one są obecne, pokazujemy, jacy jesteśmy tolerancyjni, uważni, wrażliwi. Zabawa pozwala przyjrzeć się ukazanym w filmie związkom. Na przykład Anna, którą gra  Maja Ostaszewska, wreszcie ma szansę na to, żeby powiedzieć, co uwiera ją w życiu. Z kolei gospodyni kolacji Ewa, czyli Kasia Smutniak, ma okazję zobaczyć swojego męża w innym świetle. Wcześniej postrzegała go jako zwykłego gadżeciarza, mężczyznę, który lubi mieć w smartfonie przyciski do sterowania światłem, a widzi zupełnie innego faceta... Gdy słucha, jak rozmawia z córką przez telefon, uświadamia sobie, jak fantastyczną relację potrafił z nią stworzyć. Powie mu później, że chciałaby mieć takiego ojca jak on.

A może ci bohaterowie zgodzili się na grę, bo podświadomie mieli już dość życia w kłamstwie...
Na pewno ta sytuacja pomogła im ujawnić różne ciężary, które nosili w sobie, oczyścić atmosferę w ich związkach. Nie jestem jednak przekonana, czy byli świadomi, dokąd zaprowadzi ich ta zabawa. Nie sądzę, żeby ktoś z nich mógł przewidzieć, ile pytań może wywołać jeden przeczytany na głos SMS. To był impuls do rozmowy, która uruchomiła kolejne tematy i w końcu pokazała im, że zabrnęli w ślepą uliczkę.

Zgodziłabyś się na taką zabawę? Ja nie, bo uważam, że w przyjaźni i w miłości lepiej nie wiedzieć wszystkiego. To akurat bardzo dobrze pokazała wersja francuska.
Tak, ja bym w to weszła, ponieważ dla mnie najważniejszy jest wewnętrzny spokój. Nie znoszę dwuznacznych sytuacji, zawodowych czy prywatnych, i gdy coś takiego wyczuwam, odsuwam się i obserwuję z dystansu. W tym filmie przypadkowa zamiana telefonów sprawiła, że jedna z kobiet wyrzuciła z siebie wszystko, co było dla niej bolesne od dawna, jednak nigdy nie odważyłaby się wyznać tego wprost swojemu mężowi. A ten film pokazuje, że lepiej jest wyrzucić wszystko z siebie.

Szczerze, ja nie miałabym siły na taką kolacyjkę...
W tym towarzystwie drugiej takiej kolacji na pewno już nie będzie. Jesteśmy świadkami zabawy, która pokazała rodzaj „terapii grupowej przez przypadek”. A czy taka terapia ma sens? Chyba tak. Widzę tu więcej plusów niż minusów. Największym plusem jest dla mnie fakt, że pary dostrzegają to, czego nie widziały wcześniej. Decydują się walczyć o siebie. Jednak nie wiemy, na ile to, co bohaterowie zobaczyli, czego się o sobie nawzajem dowiedzieli, wpłynie na ich życie.

Polska wersja jest bardziej terapeutyczna niż oryginał. Pokazuje moc oczyszczenia.
Faktycznie, przypomina nawet telenowelę albo serial telewizyjny. Bez niedopowiedzeń sprawa się domyka, a bohaterom pozostaje nadzieja. Dlatego uważam, że z tej zabawy wyszło więcej dobrego niż złego.

Ten film każe mi się zastanowić, czy wolę pełną jawność czy dopuszczam jakieś kłamstewka i półprawdy. Jawność wiąże się z ogromną ulgą, ale bywa bardzo trudna.
Ja nie mam żadnych wątpliwości. Uważam, że warto żyć wyłącznie rzeczywistością prawdziwą. Tak zwane podwójne życie czy udawanie kogoś innego jest destrukcyjne dla każdego człowieka. Życie w zakłamaniu niszczy naszą duszę. Jednak bardzo wielu ludzi kłamie. Choćby w ten sposób, że sami przed sobą nie przyznają się do tego, że coś im w związku nie pasuje. To jest właśnie wygoda wynikająca z kalkulacji. Wracając do filmu, to każda z przedstawionych par żyje pozorami. I nawet jeśli pomógł im przypadek, to w końcu zaszli tak daleko, że nie mogli się już wycofać. Okazało się, że pod powierzchnią wiele się gromadzi, ale wystarczy otwartość, szczerość i wzajemne zrozumienie, żeby oczyścić atmosferę. To naprawdę niewysoka cena za uświadomienie sobie, że każdy ma swoje słabości i jeżeli coś się przydarzy, to trzeba o tym porozmawiać.

