1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Zgłoś swojego faworyta do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego

Zgłoś swojego faworyta do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego

materiały prasowe
materiały prasowe
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Do niedzieli można zgłaszać swoich faworytów do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki 2011 roku

Autor zwycięskiej książki otrzyma nagrodę w wysokości 50 000 zł, w przypadku książki obcojęzycznej nagrodę w wysokości 15 000 zł otrzymuje także jej tłumacz.

Laureata poznamy 11 maja 2012 roku podczas III Warszawskich Targów Książki.

Organizatorzy czekają na zgłoszenia do 15 stycznia 2012 roku (decyduje data stempla pocztowego). W sprawach związanych z Nagrodą można się kontaktować z sekretarzem Nagrody: bozena.dudko@agora.pl, tel. komórkowy 607 310 445.

Zgłoszenia należy przesyłać wyłącznie w formie pisemnej na adres: Urząd Miasta Stołecznego Warszawy, Biuro Kultury, 00-375 Warszawa, ul. Smolna 10a, z dopiskiem Nagroda Kapuścińskiego.

Regulamin Nagrody jest dostępny na oraz na , a także w siedzibach organizatorów konkursu.

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego przyznawana jest od 2010 roku. To forma wyróżnienia i promocji najwartościowszych książek reporterskich, które podejmują ważne problemy współczesności, zmuszają do refleksji, pogłębiają wiedzę o świecie innych kultur. Jej celem jest uhonorowanie mieszkającego przez ponad 60 lat w Warszawie Ryszarda Kapuścińskiego, wybitnego reportera, dziennikarza, publicysty i poety, najczęściej – obok Stanisława Lema – tłumaczonego polskiego autora.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Tomasz Sekielski - wiecznie w trasie

Tomasz Sekielski, ilustracja Arobal
Tomasz Sekielski, ilustracja Arobal
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Pracował w newsach, prowadził programy telewizyjne, jako reporter jeździł w najbardziej zapalne miejsca świata. Ciągle przypomina o niezależności mediów. Jego dokument „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii w Kościele obejrzało ponad 22 miliony widzów. Spotykamy się w kawiarni i zanim zadam pierwsze pytanie, już podchodzi ktoś, aby podziękować za film. Sytuacja w czasie rozmowy się powtarza.

Często widzowie podchodzą, by porozmawiać? Tak, teraz bardzo często. Czuję się wobec nich zobowiązany, bo przecież to oni sfinansowali produkcję tego filmu. Cieszy mnie, że tyle osób chce o nim rozmawiać. Wróciłem z serii spotkań poza Warszawą – widzowie przychodzą licznie, nie są radykalni w tę czy inną stronę. Nie spotkała mnie też żadna nieprzyjemna historia. Żaden atak. 

Czy mógłbyś to wszystko tak opowiedzieć, gdyby ten film powstał w jakieś stacji telewizyjnej? Ponieważ sfinansowali go internauci, nie można mu było przypiąć żadnej etykiety. Nikt nie mógł powiedzieć: „Zrobiła to ta redakcja, wiadomo, co zobaczymy”. Miałem absolutną swobodę twórczą. Owszem, odbyłem kolaudację, ale sam ze sobą, z bratem i osobami, na których opinii mi zależało. Nikt nie mówił: „Tu zmieńmy, tu wytnijmy, bo reklamodawcy…”. Telewizje mają rozmaite interesy i mogły nie chcieć tak mocnego filmu. 

Przypomniałeś o niezależności dziennikarzy, powinności, jaką mają, ale też odpowiedzialności za bohaterów. Bałeś się o nich? Poczucie bezpieczeństwa u bohaterów było kluczowe od samego początku. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym im dostarczyć dodatkowej traumy. Oczywiście, nie byłem w stanie przewidzieć, jakie będą reakcje po filmie, czy nie spotka ich nic przykrego, ale bardzo dbałem, aby mieli maksymalne poczucie komfortu psychicznego. Ktoś, kto zdobywa się na taką szczerość, mówi coś po raz pierwszy, wracając do największej traumy swojego życia, zasługuje na to, aby mógł to zrobić w bezpiecznych warunkach. Tak, by poniósł jak najmniejszy koszt.

