1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Klip”. Życie i seks w komórce

„Klip”. Życie i seks w komórce

mat. prasowe
mat. prasowe
Zobacz galerię 6 Zdjęć
„Klip” to seria perwersyjnych obrazków z życia serbskiej młodzieży. Uniwersalna historia mogłaby być nakręcona komórką w polskim lub amerykańskim domu, szkole, parku i dyskotece.

Reżyserką i scenarzystką „Klipu” jest Maja Milos. W swoim debiucie zilustrowała życie grupy nastolatków w powojennej Serbii. Główną bohaterką jest Jasna (grająca ją Isidora Simijonović nie miała jeszcze ukończonych 15 lat, gdy dostała angaż do filmu). Dziewczyna rejestruje swoje życie telefonem komórkowym. Do szkoły chodzi tylko po to, by spotkać się ze swoimi koleżankami, z którymi po lekcjach imprezuje i podrywa chłopaków. Jasna nie lubi siedzieć w domu, kłóci się z matką, przygnębia ją stan chorego ojca. Ucieka z mieszkania, by zatracić się w destrukcyjnym uczuciu do chłopaka, którego zna z imprez. Djordje Djole Tosic (Vukasin Jasnic) poniża ją i lekceważy. Im bardziej jest bezwzględny, tym bardziej Jasna jest mu oddana. Niszczy siebie, choć tak naprawdę szuka miłości i akceptacji.

Nastolatków widzimy w bardzo odważnych scenach seksu. Czy to już porno czy jeszcze nie porno, zastanawiamy się, przecież co chwila oglądamy waginy i członki. Władze rosyjskie uznały film za zbyt ostry i nie dopuściły go do dystrybucji. Nie tylko naturalistyczna erotyka może budzić kontrowersje, film jest bardzo agresywny. Złą energią kipią młodzi mężczyźni, szokują agresją bijące się dziewczyny.

Jury festiwalu w Rotterdamie zauważyło w „Klipie” coś więcej niż ostry seks i przyznało mu Tiger Avard i KNF Avard. W uzasadnieniu werdyktu napisała, że „utalentowanej reżyserce udało się stworzyć bezkompromisowy portret środowiska, przy użyciu nie stawiającej barier i coraz powszechniejszej rejestracji obrazów telefonem komórkowym”. To prawda, Maja Milos odważyła się pokazać w kinie to, co dzieje się teraz na porządku dziennym, w ostry, może za ostry, sposób uświadomiła nam, jak zabijamy naszą intymność.

To co najbardziej wyuzdane, dzieje się w naszych głowach. Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu, żeby zrobić z tego wideo, trzeba było się nieźle natrudzić. Teraz narzędzie do kręcenia filmów porno ma się we własnej kieszeni. Komórka jest pomostem, dzięki któremu możemy łatwo przejść od myśli do wizji. Przełamywanie granic stało się tak łatwe, że aż nudne. W filmie Mai Milos widać, że bohaterowie grzęzną w tej obrzydliwości, zaczadzeni nią i od niej uzależnieni. Nie ma już intymności, jest seks, który trzeba sfilmować, tak jak grę w piłkę i szkolne wygłupy.

Nie żyjemy, tylko filmujemy.

„Klip” od dzisiaj w kinach. Wstęp na seans mają tylko dorośli.

[iframe src="http://www.youtube.com/embed/RFVgVdaIEIks" frameborder="0" allowfullscreen" width="100%" height="315-->

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Sweat" – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Jeśli pokazujesz na Instagramie jedynie swoje radości i sukcesy, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów (kadr z filmu
Jeśli pokazujesz na Instagramie jedynie swoje radości i sukcesy, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów (kadr z filmu "Sweat" w reżyserii Magnusa von Horna, w kinach od 18 czerwca). (Fot. materiały prasowe)
Zamknięci w wirtualnej rzeczywistości mamy złudzenie, że kontrolujemy swoje życie. Co się stanie, kiedy pozbędziemy się tej iluzji? O filmie „Sweat” Magnusa von Horna rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: Z najnowszych badań IQS wynika, że prawie połowa dziewcząt w wieku 10-15 lat chce zostać w przyszłości instagramerkami, tiktokerkami, youtuberkami. Z kolei większość ich matek odnosi się do tego negatywnie. Z drugiej strony jeśli ktoś ma coś do powiedzenia, ma talent albo jakiś inny zasób, to dlaczego nie?
Grażyna Torbicka: Oczywiście, to jest również sposób na życie, jednak bycie influencerką samo w sobie nie jest stymulujące. Moim zdaniem talent, żeby mógł się rozwinąć, musi mieć jeszcze pewne zaplecze, również to edukacyjne. Nie mam nic przeciwko influencerkom, pod warunkiem że w tym, co mają do powiedzenia, jest jakaś merytoryka czy doświadczenie, którym się ze mną dzielą.

Bohaterka filmu „Sweat”, Sylwia Zając (w tej roli Magdalena Koleśnik) dzieli się swoim doświadczeniem, czyli treningiem fizycznym, i jest w tym dobra. Wydaje mi się też, że daje innym to, czego sama nie dostała od matki, czyli pełną akceptację: „uwierz w siebie, dasz radę, możesz się zmienić”. I to jest jej zasób.
To bardzo dobrze nakręcony portret, przez cały czas jesteśmy bardzo blisko bohaterki. I właściwie tak jak ona, żyjemy w jej telefonie komórkowym i widzimy kolorowy świat pełen uśmiechów. Sylwia wie, że ma wpływ na tych, którzy ją oglądają. Dlatego jeśli myje zęby, to robi to tylko drewnianą ekologiczną szczoteczką. A jeśli zamawia kolejną porcję jedzenia diety pudełkowej, to nigdy w plastikowych opakowaniach. Jest świadoma swojej roli.

To jest bardzo waleczna dziewczyna. Widać, że stanęła na własnych nogach, tak jak mówisz, wykorzystując media społecznościowe do tego, żeby zaistnieć. Nie pamiętam, czy Sylwia ma jakieś wykształcenie, ale uważam, że to, co robi, czym się zajmuje, jest po prostu złudne. Bo nie daje jej żadnego fundamentu. Czy ona inwestuje w siebie, w sensie rozwoju? Mam co do tego wątpliwości.