To historia świetna na terapię dla par. Film nie przytłacza widza od razu całym ciężarem, powoli sprowadza go coraz głębiej. Poza tym rozbraja mechanizmy obronne, bo zaskakuje, więc chcemy dowiedzieć się, co będzie dalej.
Warto obejrzeć ten film i porozmawiać ze swoim partnerem czy partnerką o relacjach, które zobaczyliśmy na ekranie. Spróbować dostrzec, w jaki sposób różnimy się w ich odbiorze. Dzięki temu łatwiej będzie wyznać, co nas boli i uwiera w związku. Im wcześniej to zrobimy, tym ból będzie mniejszy. A jak już mówiłam, zawsze lepiej powiedzieć sobie prawdę.

Myślisz, że warto urządzać co jakiś czas takie minikolacyjki?
Jeśli ma być autentyczna, jak w tym przypadku, to może udać się tylko raz. Zresztą po co? Jeśli będziemy na nie zapraszać takich ludzi jak filmowy Czarek grany przez Michała Żurawskiego, którzy nie chcą się zmienić – to nie pomoże nawet tak ciężkostrawna kolacja.

  1. Kultura

"Van Gogh. U bram wieczności" z Willemem Dafoe w kinach już od 25 października

Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie
Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie "Van Gogh. U bram wieczności". (Fot. materiały prasowe)
"Van Gogh. U bram wieczności" to zmysłowa opowieść o najbardziej owocnym i zarazem najbardziej dramatycznym okresie życia Vincenta Van Gogha. W malarza wcielił się nominowany do Oscara znakomity Willem Dafoe. Premiera już 25 października. 

 

Malarz wyjeżdża z Paryża do Arles w Prowansji. Zafascynowany feerią barw i grą światła, tworzy najsłynniejsze obrazy. Stopniowo popada też w obłęd... Film odkrywa tajemnicę jego zagadkowej śmierci i przedstawia jako człowieka z krwi i kości, wspieranego przez brata i przyjaciela Paula Gauguina, z którym pod koniec życia popada w konflikt. W obsadzie Mads Mikkelsen, Emmanuelle Seigner, Oscar Isaac i Rupert Friend. Willem Dafoe otrzymał Nagrodę dla Najlepszego Aktora na festiwalu w Wenecji i nominację do Oscara. Film wyszedł spod ręki Juliana Schnabla, reżysera takich dzieł, jak „Motyl i skafander” czy „Basquiat – taniec ze śmiercią”, który sam jest także malarzem.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” miał swój początek w muzeum. Julian Schnabel zaprosił przyjaciela, renomowanego francuskiego scenarzystę, pisarza i aktora Jeana-Claude'a Carrière'a, do Muzeum Orsay na wystawę pod tytułem „Van Gogh/Artaud: Samobójstwo przez społeczeństwo” (nawiązującą do książki francuskiego dramatopisarza, poety i wizjonera Antonina Artauda pod tym samym tytułem).

Carrière sam jest żywą legendą kina. Znany z dziewiętnastoletniej współpracy z mistrzem Luisem Buñuelem współtworzył z nim między innymi „Dziennik panny służącej”, „Piękność dnia” i „Dyskretny urok burżuazji”. Jest także autorem wielu scenariuszy do filmów takich jak „Danton”, „Powrót Martina Guerre”, „Nieznośna lekkość bytu” czy „Cyrano de Bergerac”. W 2014 roku Carrière otrzymał nagrodę honorową Amerykańskiej Akademii Filmowej za całokształt twórczości scenopisarskiej.

Kiedy Schnabel i Carrière przechadzali się wśród czterdziestu obrazów na wystawie – takich jak „Portret artysty”, „Fotel Paula Gauguina”, „Portret doktora Gacheta”, „Piastunka (Augustine Rolin)” czy „Para butów” – zaczęli rozmawiać o filmie i nagle pomysł zaczął żyć własnym życiem. Carrière wspomina: „Niezwykle interesujący wydawał mi się plan realizacji filmu o malarzu w reżyserii innego malarza”.

Jeszcze tego samego popołudnia Schnabel rozpoczął pracę nad strukturą filmu, który chciał zrealizować. „Kiedy stoisz przed konkretnym dziełem, każde z nich o czymś Ci mówi. Ale jeśli obejrzysz trzydzieści obrazów przeżywasz coś więcej. Wszystkie uczucia akumulują się w jedno” opisuje. „To efekt, który chciałem uzyskać w filmie, zbudować strukturę w taki sposób, żeby doświadczenia Vincenta piętrzyły się, tak jakby cały ten okres jego życia przydarzył się widzom w jednym intensywnym momencie”.

