1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Zgłoś swojego faworyta do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego

Zgłoś swojego faworyta do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego

materiały prasowe
materiały prasowe
Do niedzieli można zgłaszać swoich faworytów do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki 2011 roku

Autor zwycięskiej książki otrzyma nagrodę w wysokości 50 000 zł, w przypadku książki obcojęzycznej nagrodę w wysokości 15 000 zł otrzymuje także jej tłumacz.

Laureata poznamy 11 maja 2012 roku podczas III Warszawskich Targów Książki.

Organizatorzy czekają na zgłoszenia do 15 stycznia 2012 roku (decyduje data stempla pocztowego). W sprawach związanych z Nagrodą można się kontaktować z sekretarzem Nagrody: bozena.dudko@agora.pl, tel. komórkowy 607 310 445.

Zgłoszenia należy przesyłać wyłącznie w formie pisemnej na adres: Urząd Miasta Stołecznego Warszawy, Biuro Kultury, 00-375 Warszawa, ul. Smolna 10a, z dopiskiem Nagroda Kapuścińskiego.

Regulamin Nagrody jest dostępny na oraz na , a także w siedzibach organizatorów konkursu.

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego przyznawana jest od 2010 roku. To forma wyróżnienia i promocji najwartościowszych książek reporterskich, które podejmują ważne problemy współczesności, zmuszają do refleksji, pogłębiają wiedzę o świecie innych kultur. Jej celem jest uhonorowanie mieszkającego przez ponad 60 lat w Warszawie Ryszarda Kapuścińskiego, wybitnego reportera, dziennikarza, publicysty i poety, najczęściej – obok Stanisława Lema – tłumaczonego polskiego autora.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Tomasz Sekielski - wiecznie w trasie

Tomasz Sekielski, ilustracja Arobal
Tomasz Sekielski, ilustracja Arobal
Pracował w newsach, prowadził programy telewizyjne, jako reporter jeździł w najbardziej zapalne miejsca świata. Ciągle przypomina o niezależności mediów. Jego dokument „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii w Kościele obejrzało ponad 22 miliony widzów. Spotykamy się w kawiarni i zanim zadam pierwsze pytanie, już podchodzi ktoś, aby podziękować za film. Sytuacja w czasie rozmowy się powtarza.

Często widzowie podchodzą, by porozmawiać? Tak, teraz bardzo często. Czuję się wobec nich zobowiązany, bo przecież to oni sfinansowali produkcję tego filmu. Cieszy mnie, że tyle osób chce o nim rozmawiać. Wróciłem z serii spotkań poza Warszawą – widzowie przychodzą licznie, nie są radykalni w tę czy inną stronę. Nie spotkała mnie też żadna nieprzyjemna historia. Żaden atak. 

Czy mógłbyś to wszystko tak opowiedzieć, gdyby ten film powstał w jakieś stacji telewizyjnej? Ponieważ sfinansowali go internauci, nie można mu było przypiąć żadnej etykiety. Nikt nie mógł powiedzieć: „Zrobiła to ta redakcja, wiadomo, co zobaczymy”. Miałem absolutną swobodę twórczą. Owszem, odbyłem kolaudację, ale sam ze sobą, z bratem i osobami, na których opinii mi zależało. Nikt nie mówił: „Tu zmieńmy, tu wytnijmy, bo reklamodawcy…”. Telewizje mają rozmaite interesy i mogły nie chcieć tak mocnego filmu. 

Przypomniałeś o niezależności dziennikarzy, powinności, jaką mają, ale też odpowiedzialności za bohaterów. Bałeś się o nich? Poczucie bezpieczeństwa u bohaterów było kluczowe od samego początku. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym im dostarczyć dodatkowej traumy. Oczywiście, nie byłem w stanie przewidzieć, jakie będą reakcje po filmie, czy nie spotka ich nic przykrego, ale bardzo dbałem, aby mieli maksymalne poczucie komfortu psychicznego. Ktoś, kto zdobywa się na taką szczerość, mówi coś po raz pierwszy, wracając do największej traumy swojego życia, zasługuje na to, aby mógł to zrobić w bezpiecznych warunkach. Tak, by poniósł jak najmniejszy koszt.