Mówisz dokładnie tak jak matki dziewcząt z badania, o którym wspominałam. Te kobiety wolałyby, żeby ich córki poszły na studia, z kolei córki – instagramerki – nie widzą takiej potrzeby. Edukacja uniwersytecka nie daje dziś gwarancji na zdobycie wymarzonej i dobrze płatnej pracy.
Ale po studiach też możesz zostać influencerką, tyle że masz już jakiś fundament. Chodzi mi o kontakt z tak zwanym realem. Uważam, że ten film pokazuje nam dziewczynę, która poświęcając się istnieniu w mediach społecznościowych, traci kontakt ze światem rzeczywistym. Dla mnie ta historia zaczyna się dopiero w połowie filmu, kiedy następuje atak stalkera, obserwującego Sylwię pod domem. Wtedy gdy dziewczyna nawiązuje z nim emocjonalny kontakt. Dostrzega, że jej bratnią duszą – bo równie samotną jak ona – jest jej prześladowca. Ten film dotyka mnie najbardziej właśnie w tym momencie, bo widzę tu kunszt Magnusa von Horna, czyli reżysera, który nas zaskakuje.

Według mnie to najlepsza scena tego filmu.
Bo ona cię trzyma. Może ci się podobać lub nie, ale łapie cię emocjonalnie i długo nie wypuszcza. Sylwia widzi, że skrzywdziła człowieka, który jest bezbronny. Dla mnie ważna była również scena, gdy główna bohaterka sprowadza do domu chłopaka, którego chce wykorzystać do tego, żeby postraszył jej prześladowcę. Jednak chłopak myśli, że skoro go zaprasza, to może dojdzie między nimi do czegoś jeszcze...

Pomyślałam wtedy, że jest odpowiedzialna za to, co się stało, i poczułam wstyd, że tak myślę. Ale właśnie tak pokazał to Magnus von Horn…
On pokazał nam to w ten sposób, żeby podkreślić brak logiki w zachowaniu Sylwii. Ta dziewczyna żyje w wirtualnym świecie, który wykreowała, i sądzi, że wszystko będzie się w nim działo tak, jak ona sobie zaplanuje. Tymczasem rzeczywisty świat ma dotyk i ten dotyk jest czasem czuły, a czasem mocniejszy, gwałtowny, a nawet brutalny i bolesny. Sylwia dopiero zaczyna się o tym przekonywać. Uwidacznia to także scena w telewizji śniadaniowej, kiedy dziewczyna ewidentnie przestaje kontrolować sytuację. Widzi rozdźwięk między swoim wyobrażeniem a tym, jak jest naprawdę.

Bardzo nie podobało mi się to, jak prowadzący potraktowali Sylwię, było mi jej żal. Uważam, że obroniła się w tym momencie swoją autentycznością. Jakby właśnie wtedy zdała sobie sprawę ze swojej słabości i z tego, że to OK być słabą.
Pytanie, w jakim stopniu Sylwia się zmieni. Czy inaczej spojrzy na swoje życie? A może pomyśli, że to był kolejny genialny krok marketingowy, dzięki któremu dostanie więcej lajków...

A ja w nią wierzę!
I ja mam nadzieję, że Sylwia jednak coś zrozumiała, bo dotknęła nieszczęścia drugiego człowieka.

Dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Moim zdaniem „Sweat” jest świetny dla nastolatków i młodych dorosłych. Po to, żeby pokazać im, że mają prawo do słabości, a nie tylko do bycia „najlepszą wersją siebie”. I że warto kontaktować się z tym, co trudne i niewygodne w życiu, ale za to prawdziwe. Co piąty nastolatek ma dzisiaj objawy depresyjne, a media społecznościowe potęgują to zjawisko…
„Sweat” może być istotny dla młodych osób, bo pokazuje pułapkę, w którą wpadają, żyjąc wyłącznie w świecie wirtualnym. Jednak robi to nie z perspektywy rodzica czy innego dorosłego, ale kogoś takiego jak oni. Zresztą sama widzę, jak reagują widzowie w wieku naszej bohaterki, jak im się „Sweat” podoba i jak mocno go przeżywają...

A co czułaś, gdy Sylwia wrzuciła do sieci filmik, na którym płacze? Co myślisz o mówieniu nie tylko pozytywnych rzeczy o sobie w przestrzeni Internetu? Dzisiaj jest taki trend, żeby mówić o swoich słabościach, ludzie przeżywają na Instagramie żałobę, mówią o swoich kompleksach. Dla mnie to zdecydowanie za dużo, nie chcę tego czytać, mam w sobie opór.
Myślę, że jeśli pokazujesz na Facebooku czy Instagramie jedynie swoje radości, sukcesy i zdobycze, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów. Aż dochodzisz do relacji z własnego pogrzebu. Sztuka filmowa też przechodziła ten etap i nie chcę teraz porównywać mediów społecznościowych do sztuki, ale powiem tyle, że powraca dobrze znane hasło: „wszystko na sprzedaż”. Nasza bohaterka już wie, że nie musi być idealna. Teraz czas przekonać się, czy ludzie ją taką zaakceptują. Ciekawa jestem, czy widzowie ją pokochają.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Kultura

Filmy, na które warto wybrać się do kina - poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Obiecująca. Młoda. Kobieta". (Fot. materiały prasowe UIP)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Czasy mamy niepewne, nie wiadomo, jak długo będziemy cieszyć się z otwartych kin. A faktycznie się cieszymy, biorąc pod uwagę oblężenie, jakie sale kinowe w całej Polsce przeżywają po poluzowaniu obostrzeń. Wyszło na to, że chyba jednak jesteśmy gatunkiem stadnym, a już na pewno – że chcemy przeżywać kulturę poza domem, na żywo, a nie tylko na ekranie własnego telewizora czy komputera. Jakich filmów właśnie pokazywanych w kinach nie wolno przegapić? 

"Obiecująca. Młoda. Kobieta."

