1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Uma Thurman: "Jestem szczęśliwa sama ze sobą"

Uma Thurman: "Jestem szczęśliwa sama ze sobą"

Uma Thurman podczas 64. Festiwalu Filmowego w Cannes. (fot. BEW PHOTO)
Uma Thurman podczas 64. Festiwalu Filmowego w Cannes. (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Robi wrażenie osoby, która nie boi się niczego. Wiele się na to składa - posągowa, chłodna uroda, wzrost i wyraziste role silnych kobiet, jak w „Pulp Fiction” czy „Kill Billu”. Z okazji 50. urodzin Umy Thurman przypominamy sylwetkę aktorki. 

Nowy Jork. Czerwony dywan przed premierą spektaklu „The Parisian Woman” w The Hudson Theatre. Broadwayowski debiut Umy Thurman. Wchodzą kolejne gwiazdy. Do bohaterki wieczoru podchodzi dziennikarka i pyta o opinię w sprawie coraz większej liczby kobiet mówiących o molestowaniu seksualnym w Hollywood. Uma wciąga powietrze. Odpowiada powoli i wyraźnie:

„Nie jestem dzieckiem. Nauczyłam się, że kiedy wypowiadam się w gniewie, zazwyczaj tego żałuję. Dlatego poczekam, aż będę mniej wściekła. Kiedy będę gotowa, powiem to, co mam do powiedzenia”
Thurman robi wrażenie osoby, która nie boi się niczego. Wiele się na to składa. Posągowa, chłodna uroda, dzięki której jest porównywana do Grety Garbo i Lauren Bacall. Wzrost, który sprawia, że niemal na wszystkich patrzy z góry. I wyraziste role silnych kobiet, jak w „Pulp Fiction” czy „Kill Billu”. Ale aktorka przyzwyczaiła wszystkich do swojego olimpijskiego spokoju, niemal chłodu. Nie traciła panowania nad sobą, nie zwierzała się, nie mówiła o szczegółach swojego życia osobistego. Zazwyczaj interpretowano to jako wpływ obecnej w jej życiu dzięki ojcu filozofii buddyjskiej. Tamtego wieczoru coś w niej pękło. Nie było w niej rezerwy, mówiła przez ściśnięte gardło, ledwie opanowując emocje. Później przyznała, że w rzeczywistości usiłowała ze wszystkich sił się nie rozpłakać.

Uma Thurman i John Travolta w niezapomnianej scenie z 'Pulp Fiction' (reż. Quentin Tarantino, 1994), fot. BEW PHOTO Uma Thurman i John Travolta w niezapomnianej scenie z "Pulp Fiction' (reż. Quentin Tarantino, 1994), fot. BEW PHOTO

Jestem ofiarą i zasłoną dymną

Pytanie właśnie ją o oskarżenia o molestowanie seksualne, szczególnie te kierowane pod adresem hollywoodzkiego producenta Harveya Weinsteina, nie było bezpodstawne. O jego zachowaniach opowiedziało wcześniej wiele kobiet, wśród nich: Gwyneth Paltrow, Angelina Jolie, Cara Delevingne, Mira Sorvino. A Weinstein był przez lata producentem filmów, w których grała Thurman. Jej zdanie było ważne i wszyscy chcieli je usłyszeć. Tak jakby miała decydujący głos. Im dłużej milczała, tym bardziej wydawało się, że za tym milczeniem kryje się tajemnica. Tylko że nikt nie może nikogo zmusić do opowiadania o własnych bolesnych doświadczeniach.

Niedługo potem, w lutym 2018 roku, w „The New York Times” ukazał się artykuł zatytułowany „This Is Why Uma Thurman Is Angry” (Oto dlaczego Uma Thurman czuje gniew). Tam po raz pierwszy opowiedziała o swoich doświadczeniach związanych z przemocą seksualną. Opowiedziała o gwałcie. Jako 16-latka mieszkała sama na Manhattanie. Pewnego zimowego dnia weszła do baru. Spotkała tam starszego o 20 lat aktora. Jego nazwiska nie ujawniła. Tego samego wieczoru zmusił ją do uprawiania seksu.

„Próbowałam mówić »nie«, płakałam, robiłam wszystko, co mogłam. Jednak kiedy powiedział mi, że drzwi są zamknięte, nie pobiegłam tego sprawdzić. A kiedy wróciłam do domu i popatrzyłam na siebie w lustrze, byłam zrozpaczona, że nie mam na rękach żadnych zadrapań i krwi. Zastanawiałam się, czy broniłam się wystarczająco”
Nie po raz ostatni będzie widziała winę w sobie.

