1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Florence and the Machine: 12 harf i peleryna Gucci

Florence and the Machine: 12 harf i peleryna Gucci

Florence & the Machine są na topie. Ich koncerty to spektakle pełne Dźwięku, światła, ruchu. Ale i tak najważniejsza jest tu rudowłosa liderka i wokalistka, ikona stylu i coraz jaśniej świecąca gwiazda. W jedynym w Polsce ekskluzywnym wywiadzie Florence Welch mówi o swoim sukcesie. I – szczerze do bólu – o jego skutkach ubocznych.

Florence z zespołem jest właśnie w ogromnej trasie promującej nową płytę, gra dwa koncerty w Casino de Paris i to w stolicy Francji umawiamy się na wywiad. Rozmawiałyśmy już wcześniej. Po raz pierwszy latem 2009 roku. Florence była wtedy radosną, spontaniczną dziewczyną. U progu wielkiej kariery, w beztrosko związanych włosach, w sukience wyszperanej w second-handzie. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyłam ją na scenie. I usłyszałam jej słynny krzyk. Włożyła dużo pracy, by dziś było go jak najmniej, żeby zamknąć usta krytykom wytykającym jej, że „drze się, a nie śpiewa”. Zmieniło się nie tylko to. Melancholijna ekscentryczka funkcjonująca w niszowych środowiskach artystycznego Londynu stała się koncertową rewelacją, multiplatynową artystką, a także ikoną mody. Teraz, kiedy wchodzę do jej pokoju, wiem, że przychodzę na wywiad z gwiazdą. Obsypana prestiżowymi nagrodami, ze sprzedaną w ponadtrzymilionowym nakładzie debiutancką płytą „Lungs” na koncie i z medialnym szaleństwem wokół jej osoby. Flo siedzi i patrzy na ogród, który widać przez otwarte okno.

Jesteśmy w Paryżu, może więc zaczniemy od wielkiej mody? W końcu zainspirowałaś jedną z kolekcji Gucci.

Gdy zaproponowano mi, żebyśmy wspólnie stworzyli stroje na moją amerykańską trasę, byłam w siódmym niebie. To był dla mnie wielki komplement. Wiedziałam doskonale, czego chcę, miałam tylko jedną prośbę: „Niech wszystko ma peleryny!”. A gdy zobaczyłam te ubrania... Wow! Wydawały się idealne, rzeczywiście, stworzone z myślą o Florence & the Machine. Te sukienki aż się prosiły, by pokazać je na scenie.

A Karl Lagerfeld? Jak to się stało, że zaprosił cię tu, do Paryża, żebyś wykonała jedną ze swoich piosenek, wyłaniając się z wielkiej muszli podczas pokazu Chanel?

Z Karlem poznaliśmy się, gdy pracował ze mną nad okładkową sesją japońskiego „Vogue’a”. Rozmawialiśmy między innymi o tym, jak wiele motywów wodnych będzie na mojej nowej płycie i jak bardzo najnowsza kolekcja Chanel będzie inspirowana podwodną naturą. W pewnym momencie Karl objął mnie ramieniem i powiedział: „A czyż to nie byłoby wspaniałe, gdybyś zaśpiewała na najnowszym pokazie Chanel? Wokół ciebie 12 harf i ty jedna dryfująca niczym podwodne zjawisko?”. Myślałam, że tak sobie mówi, odparłam coś w stylu: „Tak, tak, to byłoby zabawne”. Karl na to: „Świetnie, to jesteśmy umówieni”. Zamarłam. Tak właśnie działa Lagerfeld. Jest znakomicie zorganizowany, nie traci czasu, nie rzuca słów na wiatr. Kiedy przychodzi mu do głowy jakiś pomysł, realizuje go, i już.

Skąd wzięły się te podwodne motywy? Przewijają się od twojego scenicznego debiutu.

Woda mnie fascynuje, kocham pływać. Pierwszym filmem, na który wybrałam się do kina, była „Mała syrenka”. Siadywałam potem w łazience z czerwonym ręcznikiem na głowie i śpiewałam melodie z tego filmu. Ujęło mnie to, że Ariel oddała swój głos za miłość. Na nowej płycie oddaję też hołd Virginii Woolf, która przecież postanowiła w wodzie pożegnać się z życiem. Zdarzało mi się śpiewać o dziewczynie, która nie chce żyć na powierzchni, chce, by wrzucono ją z powrotem w morskie głębiny. Bo tylko tam czuje się bezpieczna. Potrafię to zrozumieć.

Teraz na koncertach wyglądasz jak diwa. To już nie ta sama rozkrzyczana, bosonoga dziewczyna sprzed kilku lat.