Film torpeda. Ma trafić do regularnej dystrybucji kinowej 5 marca, ale już teraz grany jest na wielu pokazach przedpremierowych w Polsce. To kolejny przypadek potwierdzający regułę, że jeśli na ekranie oglądamy Carrey Mulligan, to musi być dobre kino. Produkcje, w których ta świetna aktorka występuje, są niebanalne i nierzadko są ważnym głosem w jakiejś sprawie. Tak jest też w przypadku „Obiecującej. Młodej. Kobiety”. Bo chociaż ten film czerpie pełnymi garściami z kina rozrywkowego, gatunkowego – to połączenie thrillera z komedią romantyczną – jest jednocześnie ciekawą próbą analizy, dlaczego seksualna przemoc wobec kobiet jest tak powszechna i skąd się bierze obojętność tych, którzy są jej świadkami lub się o niej dowiadują. Mulligan gra tu Cassie, mścicielkę. Mści się na mężczyznach, którzy zgarniają ją do siebie z barów i klubów nocnych. A zgarniają dlatego, że Cassie udaje zupełnie pijaną, czekając aż któryś z troskliwych panów postanowi się nią „zaopiekować”. Wtedy daje mu nauczkę. Nasza bohaterka rzuciła niegdyś medycynę, bo na studiach zdarzyło się coś, nad czym nie potrafiła przejść do porządku dziennego. Odtąd kroczy drogą wspomnianej zemsty, aż któregoś dnia spotyka sympatycznego, porządnego faceta… Więcej nie zdradzę. Ten intrygujący film, o dziwo debiut reżyserski Emerald Fennell, aktorki i scenarzystki, znanej dotąd jako showrunnerka serialu „Obsesja Eve” – po prostu trzeba zobaczyć.

Kadr z filmu 'Obiecująca. Młoda. Kobieta'. (Fot. materiały prasowe UIP) Kadr z filmu "Obiecująca. Młoda. Kobieta". (Fot. materiały prasowe UIP)

"Helmut Newton. Piękno i bestia"

Jedna z największych i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych gwiazd fotografii modowej. W zeszłym roku skończyłby sto lat. Wielki prowokator, który sesję reklamową dla znanej marki ubrań czy biżuterii potrafił zamienić w skandal. Jest tu fragment o tym, jak to w odpowiedzi na propozycję sfotografowania linii męskich płaszczy, Newton stwierdził, że nie lubi pracować z mężczyznami, że są oni dla niego jak akcesoria, kapelusze czy buty. Zrobił więc sesję nagiej (oczywiście!) kobiecie, a w trenczu wystąpił sam – fotografował odbicie w lustrze – przy okazji ukazując w kadrze swoją żonę June (także fotografkę, która od ich wczesnej młodości towarzyszyła mu w życiu i pracy, współorganizując sesje zdjęciowe, kuratorując wystawy i menadżerując karierę nie tylko swoją lecz również męża). Newton zmarł w 2004 roku, za życia wzbudzał dużo kontrowersji, zarzucano mu, że na zdjęciach redukował kobiety do roli seksualnego obiektu. Nigdy się z tymi oskarżeniami nie spierał, uwielbiał pozować na diabła wcielonego, natomiast wszystkie wypowiadające się w filmie bohaterki (m.in. Isabella Rosselini, Charlotte Rampling, Claudia Schiffer) mówią, że choć namawiał je nierzadko do robienia przed obiektywem rzeczy perwersyjnych, jego metody pracy sprawiały, że sesje dawały im poczucie siły i sprawczości. Siła, władza, dominacja była zresztą głównym tematem, obsesją Newtona. O tym także jest ten film. I o dorastaniu w Berlinie, z którego Newton musiał uciekać w 1938 roku, o przekornej naturze fotografa, lękach, fascynacjach. Solidny, bardzo ciekawy dokument.

Kadr z filmu 'Helmut Newton. Piękno i bestia'. (Fot. materiały prasowe Best Film) Kadr z filmu "Helmut Newton. Piękno i bestia". (Fot. materiały prasowe Best Film)

"Gniazdo"

Film, który powstał zdecydowanie w nieodpowiednim czasie. Miał przyciągnąć widzów do kin jesienią, rzeczywistość pokrzyżowała te plany, a to naprawdę niebanalna filmowa propozycja, której nie powinno się przegapić. Reżyser Sean Durkin (m.in. „Martha Marcy May Marlene”) potrafi budować napięcie. „Gniazdo” to thriller, a jednocześnie ciekawe kino obyczajowe. Durkin przygląda się rodzinie – małżeństwie z dwójką dorastających dzieci. Żona jest Amerykanką, mąż Brytyjczykiem. Poznajemy ich, kiedy mieszkają w USA, ale wkrótce on oznajmia, że ma widoki na lukratywny kontrakt i że muszą przenieść się do Anglii. Piękni, zamożni, z perspektywą jeszcze większych pieniędzy, jeszcze lepszego życia. Tymczasem przeprowadzka okazuje się ciężką próbą dla całej ich rodziny. „Gniazdo” mogłoby posłużyć jako film instruktażowy, czego unikać w związku, ale też paradoksalnie jest opowieścią o tym, że miłość i przywiązanie cementują niekoniecznie te dobre rzeczy: emocje i doświadczenia. Że czasem silniej wiążą nas ciemne sprawki i paskudne wady. Akcja toczy się pod koniec lat 80. i film estetycznie także jest retro, jakby nakręcono go na lekko spłowiałej taśmie. To wreszcie kino znakomicie obsadzone. I nawet genialny Jude Law nie jest w stanie przyćmić Carrie Coon, swojej filmowej żony. Zdecydowanie za mało jeszcze znanej, a zasługującej na Oscara.

Kadr z filmu 'Gniazdo'. (Fot. materiały prasowe M2 Films) Kadr z filmu "Gniazdo". (Fot. materiały prasowe M2 Films)

"Palm Springs"

Historia rozgrywa się w pięknych okolicznościach przyrody. A przynajmniej w pełnym słońcu, bo to w tytułowym Palm Springs. Wokoło pustynia, ale my oglądamy resort hotelowy. Z basenami, barem z kolorowymi drinkami. To tu odbywa się wesele. Wszyscy są podekscytowani z wyjątkiem Sarah, która jest naprawdę wkurzona. Ślub bierze jej siostra – młodsza, porządniejsza, nie przysparzająca rodzinie zmartwień. Sarah zamierza się z tej okazji upić i kiedy ten plan konsekwentnie realizuje, jej uwagę przyciąga on, czyli Nyles. Jest jedynym gościem weselnym nie w garniturze, tylko w bermudach i hawajskiej koszuli. Na parkiecie lawiruje z brawurą rewiowego tancerza, wszystkich zna po imieniu. Jest jednocześnie bardzo przyjazny, błyskotliwy i zblazowany. Koniec końców trafiają z Sarah na pustynię przy hotelu, a tam zamiast romantycznych uniesień dochodzi do nieoczekiwanego zwrotu akcji. I kiedy ona budzi się rano… Oto dzień wesela jej siostry: basen, drinki, słońce. I tak w kółko. To, rzecz jasna, motyw zapętlenia w czasie doskonale znany z „Dnia świstaka”, wykorzystany też niedawno w rewelacyjnym serialu „Russian doll”. Wracanie do tego samego chwytu było ryzykowne, ale  się opłaciło. Przerażenie Sarah trwa niedługo, bo Nyles już od dawna jest zapętlony w czasie i staje się jej przewodnikiem. Co im pozostaje? Wycisnąć z sytuacji, w jakiej się znaleźli, co się da. „Palm Springs” jest komedią romantyczną, przewrotną, bardzo w dobie pandemicznej rutyny aktualną.

