1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Uma Thurman: "Jestem szczęśliwa sama ze sobą"

Uma Thurman: "Jestem szczęśliwa sama ze sobą"

Uma Thurman podczas 64. Festiwalu Filmowego w Cannes. (fot. BEW PHOTO)
Uma Thurman podczas 64. Festiwalu Filmowego w Cannes. (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Robi wrażenie osoby, która nie boi się niczego. Wiele się na to składa - posągowa, chłodna uroda, wzrost i wyraziste role silnych kobiet, jak w „Pulp Fiction” czy „Kill Billu”. Z okazji 50. urodzin Umy Thurman przypominamy sylwetkę aktorki. 

Nowy Jork. Czerwony dywan przed premierą spektaklu „The Parisian Woman” w The Hudson Theatre. Broadwayowski debiut Umy Thurman. Wchodzą kolejne gwiazdy. Do bohaterki wieczoru podchodzi dziennikarka i pyta o opinię w sprawie coraz większej liczby kobiet mówiących o molestowaniu seksualnym w Hollywood. Uma wciąga powietrze. Odpowiada powoli i wyraźnie:

„Nie jestem dzieckiem. Nauczyłam się, że kiedy wypowiadam się w gniewie, zazwyczaj tego żałuję. Dlatego poczekam, aż będę mniej wściekła. Kiedy będę gotowa, powiem to, co mam do powiedzenia”
Thurman robi wrażenie osoby, która nie boi się niczego. Wiele się na to składa. Posągowa, chłodna uroda, dzięki której jest porównywana do Grety Garbo i Lauren Bacall. Wzrost, który sprawia, że niemal na wszystkich patrzy z góry. I wyraziste role silnych kobiet, jak w „Pulp Fiction” czy „Kill Billu”. Ale aktorka przyzwyczaiła wszystkich do swojego olimpijskiego spokoju, niemal chłodu. Nie traciła panowania nad sobą, nie zwierzała się, nie mówiła o szczegółach swojego życia osobistego. Zazwyczaj interpretowano to jako wpływ obecnej w jej życiu dzięki ojcu filozofii buddyjskiej. Tamtego wieczoru coś w niej pękło. Nie było w niej rezerwy, mówiła przez ściśnięte gardło, ledwie opanowując emocje. Później przyznała, że w rzeczywistości usiłowała ze wszystkich sił się nie rozpłakać.

Uma Thurman i John Travolta w niezapomnianej scenie z 'Pulp Fiction' (reż. Quentin Tarantino, 1994), fot. BEW PHOTO Uma Thurman i John Travolta w niezapomnianej scenie z "Pulp Fiction' (reż. Quentin Tarantino, 1994), fot. BEW PHOTO

Jestem ofiarą i zasłoną dymną

Pytanie właśnie ją o oskarżenia o molestowanie seksualne, szczególnie te kierowane pod adresem hollywoodzkiego producenta Harveya Weinsteina, nie było bezpodstawne. O jego zachowaniach opowiedziało wcześniej wiele kobiet, wśród nich: Gwyneth Paltrow, Angelina Jolie, Cara Delevingne, Mira Sorvino. A Weinstein był przez lata producentem filmów, w których grała Thurman. Jej zdanie było ważne i wszyscy chcieli je usłyszeć. Tak jakby miała decydujący głos. Im dłużej milczała, tym bardziej wydawało się, że za tym milczeniem kryje się tajemnica. Tylko że nikt nie może nikogo zmusić do opowiadania o własnych bolesnych doświadczeniach.

Niedługo potem, w lutym 2018 roku, w „The New York Times” ukazał się artykuł zatytułowany „This Is Why Uma Thurman Is Angry” (Oto dlaczego Uma Thurman czuje gniew). Tam po raz pierwszy opowiedziała o swoich doświadczeniach związanych z przemocą seksualną. Opowiedziała o gwałcie. Jako 16-latka mieszkała sama na Manhattanie. Pewnego zimowego dnia weszła do baru. Spotkała tam starszego o 20 lat aktora. Jego nazwiska nie ujawniła. Tego samego wieczoru zmusił ją do uprawiania seksu.

„Próbowałam mówić »nie«, płakałam, robiłam wszystko, co mogłam. Jednak kiedy powiedział mi, że drzwi są zamknięte, nie pobiegłam tego sprawdzić. A kiedy wróciłam do domu i popatrzyłam na siebie w lustrze, byłam zrozpaczona, że nie mam na rękach żadnych zadrapań i krwi. Zastanawiałam się, czy broniłam się wystarczająco”
Nie po raz ostatni będzie widziała winę w sobie.

Potwierdziła też to, czego można było się domyślać. Spotkanie z Weinsteinem. Rozmowa o wspólnych projektach. Nagle on się rozbiera i każe jej iść za sobą. Przez cały czas mówi o jakimś filmie. Półnagi wchodzi do sauny, zaprasza także ją. Thurman w butach, skórzanych spodniach i kurtce. Wychodzi. Wtedy jeszcze nie czuła zagrożenia. Nadal traktowała jego zachowania jak dziwactwa podstarzałego wujka ekscentryka. Dlatego atak podczas kolejnego spotkania w londyńskim hotelu był dla niej kompletnym zaskoczeniem.

„Popchnął mnie. Napierał na mnie. Próbował się obnażyć. Robił wiele nieprzyjemnych rzeczy”
Mimo że następnego dnia producent przysłał jej bukiet żółtych róż, pozostała nieufna. Słusznie, bo kiedy spotkali się po raz kolejny, zagroził, że zniszczy jej karierę. Thurman wspomina też o asystentkach Weinsteina – jej zdaniem doskonale wiedziały, co dzieje się podczas spotkań z aktorkami.

O wszystkim powiedziała Quentinowi Tarantino. Reżyser najpierw zbagatelizował sprawę, ale kiedy zorientował się, że Uma zachowuje się w obecności producenta nieswojo, postanowił z nim porozmawiać. Weinstein przeprosił za swoje zachowanie. Ale silne emocje pozostały w Umie do dzisiaj.

„Bardzo źle czuję się na myśl o tych wszystkich kobietach, które zaatakował po mnie. Jestem jednym z powodów, dla których każda kolejna młoda dziewczyna czuła się pewnie, wchodząc sama do jego pokoju, zupełnie tak jak ja kiedyś. Występuję w podwójnej roli: ofiary i zasłony dymnej dla sprawcy”
Uma Thurman brawurowo zagrała postać i przydomku 'Trujący Bluszcz' - 'Batman i Robin' (reż. Joel Schumacher, 1997), fot. BEW PHOTO Uma Thurman brawurowo zagrała postać i przydomku "Trujący Bluszcz" - "Batman i Robin" (reż. Joel Schumacher, 1997), fot. BEW PHOTO

Mój przyjaciel Quentin

Tarantino o Umie Thurman w 2004 roku: „Von Sternberg miał Marlenę Dietrich, Hitchcock – Ingrid Bergman, André Téchiné – Catherine Deneuve. A ja Umę. Łączy nas specjalna więź, z której jestem dumny”. W obliczu tej deklaracji opowieść o wypadku, który zdarzył się podczas kręcenia filmu „Kill Bill”, brzmi poruszająco. Thurman miała przejechać przez pustynię kabrioletem. Żeby wiatr efektownie rozwiewał jej włosy, musiała się rozpędzić do 70 km/h. Bała się. Tym bardziej że jeden z techników ostrzegał ją, że samochód przerabiany na planie może nie być w pełni sprawny. Sugerowała kaskaderkę. Ale Tarantino nie chciał tracić czasu – przekonał ją, że droga jest prosta, a samochód sprawny.

W trakcie kręcenia sceny Thurman straciła panowanie nad kierownicą i uderzyła w drzewo. „Siedzenie nie było odpowiednio przytwierdzone. A droga była piaszczysta i wcale nie prosta. Samochód stał się pułapką. Miałam unieruchomione nogi, czułam ból i pomyślałam: »O Boże, już nigdy nie będę chodzić«”. W konsekwencji wypadku aktorka do dzisiaj ma problemy z kręgosłupem szyjnym i kolanami. W „The New York Times” ujawniła, że producenci nie chcieli jej udostępnić nagrania z wydarzenia, dopóki nie podpisze deklaracji, że nie będzie się domagać odszkodowania. Nie podpisała.

Podczas kręcenia obu części filmu „Kill Bill” Thurman musiała znieść naprawdę sporo.