Jaki koszt sam poniosłeś? Musiałem się na tydzień wyłączyć ze świata. Zabrałem synowi PlayStation i zamknąłem się w pokoju. W ten sposób odreagowuję stres. Ale to żaden koszt. Oglądałem film już kilkanaście razy, przy różnych okazjach, i za każdym razem mnie boli. Założyłem, że ma boleć widzów, zmuszać do myślenia, kazać się zastanowić. I myślę, że taki film powstał. Mam poczucie dobrze wykonanej pracy.

Dużo wcześniej postawiłeś na niezależność. Odchodząc z TVN, słyszałeś, że marnujesz swój potencjał? Słyszałem od kolegów, że zwariowałem, choć mówili to w mniej cenzuralnej formie. Śmieję się, bo w ostatnich latach co jakiś czas ktoś ogłaszał moją zawodową śmierć, a jestem całkiem żywy. Kiedy odchodziłem z TVN, słyszałem, że to koniec. Do widzenia. Nie ma go już. Potem zrobiłem cykl 50 dużych reportaży, właściwie dokumentów z całego świata o kryzysie uchodźców, muzułmanach, kartelach narkotykowych w Meksyku, wojnie na wschodzie Ukrainy. Dostałem nagrody. Kiedy skończył mi się kontrakt, nie zamierzałem w ogóle dyskutować jego przedłużenia z TVP, bo przyszła „dobra zmiana”. Był rok 2016. Ponownie zapowiedziano mój koniec. Potem były różne epizody, w końcu zacząłem się pojawiać w Internecie, robić jakieś swoje rzeczy i znowu różne osoby ze światka medialnego mnie pogrzebały. Kiedy ogłosiłem, że chcę zrobić film o pedofilii w Kościele i zebrać na niego pieniądze w sieci, usłyszałem, że nic z tego nie wyjdzie, że to mrzonki, „no, co ty w ogóle wymyśliłeś?!”… 

Jak ktoś umiera trzy razy, to chyba długo pożyje… [Śmieje się]. Kot żyje siedem razy… Dzisiaj jestem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałem być. Mam satysfakcję, bo od początku dobrze wiedziałem, czego chcę. 

Dlaczego ktoś, kto ma doskonałą pozycję, uznanie, nagrody, raz po raz decyduje się na taką woltę, żeby nie powiedzieć ucieczkę? Było mi za dobrze. Miałem znakomite warunki w TVN. Zbyt wygodne. Miałem gabinet, a w nim kanapę, na której mogłem drzemać. Miałem trzydzieści parę lat i pomyślałem: „Hej, stary, za wcześnie na emeryturę”. Potrzebowałem wyzwań, stałego dopływu adrenaliny. Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie z ust faceta, który poprowadził kilka popularnych programów, ale studio telewizyjne nie jest moim naturalnym środowiskiem. Jestem reporterem i najlepiej czuję się w terenie. Muszę być blisko zdarzeń. Czuć je. Dotykać ich. 

Kiedy poczułeś to po raz pierwszy? Jako nastolatek chłonąłem książki Ryszarda Kapuścińskiego, one mnie olśniły, zapragnąłem zostać reporterem, opowiadać świat. Ta świadomość obudziła się dość wcześnie. 

I poczułeś to, biegając w Bydgoszczy do budki telefonicznej, aby zdać relację Michałowi Kamińskiemu, późniejszemu politykowi? Na pewno ma znaczenie, że zaczynałem jako reporter miejski. Współpracowałem z radiem, była awaria wodociągu, jednego z większych w Bydgoszczy. Michał wymyślił, że zrobimy relację na żywo, pojadę tam, aby opowiedzieć, co się dzieje. Nie było komórek. Chłonąłem obraz i biegłem do budki telefonicznej, łączyłem się ze studiem, relacjonowałem, jak duży jest korek, ile wozów strażackich... Akcja trwała cały dzień. Tak, masz rację, to był ten pierwszy moment. 