Kadr z filmu 'Palm Springs'. (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Palm Springs". (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

"Sound of metal"

Kolejny tytuł, który ma wejść do repertuaru kin w marcu, ale już można go oglądać w ramach organizowanych w całej Polsce pokazów przedpremierowych. Głównym bohaterem jest tu Ruben, który jako perkusista robi na koncertach naprawdę sporo hałasu. Aż któregoś dnia, tak po prostu, budzi się nie słysząc praktycznie nic. Wizyta u lekarza nie pozostawia mu złudzeń: to trwałe uszkodzenie. Nasz bohater – niespokojny duch, z burzliwą przeszłością – trafia w końcu do ośrodka dla niesłyszących, głównie takich outsiderów jak on. Gdzie szybko staje się jasne, że musi się zmierzyć nie tylko z utratą słuchu. Jeśli widzieliście zwiastun „Sound of metal”, mogliście ulec wrażeniu, że to przewidywalna opowieść o pokonywaniu własnych ograniczeń, poszukiwaniu siebie, o wchodzeniu na „właściwą ścieżkę”.  Tak, to tematy poruszane w filmie, ale z całą pewnością nakręcono go z pomysłem, świeżo, nie bez powodu zrobił furorę już na kilku festiwalach. Ciekawy jest sposób, jaki pokazuje się tu świat z perspektywy głuchego człowieka, ale to także mocno uniwersalna opowieść o wyobrażeniach, jakie mamy na swój temat, nawykach, planach, które snujemy przez lata. Które z nich naprawdę są integralną częścią nas samych? I co w ogóle „bycie sobą” znaczy? Warto ten film zobaczyć także ze względu na samego Rubena, czyli nominowanego za tę rolę do tegorocznych Złotych Globów Riza Ahmeda, którego możecie kojarzyć z serialu „Długa noc”.

Kadr z filmu 'Sound of metal'. (Fot. materiały prasowe M2 Films) Kadr z filmu "Sound of metal". (Fot. materiały prasowe M2 Films)

  1. Kultura

Filmy, na które czekamy w 2021 roku

"Sound of Metal" z Rizem Ahmedem może być jednym z najbardziej fascynujących filmów, jakie zobaczymy w tym roku. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Wszystko wskazuje na to, że najbliższe miesiące będą fascynującym czasem dla światowej kinematografii. Przed wami premiery filmowe, których z niecierpliwością wypatruję w tym roku. Wśród nich festiwalowe hity, znakomite adaptacje oraz chwytające za serce historie oparte na faktach. Tych pozycji po prostu nie można przegapić. 

Wszystko wskazuje na to, że najbliższe miesiące będą fascynującym czasem dla światowej kinematografii. Przed wami premiery filmowe, których z niecierpliwością wypatruję w tym roku. Wśród nich festiwalowe hity, znakomite adaptacje oraz chwytające za serce historie oparte na faktach. Tych pozycji po prostu nie można przegapić. 

"Ojciec" (15 stycznia)

Wyśmienite recenzje krytyków, nagroda publiczności na festiwalu Sundance, znakomite nazwiska twórców i doskonała obsada aktorska to główne powody, dla których reżyserski debiut Floriana Zellera "Ojciec" wskazywany jest jako jeden z faworytów tegorocznych Oscarów. To film, który w niezwykle przejmujący sposób pokazuje jak starsi ludzie tracą swoją tożsamość w wyniku choroby, a także dobitnie przedstawia zmagania ich bliskich. Myślę, że nominacji, o ile nie nagrody, doczekają się również wybitne role Anthony'ego Hopkinsa ("Milczenie owiec") oraz Olivii Colman ("Faworyta", "The Crown"). Krytycy zwracają również uwagę na doskonały scenariusz, który zapada w pamięć i zostaje z widzem na długo po seansie. Czekam zatem z zapartym tchem.

"Malcolm i Marie" (5 lutego)

W tym roku Netflix ma zamiar co tydzień raczyć nas zupełnie nowym filmem. Jednym z nich będzie "Malcolm i Marie", nostalgiczny melodramat Sama Levinsona, twórcy serialu "Euforia". Scenariusz powstał w zaledwie kilka dni, a zdjęcia trwały niespełna dwa tygodnie. W efekcie powstała oszczędna w środkach oda do wielkich hollywoodzkich romansów oraz szczery wyraz wiary w przyszłość kina. Film przedstawia historię reżysera Malcolma oraz jego partnerki Marie. Pewnego wieczoru, gdy para rozmawia o swoich doświadczeniach i marzeniach, na jaw zaczynają wychodzić tajemnice zagrażające ich wspólnej przyszłości. W rolach głównych zobaczymy Johna Davida Washingtona oraz Zendayę. Zapowiada się arcyciekawy seans.

"Nomadland" (19 lutego)

Złoty Lew w Wenecji, nagroda publiczności na festiwalu w Toronto i cztery wyróżnienia przyznane przez National Society of Film Critics to dopiero początek. Nowy film Chloé Zhao ma również chrapkę na Oscara. Wskazywany jako faworyt w tegorocznym wyścigu po statuetkę Akademii Filmowej "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej musi przeprowadzić się do kampera. Po utracie całego dobytku w wyniku ekonomicznej zapaści w swoim rodzinnym mieście wyrusza w podróż po USA w poszukiwaniu sezonowych prac. W roli głównej dwukrotna laureatka Oscara za role w filmach „Fargo” i „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri”, genialna Frances McDormand.