Potwierdziła też to, czego można było się domyślać. Spotkanie z Weinsteinem. Rozmowa o wspólnych projektach. Nagle on się rozbiera i każe jej iść za sobą. Przez cały czas mówi o jakimś filmie. Półnagi wchodzi do sauny, zaprasza także ją. Thurman w butach, skórzanych spodniach i kurtce. Wychodzi. Wtedy jeszcze nie czuła zagrożenia. Nadal traktowała jego zachowania jak dziwactwa podstarzałego wujka ekscentryka. Dlatego atak podczas kolejnego spotkania w londyńskim hotelu był dla niej kompletnym zaskoczeniem.

„Popchnął mnie. Napierał na mnie. Próbował się obnażyć. Robił wiele nieprzyjemnych rzeczy”
Mimo że następnego dnia producent przysłał jej bukiet żółtych róż, pozostała nieufna. Słusznie, bo kiedy spotkali się po raz kolejny, zagroził, że zniszczy jej karierę. Thurman wspomina też o asystentkach Weinsteina – jej zdaniem doskonale wiedziały, co dzieje się podczas spotkań z aktorkami.

O wszystkim powiedziała Quentinowi Tarantino. Reżyser najpierw zbagatelizował sprawę, ale kiedy zorientował się, że Uma zachowuje się w obecności producenta nieswojo, postanowił z nim porozmawiać. Weinstein przeprosił za swoje zachowanie. Ale silne emocje pozostały w Umie do dzisiaj.

„Bardzo źle czuję się na myśl o tych wszystkich kobietach, które zaatakował po mnie. Jestem jednym z powodów, dla których każda kolejna młoda dziewczyna czuła się pewnie, wchodząc sama do jego pokoju, zupełnie tak jak ja kiedyś. Występuję w podwójnej roli: ofiary i zasłony dymnej dla sprawcy”
Uma Thurman brawurowo zagrała postać i przydomku 'Trujący Bluszcz' - 'Batman i Robin' (reż. Joel Schumacher, 1997), fot. BEW PHOTO Uma Thurman brawurowo zagrała postać i przydomku "Trujący Bluszcz" - "Batman i Robin" (reż. Joel Schumacher, 1997), fot. BEW PHOTO

Mój przyjaciel Quentin

Tarantino o Umie Thurman w 2004 roku: „Von Sternberg miał Marlenę Dietrich, Hitchcock – Ingrid Bergman, André Téchiné – Catherine Deneuve. A ja Umę. Łączy nas specjalna więź, z której jestem dumny”. W obliczu tej deklaracji opowieść o wypadku, który zdarzył się podczas kręcenia filmu „Kill Bill”, brzmi poruszająco. Thurman miała przejechać przez pustynię kabrioletem. Żeby wiatr efektownie rozwiewał jej włosy, musiała się rozpędzić do 70 km/h. Bała się. Tym bardziej że jeden z techników ostrzegał ją, że samochód przerabiany na planie może nie być w pełni sprawny. Sugerowała kaskaderkę. Ale Tarantino nie chciał tracić czasu – przekonał ją, że droga jest prosta, a samochód sprawny.

W trakcie kręcenia sceny Thurman straciła panowanie nad kierownicą i uderzyła w drzewo. „Siedzenie nie było odpowiednio przytwierdzone. A droga była piaszczysta i wcale nie prosta. Samochód stał się pułapką. Miałam unieruchomione nogi, czułam ból i pomyślałam: »O Boże, już nigdy nie będę chodzić«”. W konsekwencji wypadku aktorka do dzisiaj ma problemy z kręgosłupem szyjnym i kolanami. W „The New York Times” ujawniła, że producenci nie chcieli jej udostępnić nagrania z wydarzenia, dopóki nie podpisze deklaracji, że nie będzie się domagać odszkodowania. Nie podpisała.

Podczas kręcenia obu części filmu „Kill Bill” Thurman musiała znieść naprawdę sporo.

„Strzelano mi w głowę, gwałcono mnie, bito i siekano na kawałki samurajskim mieczem. Ten film powinien się nazywać »Kill Uma«”.
Tarantino w wywiadach, których udzielił po publikacji w „The New York Times”, przyznał, że aktorka podczas kręcenia sceny na pustyni bała się wsiąść za kierownicę. „Powiedziałem jej, że to bezpieczne. Nie było. Myliłem się. Nie zmusiłem jej, by wsiadła do samochodu. Zrobiła to, bo mi ufała”. Wypadek nazwał jedną z rzeczy, których żałuje w życiu najbardziej. Potwierdził też, że wiedział, iż producenci nie chcą udostępnić Thurman nagrania z wypadku. Z poczucia winy zdobył je i oddał Umie.

Aktorka umieściła film na Instagramie. W komentarzu dodała, że choć do wypadku doprowadziły „graniczące z przestępstwem zaniedbania”, to nie uważa, by wynikały one ze złej woli reżysera. Odpowiedzialnością za „niewybaczalną” próbę tuszowania sprawy obciążyła wyłącznie producentów filmu „Kill Bill”.

