1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. 7 polskich filmów, na które warto iść do kina - poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

7 polskich filmów, na które warto iść do kina - poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP
Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Festiwal Polskich Filmów Fabularnych dobiegł końca. Przyznane nagrody to jedno, ale równie ważne są werdykty wydawane poza oficjalnym obiegiem. Za kulisami festiwalu, a konkretnie: we foyer gdyńskiego Teatru Muzycznego, przy kawiarnianych stolikach, na bankietach - wszędzie tam, gdzie spotykają się i dyskutują biorący udział w festiwalu filmowcy i dziennikarze. O czym w tym roku najgoręcej dyskutowali?

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych dobiegł końca. Przyznane nagrody to jedno, ale równie ważne są werdykty wydawane poza oficjalnym obiegiem. Za kulisami festiwalu, a konkretnie: we foyer gdyńskiego Teatru Muzycznego, w którym odbywają się uroczyste pokazy produkcji startujących w konkursie głównym czy w słynnym „Piekiełku”, tj. barze dawnego hotelu „Gdynia”, przy kawiarnianych stolikach, na bankietach. Czyli wszędzie tam, gdzie spotykają się i dyskutują biorący udział w festiwalu filmowcy i dziennikarze. O czym w tym roku najczęściej i najgoręcej dyskutowali?

Fałszywy ksiądz czy Ikar?

„Boże ciało” Jana Komasy i „Ikar. Legenda o Mietku koszu” Macieja Pieprzycy. Pierwszy z wymienionych filmów to historia charyzmatycznego księdza czy raczej chłopaka z poprawczaka, który księdza udaje. Z niezwykłym efektem – filmowy Daniel nawiązuje wyjątkową więź z parafianami miejscowego (rzecz się dzieje w maleńkiej miejscowości w Bieszczadach) kościoła. Drugi z filmów to biografia zupełnie zapomnianego Mieczysława Kosza. Genialnego pianisty, niewidomego jazzmana, porównywanego do światowych mistrzów i z szansą na międzynarodową karierę. Zaprzepaszczoną przez tragiczny wypadek (muzyk wypadł z okna) lub, jak się raczej podejrzewa, samobójstwo.

Kadr z filmu 'Ikar. Historia Mietka Kosza', reż. Maciej Pieprzyca, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Ikar. Historia Mietka Kosza", reż. Maciej Pieprzyca, fot. materiały prasowe

To właśnie te dwa tytuły od początku festiwalu były faworytami tegorocznej edycji. Dotyczyło to samych filmów i, a może przede wszystkim, grających w nich główne role aktorów: Bartka Bieleni i Dawida Ogrodnika. Dla 27-letniego Bieleni film Komasy był debiutem – pierwszą w karierze główną rolą w kinie. 33-letni Ogrodnik odbierał w Gdyni nagrody już trzy razy (ostatnim razem dwa lata temu za „Cichą noc”). Bielenia hipnotyzuje na ekranie widzów przeistaczając się w jedną chwilę z diabła w anioła, czytaj: z brutalnego wychowanka domu poprawczego w pełnego zrozumienia i miłosierdzia kapłana. Ogrodnik, specjalista od wymagających, także fizycznie, ról odegrał niewidomego jazzmana ogromnie sugestywnie, całą gamą dostępnych aktorskich środków. Jury zadecydowało o statuetce dla tego drugiego, co we foyer komentowano jako „bezpieczny, sprawdzony wybór”.

Kadr z filmu 'Boże Ciało', reż. Jan Komasa, fot. Andrzej Wencel, Aurum Film Kadr z filmu "Boże Ciało", reż. Jan Komasa, fot. Andrzej Wencel, Aurum Film

Tymczasem przed „Bożym ciałem” jeszcze wielka szansa. Film jest polskim kandydatem do Oscara. I chociaż Bielenia został bez gdyńskiej statuetki, trudno sobie wyobrazić mocniejszy kinowy debiut. „Czujesz falę wznoszącą?” – tym pytaniem zaczynam rozmowę z Bartkiem w "Zwierciadle". Kto jest ciekawy odpowiedzi, temu polecam nasz listopadowy numer, który ukaże się 8 października. „Boże ciało” wchodzi do kin 11 października, a tydzień później swoją premierę będzie miał „Ikar. Legenda o Mietku koszu”, o którym także piszemy więcej w listopadowym magazynie „Zwierciadło”.

Metamorfozy

Chwilę dłużej, bo do Bożego Narodzenia, będzie trzeba poczekać na inny tytuł i mocne wejście innego aktora Pawła Wilczaka. Na festiwalu w Gdyni Wilczak był na ustach absolutnie wszystkich. A to dzięki zaskakującej metamorfozie. Bardziej niż o metamorfozę fizyczną, chociaż i o niej mówimy, chodzi o zmianę aktorskiego emploi. Tak uderzającą, że mówiła o niej dosłownie cała filmowa Gdynia. To Pawłowi Wilczakowi reżyser Marcin Krzyształowicz powierzył rolę w swoim filmie „Pan T.”. O pisarzu, który próbuje przetrwać w siermiężnych latach 50. Skazany przez władze na literacki niebyt, Pan T. wegetuje w swoim skromnym pokoiku, czekając na odmianę losu. A po drodze spotykają go przygody równie absurdalne, co ówczesny ustrój. Z pogawędką z towarzyszem Bierutem o zaletach palenia skrętów, do której dochodzi w publicznej toalecie, włącznie.

Kadr z filmu 'Pan T.', reż. Marcin Krzyształowicz, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Pan T.", reż. Marcin Krzyształowicz, fot. materiały prasowe

Wnikliwy widz szybko odkryje podobieństwo między filmowym bohaterem a autentyczną postacią – pisarzem Leopoldem Tyrmandem, niezapomnianym autorem „Złego”. Nawet jeśli liczne scenariuszowe zmyłki w „Panu T.” mogłyby sugerować, że „wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe”. Wilczak, z kamienną twarzą, czarnym golfie i przyciemnianych okularach, wychudzony (jako skromny literat na cenzurowanym nie dojada, małosolne ogórki, które podrzucają mu przyjaciele kroi na plasterki tak cienkie, że aż przezroczyste) tworzy aktorską kreację, której nie da się zapomnieć.

A skoro już o metamorfozach mowa, nie sposób pominąć innej kinowej niespodzianki. Roli Małgorzaty Kożuchowskiej w obrazie „Proceder” (premiera 15 listopada) w reżyserii Michała Węgrzyna.