Jaki koszt sam poniosłeś? Musiałem się na tydzień wyłączyć ze świata. Zabrałem synowi PlayStation i zamknąłem się w pokoju. W ten sposób odreagowuję stres. Ale to żaden koszt. Oglądałem film już kilkanaście razy, przy różnych okazjach, i za każdym razem mnie boli. Założyłem, że ma boleć widzów, zmuszać do myślenia, kazać się zastanowić. I myślę, że taki film powstał. Mam poczucie dobrze wykonanej pracy.

Dużo wcześniej postawiłeś na niezależność. Odchodząc z TVN, słyszałeś, że marnujesz swój potencjał? Słyszałem od kolegów, że zwariowałem, choć mówili to w mniej cenzuralnej formie. Śmieję się, bo w ostatnich latach co jakiś czas ktoś ogłaszał moją zawodową śmierć, a jestem całkiem żywy. Kiedy odchodziłem z TVN, słyszałem, że to koniec. Do widzenia. Nie ma go już. Potem zrobiłem cykl 50 dużych reportaży, właściwie dokumentów z całego świata o kryzysie uchodźców, muzułmanach, kartelach narkotykowych w Meksyku, wojnie na wschodzie Ukrainy. Dostałem nagrody. Kiedy skończył mi się kontrakt, nie zamierzałem w ogóle dyskutować jego przedłużenia z TVP, bo przyszła „dobra zmiana”. Był rok 2016. Ponownie zapowiedziano mój koniec. Potem były różne epizody, w końcu zacząłem się pojawiać w Internecie, robić jakieś swoje rzeczy i znowu różne osoby ze światka medialnego mnie pogrzebały. Kiedy ogłosiłem, że chcę zrobić film o pedofilii w Kościele i zebrać na niego pieniądze w sieci, usłyszałem, że nic z tego nie wyjdzie, że to mrzonki, „no, co ty w ogóle wymyśliłeś?!”… 

Jak ktoś umiera trzy razy, to chyba długo pożyje… [Śmieje się]. Kot żyje siedem razy… Dzisiaj jestem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałem być. Mam satysfakcję, bo od początku dobrze wiedziałem, czego chcę. 

Dlaczego ktoś, kto ma doskonałą pozycję, uznanie, nagrody, raz po raz decyduje się na taką woltę, żeby nie powiedzieć ucieczkę? Było mi za dobrze. Miałem znakomite warunki w TVN. Zbyt wygodne. Miałem gabinet, a w nim kanapę, na której mogłem drzemać. Miałem trzydzieści parę lat i pomyślałem: „Hej, stary, za wcześnie na emeryturę”. Potrzebowałem wyzwań, stałego dopływu adrenaliny. Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie z ust faceta, który poprowadził kilka popularnych programów, ale studio telewizyjne nie jest moim naturalnym środowiskiem. Jestem reporterem i najlepiej czuję się w terenie. Muszę być blisko zdarzeń. Czuć je. Dotykać ich. 

Kiedy poczułeś to po raz pierwszy? Jako nastolatek chłonąłem książki Ryszarda Kapuścińskiego, one mnie olśniły, zapragnąłem zostać reporterem, opowiadać świat. Ta świadomość obudziła się dość wcześnie. 

I poczułeś to, biegając w Bydgoszczy do budki telefonicznej, aby zdać relację Michałowi Kamińskiemu, późniejszemu politykowi? Na pewno ma znaczenie, że zaczynałem jako reporter miejski. Współpracowałem z radiem, była awaria wodociągu, jednego z większych w Bydgoszczy. Michał wymyślił, że zrobimy relację na żywo, pojadę tam, aby opowiedzieć, co się dzieje. Nie było komórek. Chłonąłem obraz i biegłem do budki telefonicznej, łączyłem się ze studiem, relacjonowałem, jak duży jest korek, ile wozów strażackich... Akcja trwała cały dzień. Tak, masz rację, to był ten pierwszy moment. 