Schnabel i Carrière rozwijali pierwotny pomysł i zaczęli dostrzegać co może się z niego narodzić. Carrière opowiada: „Zaczęliśmy pisać wspólnie, wiele czytaliśmy, ale pomysł ani przez chwilę nie polegał na tym, żeby stworzyć film biograficzny albo odpowiadać na oczywiste pytania. Zajmowało nas to, że van Gogh w ostatnich latach życia był absolutnie świadomy, że prezentuje nową wizję świata, że nie maluje już tak, jak inni malarze. Dawał ludziom nowy sposób widzenia i właśnie tę wizję chcieliśmy oddać w filmie”.

Piotr Czerkawski, recenzent Filmwebu, określa film jako "świetne kino, które – co przyznaję z pewnym smutkiem – na poziomie emocjonalnym wyraźnie dystansuje "Twojego Vincenta", i daje filmowi wysoką notę 8/10.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” wchodzi do polskich kin 25 października.

 

  1. Kultura

7 polskich filmów, na które warto iść do kina - poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP
Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Festiwal Polskich Filmów Fabularnych dobiegł końca. Przyznane nagrody to jedno, ale równie ważne są werdykty wydawane poza oficjalnym obiegiem. Za kulisami festiwalu, a konkretnie: we foyer gdyńskiego Teatru Muzycznego, przy kawiarnianych stolikach, na bankietach - wszędzie tam, gdzie spotykają się i dyskutują biorący udział w festiwalu filmowcy i dziennikarze. O czym w tym roku najgoręcej dyskutowali?

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych dobiegł końca. Przyznane nagrody to jedno, ale równie ważne są werdykty wydawane poza oficjalnym obiegiem. Za kulisami festiwalu, a konkretnie: we foyer gdyńskiego Teatru Muzycznego, w którym odbywają się uroczyste pokazy produkcji startujących w konkursie głównym czy w słynnym „Piekiełku”, tj. barze dawnego hotelu „Gdynia”, przy kawiarnianych stolikach, na bankietach. Czyli wszędzie tam, gdzie spotykają się i dyskutują biorący udział w festiwalu filmowcy i dziennikarze. O czym w tym roku najczęściej i najgoręcej dyskutowali?

Fałszywy ksiądz czy Ikar?

„Boże ciało” Jana Komasy i „Ikar. Legenda o Mietku koszu” Macieja Pieprzycy. Pierwszy z wymienionych filmów to historia charyzmatycznego księdza czy raczej chłopaka z poprawczaka, który księdza udaje. Z niezwykłym efektem – filmowy Daniel nawiązuje wyjątkową więź z parafianami miejscowego (rzecz się dzieje w maleńkiej miejscowości w Bieszczadach) kościoła. Drugi z filmów to biografia zupełnie zapomnianego Mieczysława Kosza. Genialnego pianisty, niewidomego jazzmana, porównywanego do światowych mistrzów i z szansą na międzynarodową karierę. Zaprzepaszczoną przez tragiczny wypadek (muzyk wypadł z okna) lub, jak się raczej podejrzewa, samobójstwo.

Kadr z filmu 'Ikar. Historia Mietka Kosza', reż. Maciej Pieprzyca, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Ikar. Historia Mietka Kosza", reż. Maciej Pieprzyca, fot. materiały prasowe

To właśnie te dwa tytuły od początku festiwalu były faworytami tegorocznej edycji. Dotyczyło to samych filmów i, a może przede wszystkim, grających w nich główne role aktorów: Bartka Bieleni i Dawida Ogrodnika. Dla 27-letniego Bieleni film Komasy był debiutem – pierwszą w karierze główną rolą w kinie. 33-letni Ogrodnik odbierał w Gdyni nagrody już trzy razy (ostatnim razem dwa lata temu za „Cichą noc”). Bielenia hipnotyzuje na ekranie widzów przeistaczając się w jedną chwilę z diabła w anioła, czytaj: z brutalnego wychowanka domu poprawczego w pełnego zrozumienia i miłosierdzia kapłana. Ogrodnik, specjalista od wymagających, także fizycznie, ról odegrał niewidomego jazzmana ogromnie sugestywnie, całą gamą dostępnych aktorskich środków. Jury zadecydowało o statuetce dla tego drugiego, co we foyer komentowano jako „bezpieczny, sprawdzony wybór”.