Kadr z filmu 'Proceder', reż. Michał Węgrzyn, fot. Wojciech Węgrzyn Kadr z filmu "Proceder", reż. Michał Węgrzyn, fot. Wojciech Węgrzyn

To może nie pierwsza tak uderzająca przemiana Kożuchowskiej, zważywszy choćby na „Plagi Breslau” Patryka Vegi, gdzie aktorkę można było oglądać z podgoloną głową i sińcami pod oczami. Ale i w „Procederze” odchodzi daleko od wizerunku, do którego przywykli widzowie. Jako „Łysa”, szefowa gangu kradnącego samochody, w dresie, rozbijająca się po ulicach sportowym autem, jest tu jedną z najbarwniejszych drugoplanowych postaci. Swoją drogą „Proceder” to kawał ciekawej biografii, próba odtworzenia losów zmarłego w zeszłym roku rapera Chady. W obsadzie m.in.: Ewa Ziętek, Agnieszka Więdłocha, Antoni Pawlicki, a w roli samego rapera Chady: Piotr Witkowski. Na razie mało znany, ale sądząc nie tylko po bardzo udanej roli, ale też po zainteresowaniu Witkowskim (szczególnie wśród uczestniczek festiwalu), szybko się to powinno zmienić.

Całkiem inne spojrzenie

Zasiadający w jury filmowcy tej edycji FPFF skarżyli się, że brakowało im osobnej festiwalowej sekcji „Inne spojrzenie”. Decyzją organizatorów z sekcji tej zrezygnowano, a tym samym szansa na statuetki dla obrazów pod różnymi względami nowatorskich, eksperymentujących spadła  – jak pokazują tegoroczne werdykty – właściwie do zera. I tak, nagród nie doczekał się najoryginalniejszy ze zgłoszonych do konkursu głównego filmów. Stworzony przez człowieka, który jest nie tylko reżyserem, ale i pisarzem, poetą i malarzem, a przede wszystkim wizjonerem, który ma na koncie współpracę m.in. z Davidem Lynchem, Tomem Waitsem czy Davidem Bowiem i któremu w 2006 roku retrospektywę zorganizowała nowojorska MoMA (Museum of Modern Art). W tym roku Lech Majewski, bo o nim mowa, pokazał w Gdyni „Dolinę Bogów”.

Kadr z filmu 'Dolina Bogów', reż. Lech Majewski, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Dolina Bogów", reż. Lech Majewski, fot. materiały prasowe

To po części film, a po części (jak to u tego twórcy bywa) dzieło sztuki. Monumentalny obraz zainspirowany podróżą Majewskiego do tytułowej Valley of Gods, malowniczych świętych terenów Indian Navajo. Reżyser obsadził w głównych rolach amerykańskie gwiazdy: Johna Malkovicha i Josha Hartnetta. I popuścił wodze fantazji. Na jednym z charakterystycznych rudoczerwonych wzniesień Doliny Bogów umieścił w swoim filmie gigantyczny pałac, utrzymany w kilku historycznych stylach. Dojeżdża się do niego windą pokonującą umieszczony w zboczu szklany tunel. Pałac zamieszkuje najbogatszy człowiek świata (w tej roli Malkovich), miłośnik sztuki, ale i bezwzględny kapitalista, który na terenach Parku Narodowego Indian otwiera kopalnię uranu. Na ekranie oglądamy więc surowe pustynne krajobrazy i mściwe duchy indiańskich przodków, na przemian z wytwornymi pałacowymi wnętrzami (niezapomniana scena koncertu operowego w pałacowej fontannie do złudzenia przypominającej rzymską Fontannę di Trevi).

W tym wielkim, pełnym przepychu filmowym kolażu wszystko jest zaskoczeniem. To piękna baśń, ale i niepokojąco aktualny obraz, w czasach, kiedy to Donald Trump oddaje kolejne tereny parków narodowych naftowym i węglowym gigantom. Polska premiera: na początku przyszłego roku.

I jeszcze jedno zupełnie inne spojrzenie. Film „Eastern”. Już bez takiego rozmachu, za to nie mniej odważny i całkowicie burzący wyobrażenie o tym, czym jest polskie kino.

Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP

„Eastern” Piotra Adamskiego nie zakwalifikował się do Konkursu Głównego (trafił do sekcji Panorama Kina Polskiego), w związku z czym nie walczył o Złote Lwy. A szkoda, byłoby ciekawiej. W dość jednak przewidywalnej rodzimej branży filmowej, takich rzeczy po prostu się nie kręci. Zresztą sami przyznajcie, jak to brzmi: feministyczny western osadzony w polskich realiach. Zwykłe przedmieścia, spokojna dzielnica domków jednorodzinnych pod lasem. Tu mieszkają dwie rodziny: Nowaków i Kowalskich. A jednak w tej spokojnej okolicy, i między dwoma wymienionymi rodzinami, trwa bezwzględna walka. Na zabójcze strzały. Padają kolejne ofiary, giną na przemian – raz któryś Kowalskich, raz Nowak. Zgodnie z niepisanymi zasadami patriarchalnego kodeksu, każdy zabity musi być pomszczony. Chyba, że ktoś w końcu to przerwie i „wykupi swoją krew”. Tyle że nie ma na to ani pieniędzy, ani najwyraźniej chęci. Każdy ma broń, każdy przechadza się ze swoją strzelbą, rewolwerem czy karabinem, dokładnie tak jak westernowi kowboje na Dzikim Zachodzie, tyle że za saloon robi tu parking przy centrum handlowym. Wywrotowe kino, świetnie zrealizowane, przez co natychmiast kupujemy tę zwariowaną konwencję. Śmieszno-straszne. To także mocny kobiecy akcent na festiwalu, na którym my, kobiety, byłyśmy poszkodowane. Tym razem w Gdyni bardzo brakowało wyrazistych kobiecych ról i prokobiecych wątków. Tymczasem w „Eastern” idiotyczną walkę między rodami postanawiają przerwać dwie młodziutkie dziewczyny. Grane przez Maję Pankiewicz, którą możecie kojarzyć choćby z serialu „Szóstka” i całkowitą debiutantkę, jeszcze przed studiami Paulinę Krzyżańską. Jak potoczyły sie losy ich bohaterek? Warto się przekonać w kinie. Na początku przyszłego roku, kiedy to film będzie miał swoją premierę.