"Na rauszu" (19 marca)

Istnieje teoria, że skromna dawka alkoholu podtrzymywana w organizmie otwiera umysł na otaczający nas świat. Kilku zaprzyjaźnionych nauczycieli z duńskiej szkoły średniej postanawia sprawdzić, jak owa teoria ma się w praktyce. To, co początkowo stanowi rubaszną zabawę, z czasem chwiejnym krokiem zatacza się w stronę tragedii. Film "Na rauszu" w nietypowy sposób porusza temat spożywania alkoholu, ukazując nie tylko jego negatywne, ale również, a może przede wszystkim, pozytywne skutki. Grunt to znaleźć umiar. Prosty w przekazie, ale jakże poruszający obraz uzupełnia rewelacyjna kreacja Madsa Mikkelsena oraz wspaniały soundtrack, w takt którego nie sposób nie tupać nóżką.

"Nie czas umierać" (2 kwietnia)

Szczerze wierzę w to, że wielokrotnie przekładana premiera najnowszej odsłony przygód Jamesa Bonda, którą zaplanowano na ten rok, w końcu się odbędzie. Dwudziesty piąty (prawdopodobnie najdroższy w historii) film o agencie 007 nosi tytuł "Nie czas umierać" i będzie ostatnim z cyklu, w którym w rolę kultowego bohatera wcieli się Daniel Craig. Miejmy nadzieje, że będzie to pożegnanie w pięknym stylu. Tym razem James Bond na prośbę swojego dawnego przyjaciela bierze udział w misji odbicia porwanego naukowca. Obok Craiga, w produkcji udział wzięli również Ralph Fiennes, Ben Whishaw, Naomie Harris, Léa Seydoux i Rami Malek.

"Last Night in Soho" (23 kwietnia)

W 2021 roku gwiazdy serialowych hitów Netflixa, Matt Smith ("The Crown") i Anna Taylor-Joy ("Gambit królowej"), ponownie zachwycą nas wachlarzem swoich aktorskich umiejętności, tym razem w nowym horrorze psychologicznym Edgara Wrighta. Reżyser znany głównie z produkcji komediowych ("Wysyp żywych trupów", "Scott Pilgrim kontra świat", "To już jest koniec") próbuje swoich sił w zupełnie nowym dla siebie gatunku. Oparty na autorskim opowiadaniu reżysera film przedstawia historię pewnej dziewczyny, która w tajemniczy sposób przenosi się do lat 60. Tam spotyka swojego idola, oszałamiającego początkującego piosenkarza. Wkrótce okazuje się jednak, że Londyn tamtych lat nie jest tym, czym się wydaje. Co z tego wyniknie? Dowiemy się już niebawem.

Kadr z filmu 'Last Night in Soho'. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Last Night in Soho". (Fot. materiały prasowe)

"Cruella" (28 maja)

Popularność niezależnych historii o antagonistach z najpopularniejszych filmowych hitów świadczy o tym, że widzowie wręcz uwielbiają czarne charaktery. Produkcji o swoich postaciach doczekali się już m.in. Joker i Harley Quinn z serii o Batmanie, czy Czarownica ze "Śpiącej królewny". Teraz przyszedł czas na demoniczną projektantkę mody ze "101 dalmatyńczyków". Najnowszy film wytwórni Walta Disneya skupi się na tym, dlaczego Cruella De Mon tak naprawdę stała się zła. Pikanterii dodaje fakt, że za film odpowiedzialny jest Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa" z Ryanem Goslingiem oraz "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" z Margot Robbie. W roli Cruelli zobaczymy natomiast Emmę Stone, u boku której pojawią się m.in. Emma Thompson i Mark Strong. Szykuje się kawał mocnej produkcji. Film dostępny będzie na platformie Disney+.

Kadr z filmu 'Cruella'. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Cruella". (Fot. materiały prasowe)

"Śmierć na Nilu" (17 września)

Choć osobiście nie jestem fanką filmów na podstawie powieści Agathy Christie, muszę przyznać, że ta produkcja zapowiada się niezwykle obiecująco. Ekranizacja "Śmierci na Nilu" z Kennethem Branaghem po obu stronach kamery zachwyca przede wszystkich obsadą aktorską. W rolach głównych zobaczymy bowiem Annette Bening, Gal Galdot, Armiego Hammera, czy debiutującą na dużym ekranie Emmę Mackey, znaną głównie z roli zbuntowanej Maeve z serialu "Sex Education". Pod kątem wizualnym również nie ma się (na razie) do czego przyczepić. Jeśli jesteście ciekawi jak śledztwo w sprawie zabójstwa młodej milionerki prowadzone przez Herculesa Poirota wypadnie na dużym ekranie, zapraszamy do kin we wrześniu.

"Diuna" (1 października)

Na nową "Diunę" w reżyserii Denisa Villeneuve'a czekam zdecydowanie zbyt długo. Gdy dowiedziałam się, że premierę przesunięto prawie o rok (sic!), załamałam ręce. A tak mało brakowało, aby film trafił do kin w 2020 roku... Zapytacie pewnie, czy rzeczywiście jest na co czekać. Tego dowiemy się dopiero w październiku, chociaż nazwisko reżysera i gwiazdorska obsada z Timothée Chalametem na czele zwiastują wiele dobrego. Na ekranie zobaczymy również Zendayę, Oscara Isaaca oraz Stellana Skarsgårda. Dla niezaznajomionych z tematem: oparta na powieści Franka Herberta „Diuna” śledzi losy dwóch rodów – Atrydów i Harkonnenów, które walczą o władzę nad planetą Arrakis. Gdy panujący ród Atrydów zostaje pokonany przez Harkonnenów, cywilizację przed zagładą może ocalić jedynie syn dawnych władców. Wyczuwam najmocniejszą premierę sci-fi tego roku!

"Żeby nie było śladów" (8 października)

Sprawą Grzegorza Przemyka żyła cała Polska. W maju 1983 roku rutynowo zatrzymany w centrum Warszawy syn opozycyjnej poetki zostaje śmiertelnie pobity przez milicję. Gdy jedyny świadek wydarzenia chce złożyć obciążające milicjantów zeznania, władze PRL decydują się użyć wszelkich narzędzi, aby za wszelką cenę uchronić winnych śmierci chłopaka od konsekwencji. Nowy obraz Jana P. Matuszyńskiego, twórcy "Ostatniej rodziny" i serialu "Król", przyjrzy się tej wstrząsającej historii z bliska. Film oparto na bestsellerowym, nagrodzonym Nike reportażu Cezarego Łazarewicza, "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka", z którym warto zapoznać się przed wybraniem się do kina.