„Quentin żałował i żałuje, że doszło do tego przykrego wydarzenia, i po latach dał mi nagranie, bym mogła je upublicznić. Zrobił to z pełną świadomością, że osobiście może na tym ucierpieć. Jestem bardzo dumna, że wykazał się odwagą i postąpił jak trzeba”, napisała.
Można zrozumieć, że zachowanie Tarantino przyniosło jej ulgę. Okazało się, że opowiedzenie o tłumionych emocjach miało działanie oczyszczające i doprowadziło do naprawienia ich relacji. W końcu byli przyjaciółmi i razem osiągnęli coś niezwykłego. Nie ma listy najważniejszych dokonań w kinie bez „Pulp Fiction”, które trafiło do narodowych zbiorów Biblioteki Kongresu USA. A obie części „Kill Billa” są tak naprawdę opowieściami o odzyskiwaniu siły i pozycji przez kobiety.

„Nie pamiętam już, ilu ludzi zabija w tych filmach moja bohaterka. Z drugiej strony – kiedy liczby robią się dwucyfrowe, nie robi to zbyt wielkiej różnicy. To była ciężka praca i jedno z najtrudniejszych doświadczeń w moim życiu – nigdy tego nie ukrywałam. Po jakimś czasie odkryłam jednak, że młode kobiety uwielbiają postać, którą zagrałam. Kiedy je spotykałam, zamiast mówić, że film bardzo im się podobał – albo i nie, bo tak się też czasem zdarza – opowiadały, że »Kill Bill« pomógł im w życiu osobistym. Miały poczucie, że są wykorzystywane, tkwiły w złych związkach, nie czuły się ze sobą dobrze. Ten film dał im siłę, żeby coś zmienić. Zawsze uważałam, że warto się pomęczyć, żeby usłyszeć takie słowa”.

Krwawa Uma w doskonałej roli płatnej zabójczyni - 'Kill Bill' (reż. Quentin Tarantino, 2003), fot. BEW PHOTO Krwawa Uma w doskonałej roli płatnej zabójczyni - "Kill Bill" (reż. Quentin Tarantino, 2003), fot. BEW PHOTO

Nie chce słyszeć o małżeństwie

Uma nie ma szczęścia do związków. Jej pierwszą wielką miłością był aktor Gary Oldman, którego poznała na planie filmu „Henry i June”. Wzięli ślub niedługo potem. „Miałam zaledwie 20 lat. Nic nie wiedziałam o życiu. Gary był moim przewodnikiem”. Niestety, był także alkoholikiem. Odeszła od niego po dwóch latach.

Kilka lat później na planie filmu „Gattaca. Szok przyszłości” zakochała się w Ethanie Hawke’u. Ślub wzięli w niewielkiej kaplicy na Manhattanie. Uma była w ciąży. Kiedy urodziła się ich córka Maya Ray, na jakiś czas zamknęli się w swoim nowojorskim domu jak w twierdzy. Cztery lata później na świat przyszedł Levon. Uma miała to, o czym marzyła całe życie: szczęśliwą rodzinę. Kiedy po latach wspominała siebie z tamtych czasów, mówiła: „Byłam zakochana i nic więcej się dla mnie nie liczyło. Mogłam nie grać, z nikim się nie spotykać, nigdzie nie bywać. Liczył się dla mnie tylko mężczyzna, którego kochałam. W związek wtapiałam się zupełnie”.

Wtedy przyjęła rolę w filmie „Kill Bill” i skupiła się na wyczerpujących fizycznie przygotowaniach do roli, a jej szczęśliwe życie zaczęło się psuć. W końcu okazało się, że jej mąż ma romans z 22-letnią kanadyjską modelką Jen Perzow. Doniesienia o tym pojawiły się w prasie w tym samym momencie, w którym promowała film. „Mogłam zostać w domu i zrobić z tego jeszcze większy dramat. Wiedziałam jednak, że kiedyś i tak będę musiała odpowiedzieć na te wszystkie pytania dotyczące mojego małżeństwa”. Tylko raz opowiedziała o swoim stanie otwarcie – w programie Oprah Winfrey. Ze łzami w oczach mówiła o lęku przed samotnością, tęsknocie za mężem i niepokoju, jak rozstanie wpłynie na ich dzieci.

Rozwód zmienił jej stosunek do małżeństwa. „Przestałam ufać tej instytucji. Nie zamierzam być niczyją żoną. Jestem szczęśliwa sama ze sobą”. Co nie znaczy, że nie wiązała się przez ostatnie lata z mężczyznami. Jednym z nich był hotelarz André Balazs, właściciel m.in. słynnego Chateau Marmont w Los Angeles. Jeździli razem na wakacje, pokazywali się na oscarowych galach, aktorka spędzała czas w jego hotelowych apartamentach, ale nazywała go jedynie „dżentelmenem, z którym się widuje”. Kolejny związek, z francuskim finansistą i multimilionerem Arpadem Bussonem, z którym ma córkę Lunę, okazał się wyjątkowo burzliwy. Dwa razy ogłaszali zaręczyny i za każdym razem Uma je odwoływała. Ostatecznie dopiero w zeszłym roku, po długiej batalii, doszli do porozumienia w sprawie opieki nad córką. Uma mieszka teraz w Nowym Jorku, ma blisko trójkę swoich dzieci i, jak twierdzi, niczego więcej nie potrzeba jej do szczęścia.