Wielka wygrana

I wreszcie Złote Lwy. Czyli Agnieszka Holland i jej „Obywatel Jones”. Kino dużego formatu, doskonale zrealizowane i ważne. Przypominające światu o Garethcie Jonesie. Młodym, pełnym ideałów bohaterze, któremu zawdzięczamy ujawnienie stalinowskiej zbrodni. To Jones, w wieku zaledwie 28 lat, zdołał jako jeden z nielicznych zachodnich dziennikarzy wyjechać do Moskwy, a stamtąd podstępem przedarł się nielegalnie na teren Ukrainy i został świadkiem potwornego Wielkiego Głodu. Dzięki odwadze i determinacji niepozornego okularnika, świat – po jego powrocie do Anglii – dowiedział się, że Związek Sowiecki to wcale nie kraina gospodarczego cudu, a zbrodnicza machina mordująca własnych obywateli. Napisałabym coś więcej o przystojniaku grającym główną rolę, wschodzącej brytyjskiej gwieździe Jamesie Nortonie, ale on sam, własnym słowami, opowiada o kręceniu filmu z Agnieszka Holland, ale i o swoim prywatnym życiu, w najbliższym, listopadowym numerze „Zwierciadła”. Na rynku już od 8 października. Nie przegapcie.

Kadr z filmu 'Obywatel Jones', reż. Agnieszka Holland, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Obywatel Jones", reż. Agnieszka Holland, fot. materiały prasowe

 

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Antonio Banderas: Twardziele też płaczą

Antonio Banderas w filmie
Antonio Banderas w filmie "Ból i blask" (fot. BEW PHOTO)
Bardzo dawno nie widzieliście go w takiej roli. Dalekiej od jego najpopularniejszych hollywoodzkich filmów. Antonio Banderas znowu zagrał u Pedra Almodóvara, tym razem w „Bólu i blasku”, którego scenariusz oparty jest na autobiograficznych doświadczeniach słynnego hiszpańskiego reżysera.

Pedro Almodóvar mówi, że nie widzi granicy między życiem prywatnym a zawodowym. Z tobą jest podobnie?
Miałem takie momenty, kiedy aktorstwo stawiałem ponad wszystko. Apogeum nastąpiło, właśnie kiedy pracowałem z Pedrem. To było na przełomie lat 80. i 90., kręciliśmy wtedy razem „Matadora”, „Prawo pożądania”, „Kobiety na skraju załamania nerwowego” i „Zwiąż mnie”. Czas kompletnego zatracenia. Ani Pedro, ani ja nie widzieliśmy świata poza pracą. Kiedy na premierze oglądaliśmy gotowy film, nie zdążaliśmy się nim nawet nacieszyć, bo już pojawiał się pomysł na kolejny projekt. Kino nas napędzało.

Co się zmieniło?
Nasze kontakty się rozluźniły, kiedy wyjechałem do Hollywood.

To wtedy życie wzięło górę nad kinem?
Nie, wtedy jeszcze nie. Stany nie stłumiły we mnie pasji. Tak naprawdę wyraźną granicę nauczyłem się stawiać stosunkowo niedawno. Dziś wiem, kiedy mój związek z aktorstwem zagraża związkom z bliskimi. Umiem znaleźć równowagę. Mam wreszcie świadomość, że świat się nie skończy, jeśli powiem, że nie mogę nakręcić kolejnego dubla, bo jestem umówiony na spotkanie z córką.

Żałujesz, że wcześniej nie było cię stać na takie rozgraniczenie? Czy jednak z sentymentem wspominasz szalone lata z Almodóvarem?
Takich jak Pedro i ja było więcej. Żyliśmy jak prawdziwa bohema. Piliśmy whisky, paliliśmy papierosa za papierosem, nieustannie rozmawialiśmy o sztuce, o Hiszpanii, o przeszłości i przyszłości. Zastanawialiśmy się nad definicją artysty, szukaliśmy pomysłów na nowe rozwiązania fabularne, kłóciliśmy się, czy kino ma moc zmieniania świata. To był piękny okres dojrzewania naszej generacji. Wtedy praktycznie codziennie czułem, że się intelektualnie rozwijam. Miałem to szczęście, że dorastałem w Maladze.

Co zawdzięczasz swojemu rodzinnemu miastu?
Pierwszy raz dotarło do mnie, czym jest potęga sztuki, kiedy miałem pięć lat. Doskonale pamiętam dzień, w którym mama odprowadzała mnie do szkoły przez Plaza de la Merced. Powiedziała wtedy z dumą: „Tutaj urodził się Pablo Picasso”. Od tamtej pory dzień w dzień mi o tym przypominała. Wtedy myślałem, że bycie artystą to największy zaszczyt, jakiego można w życiu dostąpić. Oczywiście, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w mojej rodzinnej Maladze to jedyny człowiek, który zrobił międzynarodową karierę i to dlatego jest tak hołubiony, a nie dlatego, że wybrał drogę sztuki [śmiech].

A jaka była Malaga twojego dzieciństwa?
W czasie reżimu Franco uciekali tu poeci, reżyserzy, malarze i literaci. Znajdowali w miarę bezpieczne schronienie. Był moment, że mieliśmy u siebie cały tabun sławnych ludzi, ale wśród nich nie było rodowitych mieszkańców Malagi. Wtedy jeszcze głośniej chwaliliśmy się Picassem. Pamiętam z dzieciństwa, że rodzice powtarzali swoim dzieciom: „On tak jak ty miał dwie ręce i dwie nogi i patrz, co osiągnął! Ty też możesz!”.

Twoi też ci to powtarzali?
Mama bardzo często mówiła: „Zobaczysz, pewnego dnia będziesz Picassem!”. I wywróżyła mi to, bo rzeczywiście tak się stało – zagrałem go w serialu National Geographic „Geniusz: Picasso” [śmiech].

Ciekawe, czy teraz w Maladze rodzice mówią dzieciom, że mogą osiągnąć tyle co ty.
Mówią [śmiech]. Od moich młodych fanów wiem, że powtarzano im w dzieciństwie:„Banderas mógł, to ty też możesz”. I dziękują mi, bo te słowa umocniły ich wiarę w siebie i popchnęły do działania. Tak, wiem, pewnie myślisz, że się przechwalam, ale chodzi mi o co innego. Rozpiera mnie duma, że moje nazwisko pada w momentach, w których zachęca się młodych ludzi, żeby wyszli z życiowego marazmu. Zbyt wiele razy słyszałem zdania typu: „W Ameryce mają łatwiej. A co my tutaj, w tej zabitej dechami dziurze możemy?”. No więc służę przykładem, że możemy, i to sporo.

Mama musiała być zachwycona rolą Picassa.
Niestety, nie zdążyła zobaczyć efektu, zmarła w trakcie zdjęć, w listopadzie 2017 roku. Miała 84 lata. Ojca straciłem w 2008 roku, też dożył sędziwego wieku, 87 lat. Ale serial oglądał mój brat i był tą produkcją zachwycony.