„Strzelano mi w głowę, gwałcono mnie, bito i siekano na kawałki samurajskim mieczem. Ten film powinien się nazywać »Kill Uma«”.
Tarantino w wywiadach, których udzielił po publikacji w „The New York Times”, przyznał, że aktorka podczas kręcenia sceny na pustyni bała się wsiąść za kierownicę. „Powiedziałem jej, że to bezpieczne. Nie było. Myliłem się. Nie zmusiłem jej, by wsiadła do samochodu. Zrobiła to, bo mi ufała”. Wypadek nazwał jedną z rzeczy, których żałuje w życiu najbardziej. Potwierdził też, że wiedział, iż producenci nie chcą udostępnić Thurman nagrania z wypadku. Z poczucia winy zdobył je i oddał Umie.

Aktorka umieściła film na Instagramie. W komentarzu dodała, że choć do wypadku doprowadziły „graniczące z przestępstwem zaniedbania”, to nie uważa, by wynikały one ze złej woli reżysera. Odpowiedzialnością za „niewybaczalną” próbę tuszowania sprawy obciążyła wyłącznie producentów filmu „Kill Bill”.

„Quentin żałował i żałuje, że doszło do tego przykrego wydarzenia, i po latach dał mi nagranie, bym mogła je upublicznić. Zrobił to z pełną świadomością, że osobiście może na tym ucierpieć. Jestem bardzo dumna, że wykazał się odwagą i postąpił jak trzeba”, napisała.
Można zrozumieć, że zachowanie Tarantino przyniosło jej ulgę. Okazało się, że opowiedzenie o tłumionych emocjach miało działanie oczyszczające i doprowadziło do naprawienia ich relacji. W końcu byli przyjaciółmi i razem osiągnęli coś niezwykłego. Nie ma listy najważniejszych dokonań w kinie bez „Pulp Fiction”, które trafiło do narodowych zbiorów Biblioteki Kongresu USA. A obie części „Kill Billa” są tak naprawdę opowieściami o odzyskiwaniu siły i pozycji przez kobiety.

„Nie pamiętam już, ilu ludzi zabija w tych filmach moja bohaterka. Z drugiej strony – kiedy liczby robią się dwucyfrowe, nie robi to zbyt wielkiej różnicy. To była ciężka praca i jedno z najtrudniejszych doświadczeń w moim życiu – nigdy tego nie ukrywałam. Po jakimś czasie odkryłam jednak, że młode kobiety uwielbiają postać, którą zagrałam. Kiedy je spotykałam, zamiast mówić, że film bardzo im się podobał – albo i nie, bo tak się też czasem zdarza – opowiadały, że »Kill Bill« pomógł im w życiu osobistym. Miały poczucie, że są wykorzystywane, tkwiły w złych związkach, nie czuły się ze sobą dobrze. Ten film dał im siłę, żeby coś zmienić. Zawsze uważałam, że warto się pomęczyć, żeby usłyszeć takie słowa”.

Krwawa Uma w doskonałej roli płatnej zabójczyni - 'Kill Bill' (reż. Quentin Tarantino, 2003), fot. BEW PHOTO Krwawa Uma w doskonałej roli płatnej zabójczyni - "Kill Bill" (reż. Quentin Tarantino, 2003), fot. BEW PHOTO

Nie chce słyszeć o małżeństwie

Uma nie ma szczęścia do związków. Jej pierwszą wielką miłością był aktor Gary Oldman, którego poznała na planie filmu „Henry i June”. Wzięli ślub niedługo potem. „Miałam zaledwie 20 lat. Nic nie wiedziałam o życiu. Gary był moim przewodnikiem”. Niestety, był także alkoholikiem. Odeszła od niego po dwóch latach.

Kilka lat później na planie filmu „Gattaca. Szok przyszłości” zakochała się w Ethanie Hawke’u. Ślub wzięli w niewielkiej kaplicy na Manhattanie. Uma była w ciąży. Kiedy urodziła się ich córka Maya Ray, na jakiś czas zamknęli się w swoim nowojorskim domu jak w twierdzy. Cztery lata później na świat przyszedł Levon. Uma miała to, o czym marzyła całe życie: szczęśliwą rodzinę. Kiedy po latach wspominała siebie z tamtych czasów, mówiła: „Byłam zakochana i nic więcej się dla mnie nie liczyło. Mogłam nie grać, z nikim się nie spotykać, nigdzie nie bywać. Liczył się dla mnie tylko mężczyzna, którego kochałam. W związek wtapiałam się zupełnie”.

Wtedy przyjęła rolę w filmie „Kill Bill” i skupiła się na wyczerpujących fizycznie przygotowaniach do roli, a jej szczęśliwe życie zaczęło się psuć. W końcu okazało się, że jej mąż ma romans z 22-letnią kanadyjską modelką Jen Perzow. Doniesienia o tym pojawiły się w prasie w tym samym momencie, w którym promowała film. „Mogłam zostać w domu i zrobić z tego jeszcze większy dramat. Wiedziałam jednak, że kiedyś i tak będę musiała odpowiedzieć na te wszystkie pytania dotyczące mojego małżeństwa”. Tylko raz opowiedziała o swoim stanie otwarcie – w programie Oprah Winfrey. Ze łzami w oczach mówiła o lęku przed samotnością, tęsknocie za mężem i niepokoju, jak rozstanie wpłynie na ich dzieci.

Rozwód zmienił jej stosunek do małżeństwa. „Przestałam ufać tej instytucji. Nie zamierzam być niczyją żoną. Jestem szczęśliwa sama ze sobą”. Co nie znaczy, że nie wiązała się przez ostatnie lata z mężczyznami. Jednym z nich był hotelarz André Balazs, właściciel m.in. słynnego Chateau Marmont w Los Angeles. Jeździli razem na wakacje, pokazywali się na oscarowych galach, aktorka spędzała czas w jego hotelowych apartamentach, ale nazywała go jedynie „dżentelmenem, z którym się widuje”. Kolejny związek, z francuskim finansistą i multimilionerem Arpadem Bussonem, z którym ma córkę Lunę, okazał się wyjątkowo burzliwy. Dwa razy ogłaszali zaręczyny i za każdym razem Uma je odwoływała. Ostatecznie dopiero w zeszłym roku, po długiej batalii, doszli do porozumienia w sprawie opieki nad córką. Uma mieszka teraz w Nowym Jorku, ma blisko trójkę swoich dzieci i, jak twierdzi, niczego więcej nie potrzeba jej do szczęścia.

Uma Thurman w ekranizacji słynnej powieści Victora Hugo - 'Nędznicy' (reż. Bille August, 1998), fot. BEW PHOTO Uma Thurman w ekranizacji słynnej powieści Victora Hugo - "Nędznicy" (reż. Bille August, 1998), fot. BEW PHOTO

Zmieniam zasady gry

Marzyła o teatrze. „W życiu można dostać dwie, trzy naprawdę znaczące role kinowe – i to wszystko. Może niektórym zdarza się to częściej, ale na pewno nie wszystkim. Kino przestaje się interesować aktorkami po 35. roku życia, a co dopiero tymi przed pięćdziesiątką. Prawdę mówiąc, nawet dla tych młodszych nie ma zbyt wielu ciekawych ról”. Dlatego kiedy w jej ręce trafił tekst „The Parisian Woman” o kulisach polityki w Waszyngtonie, od razu zobaczyła się w roli Chloe. „Podobały mi się jej pewność siebie, poczucie siły, niezależności i seksualna swoboda”. Przedstawienie okazało się sukcesem, a Uma zwyciężyła w plebiscycie organizowanym przez serwis broadway.com w kategorii najlepsza aktorka w spektaklu dramatycznym.

To nie był jej pierwszy kontakt ze sceną teatralną. Już po sukcesie „Pulp Fiction” próbowała zaistnieć w teatrze – zagrała w adaptacji Molierowskiego „Mizantropa” na scenie Off Broadway, ale krytycy nie zostawili na niej suchej nitki. Na długo zwątpiła w szansę na teatralną karierę. Chociaż jej zamiłowanie do aktorstwa zaczęło się od ról w szkolnych przedstawieniach. Uma jako wyjątkowo wysoka nastolatka o dużych stopach, tyczkowatej figurze, dużym nosie i dziwnym imieniu nie czuła się dobrze ze sobą w czasach szkolnych. A przez rówieśników była uznawana za dziwaczkę. Szansa, by stawać się kimś innym, okazała się dla niej wyzwoleniem i działała terapeutycznie. A kiedy w liceum zagrała główną rolę w „Czarownicach z Salem”, zainteresowali się nią agenci poszukujący młodych talentów. To przekonało jej rodziców, Roberta Thurmana, profesora studiów buddyjskich na Uniwersytecie Columbia, i „Nenę” von Schlebrügge, wcześniej modelkę, a potem psychoterapeutkę, by przenieść utalentowaną córkę do szkoły aktorskiej w Nowym Jorku. Jako 17-latka dostała pierwsze role filmowe: Venus w „Przygodach Barona Munchausena” i Cecylii de Volanges w „Niebezpiecznych związkach” Stephena Frearsa.