Uma Thurman w ekranizacji słynnej powieści Victora Hugo - 'Nędznicy' (reż. Bille August, 1998), fot. BEW PHOTO Uma Thurman w ekranizacji słynnej powieści Victora Hugo - "Nędznicy" (reż. Bille August, 1998), fot. BEW PHOTO

Zmieniam zasady gry

Marzyła o teatrze. „W życiu można dostać dwie, trzy naprawdę znaczące role kinowe – i to wszystko. Może niektórym zdarza się to częściej, ale na pewno nie wszystkim. Kino przestaje się interesować aktorkami po 35. roku życia, a co dopiero tymi przed pięćdziesiątką. Prawdę mówiąc, nawet dla tych młodszych nie ma zbyt wielu ciekawych ról”. Dlatego kiedy w jej ręce trafił tekst „The Parisian Woman” o kulisach polityki w Waszyngtonie, od razu zobaczyła się w roli Chloe. „Podobały mi się jej pewność siebie, poczucie siły, niezależności i seksualna swoboda”. Przedstawienie okazało się sukcesem, a Uma zwyciężyła w plebiscycie organizowanym przez serwis broadway.com w kategorii najlepsza aktorka w spektaklu dramatycznym.

To nie był jej pierwszy kontakt ze sceną teatralną. Już po sukcesie „Pulp Fiction” próbowała zaistnieć w teatrze – zagrała w adaptacji Molierowskiego „Mizantropa” na scenie Off Broadway, ale krytycy nie zostawili na niej suchej nitki. Na długo zwątpiła w szansę na teatralną karierę. Chociaż jej zamiłowanie do aktorstwa zaczęło się od ról w szkolnych przedstawieniach. Uma jako wyjątkowo wysoka nastolatka o dużych stopach, tyczkowatej figurze, dużym nosie i dziwnym imieniu nie czuła się dobrze ze sobą w czasach szkolnych. A przez rówieśników była uznawana za dziwaczkę. Szansa, by stawać się kimś innym, okazała się dla niej wyzwoleniem i działała terapeutycznie. A kiedy w liceum zagrała główną rolę w „Czarownicach z Salem”, zainteresowali się nią agenci poszukujący młodych talentów. To przekonało jej rodziców, Roberta Thurmana, profesora studiów buddyjskich na Uniwersytecie Columbia, i „Nenę” von Schlebrügge, wcześniej modelkę, a potem psychoterapeutkę, by przenieść utalentowaną córkę do szkoły aktorskiej w Nowym Jorku. Jako 17-latka dostała pierwsze role filmowe: Venus w „Przygodach Barona Munchausena” i Cecylii de Volanges w „Niebezpiecznych związkach” Stephena Frearsa.

W ubiegłym roku zagrała w filmie Larsa von Triera „Dom, który zbudował Jack”, pełnej przemocy historii o seryjnym mordercy. Decyzja ryzykowna i zaskakująca. Ze względu na osobowość twórcy, a także doświadczenia podczas kręcenia z nim „Nimfomanki”. Von Trier podczas zdjęć usiłował wydobyć z niej „zwierzęcy ryk”. Uma grała zdradzoną żonę, załamującą się na oczach własnych dzieci. Musiała tę scenę powtarzać wiele razy, żeby krzyk był właśnie taki, jakiego oczekiwał reżyser. Można się tylko domyślać, z jakich emocjonalnych pokładów musiała skorzystać, żeby stanąć na wysokości zadania. Mimo to zdecydowała się pracować z nim po raz kolejny.

„Okazało się, że poprzednim razem jednak nie rozczarowałam go tak bardzo. Rola w »Nimfomance«, którą dla mnie napisał, była wyjątkowo wymagająca. Kiedy przeczytałam scenariusz nowego filmu, nie miałam wątpliwości, że chcę w nim zagrać”
Na konferencji z okazji premiery duński reżyser przyznał, że niemal wszyscy aktorzy, którym wysłał scenariusz, odmówili udziału w filmie. Poza Mattem Dillonem i właśnie Umą Thurman. „Mam wątpliwości, czy rzeczywiście potrafią czytać”, dowcipkował o obojgu. Von Trier znany jest z dziwacznego poczucia humoru. Kiedy siedem lat temu podczas festiwalu w Cannes „zażartował” na temat swojego zrozumienia dla Hitlera, na kilka lat stał się persona non grata. „Dom, który zbudował Jack” to dla niego powrót z wygnania – Uma postanowiła mu w tym towarzyszyć.
„Lubię pracę nad trudnymi filmami, więc rzadko zdarza mi się odrzucić rolę dlatego, że może się okazać zbyt dużym wyzwaniem. Myślę, że właśnie tego się ode mnie oczekuje”
'Lubię pracę nad trudnymi filmami' - wyznaje Uma Thurman, fot. BEW PHOTO "Lubię pracę nad trudnymi filmami" - wyznaje Uma Thurman, fot. BEW PHOTO