Uczyłeś się dziennikarstwa w praktyce. Masz ten zawód we krwi? Na pewno. Ale myślę, że tylko w ten sposób – na ulicy, w działaniu – można się nauczyć tego zawodu. Większość kolegów z mojego rocznika uczyło się go „w boju”. Kiedy zaczynaliśmy, był czas przełomu w kraju i w mediach. Zaczęły powstawać komercyjne rozgłośnie, potrzebowały ludzi na pokład. Obszedłem wszystkie rozgłośnie bydgoskie, a rękę podało mi katolickie Radio VOX. Parę lat później prowadziłem warsztaty dla reporterów radiowych i spotkałem tych, którzy mnie odesłali z kwitkiem. Dziwnie się zachowywali, przypomnieli sobie, że kiedyś składałem u nich papiery. „W ogóle się tym nie przejmujcie – mówię – wyszedłem na tym bardzo dobrze”.

Jak zapamiętałeś moment transformacji? Polska zmieniała się z dnia na dzień. Było wiele tematów dla reportera. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że wiele tematów uciekło, bo ich wtedy nie opisaliśmy. Media nie były w stanie wszystkiego przerobić. Zajęliśmy się gospodarką rynkową i zaczęliśmy tonąć w polityce. Pewnie już wtedy zaczął się podział. I dlatego dzisiaj polityka zdominowała przekaz medialny. Nie twierdzę, że nie jest ważna, ale mam wrażenie, że nie jest aż tak ważna. Brakuje reportażu w prasie codziennej. 

Pokolenie twoich rodziców zaczęło płacić koszty transformacji od razu. Twoi rodzice stracili pracę, bo zlikwidowano ich zakłady. Mama była chemikiem i pracowała w swoim zawodzie. Ojciec uczył rosyjskiego, a kiedy odszedł ze szkoły, zaczął uczyć w Ochotniczym Hufcu Pracy. Po jego likwidacji zrobiono w tym miejscu hotel robotniczy i ojciec został jego kierownikiem. Przełom 1989 był dla mojej rodziny bardzo trudny. Z jednej strony zdawałem sobie sprawę, że coś ważnego się dzieje, moi rodzice, jak większość Polaków, oczekiwali na zmianę, ale nikt nie wiedział, jaka będzie cena. Kiedy stracili pracę, co tu mówić, było cienko. Dzisiaj oboje uważają, mimo ciężkich doświadczeń, że bardzo dobrze się stało, i są zadowoleni, że Polska się zmieniła. Kiedy dostałem propozycję pracy w Radiu WAWA, ojciec nie był zadowolony. Uważał, że wiązanie się z radiem to głupi pomysł, a dziennikarstwo to nie jest stabilny zawód. Zakładał, że wrócę z tej Warszawy po miesiącu. 

Dawał to odczuć? Powiedział wprost, że zwariowałem. Później rodzice nie kryli dumy, zadowolenia i bardzo mnie wspierali. Myślę, że dzięki dzieciństwu w blokowisku na bydgoskich Bartodziejach i temu, że nie byliśmy nigdy bogatą rodziną miałem większy impuls do działania. Od dziecka mam wpojone, że należy walczyć o swoje i pomagać słabszym. Przeniosłem to potem na życie dziennikarskie. Zawsze staram się stać po stronie słabszych. Nie mam problemu z wystąpieniem przeciwko władzy, bez względu na jej kolor. To prawda, że kształtuje nas dzieciństwo. Mnie ukształtowały Bartodzieje. Moje przeżycia rodzinne. 