Kadr z filmu 'Boże Ciało', reż. Jan Komasa, fot. Andrzej Wencel, Aurum Film Kadr z filmu "Boże Ciało", reż. Jan Komasa, fot. Andrzej Wencel, Aurum Film

Tymczasem przed „Bożym ciałem” jeszcze wielka szansa. Film jest polskim kandydatem do Oscara. I chociaż Bielenia został bez gdyńskiej statuetki, trudno sobie wyobrazić mocniejszy kinowy debiut. „Czujesz falę wznoszącą?” – tym pytaniem zaczynam rozmowę z Bartkiem w "Zwierciadle". Kto jest ciekawy odpowiedzi, temu polecam nasz listopadowy numer, który ukaże się 8 października. „Boże ciało” wchodzi do kin 11 października, a tydzień później swoją premierę będzie miał „Ikar. Legenda o Mietku koszu”, o którym także piszemy więcej w listopadowym magazynie „Zwierciadło”.

Metamorfozy

Chwilę dłużej, bo do Bożego Narodzenia, będzie trzeba poczekać na inny tytuł i mocne wejście innego aktora Pawła Wilczaka. Na festiwalu w Gdyni Wilczak był na ustach absolutnie wszystkich. A to dzięki zaskakującej metamorfozie. Bardziej niż o metamorfozę fizyczną, chociaż i o niej mówimy, chodzi o zmianę aktorskiego emploi. Tak uderzającą, że mówiła o niej dosłownie cała filmowa Gdynia. To Pawłowi Wilczakowi reżyser Marcin Krzyształowicz powierzył rolę w swoim filmie „Pan T.”. O pisarzu, który próbuje przetrwać w siermiężnych latach 50. Skazany przez władze na literacki niebyt, Pan T. wegetuje w swoim skromnym pokoiku, czekając na odmianę losu. A po drodze spotykają go przygody równie absurdalne, co ówczesny ustrój. Z pogawędką z towarzyszem Bierutem o zaletach palenia skrętów, do której dochodzi w publicznej toalecie, włącznie.

Kadr z filmu 'Pan T.', reż. Marcin Krzyształowicz, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Pan T.", reż. Marcin Krzyształowicz, fot. materiały prasowe

Wnikliwy widz szybko odkryje podobieństwo między filmowym bohaterem a autentyczną postacią – pisarzem Leopoldem Tyrmandem, niezapomnianym autorem „Złego”. Nawet jeśli liczne scenariuszowe zmyłki w „Panu T.” mogłyby sugerować, że „wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe”. Wilczak, z kamienną twarzą, czarnym golfie i przyciemnianych okularach, wychudzony (jako skromny literat na cenzurowanym nie dojada, małosolne ogórki, które podrzucają mu przyjaciele kroi na plasterki tak cienkie, że aż przezroczyste) tworzy aktorską kreację, której nie da się zapomnieć.

A skoro już o metamorfozach mowa, nie sposób pominąć innej kinowej niespodzianki. Roli Małgorzaty Kożuchowskiej w obrazie „Proceder” (premiera 15 listopada) w reżyserii Michała Węgrzyna.

Kadr z filmu 'Proceder', reż. Michał Węgrzyn, fot. Wojciech Węgrzyn Kadr z filmu "Proceder", reż. Michał Węgrzyn, fot. Wojciech Węgrzyn

To może nie pierwsza tak uderzająca przemiana Kożuchowskiej, zważywszy choćby na „Plagi Breslau” Patryka Vegi, gdzie aktorkę można było oglądać z podgoloną głową i sińcami pod oczami. Ale i w „Procederze” odchodzi daleko od wizerunku, do którego przywykli widzowie. Jako „Łysa”, szefowa gangu kradnącego samochody, w dresie, rozbijająca się po ulicach sportowym autem, jest tu jedną z najbarwniejszych drugoplanowych postaci. Swoją drogą „Proceder” to kawał ciekawej biografii, próba odtworzenia losów zmarłego w zeszłym roku rapera Chady. W obsadzie m.in.: Ewa Ziętek, Agnieszka Więdłocha, Antoni Pawlicki, a w roli samego rapera Chady: Piotr Witkowski. Na razie mało znany, ale sądząc nie tylko po bardzo udanej roli, ale też po zainteresowaniu Witkowskim (szczególnie wśród uczestniczek festiwalu), szybko się to powinno zmienić.