Moja europejska ojczyzna

Ostatnio Uma ma jeszcze jedną idée fixe. Myśli o powrocie do swoich europejskich korzeni. Jej dziadek Friedrich Karl Johannes von Schlebrügge urodził się na Śląsku, ale w latach 30. wyjechał do Szwecji. Jego córka, matka Umy, „Nena” Birgitte Caroline von Schlebrügge, wyjechała ze Szwecji do USA i stała się w latach 60. znaną modelką. Jej pierwszym mężem był apostoł LSD i ruchu hipisowskiego, Timothy Leary. Drugim – Robert Thurman.

Z myślą o przeniesieniu się do ojczyzny matki – na tę decyzję miała wpływ sytuacja polityczna w USA – aktorka uczy się szwedzkiego i w ubiegłym roku rozpoczęła starania o szwedzkie obywatelstwo.

„Jestem przygotowana do takiej zmiany. Wychowywali mnie socjaliści. A poza tym ciekawi mnie przeszłość mojej rodziny”
Można przypuszczać, że na przeprowadzkę na północ Europy nie będzie miała na razie ochoty starsza córka Umy. 20-letnia Maya Hawke stawia właśnie pierwsze kroki w świecie kina.

Maya zagrała już w serialu „Stranger Things” i nowym filmie Quentina Tarantino „Once Upon a Time in Hollywood”, opowiadającym o tragicznych wydarzeniach w domu Romana Polańskiego zaatakowanym w 1969 roku przez Rodzinę Mansona. To w pewien sposób zamyka historię związku Umy Thurman i Quentina Tarantino, a jednocześnie otwiera w nim zupełnie nowy etap.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.

  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.

  1. Kultura

"Nie jestem księżniczką". Anne Hathaway stawia czoło hejtowi

- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ma wszystko, czego można oczekiwać od gwiazdy: wdzięk Audrey Hepburn, uśmiech Julii Roberts. I do tego wszechstronny talent, który potwierdza w swojej najnowszej produkcji „Skazani na siebie”. A jednak właśnie z tego powodu Anne, a raczej Annie Hathaway musiała zmierzyć się z niechęcią i hejtem.

Dla ambitnej, nieobawiającej się wyzwań i wciąż poszukującej 39-latki trudno o lepszy dar od losu. W czasie pandemii, gdy wiele jej koleżanek zmuszonych zostało do izolacji domowej, ona zagrała główną kobiecą rolę w jednym z pierwszych filmów covidowych, pomyślanych jako kronika pandemicznej rzeczywistości.

W „Skazanych na siebie” w reż. Douga Limana gra Lindę, młodą kobietę, uwięzioną przez lockdown w londyńskim mieszkaniu dzielonym z byłym, obecnie bezrobotnym, partnerem Paxtonem (Chiwetel Ejiofor). Z powodu kwarantanny para jest skazana na stałą współobecność i zmaga się ze swoimi lękami, frustracjami oraz byciem razem. Ona pracuje online dla jednej z korporacji, ale to, co robi, coraz bardziej ją stresuje. Wigor i przypływ uczuć w tym związku pojawia się niespodziewanie wraz z planem… kradzieży diamentu z luksusowego Harrodsa. Uff, trzeba nie lada odwagi, by wejść w tak karkołomny projekt! Komedia, dramat, romans, napad – unurzane w pandemicznym sosie.

Aktorka odnalazła jednak w tym filmie siebie. Zachwycił ją scenariusz opisujący absurdy naszej nowej szalonej rzeczywistości. Jak sama mówi, żyjemy w dziwnych czasach, a w takich każdy sposób radzenia sobie jest usprawiedliwiony i głęboko ludzki. Film ma podnosić na duchu, dostarczać rozrywki i dystansować widza do tego, co dookoła. – To było ekscytujące doświadczenie – wyznała. – W czasie kwarantanny obserwowałam siebie i kontaktowałam się ze znajomymi na czatach, Zoomach czy Skype’ach. Widziałam, że niektórzy wrócili do palenia papierosów albo trawki, inni zaczęli zaglądać do kieliszka lub kłócić się z bliskimi. Byli także i tacy, których ta nienormalna sytuacja zbliżyła do siebie, wyzwoliła w nich kreatywność, pokazała radość z odkrywania małych rzeczy. To jest film o emocjach, o tym, jak długotrwałe zamknięcie wpływa na ludzi. Sama dzięki tej produkcji uwolniłam się od stresu związanego z kwarantanną.