Uczyłeś się dziennikarstwa w praktyce. Masz ten zawód we krwi? Na pewno. Ale myślę, że tylko w ten sposób – na ulicy, w działaniu – można się nauczyć tego zawodu. Większość kolegów z mojego rocznika uczyło się go „w boju”. Kiedy zaczynaliśmy, był czas przełomu w kraju i w mediach. Zaczęły powstawać komercyjne rozgłośnie, potrzebowały ludzi na pokład. Obszedłem wszystkie rozgłośnie bydgoskie, a rękę podało mi katolickie Radio VOX. Parę lat później prowadziłem warsztaty dla reporterów radiowych i spotkałem tych, którzy mnie odesłali z kwitkiem. Dziwnie się zachowywali, przypomnieli sobie, że kiedyś składałem u nich papiery. „W ogóle się tym nie przejmujcie – mówię – wyszedłem na tym bardzo dobrze”.

Jak zapamiętałeś moment transformacji? Polska zmieniała się z dnia na dzień. Było wiele tematów dla reportera. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że wiele tematów uciekło, bo ich wtedy nie opisaliśmy. Media nie były w stanie wszystkiego przerobić. Zajęliśmy się gospodarką rynkową i zaczęliśmy tonąć w polityce. Pewnie już wtedy zaczął się podział. I dlatego dzisiaj polityka zdominowała przekaz medialny. Nie twierdzę, że nie jest ważna, ale mam wrażenie, że nie jest aż tak ważna. Brakuje reportażu w prasie codziennej. 

Pokolenie twoich rodziców zaczęło płacić koszty transformacji od razu. Twoi rodzice stracili pracę, bo zlikwidowano ich zakłady. Mama była chemikiem i pracowała w swoim zawodzie. Ojciec uczył rosyjskiego, a kiedy odszedł ze szkoły, zaczął uczyć w Ochotniczym Hufcu Pracy. Po jego likwidacji zrobiono w tym miejscu hotel robotniczy i ojciec został jego kierownikiem. Przełom 1989 był dla mojej rodziny bardzo trudny. Z jednej strony zdawałem sobie sprawę, że coś ważnego się dzieje, moi rodzice, jak większość Polaków, oczekiwali na zmianę, ale nikt nie wiedział, jaka będzie cena. Kiedy stracili pracę, co tu mówić, było cienko. Dzisiaj oboje uważają, mimo ciężkich doświadczeń, że bardzo dobrze się stało, i są zadowoleni, że Polska się zmieniła. Kiedy dostałem propozycję pracy w Radiu WAWA, ojciec nie był zadowolony. Uważał, że wiązanie się z radiem to głupi pomysł, a dziennikarstwo to nie jest stabilny zawód. Zakładał, że wrócę z tej Warszawy po miesiącu. 

Dawał to odczuć? Powiedział wprost, że zwariowałem. Później rodzice nie kryli dumy, zadowolenia i bardzo mnie wspierali. Myślę, że dzięki dzieciństwu w blokowisku na bydgoskich Bartodziejach i temu, że nie byliśmy nigdy bogatą rodziną miałem większy impuls do działania. Od dziecka mam wpojone, że należy walczyć o swoje i pomagać słabszym. Przeniosłem to potem na życie dziennikarskie. Zawsze staram się stać po stronie słabszych. Nie mam problemu z wystąpieniem przeciwko władzy, bez względu na jej kolor. To prawda, że kształtuje nas dzieciństwo. Mnie ukształtowały Bartodzieje. Moje przeżycia rodzinne. 