W ubiegłym roku zagrała w filmie Larsa von Triera „Dom, który zbudował Jack”, pełnej przemocy historii o seryjnym mordercy. Decyzja ryzykowna i zaskakująca. Ze względu na osobowość twórcy, a także doświadczenia podczas kręcenia z nim „Nimfomanki”. Von Trier podczas zdjęć usiłował wydobyć z niej „zwierzęcy ryk”. Uma grała zdradzoną żonę, załamującą się na oczach własnych dzieci. Musiała tę scenę powtarzać wiele razy, żeby krzyk był właśnie taki, jakiego oczekiwał reżyser. Można się tylko domyślać, z jakich emocjonalnych pokładów musiała skorzystać, żeby stanąć na wysokości zadania. Mimo to zdecydowała się pracować z nim po raz kolejny.

„Okazało się, że poprzednim razem jednak nie rozczarowałam go tak bardzo. Rola w »Nimfomance«, którą dla mnie napisał, była wyjątkowo wymagająca. Kiedy przeczytałam scenariusz nowego filmu, nie miałam wątpliwości, że chcę w nim zagrać”
Na konferencji z okazji premiery duński reżyser przyznał, że niemal wszyscy aktorzy, którym wysłał scenariusz, odmówili udziału w filmie. Poza Mattem Dillonem i właśnie Umą Thurman. „Mam wątpliwości, czy rzeczywiście potrafią czytać”, dowcipkował o obojgu. Von Trier znany jest z dziwacznego poczucia humoru. Kiedy siedem lat temu podczas festiwalu w Cannes „zażartował” na temat swojego zrozumienia dla Hitlera, na kilka lat stał się persona non grata. „Dom, który zbudował Jack” to dla niego powrót z wygnania – Uma postanowiła mu w tym towarzyszyć.
„Lubię pracę nad trudnymi filmami, więc rzadko zdarza mi się odrzucić rolę dlatego, że może się okazać zbyt dużym wyzwaniem. Myślę, że właśnie tego się ode mnie oczekuje”
'Lubię pracę nad trudnymi filmami' - wyznaje Uma Thurman, fot. BEW PHOTO "Lubię pracę nad trudnymi filmami" - wyznaje Uma Thurman, fot. BEW PHOTO

Moja europejska ojczyzna

Ostatnio Uma ma jeszcze jedną idée fixe. Myśli o powrocie do swoich europejskich korzeni. Jej dziadek Friedrich Karl Johannes von Schlebrügge urodził się na Śląsku, ale w latach 30. wyjechał do Szwecji. Jego córka, matka Umy, „Nena” Birgitte Caroline von Schlebrügge, wyjechała ze Szwecji do USA i stała się w latach 60. znaną modelką. Jej pierwszym mężem był apostoł LSD i ruchu hipisowskiego, Timothy Leary. Drugim – Robert Thurman.

Z myślą o przeniesieniu się do ojczyzny matki – na tę decyzję miała wpływ sytuacja polityczna w USA – aktorka uczy się szwedzkiego i w ubiegłym roku rozpoczęła starania o szwedzkie obywatelstwo.

„Jestem przygotowana do takiej zmiany. Wychowywali mnie socjaliści. A poza tym ciekawi mnie przeszłość mojej rodziny”
Można przypuszczać, że na przeprowadzkę na północ Europy nie będzie miała na razie ochoty starsza córka Umy. 20-letnia Maya Hawke stawia właśnie pierwsze kroki w świecie kina.

https://www.instagram.com/p/B5Rhj4rAZO1/

Maya zagrała już w serialu „Stranger Things” i nowym filmie Quentina Tarantino „Once Upon a Time in Hollywood”, opowiadającym o tragicznych wydarzeniach w domu Romana Polańskiego zaatakowanym w 1969 roku przez Rodzinę Mansona. To w pewien sposób zamyka historię związku Umy Thurman i Quentina Tarantino, a jednocześnie otwiera w nim zupełnie nowy etap.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Al Pacino - ikona kina, marzyciel, prowokator

Al Pacino (Fot. BE&W)
Al Pacino (Fot. BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Pretekstem do naszego spotkania jest serial „Hunters”. Sprawdziłam: pomijając dość jednak nietypowe „Anioły w Ameryce”, w klasycznym telewizyjnym serialu zagrał pan tylko raz, w „N.Y.P.D.” z... 1968 roku. A rzeczywiście, nie zwykłem grać w tego typu produkcjach. Ale zdaje się, że to jest teraz to, co robią koleżanki i koledzy aktorzy w tak zwanym wolnym czasie. A mamy go całkiem sporo, biorąc pod uwagę okoliczności.

Co pana, prócz wolnego czasu, skłoniło do tego projektu? Pieniądze. Brak innych interesujących ofert. Aktorstwo trzeba ćwiczyć, niemal jak mięśnie. Pamięć należy trenować, tak samo jak interakcje z ludźmi czy nowe formy komunikacji. Ja, mimo wieku, wciąż potrzebuję wyzwań, a serial „Hunters” miał szalenie ciekawy scenariusz. I choć początkowo otrzymałem tylko zarys pilotażowego odcinka, znałem zamysł całej fabuły. Był nieco kontrowersyjny, i to podobało mi się najbardziej. Zawsze lubiłem ryzyko wpisane w ten zawód.

To opowieść o grupie zapaleńców, która próbuje zwalczać neonazistowskie nowojorskie formacje. Gram kogoś, kto – można powiedzieć – stoi na czele całej tej zabójczej bandy. A jest to swoista galeria postaci. Mój bohater, Meyer Offerman, jest człowiekiem pełnym tajemnic, przetrwał obóz koncentracyjny i po wojnie wyemigrował z Europy do Stanów. Jego walka jest nie tyle formą zemsty, co świadomie wybranym sposobem na życie po traumie, której doświadczył w Auschwitz. To jest pytanie, które zresztą sam często stawiałem sobie w życiu: czy po formacyjnych, traumatyzujących doświadczeniach możliwy jest powrót do normalności? Meyer musi robić to, co robi, to jest jego forma na przepracowanie lęków i wspomnień. Próba zadośćuczynienia tym, którzy nie mieli tyle szczęścia, ile on.

Były protesty, że ta kryminalno-popkulturowa forma serialu nie licuje z tematem poobozowej traumy. Nie wiem, co z nim licuje, a co nie. Czasy mamy takie, że poprawność polityczna wydaje się delikatną formą cenzury. W sumie dość nieinwazyjną. Świat w związku z akcjami typu #MeToo wiele zyskał, ale też coś stracił.

Co? Brawurę, odwagę, świeżość, ryzyko, dystans. Obecnie sztuka i artyści cenzurują się sami. Zamiast tworzyć i bulwersować, zastanawiamy się, co wypada i kto pierwszy wytoczy nam proces. Sztuka i kultura nie powinny mieć tego typu ograniczeń. Prawdziwa twórczość, o czystej intencji, obroni się sama. A współcześni ludzie są na tyle wyczuleni i obyci, że są w stanie odróżnić chłam od czegoś wartościowego, nawet jeśli będzie to kontrowersyjne w wydźwięku. Wszystko jest kwestią intencji, od lat toczy się ta dyskusja, obecnie jednak przybiera ona karykaturalną formę. Inna sprawa, że zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że jego uczucia i poglądy w taki czy inny sposób zostały urażone. Gdzieś ostatnio przeczytałem, że zaczęto cenzurować kreskówki. Ludzie! Wolność polega między innym na tym, że mamy wybór. Takie zjawiska jak cancel culture czy online shaming [wykluczanie i ostracyzm, głównie w przestrzeni wirtualnych mediów – przyp. red.] bardzo mnie niepokoją czy wręcz złoszczą. Założę się, że w połowie filmów, w których grałem, pewnie dziś nie mógłbym wziąć udziału, bo uznane by zostały za szkodliwe obyczajowo i nie dopuszczono by ich do realizacji.