No, to może czas na rolę Salvadora Dalego, drugą ikonę hiszpańskiej sztuki?
Co do Dalego, doskonale pamiętam, kiedy w 1984 roku zabrało go pogotowie. Do szpitala natychmiast zjechały media – to był już czas relacji reporterskich z bezpośrednich miejsc wydarzeń. Jeden z kanałów wyemitował materiał, w którym Dali patrzy prosto w kamerę i krzyczy tak głośno, że aż drżą mu wąsy: „Viva, España! Viva, arte!”, po czym traci pewność siebie i dodaje o wiele ciszej: „Geniusze nie powinni umierać. Prawdziwi artyści powinni żyć wiecznie”. Byłem wtedy przed trzydziestką, a te słowa zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nie potrafiłem się po tym materiale otrząsnąć. Jedyne, nad czym myślałem przez następne kilka dni, to niesprawiedliwość świata, który genialnym artystom, jak Dali właśnie, każe odchodzić tak samo jak zwykłym śmiertelnikom. W głowie mi się to nie mieściło. Dziś na przemijanie, także geniuszy, patrzę zupełnie inaczej.

Jak?
Nie mam już nic przeciwko śmierci, bo jej sprawiedliwość polega na tym, że jest jedyną pewną rzeczą w życiu. Na pewno mam na przemijanie większą zgodę, podobnie jak mój bohater w „Bólu i blasku”. Jednak mimo że tyle nas łączy, nie wolno mi było do filmu ani do roli wnosić zbyt dużo z siebie.

Jak wyglądało to spotkanie po latach?  Zdążyliście się z Almodóvarem za sobą stęsknić?
Wcześniej była jeszcze przecież „Skóra, w której żyję” w 2011 roku. Wtedy, po dwóch dekadach przerwy, kiedy Pedro zadzwonił do mnie i zaproponował mi udział w „Skórze...”, jechałem na spotkanie z nim na łeb na szyję. Nie mogłem się doczekać, kiedy pokażę mu wszystko, czego się przez ten czas nauczyłem. I kiedy tylko go zobaczyłem, zacząłem się popisywać, jak potrafię modulować głos, jak teraz wyrażam siebie.

Co on na to?
Popatrzył na mnie srogim wzrokiem i powiedział, że gówno go obchodzi, jak wyszkoliło mnie Hollywood. On chce Banderasa z Malagi. Dlatego teraz, jak tylko pojawiła się propozycja współpracy przy „Bólu i blasku”, wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić, żeby w jakikolwiek sposób kojarzyć się publiczności z facetem, który zagrał Zorro, El Mariachi czy wampira Armanda w „Wywiadzie z wampirem”. Musiałem odkryć przed widzem wrażliwość, emocje, znaleźć zupełnie inne środki, żeby wydobyć męskość swojej postaci. Byłem ciekawy, jak Pedro chce to ze mnie wydobyć. Na plan jechałem jak żołnierz gotowy wykonać każde polecenie. Wspaniałe wyzwanie!

Poradziłeś sobie z nim świetnie, czego dowodem jest choćby nagroda za tę właśnie rolę w Cannes, gdzie, swoją drogą, chyba najbardziej dyskutowaną sceną festiwalu był twój pocałunek z Leonardem Sbaraglią.
To kolejny raz, kiedy całowałem się z mężczyzną u Almodóvara. Pierwszy pojawił się w filmie „Prawo pożądania” z 1987 roku i wywołał niesamowitą wrzawę w Hiszpanii. Przy okazji uświadomiłem sobie, że publiczność często nie potrafi oddzielić bohatera od tego, kto się w niego wciela. Moja mama też miała z tą sceną problem, ale zapytałem ją wtedy, co jest gorsze: to, że pocałowałem mężczyznę, czy to, że zabiłem kogoś i nie zostałem ukarany, co miało miejsce w innych moich filmach [śmiech]. Sam nigdy nie miałem z podobnymi scenami najmniejszego problemu, głównie dzięki mojemu profesorowi z Argentyny.

Czego cię nauczył?
Że uprzedzenia i moralność, które w sobie noszę, muszę codziennie przed wejściem na plan albo na deski teatru zdejmować z siebie jak płaszcz. Z Almodóvarem zawsze właśnie tak się pracuje. Jego filmy opowiadają zbyt istotne historie, żeby mieć jakiekolwiek wątpliwości, czy to, czego Pedro wymaga, może być dla mnie szkodliwe.

A jednak od lat 90. grałeś głównie twardzieli z giwerą w ręku. Czy rola geja nie koliduje z tym wizerunkiem? Zwłaszcza w Hiszpanii, gdzie kult macho wciąż jest przecież żywy.
Ja sam doskonale wiem, kim jestem. Jestem pewny swojej seksualności, nie musze się o nią w żaden sposób obawiać czy czegoś udowadniać. W „Bólu i blasku” jest scena, która wzruszyła mnie do łez. To moment, kiedy mój bohater spotyka swojego byłego kochanka Federico, w którym był bez pamięci zakochany. Nadal zresztą coś do niego czuje. Federico ustami Leonarda Sbaraglii mówi mi, że mieszka teraz w Argentynie, gdzie ma żonę i dwójkę dzieci. Na planie, kiedy tę scenę kręciliśmy, poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Waga tych słów była tak wielka, że łzy w jedną sekundę napłynęły mi do oczu, chociaż scenariusz wcale tego nie zakładał. Byłem przekonany, że Pedro przerwie ujęcie, ale tego nie zrobił, a ja nie wiedziałem, jak się opanować. To jest moment filmu, o którym powinno dyskutować Cannes i nie tylko.

Po czymś takim otrzepujesz się, schodzisz z planu i zapominasz?
Nie zawsze tak to działa. Czasami robię nawet coś, czego aktor zdecydowanie nie powinien robić: bronię swoich bohaterów w życiu prywatnym. Zwłaszcza jeśli tak jak Salvador stają się dla mnie ważni. Po prostu nie ma we mnie zgody na ludzką krzywdę. Kiedy moi bohaterowie cierpią, cierpię razem z nimi, przejmuję się, choć wiem, że mi nie wolno, bo stąd już prosta droga do szaleństwa. Może byłbym lepszym aktorem, gdybym im nie współczuł. Ale czy byłbym lepszym człowiekiem? Niech zostanie tak, jak jest.

  1. Kultura

Najlepsze filmy Quentina Tarantino

Uma Thurman i John Travolta w kultowej scenie z filmu
Uma Thurman i John Travolta w kultowej scenie z filmu "Pulp Fiction" (1994), fot. BEW PHOTO
Quentin Tarantino to ścisła czołówka reżyserów Hollywood i jeden z niewielu mistrzów swojego fachu, który od ponad dwóch dekad tworzy niezwykle elektryzujące filmy będące kombinacją przeróżnych konwencji i gatunków.