Kadr z filmu 'Żeby nie było śladów'. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Żeby nie było śladów". (Fot. materiały prasowe)

"West Side Story" (10 grudnia)

A teraz coś dla fanów Stevena Spielberga i broadwayowskich musicali. Tym razem znany reżyser bierze na warsztat "West Side Story", kultowy spektakl Arthura Laurentsa z 1956 roku, luźno zainspirowany dramatem Williama Szekspira "Romeo i Julia". W najnowszej adaptacji dzieła Tony, najlepszy przyjaciel przywódcy gangu Jetsów, zakochuje się w Marii, siostrze Bernarda, przywódcy Sharków rywalizujących z Jetsami. Gdy zakochana para zostaje wplątana w porachunki gangów, tragedia wisi w powietrzu. W rolach głównych wystąpią Ansel Elgort oraz debiutantka Rachel Zegler. Choć o samej produkcji jeszcze niewiele wiadomo, to dostępne w sieci zdjęcia z planu wróżą coś niesamowitego.

Kadr z filmu 'West Side Story'. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "West Side Story". (Fot. materiały prasowe)

"Amonit"

Najnowszy film Francisa Lee "Amonit" to bez wątpienia opowieść o silnych kobietach. Kobietach, które mimo różnego pochodzenia i statusu społecznego, łączy wielkie uczucie. Zafascynowane sobą bohaterki decydują się rozwijać swoją namiętną znajomość, która już wkrótce odmieni ich życie na zawsze. W rolach głównych zobaczymy duet, którego nikt nie oczekiwał, ale każdy potrzebował: wschodzącą gwiazdę kina Saoirse Ronan ("Lady Bird", "Małe kobietki") oraz rewelacyjną jak zawsze Kate Winslet. To film, który z pewnością da wam siłę i motywację do tego, aby walczyć nie tylko o swoją pasję, ale również miłość. Zwiastun produkcji przywołuje na myśl francuski "Portret kobiety w ogniu". Czyżby "Amonit" okazał się jego mainstreamową wersją?

"Jeszcze jest czas"

Jestem przekonana, że Viggo Mortensen po drugiej stornie kamery sprawdzi się równie dobrze, co przed nią. O swoim debiucie reżyserskim oraz aktorskim duecie z Lance’em Henriksenem (którego rola wymieniana jest wśród pewnych nominacji do Oscara), miał okazję opowiedzieć zarówno podczas ostatniej edycji festiwalu Camerimage, jak również na łamach "Zwierciadła". Jego film "Jeszcze jest czas" to historia ojca i syna, których od lat dzieli niemalże wszystko. John mieszka ze swoją rodziną w Los Angeles. Spokojne życie mężczyzny staje jednak na głowie, gdy wprowadza się do niego jego podupadający na zdrowiu ojciec. Czy będą potrafili porozumieć się i zaakceptować dzielące ich różnice?

"Kobieta w oknie"

Na liście netflixowych premier na 2021 rok znalazł się również trzymający w napięciu thriller Joe Wrighta, twórcy odpowiedzialnego m.in. za "Dumę i uprzedzenie", "Annę Kareninę" i "Czas mroku". W thrillerze "Kobieta w oknie" Anna Fox, cierpiąca na agorafobię, czyli lęk przestrzeni, psycholog dziecięca z Nowego Jorku spędza całe życie w domu. Zaprzyjaźnia się więc z sąsiadką Jane, która mieszka w domu po przeciwnej stronie ulicy. Wszystko staje pod znakiem zapytania, gdy kobieta znika bez śladu, a Anna nabiera podejrzeń, że to, co się stało nie jest dziełem przypadku. Na jaw wychodzą szokujące tajemnice i nic nie jest tym, czym się wydaje. Zapowiada się naprawdę ciekawie! Tym bardziej, że w rolach głównych występują Amy Adams, Gary Oldman i Julianne Moore.

"Kurier francuski z Liberty, Kansas Evening Sun"

Bill Murray, Tilda Swinton, Frances McDormand, Benicio del Toro, Timothée Chalamet, Adrien Brody, Léa Seydoux, Owen Wilson, Willem Dafoe, Elisabeth Moss, Saoirse Ronan... Przyznacie, że ta obsada robi wrażenie. Tyle talentu w jednym filmie może okazać się jednak mieszanką wybuchową. "The French Dispatch" (tak brzmi oryginalny tytuł) to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Najnowszy obraz Wesa Andersona to dziesiąty film w jego karierze. Jubileuszowy projekt reżysera od początku wzbudzał zainteresowanie mediów, i to nie tylko dlatego, że jak zapowiedział sam twórca, ma to być "list miłosny do dziennikarzy". Film opowie bowiem o pracy paryskiego oddziału pewnej amerykańskiej gazety w latach 50. XX wieku. Zwiastun jest świetny, zdjęcia wyglądają imponująco. Pytanie tylko, czy faktycznie będzie to film godny jubileuszu...

"Sound of Metal"

"Sound of Metal" to film, na który w tym roku czekam najbardziej. Głównie ze względu na kreację Riza Ahmeda, którego w końcu będziemy mogli zobaczyć w pierwszoplanowej roli na dużym ekranie. Po znakomitym występie w serialu HBO "Długa noc", aktor udowodnił, że jest w stanie unieść ciężar głównej postaci i świetnie sprawdza się w przeróżnych aktorskich wcieleniach. Mam nadzieję, że po tym filmie jego kariera nabierze rozpędu, a sam Ahmed pokaże w końcu na co go stać. "Sound of Metal" zanosi się bowiem na produkcję, jakiej jeszcze nie było. Ruben jest pełnym pasji perkusistą, a Lu przebojową wokalistką. Gdy ruszają w trasę koncertową, a marzenie o wydaniu debiutanckiej płyty jest na wyciągnięcie ręki, chłopak z dnia na dzień traci słuch. Sytuacja, w której się znajduje jest zupełnie obca. Życie, które dotąd znał i kochał, lega w gruzach, a przyszłość staje się wielką niewiadomą. Wiele wskazuje na to, że będzie to jeden z najbardziej fascynujących filmów, jakie zobaczymy w tym roku.