Ten hotel robotniczy, którym zarządzał tato, podsycał ciekawość? Dla mnie jako dziecka to było ciekawe miejsce, teren do eksploracji. Daleko już były posunięte zniszczenia, jakich dokonali mieszkańcy. Hotel był przy kombinacie budowlanym, a że cały ten przemysł upadł, nikt już nawet nie myślał, żeby pomalować ściany. No bo po co?! Wiadomo, że tu już nic nie będzie. Kiedy likwidowano kombinat, ojciec powiedział: „Chodź, coś zobaczysz”. Weszliśmy do kompletnie opuszczonego biurowca, którego nic nie zabezpieczało, szliśmy długimi korytarzami, w biurach stały przedpotopowe komputery. Wszystko było opuszczone. Pozostawione sobie. Przy hotelu stały drewniane klatki, a w nich, za siatką, króliki. Pamiętam hodowlę nutrii i starą strzelnicę. Taka mroczna scenografia. Pamiętam wszechobecny alkohol. I faceta, który nazywał się Mieczysław Bitowt. Był sybirakiem. Opowiadał o transportach na Wschód, o tym, że dostawali do jedzenia solone śledzie, po których zjedzeniu umierali z pragnienia. Ale zapamiętałem go z innego powodu – był mistrzem taczania jajek na Wielkanoc. Wygrywał właściciel jajka, którego skorupka nie pękła. Był też mistrzem w jedzeniu pierogów. Potrafił zjeść 30 na raz. Przy tym dużo popijał. Ojciec zawsze mi tłumaczył, że on je na zapas, bo pamięta głód, tamtą wywózkę. Na pewno to kształtowało moją wrażliwość reporterską.

Zanim zająłeś się większymi formami, pracowałeś w „Faktach” stacji TVN. Wielu dokumentalistów doskonali warsztat w telewizji newsowej. To była dobra szkoła? Najlepsza, bo jeśli codziennie robi się materiał, w którym się nie odpuszcza, w dodatku robi się go pod presją czasu, to już się jest w przedsionku do dokumentu. Zdobywa się też dużą wiedzę o polityce, społeczeństwie, różnych mechanizmach. Moim głównym miejscem pracy początkowo był Sejm, pochłonęła mnie polityka. Przez lata byłem sprawozdawcą parlamentarnym, ale kiedy nadarzała się okazja, aby wyjechać w teren, jechałem. Poleciałem do Murmańska, gdy tonął okręt podwodny „Kursk”, byłem na Bałkanach w czasie wojny w Kosowie, poleciałem do Iraku, gdy trafiły tam polskie wojska, relacjonowałem papieskie pielgrzymki, ale i powodzie na południu kraju. Nie czułem żalu, że mam mniej pracy czysto reporterskiej. Kiedy zacząłem robić reportaże ze świata i co drugi tydzień dawałem program, właściwie przez dwa lata nie było mnie w domu. Dzisiaj, gdyby ktoś mi zaproponował podobny rytm, odmówiłbym. Tego już się nauczyłem. 

W czasie studiów trafiłem na staż do redakcji „Faktów” i, prawdę mówiąc, było to koszmarne doświadczenie. Nieprawdopodobne napięcie, żeby to lapidarnie ująć. Widziałem, że łatwo wam nie było. No tak. „Fakty” to nie była szkółka niedzielna. Testosteron buzował, była ostra konkurencja… Nie chcę tego krytykować, bo byłem z „Faktami” związany prawie dziesięć lat. Wiem też, że gdyby praca tam wyglądała inaczej, nie wybiłyby się. Potrzebowały ekipy wariatów – straceńców, którzy z jednej strony są młodzi i wierzą w nieśmiertelność, a z drugiej – że wszystko mogą. Ciężko zapieprzaliśmy i się udało. 

Pamiętam dużo krytyki i stale powtarzane hasło, że jutro ma być lepiej. Tomek Lis należał do szefów, którzy rzadko chwalą. Było wiele spięć. Ale to przynosiło efekty. Może to nie jest właściwie porównanie, ale byliśmy jak drużyna piłkarska. Nieważne, co trener mówi w szatni i ile padnie przekleństw. Ważne, że wychodziliśmy na boisko i wygrywaliśmy. Udało się znaleźć ludzi, którym to odpowiadało. Nikt nas nie zmuszał, żebyśmy w tym tkwili. Osobna książka musiałaby powstać o tych czasach. 