Przede wszystkim jestem dziś bardziej zdyscyplinowana niż kiedyś. Tak bardzo jestem dumna z drugiej płyty „Ceremonials”, że chcę, by koncerty oddały jakość tego albumu. Dla mnie one są jak przedstawienia operowe, spektakle. Mój głos ma być doskonały, by oddał wszystkie emocje każdej z piosenek całą swoją siłą. Chcę grać świetne koncerty, bo wciąż tak wiele przede mną. Na całym świecie są miejsca, w których chcę być znana bardziej. To zabawne dziwne doświadczenie, bo grywam w najbardziej prestiżowych salach świata, na największych festiwalach, ale i w małych klubach. Lubię w nich grać, bo tam się wszystko dla mnie zaczęło.

Wzięłaś sobie do serca krytykę, że w twoich wokalizach jest za dużo emocji i krzyku, a za mało techniki i śpiewu?

Nadal dużo krzyczę. Zresztą nie tylko na scenie i na płytach. Myślę, że moje uwielbienie krzyku ma brytyjskie korzenie. My, Brytyjczycy, wszystko trzymamy w sobie, emocje kotłują się w naszych trzewiach bez szansy ujrzenia światła dziennego. Zupełnie nie radzę sobie ze słowami, boję się, że zranię najbliższe mi osoby. Bo mam do tego tendencję. A ten ból później wraca do mnie i to ja cierpię. Tak wiele rzeczy czuję jednocześnie, tak sprzecznych! Chcę jednocześnie być sama i bardzo pragnę kogoś obok siebie. Chcę czuć się bezpieczna, a jednocześnie chcę być wolna. Krzyk wydaje mi się jedynym sposobem wyrzucenia z siebie tego wszystkiego.

Wciąż widzę cię ekstatycznie uśmiechniętą, stojącą na wielkiej scenie w promieniach zachodzącego słońca. Na koncercie, który zmienił w twoim życiu chyba najwięcej, na słynnym festiwalu Glastonbury w 2010 roku. Przyciągnęłaś wtedy rekordowy tłum. Brytyjskie gazety tytułowały entuzjastyczne recenzje nagłówkami: „Narodziła się gwiazda!”. Jak ty sama to zapamiętałaś?

To był moment wielkiej radości, ale i przerażenia. Nie bałam się samego koncertu, tego jak wypadnę. Szalały za to po głowie myśli – co się właściwie mówi do tak wielkiego tłumu? Nie można przecież tak po prostu zagadnąć.

To było piękne doświadczenie. Bardzo różne od mojego debiutu w Glastonbury. Wtedy grałam w jednym z maleńkich namiotów. Wyobraź sobie: mój gitarzysta zaginął, więc pierwszą połowę koncertu śpiewałam a cappella. Wydzierałam się wniebogłosy, wyglądałam niepozornie, w kaloszach, podkoszulce, szortach. Wreszcie w połowie koncertu zaginiony, wciąż pijany gitarzysta wczołgał się na scenę, po czym zszedł z niej w dramatycznym stylu, niszcząc gitarę. Myślę, że nikt z widzów nie miał prawa przypuszczać, że jest właśnie świadkiem debiutu dziewczyny, która za kilka lat zagra tu wielki koncert.

I drugi też ważny – na Video Music Awards w Nowym Jorku.

Wcześniej miałam w Stanach wiernych fanów, ale w skali całego kraju byłam jednak nieznaną artystką. I nagle jednej nocy to wszystko rozrosło się do niewyobrażalnych rozmiarów. Mogło być zupełnie inaczej, mogły spaść na mnie brutalne komentarze: „Wracaj do Anglii, ty szalona dziewczyno!”. A jednak im się to spodobało – ku mojemu zaskoczeniu. Dzień później miałam gigantycznego kaca, dogorywałam w hotelu. Nie wszystko pamiętam, ale dotarła do mnie wiadomość, że jestem dziś najczęściej wpisywanym w Google nazwiskiem na całej ziemi. No i ta informacja zupełnie mnie powaliła.

Przyznam, że z rezerwą podchodziłam do twojej drugiej płyty. Zastanawiałam się, czy kiedy jesteś w wielkiej trasie z U2, występujesz na Oscarach, piszesz piosenkę do sagi „Zmierzch”, masz czas pożyć, zainspirować się czymś, co pozwoli ci stworzyć wartościową płytę. Wydaje mi się, że w ostatnich latach nie było intensywniej pracującej wokalistki w show-biznesie.