"Supernova"

Homoseksualne wątki miłosne w kinie to ostatnio całkiem popularny trend. W tym roku zwolenników kina LGBT ucieszy więc nie tylko premiera "Amonitu", ale również brytyjskiego dramatu "Supernova" z Colinem Firthem i Stanleyem Tuccim w rolach głównych. Sam i Tusker, bo tak mają na imię główni bohaterowie filmu, są parą z 20-letnim stażem. Postanawiają wybrać się w podróż po Anglii, aby odwiedzić przyjaciół, rodzinę i bliskich, a także szczególne dla nich miejsca. Odkąd u jednego z nich zdiagnozowano postępującą chorobę, wspólny czas, który im jeszcze pozostał, jest najważniejszą rzeczą, jaką mają. Podczas wspólnej podróży obaj próbują odpowiedzieć sobie na pytanie, czym jest miłość w obliczu nieuniknionej przyszłości. Liczę na wzruszenia i dużo ciepła bijącego z ekranu.

"Śniegu już nigdy nie będzie"

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć również kandydata do Oscara z rodzimego podwórka. Film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta „Śniegu już nigdy nie będzie” to historia pochodzącego ze wschodu Żeni, który zatrudnia się jako masażysta na bogatym podmiejskim osiedlu. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, mężczyzna poznaje ich historie i osobiste dramaty, aby wkrótce odmienić życie każdego z nich. W roli głównej zobaczymy znanego z serialu "Stranger Things" Aleca Utgoffa, któremu towarzyszyć będą m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura i Andrzej Chyra.

  1. Kultura

Nowości filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Moja mała Zoe" (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ciekawy czas. Kina nieśmiało się otwierają, a w nich oglądać można pierwsze kinowe premiery, które zawieszono z powodu pandemii. Jednocześnie część nowych filmów pojawiło się najpierw w sieci, a teraz zadebiutowały także w salach kinowych, dając widzom możliwość wyrwania się z zamkniętego kręgu ekran-kanapa. Jeszcze inne tytuły w ogóle nie będą w dystrybucji kinowej, możemy je zobaczyć tylko online. To od nas zależy, którą opcję wybierzemy. Tak czy inaczej, jest w czym wybierać.

"Pechowi szczęściarze"

Pamiętacie „Dzikie historie”? Głośny argentyńsko-hiszpański film sprzed paru lat, zbiór kilku historii, których bohaterowie z różnych powodów tracą w końcu cierpliwość i dostają spektakularnych ataków szału? Wspominam o nim nie tylko dlatego, że w realizację „Pechowych szczęściarzy” zaangażowani byli ci sami producenci i odtwórca jednej z głównych ról Ricardo Darín. Filmy łączy też, a może przede wszystkim to, że i w jednym i drugim przypadku oglądając niesprawiedliwość, jaka dotyka bohaterów, myślimy sobie: „Dość! Tego już za wiele!”. Dokładnie to samo myślą bohaterowie. Akcja „Pechowych szczęściarzy” rozgrywa się w szczególnym dla Argentyny momencie, w roku 2001, kiedy rozpętał się gigantyczny kryzys, a ludzie z dnia na dzień tracili majątki. Oglądamy dość cudaczną grupę wspólników, idealistów – w większości nie najmłodszych i bez wyjątku lekko zwariowanych. Chcą w swoim miasteczku reaktywować spółdzielnię rolniczą i w tym celu inwestują oszczędności całego życia. Suma jest dość wysoka, tymczasem dyrektor miejscowego banku nagle upiera się, żeby z depozytu niezwłocznie wpłacić ją na konto. Jest dzień przed wybuchem kryzysu, a nasi poczciwi idealiści nie mają pojęcia, że świadomy, co się wydarzy dyrektor właśnie dokonuje wielkiego przekrętu, okradając swoich klientów. Oszukani prawdopodobnie pogodziliby się ze stratą – można by o nich powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są przebojowi – tyle że dochodzi do zdarzenia, które przelewa czarę goryczy. I oni, i my, widzowie wiemy, że to najwyższy czas, żeby zawalczyć i odebrać co swoje. Tę ciepłą familijną komedię ogląda się przyjemnie i z satysfakcją, że zwykłe szaraki ogrywają krwiożerczą finansową elitę. A czy wszystko pójdzie z planem, to już osobna historia.

„Pechowi szczęściarze” do obejrzenia w kinach oraz na: vod.pl, Player+, Cineman, Chili, Ipla.

'Pechowi szczęściarze' (Fot. materiały prasowe) "Pechowi szczęściarze" (Fot. materiały prasowe)

"Nasz czas"

I znowu obraz z Ameryki Łacińskiej. Za to skrajnie różny. „Nasz czas” to kino artystyczne. Wielkie kino – także jeśli chodzi o rozmach i długość, bo ten obraz Carlosa Reygadasa trwa prawie 3 godziny. Meksykański reżyser słynie z oryginalnego podejścia do materii filmowej. W „Naszym czasie” w głównych rolach obsadził siebie, swoją życiową partnerkę montażystkę Natalię López, a także trójkę ich dzieci. Po części więc grają siebie – rodzinę. Już samo to sprawia, że ich losy ogląda się inaczej (nawet jeśli w wywiadach reżyser odpiera zarzuty o twórczy ekshibicjonizm). Sama opowieść dotyka bardzo intymnych kwestii. Film rozpoczyna się od sielskich scen. Środek lata, dzieciaki bawiące się beztrosko pod gołym niebem. A obok młodzież, w trudniejszym wieku, ale w sumie nadal niewinna w porównaniu z dorosłymi, robiąca więcej hałasu niż rzeczywistej szkody.  Wszystko to w niezwykłych meksykańskich krajobrazach, popękana brunatna ziemia kontrastuje tu z bujną zielenią. Jest tłoczno, bo na rozległą farmę pary głównych bohaterów przyjechali całymi rodzinami goście. Dość szybko orientujemy się, że filmowi małżonkowie Esther i Juan są w trudnym dla nich momencie. Że z jednej strony są parą doskonałą, którą wiele łączy i która nadal jest ze sobą bardzo blisko, z drugiej – coraz bardziej między nimi zgrzyta. Do tego stopnia, że trudno już powiedzieć, co jest istotą, podstawą i celem ich bycia razem. Więzy rodzinne, poczucie bezpieczeństwa, namiętność, zazdrość, kwestia niezależności, związek otwarty, kontrolowana zdrada – o tym wszystkim Reygadas opowiada bardzo sugestywnie. W tej historii z początku roi się od ludzi, ale z biegiem czasu staje się ona coraz bardziej kameralna. W pewnym momencie przed kamerą zostaje tylko filmowa para, tak jak i w życiu w obliczu kryzysu w związku perspektywa zawęża się tylko do tych, którzy o niego walczą. Reygadas po raz kolejny potwierdza swój wybitny talent. Z kina wychodzi się z przeświadczeniem, że zobaczyło się coś więcej, bliżej, prawdziwiej niż zazwyczaj ogląda się na ekranie.