Ten hotel robotniczy, którym zarządzał tato, podsycał ciekawość? Dla mnie jako dziecka to było ciekawe miejsce, teren do eksploracji. Daleko już były posunięte zniszczenia, jakich dokonali mieszkańcy. Hotel był przy kombinacie budowlanym, a że cały ten przemysł upadł, nikt już nawet nie myślał, żeby pomalować ściany. No bo po co?! Wiadomo, że tu już nic nie będzie. Kiedy likwidowano kombinat, ojciec powiedział: „Chodź, coś zobaczysz”. Weszliśmy do kompletnie opuszczonego biurowca, którego nic nie zabezpieczało, szliśmy długimi korytarzami, w biurach stały przedpotopowe komputery. Wszystko było opuszczone. Pozostawione sobie. Przy hotelu stały drewniane klatki, a w nich, za siatką, króliki. Pamiętam hodowlę nutrii i starą strzelnicę. Taka mroczna scenografia. Pamiętam wszechobecny alkohol. I faceta, który nazywał się Mieczysław Bitowt. Był sybirakiem. Opowiadał o transportach na Wschód, o tym, że dostawali do jedzenia solone śledzie, po których zjedzeniu umierali z pragnienia. Ale zapamiętałem go z innego powodu – był mistrzem taczania jajek na Wielkanoc. Wygrywał właściciel jajka, którego skorupka nie pękła. Był też mistrzem w jedzeniu pierogów. Potrafił zjeść 30 na raz. Przy tym dużo popijał. Ojciec zawsze mi tłumaczył, że on je na zapas, bo pamięta głód, tamtą wywózkę. Na pewno to kształtowało moją wrażliwość reporterską.

Zanim zająłeś się większymi formami, pracowałeś w „Faktach” stacji TVN. Wielu dokumentalistów doskonali warsztat w telewizji newsowej. To była dobra szkoła? Najlepsza, bo jeśli codziennie robi się materiał, w którym się nie odpuszcza, w dodatku robi się go pod presją czasu, to już się jest w przedsionku do dokumentu. Zdobywa się też dużą wiedzę o polityce, społeczeństwie, różnych mechanizmach. Moim głównym miejscem pracy początkowo był Sejm, pochłonęła mnie polityka. Przez lata byłem sprawozdawcą parlamentarnym, ale kiedy nadarzała się okazja, aby wyjechać w teren, jechałem. Poleciałem do Murmańska, gdy tonął okręt podwodny „Kursk”, byłem na Bałkanach w czasie wojny w Kosowie, poleciałem do Iraku, gdy trafiły tam polskie wojska, relacjonowałem papieskie pielgrzymki, ale i powodzie na południu kraju. Nie czułem żalu, że mam mniej pracy czysto reporterskiej. Kiedy zacząłem robić reportaże ze świata i co drugi tydzień dawałem program, właściwie przez dwa lata nie było mnie w domu. Dzisiaj, gdyby ktoś mi zaproponował podobny rytm, odmówiłbym. Tego już się nauczyłem. 

W czasie studiów trafiłem na staż do redakcji „Faktów” i, prawdę mówiąc, było to koszmarne doświadczenie. Nieprawdopodobne napięcie, żeby to lapidarnie ująć. Widziałem, że łatwo wam nie było. No tak. „Fakty” to nie była szkółka niedzielna. Testosteron buzował, była ostra konkurencja… Nie chcę tego krytykować, bo byłem z „Faktami” związany prawie dziesięć lat. Wiem też, że gdyby praca tam wyglądała inaczej, nie wybiłyby się. Potrzebowały ekipy wariatów – straceńców, którzy z jednej strony są młodzi i wierzą w nieśmiertelność, a z drugiej – że wszystko mogą. Ciężko zapieprzaliśmy i się udało. 

Pamiętam dużo krytyki i stale powtarzane hasło, że jutro ma być lepiej. Tomek Lis należał do szefów, którzy rzadko chwalą. Było wiele spięć. Ale to przynosiło efekty. Może to nie jest właściwie porównanie, ale byliśmy jak drużyna piłkarska. Nieważne, co trener mówi w szatni i ile padnie przekleństw. Ważne, że wychodziliśmy na boisko i wygrywaliśmy. Udało się znaleźć ludzi, którym to odpowiadało. Nikt nas nie zmuszał, żebyśmy w tym tkwili. Osobna książka musiałaby powstać o tych czasach. 