To jest najmilsza rzecz, jaką można mi powiedzieć. Nieustanne bycie w trasie – jestem w niej trzeci rok – jest bardzo męczące. To potrafi przybić. Ciężko mi się o tym mówi... Myślisz sobie, że otacza cię jakiś ochronny kokon na czas tournée, a życie w rodzinnym Londynie spokojnie sobie płynie i czeka na ciebie. Mam niesamowitą pracę, w której czuję się doceniana i spełniona. Ale ta praca trzyma mnie wciąż w blokach startowych. Wiodę żywot beztroskiej nastolatki, nie młodej kobiety. Wciąż mieszkam z moją mamą. Nie jest mi łatwo. Najtrudniej jest ze związkami, cały czas trzeba sobie radzić z rozłąką. Tak naprawdę ja nie mogę mieć teraz chłopaka. Prawdziwego związku. To się po prostu w takich warunkach nie sprawdza. I ta świadomość, że twój związek nie ma szans, o ile nie ucierpi na tym twoja muzyka, jest naprawdę straszna. Moja praca to najlepsza praca na świecie, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, kocham koncerty, ubóstwiam śpiewać. Ale to zawód z ciężarem osamotnienia w pakiecie. Jestem wśród tak wielu ludzi, a zarazem tak naprawdę zupełnie sama. To rozdarcie między dwoma światami strasznie gmatwa mi w głowie. Ja właściwie cały czas żyję z poczuciem winy, że nie robię dość dla miłości, dla bliskich, że za mało jestem tam, gdy jestem tu.

Dlatego „Ceremonials” jest tak metaforyczna? W tym podwodnym świecie ukryłaś swój ból?

W tych piosenkach jest świadomość mojej winy, są rzeczy, których żałuję. Ale i pragnienie pozostania w tym wszystkim silną. Pokonania słabości, poczucia życiowego przybicia. Chciałam zostawić przeszłość za sobą. To płyta wewnętrznego konfliktu. Rozkosz miesza się tu z dyskomfortem, smutek z radością, wolność z przywiązaniem. Moja życiowa melancholia walczy z moim wrodzonym optymizmem.

A twój perfekcjonizm? Każdy twój koncert to oszałamiający, misternie przygotowany spektakl. Nie boisz się, że przy takim natłoku szczegółów, przy tak wysoko postawionej poprzeczce, coś może pójść nie tak?

Za każdym razem się boję. Że coś nie wypali, że czeka mnie chwila kompletnej logistycznej katastrofy. Na razie mam szczęście, wszystko działa, wszystkie te moje wymyślne układy i pokręcone pomysły. Ale mam świadomość, że to trochę tak, jakbym stała na krawędzi peronu metra. Czuję, ile jest w moich rękach i jak wiele mam do stracenia.

Jesteś wobec siebie krytyczna?

Bardzo. Pamiętam, co wyprawiałam, gdy oglądaliśmy zapis koncertu dla MTV w ramach słynnego cyklu „Unplugged” przy okazji akceptacji materiału. Najczęściej przysłaniałam twarz dłońmi i krzyczałam: „W porządku! Na pewno jest w porządku, co mogło pójść źle? Nie muszę tego oglądać, nie zmuszajcie mnie!”. Ze słuchaniem samej siebie też nie jest dobrze. Jestem szalenie krytyczna. Często myślę sobie: „Rany, no, tu brzmię jak idiotka”. Jestem nie do wytrzymania, czepiam się każdego nieczystego dźwięku. Ale tylko wobec siebie jestem tak surowa. Cieszą mnie sukcesy innych wokalistek, bardzo ciepło myślę o Adele. Pamiętam taki koncert w londyńskim Camden, ładnych kilka lat temu, występowałam ja, ona, Kate Nash, jeszcze kilka innych dziewczyn. I tam właśnie po raz pierwszy usłyszałam Adele. Gdy wróciłam do domu, napisałam nową piosenkę. Zainspirowaną przez tę dziewczynę. Byłam wtedy na etapie pisania numerów w stylu rozkrzyczanej „Kiss with a Fist”, a w tym nowym właśnie się nie wydzierałam, tylko normalnie śpiewałam. Adele jest wspaniałą dziewczyną, podoba mi się jej podejście do sławy, z wielką klasą przyjęła swój fenomenalny sukces. Nikt nas nie uczy, jak w tym wszystkim nie zwariować.

Jak tobie udaje się tego uniknąć?

Stosuję metodę radości. Gdy tylko pomyślę, ile jeszcze przede mną – choćby w tym roku – odkrywam w sobie kolejne pokłady ekscytacji. To uczucie pomaga przetrwać wszystko.

PS. W holu hotelu minęłam asystentki Florence. Rozmawiały: „Ona chce mieć kwiaty w garderobie”. „Ona potrzebuje godzinę na make-up”. „Może będzie chciała wybrać się na spacer”. „Ona” tymczasem pewnie kolejny raz dzwoniła do kogoś, kogo złapała dopiero, będąc w butiku Jo Malone, gdzie spotkałyśmy się przypadkowo po wywiadzie. Gdy dodzwoniła się, wybiegła ze sklepu. Ale wypowiedziała do telefonu dość słów, bym zorientowała się, że jeszcze pocierpi, żyjąc rozdarta między dwoma światami. Tego samego dnia na jej drugi koncert w Casino de Paris przychodzi ekipa domu mody Givenchy. Są zainteresowani współpracą.
[iframe src="http://www.youtube.com/embed/iWOyfLBYtuU" frameborder="0" allowfullscreen" width="100%" height="315-->

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.