Jest specjalistą w kwestii pracy z aktorami, wybitnym znawcą popkultury i prawdziwym zawodowcem w sprawach filmowych. Znany jest z zamiłowania do błyskotliwych dialogów oraz brutalnych i krwawych scen, często jednak ujętych w niezwykle zabawny sposób. Jego styl nie każdemu może odpowiadać - jedni go kochają, inni nienawidzą. Nie można jednak zaprzeczyć, że na tworzeniu kina zna się jak mało kto.

W ostatnim czasie znów jest o nim głośno za sprawą najnowszego, dziewiątego w jego dorobku filmu - „Pewnego razu… w Hollywood”. To doskonała okazja, aby przypomnieć najlepsze produkcje znanego reżysera. Oto nasze zestawienie.

Wściekłe psy (1992)

„Wściekłe psy” to wybuchowy debiut reżyserski Quentina Tarantino. Według magazynu „Empire” to również największy niezależny film wszech czasów. Od właśnie od niego rozpoczęła się wielka kariera reżysera. Sukces tej produkcji zapewniły przede wszystkim błyskotliwe, ostre dialogi oraz przemoc ukazana w przezabawny, charakterystyczny dla reżysera sposób. Film ten jest swego rodzaju hybrydą wszystkiego, za co pokochaliśmy Tarantino. Przy jego tworzeniu Tarantino inspirował się m.in. „Zabójstwem” Stanleya Kubricka oraz „Ulicą nędzy” Martina Scorsesego.

Pulp Fiction (1994)

„Pulp Fiction” to prawdziwa klasyka kina gangsterskiego i zarazem jeden z najważniejszych filmów Tarantino. W czym tkwi jego fenomen? Za każdym razem zachwyca tak samo. Jak udało się osiągnąć taki efekt? Nietypowa kompozycja kilku przeplatających się ze sobą historii, liczne zapożyczenia z innych filmów, charakterystyczna obsada aktorska (w rolach głównych Uma Thurman, John Travolta, Samuel L. Jackson i Bruce Willis), fenomenalny montaż, nieliniowa narracja, specyficzny humor (głównie sytuacyjny), błyskotliwe dialogi i wpadająca w ucho ścieżka dźwiękowa. To właśnie dzięki „Pulp Fiction” uznano Tarantino za najciekawszego twórcę kina młodego pokolenia.

Kill Bill (2003) i Kill Bill 2 (2004)

„Kill Bill”, czyli Uma Thurman w żółtym dresie versus osiemdziesięciu ośmiu Japończyków to hołd Tarantino dla uwielbianych przez niego azjatyckich produkcji, z których garściami czerpie inspiracje. Mowa tu w szczególności o filmach sztuk walki i kinie samurajskim. Początkowo miał być to jeden film, gdyż obie części tworzą spójną całość. Podzielono ją tylko ze względów dystrybucyjnych – film trwający przeszło 240 minut mógłby być komercyjnym strzałem w kolano. „Kill Bill” to absolutny must watch dla wszystkich fanów stylistyki Tarantino - brutalny, stylowy i ekscytujący.

Bękarty wojny (2009)

Zainspirowane filmem „Bohaterowie z piekła” z 1978 roku „Bękarty wojny” to najlepszy dowód na to, jak ogromną moc zmieniania rzeczywistości ma kino. Chyba tylko Quentin Tarantino potrafi przekształcić Holokaust w zabawną, opowiedzianą z niezwykłą werwą historię. Nominowana do ośmiu Oscarów produkcja przedstawia alternatywną wersję zakończenia II wojny światowej. Scenariusz filmu został napisany już w 1998 roku, jednak do realizacji doszło dopiero po 10 latach. W rolach głównych: fenomenalny Christoph Walz i zabawny jak nigdy wcześniej Brad Pitt. „Bękarty wojny” to amoralne, ekscytujące dzieło z porywającą grą aktorską i zarazem drugi, najbardziej dochodowy film Tarantino.

Django (2013)

To kolejny film Tarantino inspirowany westernami spaghetti, który przedstawia alternatywny bieg historycznych wydarzeń, gdzie ofiary rozprawiają się ze swoimi oprawcami. Pięknie sfilmowane, z dbałością o najmniejsze szczegóły, odważne połączenie komedii, melodramatu i kina akcji porusza temat tabu, jakim jest niewolnictwo. „Django” to najbardziej kasowy hit w dorobku reżyserskim Quentina Tarantino. Gwiazdorska obsada (Jamie Foxx, Christoph Walz i Leonardo DiCaprio), fenomenalny soundtrack i błyskotliwe, jak zawsze u Tarantino dialogi sprawiają, że nie da się przejść obok tego dzieła obojętnie.

  1. Kultura

Isadora Weiss – płynąć pod prąd

Isadora Weiss:
Isadora Weiss: "Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego". (Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)
W swoich spektaklach Izadora Weiss staje po stronie słabszych i odrzuconych. Jest jedyną Polką, która znalazła się w tegorocznym prestiżowym przewodniku prezentującym 50 najważniejszych choreografów świata „Fifty Contemporary Choreographers”.

Nie brakuje pani tańca, wejścia w rolę?
Nie. Od wielu lat jestem choreo­grafem. Decydując się na to, zrezygnowałam z bycia tancerką. Moje choreografie są wielo­warstwowe, to nie tylko kroki, które można powtórzyć i wykonać na scenie, to teatr tańca. Kocham teatr i chcę, aby mnie wyrażał. Jestem w nim szczera. Moja choreografia to zawsze opowieść. Staram się ją opowiadać perfekcyjnie, z szacunkiem dla odbiorcy. Zależy mi, żeby ją rozumiał.

W „Darkness” opowiadała pani o przemocy i o tym, jak na nią reaguje środowisko. Podjęła pani temat, zanim wybuchła fala #MeToo.
Staję zawsze po stronie słabszych. Nie chodzi o moralizowanie, raczej o pokazanie, gdzie jest zło, a gdzie dobro. Życie nie jest czarno-białe, ma wiele odcieni, ale są takie tematy jak przemoc wobec kobiet, której granica jest wyraźna. Miałam potrzebę ponownie wypowiedzieć się na ten temat, podobnie jak w mojej interpretacji „Święta wiosny” Strawińskiego. Myślałam wówczas o eskalacji przemocy, jaka odbywa się, kiedy kobieta mówi: „nie”. Nasza niezgoda często wywołuje agresję i przemoc. Pokazywaliśmy „Święto wiosny” na wielu festiwalach i zawsze była długa cisza po ostatnim, straszliwym dźwięku. W Bangkoku kobiety kuliły się na widowni, były przerażone, zapewne przeżywając coś, co widziały albo czego doświadczyły. Podobnie w Niemczech i w Polsce. Ten spektakl nigdy nie zostawiał ludzi obojętnymi.