Z tych wszystkich ucieczek, o których mówiłeś, wzięły się twoje książki? Zawsze myślałem o pisaniu, o beletrystyce. Zacząłem pisać, kiedy odszedłem z TVN, bo miałem dziewięciomiesięczny zakaz konkurencji. Zacząłem jeździć na Podlasie, znalazłem fantastyczne miejsce, wieś Koterka, przy granicy – drewniana cerkiew, obok staw. Siadałem nad stawem i wyobrażałem sobie sytuację filmową – kamera frunie przez trawę, skierowana prostopadle do lustra wody. A tam pływa trup. Panorama. Widać piękną cerkiew w tym uroczysku. Genialny początek filmu. A później zacząłem wymyślać historię. Nagle wszystko zaczęło mi się układać w głowie. Moje pisarstwo jest mroczne pewnie ze względu na moje doświadczenia reporterskie. Bywałem w miejscach, w których ludzie się zabijali, coś w głowie zostało.

 

Założyłeś Wydawnictwo „Od Deski do Deski”, ale prowadzi je żona. Jest dla ciebie wymagającym wydawcą? Jestem cwaniakiem. Myślałem, że będę je sam prowadził, ale to okazało się niemożliwe. Poszedłem pokornie do żony i grzecznie zapytałem: „Aniu, czy nie uważasz, że lepiej byłoby, gdybyś to ty prowadziła wydawnictwo?”. Wszyscy mówią, że zrzuciłem na żonę ciężką, codzienną robotę. Pewnie coś w tym jest. Żona straszy mnie terminami. Przypomina, że już powinienem skończyć książkę. Tak sobie wygodnie wymyśliłem, bo przecież filmy produkuje mój brat. A ja jestem artystą – wizjonerem. 

Kłócicie się z bratem? No jasne. Bardzo. Bo ja na przykład chcę nagrać coś z jak największym rozmachem, a on pilnuje budżetu i mówi: „nie”. To sprzeczny interes. Więc dochodzi do spięć, a potem czasami ja mu przyznaję rację, czasami on mnie. Mimo tych kłótni wciąż ze sobą pracujemy. Zakładam, że obcy ludzie dawno by się rozeszli. Możemy nie odzywać się do siebie parę godzin, ale nie więcej. 

Wyprowadziłeś się z Warszawy na Podlasie. Jakie jest to twoje miejsce? Mój dziadek pochodzi z okolic Baranowicz. To dzisiejsza Białoruś. Moja mama mówi, że mam Wschód w genach. To miejsce to mój azyl. Ale nie zakładam, że jest ostateczne. Ciągle mnie nosi. Jestem z pokolenia, dla którego przeprowadzki i migracja nie są czymś wielkim. Lubię swój dom na Podlasiu, czuję się tam u siebie. Czasami słyszę: „Co wy tam, w Warszawie, możecie wiedzieć?”. Odpowiadam, że my w Warszawie to nie bardzo, ale ja mieszkam na wsi. Dobrze wiem, ile co kosztuje, jakie są problemy ludzi. 

Najlepiej czujesz się w ruchu? Nie wiem. Po prostu od lat nie próbowałem żyć w jednym miejscu. Może z lęku? Zatrzymam się i co dalej? Ale kiedyś muszę spróbować. Po filmie o SKOK-ach, nad którym teraz pracuję, może sobie powiem: „Dobra, to ostatnia wielka produkcja, jaką zrobiłeś. Od teraz stop”. Ale, kurde, mam dopiero 45 lat. Śmiejemy się z żoną, że nasze małżeństwo jest udane, że nie przeżyliśmy kryzysu, a jesteśmy ze sobą 22 lata, bo mnie często nie ma. Nasz związek jest tak mocny, bo za sobą tęsknimy. I może to jest recepta? Pojutrze ruszam w kolejną trasę.

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.