Całkiem inne spojrzenie

Zasiadający w jury filmowcy tej edycji FPFF skarżyli się, że brakowało im osobnej festiwalowej sekcji „Inne spojrzenie”. Decyzją organizatorów z sekcji tej zrezygnowano, a tym samym szansa na statuetki dla obrazów pod różnymi względami nowatorskich, eksperymentujących spadła  – jak pokazują tegoroczne werdykty – właściwie do zera. I tak, nagród nie doczekał się najoryginalniejszy ze zgłoszonych do konkursu głównego filmów. Stworzony przez człowieka, który jest nie tylko reżyserem, ale i pisarzem, poetą i malarzem, a przede wszystkim wizjonerem, który ma na koncie współpracę m.in. z Davidem Lynchem, Tomem Waitsem czy Davidem Bowiem i któremu w 2006 roku retrospektywę zorganizowała nowojorska MoMA (Museum of Modern Art). W tym roku Lech Majewski, bo o nim mowa, pokazał w Gdyni „Dolinę Bogów”.

Kadr z filmu 'Dolina Bogów', reż. Lech Majewski, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Dolina Bogów", reż. Lech Majewski, fot. materiały prasowe

To po części film, a po części (jak to u tego twórcy bywa) dzieło sztuki. Monumentalny obraz zainspirowany podróżą Majewskiego do tytułowej Valley of Gods, malowniczych świętych terenów Indian Navajo. Reżyser obsadził w głównych rolach amerykańskie gwiazdy: Johna Malkovicha i Josha Hartnetta. I popuścił wodze fantazji. Na jednym z charakterystycznych rudoczerwonych wzniesień Doliny Bogów umieścił w swoim filmie gigantyczny pałac, utrzymany w kilku historycznych stylach. Dojeżdża się do niego windą pokonującą umieszczony w zboczu szklany tunel. Pałac zamieszkuje najbogatszy człowiek świata (w tej roli Malkovich), miłośnik sztuki, ale i bezwzględny kapitalista, który na terenach Parku Narodowego Indian otwiera kopalnię uranu. Na ekranie oglądamy więc surowe pustynne krajobrazy i mściwe duchy indiańskich przodków, na przemian z wytwornymi pałacowymi wnętrzami (niezapomniana scena koncertu operowego w pałacowej fontannie do złudzenia przypominającej rzymską Fontannę di Trevi).

W tym wielkim, pełnym przepychu filmowym kolażu wszystko jest zaskoczeniem. To piękna baśń, ale i niepokojąco aktualny obraz, w czasach, kiedy to Donald Trump oddaje kolejne tereny parków narodowych naftowym i węglowym gigantom. Polska premiera: na początku przyszłego roku.

I jeszcze jedno zupełnie inne spojrzenie. Film „Eastern”. Już bez takiego rozmachu, za to nie mniej odważny i całkowicie burzący wyobrażenie o tym, czym jest polskie kino.

Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP

„Eastern” Piotra Adamskiego nie zakwalifikował się do Konkursu Głównego (trafił do sekcji Panorama Kina Polskiego), w związku z czym nie walczył o Złote Lwy. A szkoda, byłoby ciekawiej. W dość jednak przewidywalnej rodzimej branży filmowej, takich rzeczy po prostu się nie kręci. Zresztą sami przyznajcie, jak to brzmi: feministyczny western osadzony w polskich realiach. Zwykłe przedmieścia, spokojna dzielnica domków jednorodzinnych pod lasem. Tu mieszkają dwie rodziny: Nowaków i Kowalskich. A jednak w tej spokojnej okolicy, i między dwoma wymienionymi rodzinami, trwa bezwzględna walka. Na zabójcze strzały. Padają kolejne ofiary, giną na przemian – raz któryś Kowalskich, raz Nowak. Zgodnie z niepisanymi zasadami patriarchalnego kodeksu, każdy zabity musi być pomszczony. Chyba, że ktoś w końcu to przerwie i „wykupi swoją krew”. Tyle że nie ma na to ani pieniędzy, ani najwyraźniej chęci. Każdy ma broń, każdy przechadza się ze swoją strzelbą, rewolwerem czy karabinem, dokładnie tak jak westernowi kowboje na Dzikim Zachodzie, tyle że za saloon robi tu parking przy centrum handlowym. Wywrotowe kino, świetnie zrealizowane, przez co natychmiast kupujemy tę zwariowaną konwencję. Śmieszno-straszne. To także mocny kobiecy akcent na festiwalu, na którym my, kobiety, byłyśmy poszkodowane. Tym razem w Gdyni bardzo brakowało wyrazistych kobiecych ról i prokobiecych wątków. Tymczasem w „Eastern” idiotyczną walkę między rodami postanawiają przerwać dwie młodziutkie dziewczyny. Grane przez Maję Pankiewicz, którą możecie kojarzyć choćby z serialu „Szóstka” i całkowitą debiutantkę, jeszcze przed studiami Paulinę Krzyżańską. Jak potoczyły sie losy ich bohaterek? Warto się przekonać w kinie. Na początku przyszłego roku, kiedy to film będzie miał swoją premierę.