Margaret Atwood mówiła, że w „Opowieści podręcznej” nie ma ani jednej zmyślonej sceny. Zrobiła research o agresji wobec kobiet w różnych sektach, miejscach wypaczonych ideologiami, aby nikt nie powiedział: „To fikcja”. Jej książka odgrywa ważną rolę protestu społecznego. Dla pani teatr jest czymś więcej niż spotkaniem z widzem?
Tak było ze „Świętem wiosny” – czytałam o morderstwach i zaginięciach kobiet w meksykańskim Juárez, przymusowych obrzezaniach dziewczynek, samobójstwach dziewczyn blisko mnie, na przykład w Gdańsku. Teraz tabu się przełamało, więcej kobiet zaczyna mówić, walczyć o swoje prawa, bezpieczeństwo, poczucie sprawiedliwości. Ale przemoc się nie kończy. W „Darkness” dotyczyła osób płynących pod prąd powszechnych norm i zachowań. Teatr powinien pozostawiać emocje na dłużej niż tylko na czas spektaklu. Wierzę, że widzowie potrzebują duchowej przemiany.

„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

Coraz głośniej o przemocy w szkołach artystycznych. Jak było w szkole baletowej?
Do szkoły przychodzą dzieci szczęśliwe, pełne pasji, ale często ona zostaje w nich stłamszona. Zaczęłam naukę w szkole baletowej, mając dziesięć lat, i do matury mieszkałam w internacie. W pierwszej klasie w sali 12-osobowej. A byłam właściwie jedynaczką, bo moja siostra dopiero się urodziła. Od razu pobiłam się z jedną dziewczynką, bo zabrała mi ulubioną maskotkę. Nie mogłam tego wytrzymać i walczyłam o swoje, o moje terytorium. To mi zostało do dziś. Pamiętam wspaniałych nauczycieli, ale są też tacy, których chciałabym zapomnieć. Sama miałam taką sytuację: ćwiczyłam lekcję dyplomową na korytarzu, bo pani profesor wyrzuciła mnie z sali za pytania, które zadawałam. Nie wolno było pytać. Tak więc szkoła i internat to podwójna trauma. Zahartowały mnie na zawsze. Nic już nie jest w stanie mnie zniszczyć, zatrzymać ani mi zaszkodzić.

Przemocowi nauczyciele używają takich argumentów jako usprawiedliwienia.
Sama na takiego pedagoga trafiłam, więc nie mogę zaprzeczyć, że problem nie istnieje. Może mają poczucie, że kogoś utwardzają? Ale czasem przeciąga się strunę i robi coś, co niszczy wrażliwego człowieka, bo jest nieukształtowany, nie umie się obronić, łatwo się blokuje.

Pani się buntowała?
Byłam grzeczną, sumienną uczennicą. Lekcje baletu zaczynały się o ósmej, ja przychodziłam często o szóstej, żeby się przygotować. Chciałam być doskonała. Jako dziecko z internatu nagle byłam najlepsza. To dawało mi siłę, chciałam wytrwać, skończyć szkołę, tańczyć. Dorastaliśmy bez Internetu, mogliśmy rozwijać wyobraźnię. Moje najpiękniejsze spotkanie w szkole było z Kaliną Schubert. Nauczyła mnie teatru, mówiła, że to nie tylko kroki, że muszę stworzyć postać. Nie było YouTube’a, nie można było zerknąć, jak to robią inni. Mój styl jest niepowtarzalny, bo sama wszystko wymyśliłam. Tak, chyba szkoła dała mi pewność, że jestem niezniszczalna, co pozwoliło mi przejść tak długą i ciężką drogę od debiutu w Teatrze Wielkim w Poznaniu do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jiří Kylián po obejrzeniu „Święta wiosny” powiedział: „Skoro zrobiłaś taki spektakl, musisz być bardzo silną osobą”.

Kylián, jeden z największych choreografów świata, pani mistrz, nauczyciel.
Posłałam mu nagranie spektaklu „I Koncert skrzypcowy” Pendereckiego. Do dzisiaj mam od niego kartkę z białą kalią. Odpisał, że nie zaprasza choreografów, ale dla mnie zrobi wyjątek, bo zobaczył niezwykłą wrażliwość i muzykalność. Czytałam to parę razy. Pojechałam na kilka tygodni do Nederlands Dans Theater, którego był dyrektorem. Miałam zaszczyt jako jedyna spoza NDT być na próbach mistrza, ćwiczyć z jego tancerzami – najlepszymi na świecie. Tworzyli teatr w przekonaniu, że tańcem wszystko można wyrazić. I ja też zdobyłam tę pewność. Z tym wróciłam do Polski. Potem wielokrotnie jeździłam na ich próby i spektakle, ostatnio ze swoją małą córeczką Weroniką, która wyrosła na wspaniałą skrzypaczkę. Drobnymi krokami dochodziłam do swojego teatru, budowałam swój język choreograficzny.

Kiedy mówi pani o Kyliánie, cała pani twarz się uśmiecha.
Bo jestem szczęśliwa, że dane mi było spotkać go na swojej artystycznej drodze. Po zobaczeniu „Święta wiosny” i „Czekając na…” zgodził się przekazać dwie swoje choreografie i połączyć z moim spektaklem „Windows”, do którego muzykę skomponował Leszek Możdżer. Po tym sukcesie przekazał kolejne choreografie, łącząc je tym razem z moim „Body Master” na jego cześć. Spotkania z nim na pewno mnie ukształtowały. Nauczyłam się od niego szlachetności wypowiedzi. Umiłowałam opowieść i precyzję, dbałość o ludzi, ich relacje i wiarę w to, że mówimy coś ważnego.

Bo to pozwala uratować piękno?
Szkodliwe jest równanie piękna z kiczem. Mówi się: to takie ładne, takie kiczowate. Dzisiaj łatwo wyśmiać piękno. Nie promuje się go w mediach. Ale ja zawsze będę piękna bronić na scenie. Dzisiaj deprecjonuje się zawodowców, artystów, którzy dbają o precyzję i jakość. Panuje zasada, żeby wszystko było brzydkie, destrukcyjne i pozbawione sensu.