'Locked down', czyli 'Skazani na siebie' - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe) "Locked down", czyli "Skazani na siebie" - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

Szuflady nie dla niej

Media mają z nią pewien problem, gdyż Hathaway nie daje się zaszufladkować – porzuciła karierę w filmach familijnych i nie ogranicza się wyłącznie do komedii romantycznych, w których chcieliby ją widzieć krytycy. Chętnie angażuje się w projekty, które są odskocznią i stoją w wyraźnej opozycji do jej poprzednich produkcji. Grywa zarówno postacie banalne, jak i wewnętrznie skomplikowane.

Zaczynała jako gwiazda filmów ze „stajni” Disneya. Z miłych młodzieżowych produkcji, takich jak „Pamiętnik księżniczki” (współczesna wersja bajki o brzydkim kaczątku) czy „Ella zaklęta”, przeszła do poważnych filmów. Zanim zyskała popularność po roli w „Diabeł ubiera się u Prady”, zdążyła wystąpić w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, pokazując, że ma ambicję pojawiać się także w mniej komercyjnych produkcjach. Wcieliła się tutaj w żonę geja i zgodziła na rozbierane sceny, choć prywatnie uważa się za osobę nieśmiałą i dość konserwatywną. Zresztą to właśnie udział w produkcjach niezależnych przyniósł Hathaway największe uznanie krytyków. Kiedy w 2008 roku zagrała narkomankę w filmie „Rachel wychodzi za mąż”, głośno mówiło się, że dopiero teraz pokazuje swój pazur. Za tę rolę została zresztą nominowana do Oscara. Największy triumf odniosła jednak, grając w musicalu. Za kreację zmuszonej do prostytucji Fantyny w „Les Misérables: Nędznikach” otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Po 'Pamiętniku księżniczki' Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe) Po "Pamiętniku księżniczki" Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe)

– Tak, chciałam się sprawdzić – wspomina postać Fantyny. – Nie sądziłam jednak, że śpiewanie bez playbacku legendarnego utworu „I Dreamed a Dream”, który stał się trampoliną dla megasukcesu Susan Boyle, okaże się aż tak stresujące. Na szczęście moja nauczycielka poradziła mi, bym nawet nie próbowała naśladować wielkich głosów, bo plan filmowy to nie teatr, a szepcząc piosenkę można wyrazić większe emocje. Posłuchałam jej i wyszło mi to na dobre.

Jeśli myślicie, że to zaspokoiło ambicje aktorki i jej skłonność do podejmowania ryzykownych wyzwań, to nic bardziej mylnego! Anne Hathaway miała poczucie, że po oscarowych „Nędznikach” jej kariera dryfuje na dość monotonnych falach, aż do momentu, gdy przeczytała scenariusz filmu „Monstrum”, opisany jako romantyczna komedia z potworem w tle. – Był tak dziki, oniryczny i wymykający się klasyfikacjom, że po prostu wiedziałam, że chcę brać w tym udział. Od razu zakochałam się w scenariuszu, był po prostu tak inny na bardzo głębokim poziomie i to w sposób niewymuszony – dodała. Zagrała bezrobotną dziewczynę, która po rozstaniu z chłopakiem wraca z Nowego Jorku do rodzinnego miasteczka, w którym grasuje terroryzujący mieszkańców gigantyczny potwór. To film o toksycznych relacjach i próbie pozostania człowiekiem, niezależnie od okoliczności.

„Monstrum” sytuuje się daleko od przesłodzonego „Pamiętnika księżniczki”, po którym młoda aktorka stała się rozpoznawalna. Podobno zwróciła na siebie uwagę reżysera Garry'ego Marshalla, gdy na przesłuchaniu, na które przyszła prosto z lotniska, po długim i męczącym locie, spadła z krzesła. Marshall potrzebował dokładnie takiej Mii – niezdary, która w miarę rozwoju akcji przechodzi spektakularną metamorfozę i staje się prawdziwą księżniczką. „Monstrum” dalekie jest także od filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, komediowego hitu z Meryl Streep, który utrwalił międzynarodową popularność Anne Hathaway. Zagrała tutaj naiwną dziewczynę z prowincji, która zostaje asystentką bezwzględnej królowej imperium mody. Od czasu roli w „Monstrum” Hathaway zapewnia, że zmieniła podejście i przy wyborze projektów z większą uwagą analizuje to, co czyta, by nie przegapić czegoś wartościowego, co samo ją zainspiruje.

Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie 'Diabeł ubiera się u Prady'. (Fot. materiały prasowe) Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". (Fot. materiały prasowe)

Kiedy po „Pamiętniku księżniczki” pytano ją, czy jako dziecko marzyła o tym, by zostać prawdziwą księżniczką, odpowiadała krótko i zdecydowanie: NIE. Chciała być… zakonnicą, potem chirurgiem, a na koniec Kobietą Kotem. W 2012 roku to ostatnie marzenie się spełniło. Gdy Christopher Nolan zaangażował ją do roli Kobiety Kota w filmie „Mroczny Rycerz powstaje”, aktorka długo nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Euforii nie przyćmiły nawet wątpliwości fanów Batmana, którzy do tej pory kojarzyli ją głównie z grania w komediach romantycznych.

Nuda czy profesjonalizm?

Do każdej z ról przygotowuje się niezwykle starannie. Sama wyszła z propozycją obcięcia swoich długich pięknych włosów, by lepiej oddać postać Fantyny. I schudła 12 kilo. Przygotowując się do roli Mii Thermopolis, uczyła się wspinaczki skałkowej. Pracując nad postacią Jane Austen w filmie „Zakochana Jane”, nauczyła się grać na pianinie. Z kolei do roli Seliny w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” intensywnie ćwiczyła, trenowała  kaskaderstwo i taniec.

Mimo sławy aktorka należy do nielicznego grona „grzecznych” gwiazd. Nie zabiega o zainteresowanie mediów, nie oglądamy jej zdjęć prywatnych, na których się upija, nie czytamy o jej wybrykach. – Chciałabym być aktorką, którą ludzie znają i szanują dzięki rolom filmowym, a nie życiowym perypetiom i skandalom. Nie chcę, żeby ktokolwiek, siedząc w kinie, myślał o moich podbojach sercowych czy imprezowych wyskokach. Wolałabym, aby mógł się skupić na tym, co ogląda – powiedziała na samym początku swojej kariery, i jest temu wierna do dziś.

W 'Ocean's 8', kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo) W "Ocean's 8", kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo)

No, z małym wyjątkiem! W 2008 roku na czołówki gazet trafił skandal związany z wieloletnim partnerem aktorki – włoskim milionerem Raffaellem Follierim, który został aresztowany za oszustwa finansowe i pranie brudnych pieniędzy. Para rozstała się tuż przed wybuchem afery.

To doświadczenie na szczęście nie zamknęło aktorki na nowy związek. W 2012 roku poślubiła Adama Shulmana, producenta i projektanta biżuterii. Wychowana w szczęśliwej rodzinie, miała skąd czerpać wzorce – wielokrotnie wyznawała, że pragnie, aby jej małżeństwo było tak samo udane jak związek rodziców. I na razie jest z Adamem szczęśliwa. W 2016 roku urodziła syna, Jonathana. W lipcu 2019 para doczekała się drugiego chłopca, Jacka. – Kiedy urodziłam Jonathana, to jakbym sama urodziła się na nowo – wspomina. – To cudowne uczucie obserwować, jak w twoim dziecku rodzą się emocje w związku z różnymi sytuacjami, których doświadcza. Kiedy zrozumiałam, że synek wchłania też moje, bardzo się wyciszyłam, uspokoiłam. Poczułam, że nie mogę przy nim być zdenerwowana, spięta, bo to bezbłędnie wyczuwa. Dzieci są znacznie bardziej bystrymi obserwatorami, niż nam się wydaje. Mogą nie rozumieć, ale czują. Dzięki rodzinie mam dystans do pracy, a w moim życiu panuje równowaga.

Nadal kocha swoją pracę, ale dziś ma już inne priorytety. Ceni kobiety, które znajdują w sobie tyle odwagi i determinacji, by zerwać ze stereotypem, że poświęcenie dla rodziny jest najważniejsze. Sama jednak już by się na to nie zdobyła. Dobrze wie, że poza planem filmowym też jest inne życie. Mieszka w Nowym Jorku, który ma tę przewagę nad Los Angeles, że można wyjść na spacer z psem, nie będąc przez nikogo rozpoznanym. No i w Nowym Jorku jest metro. To wielki luksus kompletnie nieznany w Kalifornii. Aktorka uwielbia zakładać ciemne okulary, podróżować po mieście i obserwować ludzi, nie obawiając się, że ktoś do niej zadzwoni, bo pod ziemią nie ma zasięgu.

Kiedy rozmawiałam z nią kilka lat temu na festiwalu w Wenecji, ujawniła jeszcze jedno hobby. – To dekoracja wnętrz. Lubię włóczyć się po sklepach meblowych na Manhattanie oraz po galeriach z antykami. Zamierzam w przyszłości zapisać się na kurs stolarsko-ciesielski, by nauczyć się samej wykonywać zaprojektowane przeze mnie meble. Naprawdę! To niezwykle uspokaja i relaksuje, a efekty są bardzo pożyteczne – mówiła.