Wielka wygrana

I wreszcie Złote Lwy. Czyli Agnieszka Holland i jej „Obywatel Jones”. Kino dużego formatu, doskonale zrealizowane i ważne. Przypominające światu o Garethcie Jonesie. Młodym, pełnym ideałów bohaterze, któremu zawdzięczamy ujawnienie stalinowskiej zbrodni. To Jones, w wieku zaledwie 28 lat, zdołał jako jeden z nielicznych zachodnich dziennikarzy wyjechać do Moskwy, a stamtąd podstępem przedarł się nielegalnie na teren Ukrainy i został świadkiem potwornego Wielkiego Głodu. Dzięki odwadze i determinacji niepozornego okularnika, świat – po jego powrocie do Anglii – dowiedział się, że Związek Sowiecki to wcale nie kraina gospodarczego cudu, a zbrodnicza machina mordująca własnych obywateli. Napisałabym coś więcej o przystojniaku grającym główną rolę, wschodzącej brytyjskiej gwieździe Jamesie Nortonie, ale on sam, własnym słowami, opowiada o kręceniu filmu z Agnieszka Holland, ale i o swoim prywatnym życiu, w najbliższym, listopadowym numerze „Zwierciadła”. Na rynku już od 8 października. Nie przegapcie.

Kadr z filmu 'Obywatel Jones', reż. Agnieszka Holland, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Obywatel Jones", reż. Agnieszka Holland, fot. materiały prasowe

 

 

 

  1. Kultura

Antonio Banderas: Twardziele też płaczą

Antonio Banderas w filmie
Antonio Banderas w filmie "Ból i blask" (fot. BEW PHOTO)
Bardzo dawno nie widzieliście go w takiej roli. Dalekiej od jego najpopularniejszych hollywoodzkich filmów. Antonio Banderas znowu zagrał u Pedra Almodóvara, tym razem w „Bólu i blasku”, którego scenariusz oparty jest na autobiograficznych doświadczeniach słynnego hiszpańskiego reżysera.

Pedro Almodóvar mówi, że nie widzi granicy między życiem prywatnym a zawodowym. Z tobą jest podobnie?
Miałem takie momenty, kiedy aktorstwo stawiałem ponad wszystko. Apogeum nastąpiło, właśnie kiedy pracowałem z Pedrem. To było na przełomie lat 80. i 90., kręciliśmy wtedy razem „Matadora”, „Prawo pożądania”, „Kobiety na skraju załamania nerwowego” i „Zwiąż mnie”. Czas kompletnego zatracenia. Ani Pedro, ani ja nie widzieliśmy świata poza pracą. Kiedy na premierze oglądaliśmy gotowy film, nie zdążaliśmy się nim nawet nacieszyć, bo już pojawiał się pomysł na kolejny projekt. Kino nas napędzało.

Co się zmieniło?
Nasze kontakty się rozluźniły, kiedy wyjechałem do Hollywood.

To wtedy życie wzięło górę nad kinem?
Nie, wtedy jeszcze nie. Stany nie stłumiły we mnie pasji. Tak naprawdę wyraźną granicę nauczyłem się stawiać stosunkowo niedawno. Dziś wiem, kiedy mój związek z aktorstwem zagraża związkom z bliskimi. Umiem znaleźć równowagę. Mam wreszcie świadomość, że świat się nie skończy, jeśli powiem, że nie mogę nakręcić kolejnego dubla, bo jestem umówiony na spotkanie z córką.

Żałujesz, że wcześniej nie było cię stać na takie rozgraniczenie? Czy jednak z sentymentem wspominasz szalone lata z Almodóvarem?
Takich jak Pedro i ja było więcej. Żyliśmy jak prawdziwa bohema. Piliśmy whisky, paliliśmy papierosa za papierosem, nieustannie rozmawialiśmy o sztuce, o Hiszpanii, o przeszłości i przyszłości. Zastanawialiśmy się nad definicją artysty, szukaliśmy pomysłów na nowe rozwiązania fabularne, kłóciliśmy się, czy kino ma moc zmieniania świata. To był piękny okres dojrzewania naszej generacji. Wtedy praktycznie codziennie czułem, że się intelektualnie rozwijam. Miałem to szczęście, że dorastałem w Maladze.