Piękno jest wstydliwe?
Każdy pragnie miłości, chce kogoś kochać i być kochanym. A to właśnie jest wstydliwe piękno. Deprecjonowanie tego powoduje, że na scenie mówi się o tym wulgarnie i cynicznie, co daje fałszywe wrażenie, że tylko tak jest między ludźmi.

Pani nie wstydziła się miłości, nawet kiedy plotkowano?
Nie. Mój mąż [Marek Weiss, reżyser – przyp. red.] jest drugim obok Kyliána człowiekiem, który nauczył mnie teatru, wiele mu zawdzięczam. Plotkowano o nas w złej wierze, również z powodu znaczącej różnicy wieku. Ludzie lubią oceniać, nie wiedząc, jak jest naprawdę. A my się zakochaliśmy i musieliśmy być razem. Naprawdę, w czasach, kiedy umierają kultura, szacunek, wartości, powinniśmy zostawić innych ludzi w spokoju. Cudze życie to ciemny las, bo nic o nim nie wiemy.

Pani tańczyła u męża po raz pierwszy, mając 15 lat.
Do szkoły baletowej przyszedł reżyser wybrać dziewczynkę, która zatańczy w „Traviacie”. Stałam przy drążku i w ogóle nie patrzyłam. Reżyser powiedział, że ta, i mnie wybrał. A ja wcale nie chciałam być wybrana. Zatańczyłam w tym spektaklu. Moi rodzice byli na premierze. Bardzo im się podobało. A potem chodziłam do szkoły, skończyłam ją, poszłam do pracy w Teatrze Wielkim [w Warszawie]. Tutaj spotkaliśmy się po raz drugi, już jako ludzie dorośli. Tańczyłam w jego „Salome” z choreografią Emila Wesołowskiego. To w czasie tej realizacji nagle przyszła miłość.

Dlaczego wtedy nie chciała pani być wybrana?
Nigdy nie chciałam być wybrana. Byłam chorobliwie nieśmiała od dziecka.

Tak mówią wszyscy artyści.
Wiem, ale w moim przypadku to autentyk. Zawsze byłam osobna, miałam swój świat, w którym czułam się bezpiecznie, i nie podlegałam żadnym wpływom i trendom.

Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)

Franz Kafka mówił, że w imieniu zapisany jest cały los człowieka…
Ludzie podejrzewają, że to pseudonim. Kiedy się urodziłam, tata podał w urzędzie imię Izadora, a urzędnik bez zastanowienia zapisał, chociaż takiego imienia nie było w kalendarzu. Teraz się śmieję, że musiałam pójść drogą Isadory Duncan, niezależnej outsiderki, promotorki tańca.

Artysta ma powinności?
Ja tak uważam. Odpowiedzialnością zawodowców jest potraktowanie widza poważnie, uczciwa z nim rozmowa. Tymczasem często jest kalkulacja – a teraz coś z krwią, a teraz ktoś przejdzie na golasa, dla szybkich emocji, tak pod publiczkę. Staram się za wszelką cenę unikać takich pokus i bronić światła prawdy.

Prospero w pani „Burzy” jest czystym światłem.
Tak, jest parafrazą dzisiejszego artysty, który musi dokonywać wyborów i w pewnym momencie zostaje sam. To konsekwencja jego bezkompromisowości. Rzeczywistość zmusza nas do coraz większych kompromisów, co jest niebezpieczne dla sztuki, dla jakości. Holoubek powtarzał, że gdzieś tam, w ciemności widowni, jest nasz brat, który rozumie, i to wystarczy. Ważne, aby być szczerym w swojej pracy i wierzyć, że jest nas więcej. Jeżeli próbuje się odgadywać, czego chce większość, to już jest się zgubionym, to koniec.

Potwierdzenie światowego uznania dla pani pracy, choćby miejsce w rankingu najważniejszych choreografów, przychodzi w chwili, kiedy nie ma pani już swojego zespołu. Z Bałtyckim Teatrem Tańca żegnała się pani w 2016 roku „Tristanem i Izoldą”. Jacek Marczyński pisał, że to „poruszający spektakl zespołu, który stał się tak dobry, że postanowiono go zlikwidować”. Stworzyła pani Biały Teatr Tańca, musiała go pani zawiesić na początku 2019 roku. Prospero to pani?
Do Opery Bałtyckiej przyszedł nowy dyrektor i powiedział, że chce mieć balet klasyczny. Odpowiedziałam, że się nie zgodzę na klasykę. Bałtycki Teatr Tańca miał konkretny profil, nad którym wiele lat pracowałam i nadal zamierzałam pracować. Całe swoje życie poświęciłam, żeby zbudować zespół, który liczył się na świecie. Pamiętam, jak przyjechała Natalia Metelitsa z International Festival of Arts „Diaghilev. P.S.” z Sankt Petersburga i zobaczyła „Burzę” i „Fedrę”. Od razu nas zaprosiła, mówiąc, że zrzuci z programu inny zespół, bo tak jej zależy na naszym udziale. Dowiedziała się o nas od recenzentów ze świata. Kiedy radziła się, kogo zaprosić, usłyszała, że musi zobaczyć Bałtycki Teatr Tańca.

Myśli pani, że zdecydował styl, a nie fakt, że nowy dyrektor zastąpił na tym stanowisku pani męża?
To typowe w Polsce, że kiedy obejmuje się stanowisko, wszystko, co było wcześniej, uznaje się za złe. Nie chodziło o mojego męża.

Mogła pani na kogoś liczyć?
Planując „Tristana i Izoldę”, wiedziałam, że chcę to zrobić do muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Przyjechał z Elżbietą na próby, był zachwycony. Mówił: „Jak tyś to dobrała, przecież to fantastyczne! Ja to napisałem?!”. Potem przyjechał na premierę. Kłanialiśmy się z nim na scenie, nigdy tego nie zapomnę. Po odejściu z Opery Bałtyckiej Pendereccy przygarnęli nas do Lusławic. Myśmy w tej świątyni sztuki przez dwa miesiące ćwiczyli, spali, jedli. Musieliśmy przygotować spektakle na wyjazd do Petersburga. Udało nam się przygotować również „Fedrę” i „Śmierć i dziewczynę”. Tymczasem zadzwoniła Metelitsa, że ściąga do Ermitażu obraz Vermeera „Mleczarka”, o którym wcześniej zrobiłam spektakl, prosiła, żeby go przywieźć. Niezwykłe było pokazanie „Light” na scenie Ermitażu, w takim odrealnionym miejscu. Pozostałe trzy spektakle pokazaliśmy w Teatrze Aleksandryjskim, był również Krzysztof Penderecki. Kwiaty sypały się z nieba w czasie stojącej owacji, ale po tym sukcesie zespół się rozjechał.