Któryś jest panu szczególnie bliski? „Człowiek z blizną”. A wie pani dlaczego? To jest mój nieodżałowany tytuł, bo jak tylko wszedł na ekrany, krytyka go zmiażdżyła. Ikoniczny i kultowy dla wielu film Briana De Palmy, do którego scenariusz napisał Oliver Stone, został zniszczony przez dziennikarzy i opinię publiczną. To było jak kubeł zimnej wody, którego nikt z nas się nie spodziewał. Dziś jest rzecz jasna inaczej, ale proszę mi wierzyć, o „Człowieku z blizną”, mimo nominacji do Złotych Globów, pisano niesłychanie niepochlebne rzeczy. I właśnie w takich okolicznościach, tuż po rozdaniu Oscarów – to był bodaj 1984 rok – któregoś dnia wychodziłem z knajpy i szedłem do auta. Patrzę, a tu nagle otacza mnie grupka osób. Nie miałem pojęcia, kim są ci ludzie.

Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW) Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)

Wyglądali groźnie? Nie, po prostu nie spodziewałem się zbiegowiska. Tymczasem oni stanęli w kręgu, poczułem się dosyć nieswojo, próbowałem żartować. Milczeli chwilę, po czym nagle jeden z mężczyzn wyciągnął statuetkę, która bardzo przypominała Oscara. Podał mi ją ze słowami: „To za rolę w »Człowieku z blizną«. Był pan najlepszy! Niech żyje Tony Montana! Dziękujemy!”. Zaczęli wiwatować, klaskać, gratulować. Po czym równie szybko jak się zebrali, rozpłynęli się w tłumie, a ja zostałem sam na środku pustego parkingu z fałszywym Oscarem w ręku [śmiech]. Mógłbym po latach pomyśleć, że wszystko to mi się przyśniło, ale ten nieprawdziwy, choć nie mniej ważny Oscar stoi do dziś na półce w moim biurze, obok tego, którego otrzymałem za rolę w „Zapachu kobiety”. Niech pani zgadnie, na którego patrzę z większą czułością.

Domyślam się. Piękna historia! Dzięki kinu mam takich wiele.

Przy okazji muszę spytać o Nowy Jork. W tym mieście zrealizował pan, oprócz „Człowieka z blizną”, wiele innych filmów, także akcja serialu „Hunters” rozgrywa się właśnie tutaj. Na ile to miasto jest dla pana ważne? Urodziłem się we wschodnim Harlemie, wychowałem w Bronksie. Kocham Nowy Jork, to mój dom. Ten prawdziwy, rodzinny, jedyny, do którego wraca się zawsze z dziwnym kołataniem w głowie... Oczy mi łzawią, serce się raduje. I z pewnością osadzenie serialu właśnie w tym miejscu i w tym czasie wpłynęło na moją przychylność względem projektu. Wszystko w „Hunters” zostało wystylizowane na koniec lat 70. Przywołano świat, którego już nie ma, a który jest mi szalenie bliski.

Stare nowojorskie przyjaźnie przetrwały? Czy w show-biznesie w ogóle możliwa jest prawdziwa przyjaźń? Oczywiście. Dam przykład jeden z wielu: to, że mogłem zagrać Jimmy’ego Hoffę w „Irlandczyku”, zawdzięczam mojemu serdecznemu przyjacielowi Robertowi De Niro. To on powiedział Martinowi Scorsesemu, że rola Hoffy jest stworzona dla mnie i nikt inny tego lepiej nie zagra.

Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW) Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW)

Najbardziej niezwykłe jest dla mnie to, że ze Scorsesem spotkał się pan po raz pierwszy dopiero teraz, na planie „Irlandczyka”. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, też wydało mi się to niewiarygodne. Ale to prawda, przez lata nasze drogi się nie przecinały, przynajmniej nie zawodowo, towarzysko znaliśmy się przecież, rozmawialiśmy nieraz. Z De Niro pracowaliśmy kilkakrotnie [„Ojciec chrzestny II”, „Gorączka”, „Zawodowcy” – przyp. aut.], a ze Scorsesem nie było nam dane, nad czym dziś, po latach, ubolewam. Wiem, że ominęła mnie praca z geniuszem kinematografii. Ale wracając do przyjaźni, proszę sobie wyobrazić, że kiedy Robert powiedział Martinowi, że to ja powinienem zagrać Hoffę, ten nie był przekonany.

Kręcił nosem? Niedorzeczne, prawda? [śmiech] De Niro nalegał jednak, żeby zaprosić mnie na zdjęcia próbne. Spotkaliśmy się najpierw we trzech, producent dołączył po godzinie, przeczytaliśmy kilka scen razem, dość szybko stało się jasne, że postać Hoffy jest na miarę moich możliwości. I mówiąc „dość szybko”, nie przesadzam, mam tu na myśli 40 minut. Scorsese natychmiast potwierdził mój angaż, agenci zaczęli sprawdzać terminy, kwestia gaży była drugorzędna. Ale gdyby nie konsekwencja, wręcz upór i siła perswazji De Niro, nie stanąłbym na planie „Irlandczyka”. To jedna z wielu odsłon przyjacielskiego gestu, solidarności i oddania. Robert wykazywał się taką postawą wielokrotnie, nie mówiąc o lojalności w życiu prywatnym.

A przecież mógł nie chcieć spotykać na planie innego aktora wielkiego formatu – fakt, przyjaciela, ale potencjalnie kogoś, kto może odebrać mu część splendoru, skraść uwagę widzów. Że niby ja Robertowi miałbym uszczuplić rzesze fanów? Po pierwsze, kumplujemy się, a kumple nie są o siebie zazdrośni. Raz się poróżniliśmy, ale było to wiele lat temu, chodziło o pewne autko, które zarówno ja, jak i Robert chcieliśmy mieć, a istniał tylko jeden egzemplarz. Po drugie, Robert to najskromniejszy facet, jakiego znam. Po trzecie, doskonale zna swoją wartość, a ktoś, kto wie, ile znaczy i co potrafi, nie będzie rozpatrywał obecności kolegi na planie w kategorii zagrożenia dla swojej pozycji. Obaj wiemy, na co nas stać. Dobrze nam się razem pracuje, co wcale nie oznacza, że jest to sam lukier i bita śmietana.

To jak by pan nazwał łączącą was relację? Pistacje z chili. Moja córka zaserwowała mi kiedyś taki deser. Dosłownie były to pistacje i płatki ostrych papryczek, wszystko zalane płynną gorzką czekoladą, a do tego koniaczek. Wybuchowa mieszanka, proszę mi wierzyć.

To jeszcze proszę powiedzieć, jak się zakończyła ta sprawa z autem. Ostatecznie kupiłem je ja, po czym jeździliśmy nim na przemian, miesiąc ja, miesiąc Robert. Nie wiem zresztą, o co było tyle hałasu, nigdy nie lubiliśmy sportowych samochodów [śmiech]. Byłem wtedy dość młodym chłopakiem, może pierwsza sława uderzyła mi do głowy? Ale nigdy też nie byłem gadżeciarzem, nie przywiązywałem wagi do materialnych wygód, moje partnerki wielokrotnie zarzucały mi, że jestem wręcz abnegatem, jeśli chodzi o życiowe udogodnienia czy jakiekolwiek objawy umiłowania luksusu. No, ale dziwnym trafem ów samochód, corvette, skradł moje serce. Z tamtego naszego sporu czy też rywalizacji o to, kto kupi auto, najbardziej cieszył się agent sprzedaży, umiejętnie windując cenę. Dzwonił do De Niro, mówiąc, że Pacino podwoił sumę, którą jest gotów zapłacić, a zaraz potem do mnie z informacją, że Robert przebija moją propozycję. I jaki morał z tej bajki?

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta? To też, ale ja bym powiedział, że przede wszystkim nie warto zajmować się w życiu sprawami błahymi, nieistotnymi. Po latach oddałem corvette’ę Robertowi w prezencie urodzinowym, a zaledwie kilka miesięcy później skradziono mu to auto. Nawet mnie to nie obeszło, martwiłem się jedynie o kumpla, że nie mógł nieco dłużej cieszyć się prezentem. Swoją drogą, choć samochód był bardzo efektowny, okazał się szalenie niewygodny w eksploatacji. Spotkaliśmy się z Robertem jakiś czas po kradzieży i pierwsze, co usłyszałem od mojego przyjaciela, to: „A wiesz, że odetchnąłem z ulgą”. Pytam więc, co się stało, a on na to: „Ile to cholerstwo paliło! Wystarczyło otworzyć drzwiczki i już spalałeś połowę baku! Doprowadzało mnie to do szału”. Dużo było z tego śmiechu, tym bardziej że obaj mamy opinię raczej mało rozrzutnych. Wiadomo – co innego było jeździć takim autem od czasu do czasu. Sprawy nabrały nowego wymiaru, kiedy Robert przesiadł się do corvette’y na co dzień. Wciąż drwimy z tej naszej dawnej, chwilowej fanaberii. No bo kto przy zdrowych zmysłach jeździłby corvette’ą do spożywczaka?! 