Co zawdzięczasz swojemu rodzinnemu miastu?
Pierwszy raz dotarło do mnie, czym jest potęga sztuki, kiedy miałem pięć lat. Doskonale pamiętam dzień, w którym mama odprowadzała mnie do szkoły przez Plaza de la Merced. Powiedziała wtedy z dumą: „Tutaj urodził się Pablo Picasso”. Od tamtej pory dzień w dzień mi o tym przypominała. Wtedy myślałem, że bycie artystą to największy zaszczyt, jakiego można w życiu dostąpić. Oczywiście, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w mojej rodzinnej Maladze to jedyny człowiek, który zrobił międzynarodową karierę i to dlatego jest tak hołubiony, a nie dlatego, że wybrał drogę sztuki [śmiech].

A jaka była Malaga twojego dzieciństwa?
W czasie reżimu Franco uciekali tu poeci, reżyserzy, malarze i literaci. Znajdowali w miarę bezpieczne schronienie. Był moment, że mieliśmy u siebie cały tabun sławnych ludzi, ale wśród nich nie było rodowitych mieszkańców Malagi. Wtedy jeszcze głośniej chwaliliśmy się Picassem. Pamiętam z dzieciństwa, że rodzice powtarzali swoim dzieciom: „On tak jak ty miał dwie ręce i dwie nogi i patrz, co osiągnął! Ty też możesz!”.

Twoi też ci to powtarzali?
Mama bardzo często mówiła: „Zobaczysz, pewnego dnia będziesz Picassem!”. I wywróżyła mi to, bo rzeczywiście tak się stało – zagrałem go w serialu National Geographic „Geniusz: Picasso” [śmiech].

Ciekawe, czy teraz w Maladze rodzice mówią dzieciom, że mogą osiągnąć tyle co ty.
Mówią [śmiech]. Od moich młodych fanów wiem, że powtarzano im w dzieciństwie:„Banderas mógł, to ty też możesz”. I dziękują mi, bo te słowa umocniły ich wiarę w siebie i popchnęły do działania. Tak, wiem, pewnie myślisz, że się przechwalam, ale chodzi mi o co innego. Rozpiera mnie duma, że moje nazwisko pada w momentach, w których zachęca się młodych ludzi, żeby wyszli z życiowego marazmu. Zbyt wiele razy słyszałem zdania typu: „W Ameryce mają łatwiej. A co my tutaj, w tej zabitej dechami dziurze możemy?”. No więc służę przykładem, że możemy, i to sporo.

Mama musiała być zachwycona rolą Picassa.
Niestety, nie zdążyła zobaczyć efektu, zmarła w trakcie zdjęć, w listopadzie 2017 roku. Miała 84 lata. Ojca straciłem w 2008 roku, też dożył sędziwego wieku, 87 lat. Ale serial oglądał mój brat i był tą produkcją zachwycony.

No, to może czas na rolę Salvadora Dalego, drugą ikonę hiszpańskiej sztuki?
Co do Dalego, doskonale pamiętam, kiedy w 1984 roku zabrało go pogotowie. Do szpitala natychmiast zjechały media – to był już czas relacji reporterskich z bezpośrednich miejsc wydarzeń. Jeden z kanałów wyemitował materiał, w którym Dali patrzy prosto w kamerę i krzyczy tak głośno, że aż drżą mu wąsy: „Viva, España! Viva, arte!”, po czym traci pewność siebie i dodaje o wiele ciszej: „Geniusze nie powinni umierać. Prawdziwi artyści powinni żyć wiecznie”. Byłem wtedy przed trzydziestką, a te słowa zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nie potrafiłem się po tym materiale otrząsnąć. Jedyne, nad czym myślałem przez następne kilka dni, to niesprawiedliwość świata, który genialnym artystom, jak Dali właśnie, każe odchodzić tak samo jak zwykłym śmiertelnikom. W głowie mi się to nie mieściło. Dziś na przemijanie, także geniuszy, patrzę zupełnie inaczej.

Jak?
Nie mam już nic przeciwko śmierci, bo jej sprawiedliwość polega na tym, że jest jedyną pewną rzeczą w życiu. Na pewno mam na przemijanie większą zgodę, podobnie jak mój bohater w „Bólu i blasku”. Jednak mimo że tyle nas łączy, nie wolno mi było do filmu ani do roli wnosić zbyt dużo z siebie.