Podobnie jak prace w ogródku na tyłach jej nowojorskiego domu. W związku z pandemicznymi obostrzeniami oboje z mężem mniej wychodzą, ale ma to także swoje dobre strony. Aktorka zdradziła, że uczy się gotowania i gry na gitarze. Dużo czyta. Fascynują ją dokonania współczesnej fizyki, zwłaszcza ich wymiar duchowy. Z upodobaniem przytacza Einsteina, który powiedział, że wierzy w Boga, bo jest naukowcem. Jej zainteresowania metafizyką mają początek we wczesnym dzieciństwie, kiedy marzyła o tym, by wstąpić do klasztoru. Wprawdzie nie została zakonnicą i wraz z całą rodziną odeszła od Kościoła katolickiego przez solidarność z Michaelem, bratem aktorki, który jest gejem, ale poszukiwania duchowe nadal są ważną częścią jej życia.

Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images) Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images)

Syndrom Anne Hathaway

Chociaż wydawałoby się, że ma wszelkie atuty, by być podziwianą i lubianą, to w rzeczywistości przez całe lata musiała mierzyć się z... hejtem. Dlaczego? Istnieje kilka teorii. Zdaniem niektórych za bardzo się stara – cała jej kariera wygląda jak dobrze zaplanowany program, w którym odhacza kolejne punkty. Znajduje się w niej miejsce na wszystko: od ról popularnych i łatwych aż po nagradzane poważne filmy. Brak tu nieprzewidywalności, szaleństwa, czegoś, co sugerowałoby, że aktorka ma w sobie cokolwiek spontanicznego. Podobnie z zachowaniem w przestrzeni publicznej – na wywiadach opowiada anegdotę, ale zawsze taką, która jest odpowiednio urocza i dowcipna. Na czerwonym dywanie rzadko decyduje się na cokolwiek awangardowego, nosząc sukienki ładne, ale łatwe do zapomnienia. Na zdjęciach zawsze wygląda nienagannie, w wywiadach jest uprzejma, a jej przemowy po otrzymaniu nagród są okraszone odpowiednią ilością łez. Chociaż bardzo nie lubi, kiedy ktoś z dziennikarzy w czasie wywiadu zwróci się do niej per „Anno”. Zdecydowanie woli być „Anią”. Oficjalne imię zarezerwowane jest tylko dla kręgu bliskich osób. Tak właśnie zwraca się do niej mama. Szczególnie wtedy, gdy jest zła na swoją córkę. – Zawsze, gdy pojawiam się gdzieś publicznie i ktoś woła mnie po imieniu, to myślę sobie, że zaraz nakrzyczy na mnie, bo coś nabroiłam – przyznała w jednym z popularnych talk-show. – Mówcie do mnie Annie (Ania). Wszyscy. Byle nie Anne (Anna).

Określenia „syndrom Anne Hathaway” amerykańska prasa zaczęła używać w 2013 roku, kiedy aktorka została nominowana do Oscara. To wtedy stało się jasne, że widzowie – jak się wydaje zupełnie irracjonalnie – nie darzą Hathaway sympatią. Zdaniem niektórych to właśnie jej perfekcyjność budzi sprzeciw, bo ludzie  wolą naturalność. Jej obrońcy wskazują jednak, że ta postawa wynika po prostu z tego, że gwiazda jest profesjonalnie przygotowana do kariery aktorskiej. Oczywiście świadomość, że kariera aktorska to coś, co można zaplanować, przygotować i rozsądnie poprowadzić, kłóci się z piękną wizją „od szarej myszki do gwiazdy filmowej”, zdecydowanie bardziej podobają nam się opowieści o upadkach i mozolnym podnoszeniu się z nich, ale z drugiej strony takie historie nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A historia Anne Hathaway – ma.

Po latach aktorka przyznała, że hejt i niechęć, których była ofiarą, nie złamały jej, lecz przeciwnie – wzmocniły psychicznie. – Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady na ten temat, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoła, a to was ostatecznie wzmocni – wyznała w jednym z wywiadów. – Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. I tego nadal się trzymam! Kiedy jako nastolatka decydowałam się na ten zawód, rodzice zostawili mi wolny wybór, nie odradzali aktorstwa, ale ostrzegali, że porażka jest w ten zawód wliczona. Dali mnie i moim braciom potężne oparcie. Dziś myślę, że to rodzicom zawdzięczam, że twardo stąpam po ziemi i mam dość mocy kręgosłup moralny, co w tym zawodzie jest podstawą.

Anne Hathaway przyszła na świat w listopadzie 1982 roku na Brooklynie w Nowym Jorku, ale dorastała w stanie New Jersey. Jej mama też jest aktorką, tata – prawnikiem. Sama zadebiutowała w 2001 roku w filmie „Pamiętnik księżniczki”, który doczekał się kontynuacji. Oprócz wymienionych tytułów, zagrała też w takich filmach, jak „Interstellar”, „Jeden dzień”, „Praktykant” czy „Oszustki”.

  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.