Z tych wszystkich ucieczek, o których mówiłeś, wzięły się twoje książki? Zawsze myślałem o pisaniu, o beletrystyce. Zacząłem pisać, kiedy odszedłem z TVN, bo miałem dziewięciomiesięczny zakaz konkurencji. Zacząłem jeździć na Podlasie, znalazłem fantastyczne miejsce, wieś Koterka, przy granicy – drewniana cerkiew, obok staw. Siadałem nad stawem i wyobrażałem sobie sytuację filmową – kamera frunie przez trawę, skierowana prostopadle do lustra wody. A tam pływa trup. Panorama. Widać piękną cerkiew w tym uroczysku. Genialny początek filmu. A później zacząłem wymyślać historię. Nagle wszystko zaczęło mi się układać w głowie. Moje pisarstwo jest mroczne pewnie ze względu na moje doświadczenia reporterskie. Bywałem w miejscach, w których ludzie się zabijali, coś w głowie zostało.

 

Założyłeś Wydawnictwo „Od Deski do Deski”, ale prowadzi je żona. Jest dla ciebie wymagającym wydawcą? Jestem cwaniakiem. Myślałem, że będę je sam prowadził, ale to okazało się niemożliwe. Poszedłem pokornie do żony i grzecznie zapytałem: „Aniu, czy nie uważasz, że lepiej byłoby, gdybyś to ty prowadziła wydawnictwo?”. Wszyscy mówią, że zrzuciłem na żonę ciężką, codzienną robotę. Pewnie coś w tym jest. Żona straszy mnie terminami. Przypomina, że już powinienem skończyć książkę. Tak sobie wygodnie wymyśliłem, bo przecież filmy produkuje mój brat. A ja jestem artystą – wizjonerem. 

Kłócicie się z bratem? No jasne. Bardzo. Bo ja na przykład chcę nagrać coś z jak największym rozmachem, a on pilnuje budżetu i mówi: „nie”. To sprzeczny interes. Więc dochodzi do spięć, a potem czasami ja mu przyznaję rację, czasami on mnie. Mimo tych kłótni wciąż ze sobą pracujemy. Zakładam, że obcy ludzie dawno by się rozeszli. Możemy nie odzywać się do siebie parę godzin, ale nie więcej. 

Wyprowadziłeś się z Warszawy na Podlasie. Jakie jest to twoje miejsce? Mój dziadek pochodzi z okolic Baranowicz. To dzisiejsza Białoruś. Moja mama mówi, że mam Wschód w genach. To miejsce to mój azyl. Ale nie zakładam, że jest ostateczne. Ciągle mnie nosi. Jestem z pokolenia, dla którego przeprowadzki i migracja nie są czymś wielkim. Lubię swój dom na Podlasiu, czuję się tam u siebie. Czasami słyszę: „Co wy tam, w Warszawie, możecie wiedzieć?”. Odpowiadam, że my w Warszawie to nie bardzo, ale ja mieszkam na wsi. Dobrze wiem, ile co kosztuje, jakie są problemy ludzi. 

Najlepiej czujesz się w ruchu? Nie wiem. Po prostu od lat nie próbowałem żyć w jednym miejscu. Może z lęku? Zatrzymam się i co dalej? Ale kiedyś muszę spróbować. Po filmie o SKOK-ach, nad którym teraz pracuję, może sobie powiem: „Dobra, to ostatnia wielka produkcja, jaką zrobiłeś. Od teraz stop”. Ale, kurde, mam dopiero 45 lat. Śmiejemy się z żoną, że nasze małżeństwo jest udane, że nie przeżyliśmy kryzysu, a jesteśmy ze sobą 22 lata, bo mnie często nie ma. Nasz związek jest tak mocny, bo za sobą tęsknimy. I może to jest recepta? Pojutrze ruszam w kolejną trasę.

  1. Kultura

Powstaje nowy serial twórców "Dark". W obsadzie zobaczymy polskiego aktora

Kadr z serialu
Kadr z serialu "1899". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Ruszyły prace nad nowym serialem twórców wielokrotnie nagradzanej produkcji "Dark". Serial "1899" będzie międzynarodową, wielojęzyczną opowieścią, a w jego produkcji wykorzystano najnowocześniejsze technologie. 