Al Pacino właśc. Alfredo James Pacino, rocznik 1940. Dzięwięciokrotnie nominowany do Oscara – statuetkę zdobył w 1992 roku za rolę niewidomego podpułkownika Franka Slade’a w dramacie „Zapach kobiety”. W jego dorobku są także cztery Złote Globy, jedna BAFTA , dwie Emmy, nagroda Amerykańskiego Instytutu Filmowego za całokształt twórczości. W 2011 roku został odznaczony amerykańskim Narodowym Medalem Sztuki.

  1. Kultura

Dobre kino na Święta. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

„Zabij to i wyjedź z tego miasta” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
„Zabij to i wyjedź z tego miasta” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Bez względu na to, jak spędzacie tegoroczne Święta Wielkanocne, warto podczas ich trwania znaleźć chwilę wytchnienia. I spędzić ją na przykład oglądając dobre kino. Wśród filmów dostępnych online w zasięgu ręki są ciekawe produkcje z całego świata, ale co powiecie na te, które powstały tutaj i pokazują nasz kraj z różnych ciekawych perspektyw?

„Zabij to i wyjedź z tego miasta”

(Fot. materiały prasowe Gutek Film) (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Jeden z najgłośniejszych filmów zeszłego roku. Wielki zwycięzca festiwalu w Gdyni (pierwsza w historii animacja nagrodzona Złotymi Lwami), pokazywany premierowo na Berlinale, wyróżniony na festiwalu w Annency. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” to opowieść bardzo intymna, projekt życia Mariusza Wilczyńskiego, który pracował nad tą niezwykłą produkcją aż 14 lat. To także hołd złożony przeszłości – mamie, bluesmanowi Tadeuszowi Nalepie, który był Wilczyńskiego przyjacielem i mentorem, a także, a może przede wszystkim rodzinnemu miastu, czyli Łodzi. Opowieść liryczna, rysowana charakterystyczną dla autora rozedrganą kreską. Niesamowite wrażenie robią także głosy osób, które Wilczyński przez lata zdołał zaprosić do współpracy. Jego film zdubbingowali m.in. Barbara Krafftówna, Krystyna Janda, Anna Dymna, Marek Kondrat, wystąpić zdążyli jeszcze Irena Kwiatkowska, Tomasz Stańko, Andrzej Wajda.

Do obejrzenia od 4 kwietnia w wirtualnej sali Kina Muranów (kinomuranow.pl/film/zabij-i-wyjedz-z-tego-miasta-seans-online) oraz na platformie Nowe Horyzonty VOD. 

„Prime Time”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nowość i spore zaskoczenie. Trudno uwierzyć, że „Prime Time” jest debiutem. Reżyser Jakub Piątek swoją pierwszą pełnometrażową fabułę nakręcił z dużym wyczuciem, dojrzale, dbając o najdrobniejszy szczegół. Akcja filmu toczy się w sylwestrowy wieczór, za kilka godzin zacznie się rok 2000. O latach 90. będzie się mówiło w czasie przeszłym, ale nadal doskonale widać je w tureckich swetrach, satynowych bluzkach, sztywnych od lakieru fryzurach z obowiązkowymi „pazurkami”. Do studia telewizyjnego, skąd nadawany jest konkurs audiotele, wdziera się uzbrojony napastnik (Bartosz Bielenia). Jego zakładnikami stają się przypadkowy ochroniarz (Andrzej Kłak) i prowadząca program (Magda Popławska). Chłopak z bronią ma jedno żądanie – chce ogłosić coś na żywo na wizji. W budynku telewizji pojawiają się policyjni negocjatorzy i ekipa antyterrorystyczna, liczy się każda minuta. Czy napastnikowi wymachującemu bronią można oddać we władanie antenę? Wszystko to brzmi być może jakby chodziło o klasyczne kino akcji, a jednak „Prime Time” jest czymś więcej. To film z mocnym przekazem, inteligentny, zaskakujący. Dodatkowy plus za mistrzów trzeciego planu, doskonale obsadzonych naturszczyków w rolach pracowników telewizji.

Do obejrzenia na platformie Netflix.

„Dzikie róże”

(Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty) (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)

Film nakręcony przez kobiety – wyreżyserowany przez Annę Jadowską i sfilmowany przez Małgorzatę – z rewelacyjną rolą Marty Nieradkiewicz. Jak go polecić, nie zdradzając zbyt wiele? Główna bohaterka Ewa mieszka na dolnośląskiej wsi. Z dwójką dzieci i mężem, choć w praktyce zwykle bez niego, bo ten pracuje w Norwegii, żeby zarobić na wykończenie ich domu. Ewa ma też, jak się wkrótce okazuje, romans z sąsiadem, zapatrzonym w nią nastolatkiem. To zresztą tylko wierzchołek góry lodowej, bo pod powierzchnią kryje się więcej zagmatwanych relacji, emocji, starannie ukrywanych sekretów. Rzadko polskie kino tak wnikliwie przygląda się prowincji, bez oceniania, spłycania, poczucia wyższości. Rzadko kiedy twórcy tak wnikliwie i ze zrozumieniem przyglądają się kobiecie i powierzonym jej rolom, które tak często bardzo trudno pogodzić. Reżyserka odkrywa kawałek po kawałku różne prawdy, racje, motywy postępowania poszczególnych postaci. Wszystkie pokazane tu osoby mają coś na sumieniu, i właściwie wszystkie są tak samo niewinne, każdą da się jakoś zrozumieć, bo to kino kręcone z dużą empatią.

Do obejrzenia na platformach ncplusgo.pl, Nowe Horyzonty VOD, Chili, ipla.pl, vod.pl, vod.tvp.pl.

„Lekcja miłości”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dokument, który zwyciężył w konkursie „Zwierciadła” na zeszłorocznym festiwalu Docs Against Gravity. Festiwalu, który – przypominam – w tym roku rozpoczyna się 21 maja i odbędzie się najpierw na żywo, natomiast w czerwcu ruszy w wersji online. „Lekcję miłości” postanowiliśmy nagrodzić dlatego, że zakochaliśmy się w głównej bohaterce. Nie chodzi tylko o to, że pani Jola jest kobietą z niesamowitym wyczuciem stylu. Ale przede wszystkim o jej niezłomną wiarę, że ma prawo być kochana i szanowana. Po 45 latach małżeństwa decyduje się uwolnić z przemocowego związku i zaczyna wszystko od nowa. Opuszcza Włochy, gdzie kiedyś wyemigrowała z mężem i dziećmi, i wraca do rodzinnego Szczecina. Zapisuje się na lekcje śpiewu, spotyka się z dawnymi przyjaciółkami, chodzi na tańce i na tańcach właśnie poznaje mężczyznę, który jest jej szansą na miłość. Jest to więc, zgodnie z tytułem, opowieść o miłości (z happy endem!), o pani Joli, o kobietach różnych pokoleń, bo córki głównej bohaterki i jej przyjaciółki zabierają tu głos i mówią o sobie tak szczerze, jak to tylko możliwe.

Do obejrzenia na platformach: HBO GO, ipla.pl, player.pl, vod.mdag.pl.

„Smak Pho”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ciekawy kulturowy miks, bo reżyserka „Smaku pho”, czyli Japonka Mariko Bobrik filmówkę kończyła w Łodzi i postanowiła nakręcić film o Wietnamczykach w Warszawie. W jednym z wywiadów Bobrik mówiła, że smak tytułowej pho kojarzy jej się z poczuciem bezpieczeństwa: miska pełnowartościowej zupy, która cię rozgrzeje i nasyci. Oglądamy tu codzienność pana Longa, kucharza, specjalisty od pysznej pho, pracującego w wietnamskiej knajpce w centrum Warszawy. Sam wychowuje córkę, elokwentną dziesięciolatkę Maję, która rozterki, kiedy być „bardziej wietnamska”, a kiedy „bardziej polska” rozstrzyga na bieżąco, według tylko sobie znanego klucza. I chociaż Maja wychodząc co rano na lekcje tuż za progiem mieszkania wyrzuca wietnamskie dania, które przygotowuje jej do szkoły tata (woli podkradać koledze „normalne” kanapki) i zmienia wyprasowaną przez tatę spódniczkę na „normalne” dżinsy, doskonale widać, że ojciec z córką są sobie bardzo bliscy. W ich życiu za chwilę nastąpią spore zmiany. Pracodawca pana Longa wraca do Wietnamu, a knajpę przejmuje nowy właściciel, zamieniając lokal w restaurację serwującą sushi, curry i kebab. Panu Longowi przez jakiś czas wydaje się, że to katastrofa, ale może niekoniecznie, może wystarczy zmienić podejście? Familijny, optymistyczny, nakręcony z humorem film o bliskości i wyobcowaniu, małej codzienności. Rozgrzewający od środka jak zupa pho.