Jak wyglądało to spotkanie po latach?  Zdążyliście się z Almodóvarem za sobą stęsknić?
Wcześniej była jeszcze przecież „Skóra, w której żyję” w 2011 roku. Wtedy, po dwóch dekadach przerwy, kiedy Pedro zadzwonił do mnie i zaproponował mi udział w „Skórze...”, jechałem na spotkanie z nim na łeb na szyję. Nie mogłem się doczekać, kiedy pokażę mu wszystko, czego się przez ten czas nauczyłem. I kiedy tylko go zobaczyłem, zacząłem się popisywać, jak potrafię modulować głos, jak teraz wyrażam siebie.

Co on na to?
Popatrzył na mnie srogim wzrokiem i powiedział, że gówno go obchodzi, jak wyszkoliło mnie Hollywood. On chce Banderasa z Malagi. Dlatego teraz, jak tylko pojawiła się propozycja współpracy przy „Bólu i blasku”, wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić, żeby w jakikolwiek sposób kojarzyć się publiczności z facetem, który zagrał Zorro, El Mariachi czy wampira Armanda w „Wywiadzie z wampirem”. Musiałem odkryć przed widzem wrażliwość, emocje, znaleźć zupełnie inne środki, żeby wydobyć męskość swojej postaci. Byłem ciekawy, jak Pedro chce to ze mnie wydobyć. Na plan jechałem jak żołnierz gotowy wykonać każde polecenie. Wspaniałe wyzwanie!

Poradziłeś sobie z nim świetnie, czego dowodem jest choćby nagroda za tę właśnie rolę w Cannes, gdzie, swoją drogą, chyba najbardziej dyskutowaną sceną festiwalu był twój pocałunek z Leonardem Sbaraglią.
To kolejny raz, kiedy całowałem się z mężczyzną u Almodóvara. Pierwszy pojawił się w filmie „Prawo pożądania” z 1987 roku i wywołał niesamowitą wrzawę w Hiszpanii. Przy okazji uświadomiłem sobie, że publiczność często nie potrafi oddzielić bohatera od tego, kto się w niego wciela. Moja mama też miała z tą sceną problem, ale zapytałem ją wtedy, co jest gorsze: to, że pocałowałem mężczyznę, czy to, że zabiłem kogoś i nie zostałem ukarany, co miało miejsce w innych moich filmach [śmiech]. Sam nigdy nie miałem z podobnymi scenami najmniejszego problemu, głównie dzięki mojemu profesorowi z Argentyny.

Czego cię nauczył?
Że uprzedzenia i moralność, które w sobie noszę, muszę codziennie przed wejściem na plan albo na deski teatru zdejmować z siebie jak płaszcz. Z Almodóvarem zawsze właśnie tak się pracuje. Jego filmy opowiadają zbyt istotne historie, żeby mieć jakiekolwiek wątpliwości, czy to, czego Pedro wymaga, może być dla mnie szkodliwe.

A jednak od lat 90. grałeś głównie twardzieli z giwerą w ręku. Czy rola geja nie koliduje z tym wizerunkiem? Zwłaszcza w Hiszpanii, gdzie kult macho wciąż jest przecież żywy.
Ja sam doskonale wiem, kim jestem. Jestem pewny swojej seksualności, nie musze się o nią w żaden sposób obawiać czy czegoś udowadniać. W „Bólu i blasku” jest scena, która wzruszyła mnie do łez. To moment, kiedy mój bohater spotyka swojego byłego kochanka Federico, w którym był bez pamięci zakochany. Nadal zresztą coś do niego czuje. Federico ustami Leonarda Sbaraglii mówi mi, że mieszka teraz w Argentynie, gdzie ma żonę i dwójkę dzieci. Na planie, kiedy tę scenę kręciliśmy, poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Waga tych słów była tak wielka, że łzy w jedną sekundę napłynęły mi do oczu, chociaż scenariusz wcale tego nie zakładał. Byłem przekonany, że Pedro przerwie ujęcie, ale tego nie zrobił, a ja nie wiedziałem, jak się opanować. To jest moment filmu, o którym powinno dyskutować Cannes i nie tylko.

Po czymś takim otrzepujesz się, schodzisz z planu i zapominasz?
Nie zawsze tak to działa. Czasami robię nawet coś, czego aktor zdecydowanie nie powinien robić: bronię swoich bohaterów w życiu prywatnym. Zwłaszcza jeśli tak jak Salvador stają się dla mnie ważni. Po prostu nie ma we mnie zgody na ludzką krzywdę. Kiedy moi bohaterowie cierpią, cierpię razem z nimi, przejmuję się, choć wiem, że mi nie wolno, bo stąd już prosta droga do szaleństwa. Może byłbym lepszym aktorem, gdybym im nie współczuł. Ale czy byłbym lepszym człowiekiem? Niech zostanie tak, jak jest.