Netflix oraz Dark Ways, nowo założona spółka producencka, na której czele stanęli Jantje Friese i Baran bo Odar (twórcy niemieckiego serialu "Dark"), ogłosili start prac na planie serialu „1899” – kolejnej produkcji własnej Netflixa. Serial ma być międzynarodową i wielojęzyczną opowieścią, w której nie zabraknie polskiego akcentu. Zagra w nim bowiem Maciej Musiał. Oprócz niego w "1899" zobaczymy: Emily Beecham, Aneurin Barnard, Andreas Pietschmann, Miguel Bernardeau, Lucas Lynggaard T0nnesen, Rosalie Craig, Clara Rosager, Maria Erwolter, Yann Gael, Mathilde Ollivier, Jose Pimentao, Isabella Wei, Gabby Wong, Jonas Bloquet, Fflyn Edwards, Alexandre Willaume i Anton Lesser.

– "1899" ma być serialem prawdziwie europejskim, a jego bohaterowie pochodzący z różnych krajów będą używać ojczystych języków. Jesteśmy dumni z tego, że udało nam się zaprosić do udziału w tym ekscytującym przedsięwzięciu utalentowane osoby z całego świata - mówi scenarzystka, producentka i showrunnerka nowej produkcji, Jantje Friese.

Serial ma być wyjątkowy również ze strony technologicznej. Będzie bowiem kręcony na wybudowanym specjalnie na jego potrzeby wirtualnym planie filmowym. Największy w Europie wirtualny plan filmowy wykorzystujący ekrany LED typu „Volume”  zapewnia twórcom filmowym ogromne możliwości i umożliwia opowiadanie historii w zupełnie nowy, innowacyjny sposób. – „1899’” stał się pionierską produkcją, zarówno w kontekście Niemiec, jak i całego regionu. Stworzona na potrzeby naszego serialu infrastruktura to niezwykle nowoczesna innowacja na niemieckim rynku produkcji filmowej, która może przynieść ogromne kreatywne korzyści filmowcom i innym twórcom na całym świecie - mówi reżyser i producent, Baran bo Odar.

https://www.youtube.com/watch?v=x5MuFjoU_BQ

O czym będzie opowiadał serial „1899”? To rozpisana na osiem odcinków historia tajemniczych losów statku z imigrantami, który płynie z Europy do Nowego Jorku. Pasażerowie reprezentują różne środowiska i narodowości, ale wszyscy mają te same marzenia i nadzieję na odmianę losu w nowym stuleciu oraz nowe życie za granicą. Gdy niespodziewanie na otwartym morzu napotykają drugi statek, który od miesięcy uważano za zaginiony, zdarzenia przybierają nieoczekiwany obrót. To, co znajdują na pokładzie drugiego statku, zamieni ich podróż do ziemi obiecanej w przypominającą koszmar łamigłówkę, w której skupiają się tajemnice przeszłości łączące wszystkich bohaterów. Data premiery "1899" na platformie Netflix nie jest jeszcze znana.

  1. Kultura

Co czytać w najbliższych miesiącach? Polecamy najciekawsze pozycje

Co czytać w najbliższych miesiącach? Oto lista, którą trzeba poznać. ( fot. Imaxtree)
Co czytać w najbliższych miesiącach? Oto lista, którą trzeba poznać. ( fot. Imaxtree)
Zobacz galerię 7 Zdjęć

Co będziemy czytać w nadchodzących miesiącach? Oto propozycje, które warto poznać.

"Dziewczyna, kobieta, inna" B. Evaristo

"Siostrom, sistas, sistahs, siostrzeństwu, kobietom, womxn, wimmin, womyn, braterstwu, braciom, bredrin, bruvs, naszym mężczyznom i facetom, a także wszystkim osobom LGBTQI w wielkiej ludzkiej rodzinie" - taką dedykacją zaczyna swoją oszłałamiającą opowieść o dwunastu różnych kobietach B. Evaristo, za którą została nagrodzona m.in. Nagrodą Bookera w 2019 r. Od niedawna możemy przeczytać ją także po polsku w tłumaczeniu Agi Zano, która wykonała mistrzowską robotę w przełożeniu tego żywego języka (unikającego znaków interpunkcyjnych jak ognia). "Dziewczyna, kobieta, inna" to historie dwunastu kobiet i ich życiowej podróży, w której pojawia się wiele wątków - miłość, zdrada, niezrozumienie, poszukiwanie własnej tożsamości i wyobcowanie. Wszystkie łączy to, że są czarnoskóre, o czym kobiety mówią często nie wprost, nie dosłownie, czasem dając jedynie przykład rasistowskiej odzywki czy zachowania, z którymi musiały borykać się przez całe życie. To wyjątkowa pozycja dla wszystkich fanek dobrej i mądrej lektury - nie tylko tych, które interesuje feminizm, zwłaszcza że Evaristo maluje jego różne oblicza, nie zawsze skłaniające się ku tezie, że "feminizm to suma doświadczeń wszystkich kobiet". To pozycja obowiązkowa.