Do obejrzenia na platformach: www.piecsmakow.pl/wdomu, HBO GO, player.pl, ipla.pl, ncplusgo.pl.

  1. Kultura

"Oto my" - pokaz specjalny z okazji Światowego Dnia Świadomości Autyzmu

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Oto my". (Fot. materiały prasowe Best Film)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
"Oto my" to wzruszająca historia jednoczesnego dorastania ojca i jego autystycznego syna oraz podróży, która odmieni ich życie. Już dziś zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Światowego Dnia Autyzmu.

Aharon z oddaniem wychowuje swojego syna, Uriego. Żyją we dwóch, zanurzeni we własnej codziennej rutynie, tak bardzo różniącej się od świata, jaki znamy. Gdy Uri staje się formalnie dorosły, ma zamieszkać w specjalistycznym domu opieki. Czy jest na to gotowy? Aharon uważa, że nie, ale może w rzeczywistości sam nie dorósł do rozstania… W drodze do placówki ojciec podejmuje decyzję o wspólnej ucieczce.

Chwytający za serce, pogodny, czuły i zaskakujący. Taki właśnie jest film "Oto my" wielokrotnie nagradzanego izraelskiego reżysera Nira Bergmana, który znalazł się w oficjalnej selekcji MFF Cannes 2020. Znakomite kreacje aktorskie na długo zapadają w pamięć. Szczególne brawa należą się odtwórcy roli autystycznego syna Noamowi Imberowi, który porywa niczym Dustin Hoffman w „Rain Manie”.

https://youtu.be/ZvRabEXRH-s

Razem z Best Film zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Międzynarodowego Dnia Autyzmu. Pokaz filmu odbędzie się 2 kwietnia o godz. 20:00 na platformie mojeekino.pl. Sprzedaż biletów rozpocznie się 2 kwietnia o godz. 18:00. Film będzie dostępny na platformie przez 24 godziny jednak nie dłużej niż do 3 kwietnia godz. 20:00. Po tej godzinie nie będzie możliwości obejrzenia filmu, nawet po zakupie biletów. Rekomendujemy aby rozpocząć oglądanie najpóźniej 3 kwietnia o godz. 18:00. Po zakupie biletów seans jest aktywny przez 4 godziny.

  1. Kultura

Debiut reżyserski Viggo Mortensena "Jeszcze jest czas" już na VOD

"Jeszcze jest czas" to subtelna historia o relacjach rodzinnych zawieszonych pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Viggo Mortensen w swoim poruszającym i pełnym czułości debiucie reżyserskim oraz aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem z pewnością skradnie wasze serca. Film "Jeszcze jest czas" od dziś dostępny jest na platformach VOD. 

"Jeszcze jest czas" to subtelna historia o relacjach rodzinnych zawieszonych pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. John wiedzie szczęśliwe życie w Los Angeles, gdzie mieszka razem ze swoją rodziną. Kalifornia to przyjazny i otwarty dla wszystkich świat, zupełnie inny niż dom rodzinny Johna, w którym wciąż mieszka jego ojciec – farmer Willis przywiązany do ziemi i konserwatywnych wartości.

Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe) Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)

Kiedy Willis zaczyna podupadać na zdrowiu, przenosi się do Los Angeles, by zamieszkać z Johnem i jego rodziną. Czy ojciec i syn, których od lat dzieli wszystko, będą potrafili porozumieć się i zaakceptować dzielące ich różnice? W rolach głównych występują: jeden z najwszechstronniejszych aktorów swojego pokolenia Viggo Mortensen ("Władca Pierścieni", "Green Book"), Lance Henriksen ("Obcy - decydujące starcie", "Truposz") oraz Laura Linney ("Truman Show", "To właśnie miłość").

W filmie 'Jeszcze jest czas' Viggo Mortensen nie tylko gra główną rolę, ale jest też reżyserem oraz autorem muzyki. (Fot. materiały prasowe) W filmie "Jeszcze jest czas" Viggo Mortensen nie tylko gra główną rolę, ale jest też reżyserem oraz autorem muzyki. (Fot. materiały prasowe)

Zanim jeszcze świat zachwycił się jego interpretacją Aragorna w trylogii "Władca Pierścieni" Petera Jacksona, Viggo Mortensen błyszczał m.in. w dreszczowcu "Karmazynowy przypływ", hitchcockowskim kryminale "Morderstwo doskonałe", surrealistycznej satyrze "Ewangelia wg Harry'ego" czy dramatach akcji "Tunel" Roba Cohena i "G.I. Jane" Ridleya Scotta.

Mimo ogromnego sukcesu kasowego "Władcy Pierścieni", aktor nie związał się jednak nigdy z kinem komercyjnym. Poszukiwał w zamian ciekawych i niezależnych reżyserskich głosów. Zagrał m.in. u Davida Cronenberga w "Historii przemocy", "Wschodnich obietnicach" i "Niebezpiecznej metodzie", czy nagrodzonym Oscarem "Green Book" Petera Farrelly'ego. "Jeszcze jest czas" jest natomiast jego debiutem reżyserskim.

"Jeszcze jest czas" na VOD już od 31 marca.

https://www.youtube.com/watch?v=0sfMheC4FF4

 

  1. Kultura

Maria Pakulnis - parę osób, mały czas

Maria Pakulnis: Niczego nie żałuję. Po prostu kocham żyć. (Fot. Szymon Szcześniak/LAF)
Maria Pakulnis: Niczego nie żałuję. Po prostu kocham żyć. (Fot. Szymon Szcześniak/LAF)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Aktorka brawurowa. Gra kobiety wyraziste, mocne, pewne siebie. Niosą tajemnicę, którą ona przez lata skrywała. Maria Pakulnis w serialu „Osiecka” gra zranioną mamę Agnieszki, chodzące dobro, jakby próbowała przytulić świat.

Oglądając pani wspaniałą rolę matki Agnieszki Osieckiej, zastanawiałem się, skąd pomysł na obronę jej beznadziejnej miłości do porzucającego ją męża. Znam obyczajowość epoki, w której się wychowała, dokładnie pamiętam takie panie z sąsiedztwa. Ludzie przeżywali ze sobą piekło, ale się nie rozstawali. Żony nie godziły się na rozwód, bo nie umiały zostać same. Maria Osiecka, ta z serialu, wciąż mogłaby dźwignąć nowe życie. A nawet nie chciała wyjść z domu. Uznała, że jeśli ludzie nie będą jej widywać, to nie będą mówić. Na początku jeszcze się ubierała, ale potem została w koszuli nocnej i szlafroku. Dzisiaj umielibyśmy rozpoznać w tym jeden z objawów depresji. Panią Osiecką widziałam może ze dwa razy, odwiedzając Agnieszkę, przemykającą w szlafroku do kuchni, kłaniałam jej się z daleka.

Gra ją pani tak, jakby zawsze była gotowa do stworzenia domu, cokolwiek by się stało. Żyła nadzieją, że stanie się cud i może Wiktor chociaż na Wigilię przyjdzie. Zostały same. Kiedy Agnieszka się wyprowadzała, Maria próbowała wywierać na niej presję. „Nie zrobisz mi tego” – mówiła. Kiedy Agnieszka tłumaczyła, że ma prawie 30 lat, usłyszała od matki: „A ja 70”.

Kim była dla pani Agnieszka Osiecka? Kiedy ją poznałam, miałam 28 lat, ona 48. Poznałyśmy się u mnie w domu, bo Krzysztof [Zaleski, mąż] zaprosił ją, aby porozmawiać o przedstawieniu „Niech no tylko zakwitną jabłonie”, bardzo chciał je wyreżyserować. Potem bywała u nas często – nie tylko kiedy pracowali nad scenariuszem. Przesiadywała ze mną w kuchni, podpierając głowę, rozmawiałyśmy na różne tematy, a ja patrzyłam na jej piękne dłonie. Podjeżdżała swoim autem, myśmy nie mieli samochodu, żyliśmy skromnie, i zarządzała spontaniczne wycieczki. Pamiętam taki wyjazd nad morze. Była jesień, ale wciąż jeszcze ciepły dzień, leżeliśmy na piasku na zupełnie pustej plaży. Snuliśmy rozmowy, spokojne, ciche. Czułam się jak w sztuce Czechowa. Jej piękno udzielało się światu. Spotkania z nią były dla mnie kojące. Była właściwie ptakiem, sfruwała do nas, ale nie pozwalała się schwycić. Byłam młoda, zapatrzona w jej naturalność. Nigdy nie była umalowana, czasami z jakiejś okazji używała czerwonej szminki. Nie farbowała włosów. Eteryczna, zjawiskowa. My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent.