Jednak wskrzeszała go pani.
Udało się to przy okazji spektaklu „Eros Thanatos” inspirowanego obrazami Jacka Malczewskiego. Pomógł nam Andrzej Seweryn, goszcząc w Teatrze Polskim. Znowu się rozjechaliśmy. Odwiedziłam chyba wszystkie warszawskie teatry, błagając o jakąś możliwość. Jedyne miejsce, które mogło nas przyjąć, to Teatr Komedia. Tyleż samo nam pomógł, co zaszkodził. Nie da się pogodzić „Śmierci i dziewczyny” z hasłem teatru: „Śmiej się z nami”. Ale przetrwaliśmy dzięki miastu Warszawa dziewięciomiesięczny kontrakt, pokazaliśmy wiele spektakli Białego Teatru Tańca. Byłam technicznym, nosiłam buty, kostiumy, bo wszystko było w mojej piwnicy, robiłam światła, próby, rozgrzewki, byłam inspicjentem i prowadziłam każdy spektakl. Byłam wieloma osobami po to, aby dziesięciu tancerzy miało jak najlepszą pracę i możliwość pokazania się na scenie. Pod koniec roku dyrektor Komedii powiedział, że jednak jest konflikt, bo mamy różne wizje teatru. Zderzyliśmy się ze ścianą biurokracji. W konkursie na dotację zabrakło nam półtora punktu. Nasz dorobek ani uznanie świata się nie liczyły. Byliśmy w środku sezonu, robiliśmy próby, wierząc, że dostaniemy szansę. Tancerze, którzy byli z różnych części świata, mieli powynajmowane mieszkania w Warszawie. Rozmawiałam z władzami. Nic. Musiałam zawiesić działalność zespołu. Zapłaciłam za to zdrowiem.

Jak pani myśli, za co pani zapłaciła?
Zapłaciłam za bycie sobą, za silną osobowość, dążenie do doskonałości, brak kompromisu. Ale mam poczucie, że otacza mnie miłość. Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego. Nie mam poczucia osamotnienia, bo artysta jest sam ze swoją twórczością. Pamiętam rozmowę z Borisem Eifmanem (założyciel i szef St. Petersburg Eifman Ballet). Kiedy wyznałam, że planujemy przenosiny do Warszawy, odpowiedział: „Za dobra jesteś, nie wpuszczą cię”. Kiedy mówiłam, że stanę do konkursu, tylko pokręcił głową, uśmiechnął się, przytulił mnie i tak się rozstaliśmy. Wiedział, co mówi, bo przeszedł taką drogę w Petersburgu. Był zwalczany, ale kiedy osiągnął sukces za granicą i wrócił, to się zmieniło. Zastanawiam się, dlaczego warszawska publiczność nie może mieć takiego teatru tańca jak BTT.

Niedługo zrealizuje pani w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej spektakl „Bieguni – Harnasie”. O czym tym razem pani opowie?
Dyrektor Polskiego Baletu Narodowego Krzysztof Pastor zaproponował mi realizację kolejnego spektaklu autorskiego. Uwielbiam Olgę Tokarczuk, więc nie mogłam nie sięgnąć do jej twórczości. Wybrałam książkę „Bieguni”. Połączyłam ją z „Harnasiami” Szymanowskiego. Bieguni to ludzie, którzy tańcem, ruchem oswajają zło. Czy może być piękniejsza metafora ludzi tańca?

Izadora Weiss, tancerka, choreografka. Zrealizowała choreografie wielu spektakli operowych i blisko 30 spektakli autorskich. Stworzyła i prowadziła Bałtycki Teatr Tańca i Biały Teatr Tańca, sięgając po muzykę między innymi: Bacha, Mozarta, Mahlera, Szymanowskiego, Pendereckiego, Glassa, Hendrixa, Bregovicia, Kennedy’ego.

  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.

  1. Kultura

Znamy 20 tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Nike

Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Ogłoszono listę 20 nominowanych książek do Nagrody Literackiej Nike 2021. Jakie tytuły w tym roku mają szansę zdobyć polski odpowiednik literackiego Nobla?

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Celem nagrody jest promocja literatury polskiej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na powieść, choć w konkursie startować mogą wszystkie gatunki literackie (w tym autobiografie, eseje, pamiętniki) i humanistyka o wybitnych wartościach literackich.

Podstawowym warunkiem udziału w konkursie jest samodzielne autorstwo książki oraz wydanie książki w roku minionym. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Wśród laureatów poprzednich edycji byli między innymi: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł. Natomiast w zeszłym roku, wyborem jury, laureatem nagrody został Radek Rak za książkę „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, a Nagrodę Nike Czytelników dostała Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż „27 śmierci Toby'ego Obeda”.

Nagroda Literacka Nike 2021 - nominacje

W czwartek, 10 czerwca, na łamach tradycyjnego i cyfrowego wydania "Gazeta Wyborcza" przedstawiła nominacje do Literackiej Nagrody Nike 2021. W jubileuszowej, 25. edycji konkursu, o nagrodę powalczą książki:

  • „Panny z Wesela” Monika Śliwińska
  • „Kajś” Zbigniew Rokita
  • Zastrzał albo trochę” Robert Pucek
  • Podwójne wahadło” Jacek Podsiadło
  • „Najlepsze miasto świata” Grzegorz Piątek
  • Sztuka bycia niepotrzebnym” Edward Pasewicz
  • Bezmatek” Mira Marcinów
  • Książka o śmieciach” Stanisław Łubieński
  • Bestiariusz nowohucki” Elżbieta Łapczyńska
  • Lajla znaczy noc” Aleksandra Lipczak
  • Ludowa historia Polski” Adam Leszczyński
  • Tab_s” Justyna Kulikowska
  • Długie spacery nad Olzą” Jerzy Kronhold
  • Odmieńcza rewolucja” Joanna Krakowska
  • Skrywane” Michał Komar
  • Strażnicy fatum” Bożena Keff
  • Halny” Igor Jarek
  • „Zaświaty” Krzysztof Fedorowicz
  • Pomarli” Waldemar Bawołek
  • „Fuerte” Kasper Bajon

Wyboru dokonało jury, w którym w tym roku zasiedli: Teresa Bogucka, Przemysław Czapliński, Maryla Hopfinger, Inga Iwasiów, Dariusz Kosiński, Iwona Kurz, Tadeusz Nyczek, Magdalena Piekara i Szymon Rudnicki.

Finał tegorocznej edycji konkursu odbędzie się 3. października, natomiast listę siedmiu finalistów poznamy na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.