'Dziewczyna, kobieta, inna' Bernardine Evaristo, Wydawnictwo Poznańskie "Dziewczyna, kobieta, inna" Bernardine Evaristo, Wydawnictwo Poznańskie

 

"Proszę bardzo" A. Rottenberg

Autobiografia znanej polskiej historyczki sztuki, krytyczki i publicystki, a także wieloletniej dyrektorki Galerii Sztuki "Zachęta". W wydanej ponownie opowieści o swoim życiu Rottenberg szczerze i bez tajemnic mówi m.in. o wątku zaginionego syna, dziejach rodziny, szukaniu korzeni i własnej drogi. Jest tu też mowa o depresji, samotności i wielu innych ciężkich momentach w życiu, a także łączących autorkę więziach z najbliższymi - ojcem, matką, synem. Historię Rottenberg czyta się z ogromnym zaciekawieniem, nie tylko dlatego, że opowiadając historię własnej rodziny, autorka niejako tworzy historyczny obraz XX w., ale także ze względu na to, że stworzył ją osoba całe życie obcująca ze sztuką, kulturą, której wpływ czuć tu na każdej stronie. Urozmaicona ilustracjami i anegdotami opowieść o odkrywaniu siebie, otwieraniu nie do końca zabliźnionych ran, przepracowywaniu własnej traumy to książka, po którą naprawdę warto sięgnąć.

'Proszę bardzo' Anda Rottenberg, Wydawnictwo Marginesy "Proszę bardzo" Anda Rottenberg, Wydawnictwo Marginesy

"Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" M. Chollet

Świetnie opisana przez dziennikarkę Monę Chollet historia polowań na czarownice, która wbrew pozorom miała ogromny wpływ na mizoginiczne poglądy o kobietach funkcjonujące dalej we współczesnym świecie. Użycie przez nią figury czarownicy stara się uświadomić nam, jak - wbrew pozorom - wiele i niewiele zmieniło się od czasów, gdy za bycie kobietą - zwłaszcza taką, którą swoją postawą jakkolwiek wykraczała poza przyjęte schematy i granice - można było zostać spalonym żywcem. Chollet bezbłędnie nakreśla też, jak sposób, w jaki wychowywane są wciąż młode dziewczęta nie sprzyja ich rozwojowi, wierze w ich możliwości, własne siły, bycie niezależnymi i posiadającymi własne zdanie. Inny aspekt, który analizuje dziennikarka to stereotyp kobiety bezdzietnej, która w społeczeństwie wciąż często postrzegana jest jako osoba, która utraciła coś na zawsze, traktowana jako "niespełniona", nieszczęśliwa. Pasjonujący esej, w którym autorka pokazuje, jak wielowieczna dyskryminacja kobiet i ich wykluczenie wpłynęły na dalszy rozwój zachodniego świata.

'Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet' M. Chollet, Wydawnictwo Karakter "Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" M. Chollet, Wydawnictwo Karakter

"Świat bez kobiet" A. Graff

Kolejne wydanie "Świata bez kobiet" autorstwa Agnieszki Graff - znanej polskiej kulturoznawczyni, tłumaczki i publicystki, w którym ukazuje najnowszą historię Polski z perspektywy feministycznej. Choć wydawać by się mogło, że współczesny feminizm nie ma już tak "mocnych" haseł i stał się zjawiskiem masowym, który nie budzi kontrowersji, Graff wskazuje nam, jak bardzo wciąż narażony jest na kontrdziałania i nienawiść. Autorka śledzi to, jak bardzo współczesna kobieta jest wciąż nieobecna w życiu publicznym i dalej chce się decydować za nią w każdym aspekcie. Przejawia się to w każdej dziedzinie - od polityki, przez kulturę, religię, zwyczaje.

'Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym' Agnieszka Graff, Wydawnictwo Marginesy "Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym" Agnieszka Graff, Wydawnictwo Marginesy

"Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia" H. Kelaher

Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta. Przyjaźń to jedno z najważniejszych uczuć w życiu każdego człowieka - mówi się, że ludzie pozbawieni przyjaciół są samotni i sfrustrowani. Ale jak pozyskać przyjaciół prawdziwych? Takich, którzy będą oddani, lojalni i godni zaufania? I przede wszystkim - jak zrobić to w późniejszym czasie, kiedy wiele osób ma już swoje towarzystwa i niechętnie nawiązuje nowe, zwłaszcza silne relacje. Poradnik w ciekawy i przystępny sposób pomaga dowiedzieć się, jak rozmawiać, by wyjść poza "small talk", jak zbudować i pielęgnować krąg własnych znajomych oraz jak rozróżniać zdrowe i toksyczne relacje.

'Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia' Hope Kelaher, Wydawnictwo Zwierciadło "Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia" Hope Kelaher, Wydawnictwo Zwierciadło

"Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady" M. Wójcik

Michał Wójcik w książce "Zemsta..." poruszył mało znane, bądź rzadko wspominane fakty dotyczące żydowskiego oporu stawianego w obozach koncentracyjnych. Autor rozprawia się tu z mitem ofiar jako osób, które nie stawiały oporu i nie sprzeciwiały wobec dramatycznego losu. We wszystkich obozach - Auschwitz-Birkenau, Treblince, czy Sobiborze istniała konspiracja, która doprowadzała do zbrojnych wystąpień i buntów. "Dzięki heroicznej postawie więźniów, walczących z minimalną ilością broni, często na noże i gołe pięści, dwa z nich uwieńczone zostały spektakularnym sukcesem. Również za sprawą kobiet - żydowskich bohaterek". O tym trzeba wiedzieć i trzeba pamiętać.

'Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady' Michał Wójcik, Wydawnictwo Poznańskie "Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady" Michał Wójcik, Wydawnictwo Poznańskie

  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.

  1. Kultura

Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w nowej stacji. Jednym z prowadzących Marek Niedźwiecki

Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w tym roku w nowej stacji. Jednym z prowadzących pozostaje niezmiennie Marek Niedźwiecki. (Fot. Darek Kawka/Instagram @radio_357)
Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w tym roku w nowej stacji. Jednym z prowadzących pozostaje niezmiennie Marek Niedźwiecki. (Fot. Darek Kawka/Instagram @radio_357)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
"Dziwny jest ten świat" Czesława Niemena, "Nie pytaj o Polskę" Republiki, a może "Autobiografia" Perfectu? Kto w tym roku zajmie pierwsze miejsce? Tego dowiemy się już 3 maja, tym razem jednak nie w "Trójce", a na antenie Radia 357. 

Polski Top Wszech Czasów nadawany od 2008 roku w każdą majówkę przez III Program Polskiego Radia, przenosi się do innej stacji. W tym roku audycję po raz pierwszy usłyszymy na antenie Radia 357, rozgłośni założonej z inicjatywy byłych dziennikarzy "Trójki".

Lista będąca zestawieniem najlepszych polskich piosenek układana jest na podstawie głosów słuchaczy. Tegoroczne głosowanie odbyło się jednak w zupełnie innej niż dotychczas formie, a mianowicie za pośrednictwem kartek pocztowych.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Radio 357 (@radio_357)

Pierwszy Polski Top Wszech Czasów zagra na antenie Radia 357 w poniedziałek 3 maja w godzinach 9.00 – 21.00. Notowanie zaprezentują Marek Niedźwiecki, Marcin Łukawski i Piotr Stelmach.