A jednak każda z was miała swój styl. Miałyśmy poczucie estetyki dzięki obracaniu się w specyficznym środowisku. Docierały do nas modowe nowinki ze świata, a musiał wystarczyć bazar w Rembertowie, gdzie zresztą ubierały się głównie panie śpiewające na estradach. Można tam było kupić trochę odważniejsze ciuchy. Od czasu do czasu jeździłyśmy po pończochy. Ale podstawowe to było mieć małą czarną, która służyła nam przez lata. Pamiętam, że jako dziewczyna bardzo długo zbierałam pieniądze, żeby kupić do niej klasyczne szpilki.

W jednym z wywiadów mówiła pani, że w szkole teatralnej urodziła się na nowo. To co było przed? To ogromna cezura. Byłam w mojej rodzinie pierwszym pokoleniem urodzonym w Polsce. Rodzina, ze strony ojca i matki, mieszkała na Litwie. Uciekali do Polski przed „ruskimi”. Osiedlili się na Mazurach, w Giżycku, wtedy dość szarym miasteczku. Były prawdziwe zimy i piękne lata. Jeziora i lasy. Nic się właściwie nie działo do powstania słynnego kina Fala, którego kierownikiem został nasz sąsiad. My, dzieci, chodziliśmy na poranki filmowe. To była mała społeczność, skupiona wokół jednej ulicy, która nas wychowywała, bo nikt się specjalnie dziećmi nie przejmował, nie organizował nam czasu. Starsze dzieci nas edukowały, wymyślały dla nas zabawy. Ktoś postanowił, że zrobimy cyrk, fajnie, może nawet zarobimy, sprzedając bilety po złotówce.

Dlaczego cyrk? Bo czasem przyjeżdżał do Giżycka prawdziwy cyrk z oświetloną areną, artystami w kolorowych kostiumach, orkiestra gra, gaśnie światło i jest magia. Siedziało się na drewnianych ławkach. Ktoś z rodziców pracował w wojsku, a była w Giżycku duża jednostka, i załatwił ogromny namiot. Pinezkami przywiesiliśmy plakaty na naszej lipowej alei. W namiocie był zawieszony trapez, na którym ćwiczyłam w stroju wyszytym cekinami. Miałam pewnie siedem lat. Na głowach grzywy z białej bibuły, bo przygotowaliśmy też taniec koników. Zrobiła się potem afera, że to nielegalne.

Pani rodzice, którzy zostawili wszystko na Litwie, umieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości? Poznali się na Litwie, byli bardzo młodzi. Zakochali się w sobie. Wojna to pokrzyżowała. Mój ojciec był w wileńskim AK razem ze swoim starszym bratem Henrykiem, który kończył prawo na Uniwersytecie Wileńskim [do 1939 roku Uniwersytet Stefana Batorego – przyp. red.]. Henryk jako oficer został zastrzelony w Katyniu. Mój ojciec ukrywał się w lasach. Ujawnił się, kiedy przyszedł nakaz NKWD – groził wywiezieniem na Syberię, jeśli tego nie zrobi. Więc się ujawnił i wywieźli go na Workutę. Dziadkowie uciekli do Polski. Dziadek, który znał się na kolejnictwie, znalazł pracę w Giżycku. Nie wiedział, co stało się z jego synem. Kiedy po paru latach wypuścili ojca z obozu pracy, odnalazł rodzinę przez Czerwony Krzyż. Wysiadł w Giżycku z pociągu, rodzony ojciec go nie rozpoznał, tak był zniszczony. Tymczasem rodzina mojej mamy osiadła pod Wrocławiem. Tam odnalazł ją mój tata. Zeszli się. Przywiózł mamę do Giżycka, założyli rodzinę. Ale było ciężko. Zwłaszcza mamie, bo była daleko od swoich bliskich.

Doświadczenia wojenne pani ojca miały wpływ na życie rodziny? Mogę się tylko domyślać, bo sam nie chciał opowiadać. Może nie mógł? Bał się? Był przystojnym, wysportowanym mężczyzną. Miał dużo energii. Ale nie do końca się pozbierał po wojnie. Pił. Nie potrafili się z mamą porozumieć. Możliwe, że mama była w głębokiej depresji. Dzieci tego nie wiedzą, prawda? Dzieci chcą być bezpieczne, czuć się potrzebne.

A pani tego nie czuła? Nie, nigdy. Ale może pewnych spraw nie rozumiałam? Na pewno czułam się gorsza i jakaś taka… Jednocześnie miałam poczucie dumy, więc bardzo wiele chowałam w sobie. Wiedziałam, że nikt za mną nie stoi, bałam się, a byłam po prostu małym człowiekiem. Nie przeszła mi przez głowę myśl, że moje życie mogłoby inaczej wyglądać. Mogłam jedynie o czymś marzyć, coś sobie wyobrażać.

O czym pani marzyła? O jasności, cieple, miłości…

Żeby ktoś przytulił? Żeby ktoś przytulił. Tak było… Gdyby nie pojawiło się aktorstwo, to byłabym wspaniałą pielęgniarką w szpitalu w Giżycku. Przez pięć lat na praktykach w liceum pielęgniarskim robiłam z pasją to, co mi kazano. Byliśmy uczeni oddania drugiemu człowiekowi. To była szkoła z dyscypliną, jak zakon. Nosiłyśmy szare fartuszki z białym kołnierzykiem, białymi mankietami, czepkiem, który trzeba było codziennie ręcznie prać, krochmalić i prasować. Pielęgniarstwo wydawało mi się świetnym fachem, chciałam jak najszybciej pójść do pracy i na siebie zarabiać. Dobrze, że mogłam skończyć takie liceum. W nim wzięła mnie pod swoje skrzydła polonistka, pani Krystyna Drab, zasugerowała, że mogłabym zdawać do szkoły teatralnej. Nie wiem dlaczego. Nigdy nie byłam specjalnie otwarta. Należałam do tych, które z boku obserwują. Widocznie zobaczyła to coś, co ukrywałam. W tym czasie jej syn zdawał na reżyserię dźwięku, więc przywiozła nas do Warszawy na egzaminy. Była pierwszą, która się mną zaopiekowała. To ona znalazła mnie na liście przyjętych na studia. To było wielkie szczęście. Mogłam zacząć stawać się dojrzałym człowiekiem.

To był pani anioł? Tak, zdarzył się cud.

Jeszcze na studiach zagrała pani w filmie „Dolina Issy”. Kogo pani widzi, gdy patrzy na siebie tamtą? Siebie, która rodzi się na Litwie. Wtedy zadawałam sobie pytanie: jak by wyglądało moje życie? Przecież mogłam się tam urodzić. Mała wieś, domy rozrzucone po pagórkach, rzeczki. To jedno z moich najpiękniejszych wspomnień z pracy. Do tego reżyserował pan Tadeusz Konwicki – cudny, ciepły człowiek, też z Litwy, i jak ja – zodiakalny Rak.

Co by pani powiedziała tej dziewczynie? Śmiej się z głupot. Nie bierz wszystkiego do siebie. Nie bój się. Jeżeli przychodzi złe, a do każdego przychodzi, to odejdzie. Na końcu jest światło. Póki człowiek żyje, daje radę. Czasem trzeba popełnić głupstwo, podjąć trudną decyzję, zaryzykować.

Tak zaryzykowała pani tuż po szkole teatralnej, wyjeżdżając do Słupska. Skąd taki pomysł? To było rok przed stanem wojennym. Marek Grzesiński, który reżyserował nasz dyplom, wyjeżdżał objąć tam teatr, montował drużynę. Mieliśmy robić wielkie rzeczy. Całą grupą zdecydowaliśmy, że jedziemy. Tymczasem dostałam telefon z Teatru Współczesnego. Poszłam na spotkanie i powiedziałam dyrektorowi Maciejowi Englertowi, że jestem po słowie z ludźmi z mojego roku. W tamtej sekundzie nie pomyślałam, jaką szansę mi daje. To do mnie dotarło, kiedy wyszłam z teatru. Wpadłam w rozpacz. Powiedziałam kolegom, że chyba zostanę w Warszawie. Odpowiedzieli, że wobec tego też nie jadą. Poczułam odpowiedzialność za wszystkich, ale byłam załamana. Nie było nikogo, kto by mi poradził. Wtedy zadzwonił dyrektor Englert i powiedział, że rozumie, bo sam był kiedyś w podobnej sytuacji. „Do zobaczenia za rok” – usłyszałam. To był moment euforii. Wyjechaliśmy. Wytrzymaliśmy jeden sezon. Kiedy zrobiła się zupełna beznadzieja, podobnie jak wszędzie, zrozumieliśmy, że coś się szykuje, że trzeba szybko wracać. Tak się szczęśliwie złożyło, że Maciej Englert po roku przyjął mnie do zespołu. Bardzo szybko zrozumiałam, że najważniejszy jest start przy wybitnych artystach, mistrzach.

Krzysztof Zaleski powiedział pani, co pomyślał, widząc panią po raz pierwszy? Myśmy o sobie nie mówili. Bankietowaliśmy, szczególnie w stanie wojennym, bo kiedy chcieliśmy się wieczorem spotkać i pogadać, to musieliśmy siedzieć do rana z powodu godziny policyjnej. Kiedy Krzysztof mnie zobaczył, byli wokół mnie ludzie, to było spontaniczne spotkanie. Słuchaliśmy świetnego jazzu, rozmawialiśmy o spektaklu, do którego się szykował. Lubiłam go, bardzo mi się podobał, ale zakochaliśmy się w sobie jakoś tak po drodze. Tak wówczas było – chemia między ludźmi rodziła się z rozmów, poznawania się. Krzysztof był erudytą, rozmowy z nim były fascynujące. W ogóle tyle brało się z bycia z ludźmi. To było najważniejsze. Pierwszy festiwal filmowy odbywał się jeszcze w Gdańsku, nie było czerwonych dywanów, przebierania się. Liczyły się filmy. Po projekcjach były nasiadówki albo spacery. Pamiętam, jak Sławek Idziak prowadził nas, wesołą grupę, nocnym Gdańskiem. Taki był nasz świat, prosty, zwyczajny. Trzymaliśmy się razem, bo byliśmy na siebie zdani. Filmy powstawały bez gonitwy, szarpania się. Naszą świętością był teatr. Każde słowo wypowiadane ze sceny coś znaczyło.

Aktorstwo to terapia? Oczywiście, bardzo mi pomogło, bo długo nie wiedziałam, kim jestem. Bywałam różnymi postaciami. Mierzyłam się z psychiką obcych postaci, wchodziłam w nią głęboko, stawałam się nimi i w ten sposób szukałam swojej tożsamości. Nawet nie wiem, jak to nazwać. Grając, mogłam pewne sprawy wykrzyczeć, wypowiedzieć, przeżyć. Kim jestem? To pytanie nieustannie we mnie było. Co ty, człowieku, możesz dać drugiemu i sobie?

Pani mąż mówił, że można być pokonanym, ale nie zwyciężonym. Teraz, po tylu latach, osiągnęłam już pewien spokój i pełną świadomość tego, na co mnie stać. Ale na pewno przez całe życie przepracowywałam masę tematów. To za długa rozmowa by była… Pewność siebie i swoich decyzji zabija wrażliwość. Kiedy urodziłam syna, uczyłam się relacji z tym małym człowiekiem, uczyłam się tak patrzeć, żeby go zrozumieć i coś mu przekazać. Zalewałam małego Jasia miłością, jakiej sama nie miałam. Byłam już dojrzałą matką, najstarszą na oddziale położniczym. Miałam 33 lata i byłam starą pierworódką. Wiedziałam, że skoro zdecydowałam się na dziecko, to teraz będę je kochać, kochać, kochać.

A kiedy syn się do pani przytulał? Rozpływałam się szczęśliwa. Nawet dzisiaj to czuję, kiedy mój wyższy ode mnie i dorosły syn obejmuje mnie ramieniem i mówi: „Matka, kocham cię. Jesteś moim największym przyjacielem”. Pamiętam, kiedy pierwszy raz powiedział do mnie: „Mama”. Narodziło się uczucie nie do opisania.

Zawsze była pani gotowa tworzyć dom, dawać go innym? Pytam o to, pamiętając pani rolę Marii Osieckiej. Nigdy nie skupiałam się na tym, żeby leżeć, pachnieć i uczyć się ról. Twardo chodzę po ziemi. Musiałam wszystko zabezpieczyć, tak by dom w pełni funkcjonował. U mnie zawsze wszystko było przygotowane, zorganizowane, łącznie z wakacjami. Zawsze ogarniałam wiele frontów. Pełna logistyka – zakupy, gotowanie, żeby ugościć przyjaciół, uszczęśliwić, dawać dobro, tak, dawać dom.

A za panią ktoś ogarniał sprawy? Niekoniecznie.

Maria Pakulnis: My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent. (Fot. Szymon Szcześniak) Maria Pakulnis: My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent. (Fot. Szymon Szcześniak)

Widziałem panią w teatrze Komedia. Ma pani frajdę z dawania radości widzom? Ostatnią moją rolą w teatrze Ateneum była matka, która straciła dziecko, w „Trash Story”, dojmującym spektaklu. Mam piękne wspomnienia z tej pracy, bo spotkałam Jadzię Jankowską-Cieślak, która zawsze była dla mnie mistrzynią. Ale był to czas, kiedy odchodził mój mąż. Przez dwa lata zajmowałam się nim. Moje umiejętności pielęgniarskie bardzo się przydały. Po śmierci Krzysztofa poczułam się psychicznie zmuszona do odejścia z teatru. Podjęłam wielkie ryzyko, po 20 latach na etacie, ale poczucie krzywdy, niezgoda na to, jak mnie potraktowano, i duma Litwinki wzięły górę. Zostałam sama z dzieckiem i musiałam na nowo zbudować rzeczywistość. Moim jedynym zabezpieczeniem było mieszkanie. Wpadłam w panikę. Wtedy Tomasz Dutkiewicz zaproponował mi udział w spektaklu „Dziewczyny z kalendarza” w teatrze Komedia. Znałam film, tekst był dobry. Z przyjemnością zagrałam. Spektakl bardzo podobał się publiczności. Pojawiły się kolejne lekkie role. Każde zadanie traktowałam zawsze jako kształtowanie warsztatu. Jestem wdzięczna Tomkowi, dzięki niemu mogłam żyć normalnie i się rozwijać. Umiem przekazać głębokie treści, ale też widza rozśmieszyć, co jest jeszcze trudniejsze, by po sekundzie go wzruszyć, pozwolić mu w siebie zajrzeć.

Do stawania się dojrzałym człowiekiem potrzeba wybaczenia? Oczywiście. Dawno wybaczyłam wszystkim, którzy mnie skrzywdzili, niesprawiedliwie oceniali. Sama nauczyłam się nikogo nie oceniać.

Pani zajmowała się mamą pod koniec jej życia. Tak.

Wyjaśniłyście to sobie? Nie umiałyśmy nawiązać kontaktu. Po prostu wypełniałam obowiązki. Nie wiem, na czym polegała ta przepaść między nami. Może nie umiała inaczej?

Powiedziała jej to pani? Cały czas żyła tak, jakby nie opuściła Litwy. Nie musiała tego mówić. Wiedziałam, co się dzieje. Była tylko tęsknota. To życie tu, teraz nie liczyło się. Wspominała piękne dzieciństwo, młodość, spotkania, powozy, przyjęcia… To był jej świat. Też mam bardzo pojemną pamięć, ale żyję tu i teraz. Niczego nie żałuję. Po prostu kocham żyć. 

Maria Pakulnis aktorka. Była związana z warszawskimi teatrami: Współczesnym, Dramatycznym, Ateneum. W kinie debiutowała na studiach („Dolina Issy”). Ważniejsze role stworzyła w filmach: „Bez końca”, „Dekalog III”, „Jezioro Bodeńskie”, „Obywatel Piszczyk”, „Konsul”, „Pajęczarki”, „Bezmiar sprawiedliwości”, a także w serialach: „Ekstradycja”, „Tylko miłość”, „Prawo Agaty”, a ostatnio także „Osiecka” i „Żywioły Saszy”. Laureatka nagród: im. Zbigniewa Cybulskiego, aktorskiej na MFF w Taorminie, Brązowych Lwów na FPFF w Gdańsku, Złotego Ekranu, Wielkiego Splendoru, a także za kreację aktorską na festiwalu Dwa Teatry.