„Nasz czas” do obejrzenia w kinach.

'Nasz czas' (Fot. materiały prasowe) "Nasz czas" (Fot. materiały prasowe)

"Córka boga"

Spore zaskoczenie, bo „Córka boga” [w oryginale „The other lamb” – przyp. aut] Małgorzaty Szumowskiej miała trafić do kin po pandemii, ale po drodze nieoczekiwanie trafiła na platformę Netflix. To zresztą jeden z aż trzech filmów, jakie ceniona na świecie polska reżyserka (znana dotąd z tak głośnych nagradzanych tytułów jak „Body/Ciało”, „W imię” czy „33 sceny z życia) nakręciła w ostatnim czasie. Pierwszy w pełni anglojęzyczny w jej dorobku. „Córkę boga” nierzadko klasyfikuje się jako thriller albo nawet horror. Czy to trafna diagnoza, ocenić można dopiero wtedy, kiedy obejrzy się film do końca. A i tu, mogę się założyć, opinie i oceny będą różne.

O czym opowiada Szumowska? O Selah, nastolatce, która wychowuje się w religijnej sekcie. Mieszka z innymi głęboko w lesie, wśród dziewiczej przyrody. Sekta to w sumie kilkanaście kobiet, ich córki (czerwienie i błękity ubrań od razu przywodzą na myśl estetykę serialu „Opowieść podręcznej”) i jedyny mężczyzna, ich przywódca, którego wszystkie nazywają „pasterzem” i są mu bezwzględnie posłuszne. Niby żyją razem w harmonii, ale coraz dojrzalsza i bystrzejsza Selah zaczyna inaczej spoglądać na ich wspólnotę i panujące w niej zasady. Selah również jest oddaną wyznawczynią „pasterza”, a jednak jest w niej coś, z początku ledwo zauważalnego, a ze sceny na scenę coraz wyraźniejszego, co różni ją od reszty otaczających ją kobiet. Jedna z nich, czarna owca skazana na odosobnienie i niełaskę przywódcy, dostrzega to i z podziwem nazywa „siłą”. Czy ma rację? I czy ta trudna do uchwycenia cecha pomoże Selah czy przeciwnie, doprowadzi ją do zguby? Reżyserka trzyma nas w niepewności niemal do samego końca, a po drodze roztacza przed nami piękną wizualnie, mroczną baśń. Żeby nie zepsuć nikomu efektu, mogę jedynie zdradzić, że Szumowska nie straszy nas na darmo, że każda scena, motyw, wątek ma tu swoje rozwiązanie i że na koniec rozrzucone puzzle układają się w spójną, przekonującą całość. A także, że ta niby baśniowa opowieść okazuje się bardziej prawdziwa i dotykająca naszego życia niż mogłoby się wydawać.

„Córka boga” do obejrzenia na platformie Netflix.

'Córka boga' (Fot. materiały prasowe) "Córka boga" (Fot. materiały prasowe)

"Obrazy bez autora"

Niemcy, chwilę przed wybuchem II wojny światowej. Główny bohater „Obrazów bez autora”, na razie jeszcze mały chłopiec, idzie z ciotką do galerii na wystawę malarstwa. Świetnego, ale wtedy już zakazanego, w odróżnieniu od jedynych słusznych prac wychwalających narodowy socjalizm. Przewodnik z zapałem opowiada o „moralnej zgniliźnie” twórców wystawianych ku przestrodze dzieł, ale Kurt z prześliczną młodziutką Elisabeth są zafascynowani. Chłopiec uwielbia z nią przebywać. Zresztą nie tylko on, ze swoim urokiem, świeżością i miłością do pięknych dźwięków (sama gra na pianinie) Elisabeth potrafi zjednywać sobie ludzi. Na przykład przekonać odpoczywających w zajezdni autobusowej kierowców, żeby odłożyli kanapki i specjalnie dla niej wszyscy naraz włączyli klaksony tworząc niezwykłą polifonię. Ciotka uczy małego Kurta uważnego spojrzenia na świat, zachwytu nad nim. Problem w tym, że zaraz zacznie się wojna i dla takich osób jak ona nie będzie już miejsca. Nadwrażliwa Elisabeth trafi do szpitala dla obłąkanych, a naziści postąpią z nią tak, jak z większością pacjentów zamkniętych ośrodków. Po jej śmierci chłopak będzie dorastał z obrazem ciotki w sercu. Zwłaszcza, że odziedziczył po niej szczególną wrażliwość i także jest wybitnie utalentowany, tyle że plastycznie. Kiedy trafi na ASP we wschodnim Berlinie, szybko stanie się tamtejszą gwiazdą. W filmie śledzimy jego dalsze losy – pierwszą miłość, małżeństwo, wspólną ucieczkę za zachodnią granicę. To ciężka próba dla kogoś, kto do tej pory malował świetnie, ale głównie na zamówienie partii. Teraz Kurt ma całkowitą wolność twórczą. Zmierzenie się z nią okazuje się równie trudne, co mierzenie się z demonami przeszłości. Nawet nieświadome, bo tylko widz, w odróżnieniu od głównego bohatera, wie, że ukochana żona to ogniwo łączące Kurta ze zmarłą ciotką. Mroczne rodzinne tajemnice, a w tle burzliwa historia kraju. Film „Obrazy bez autora”, inspirowany biografią słynnego niemieckiego malarza Gercharda Richtera, jest jak dobre czytadło. Wciąga bez reszty.

„Obrazy bez autora” do obejrzenia w kinach.

'Obrazy bez autora' (Fot. materiały prasowe) "Obrazy bez autora" (Fot. materiały prasowe)

 "Moja mała Zoe"

Julie Delpy dała się poznać najpierw jako świetna aktorka, potem równie uzdolniona scenarzystka, wreszcie reżyserka. Jej najnowszy film „Moja mała Zoe”, w którym łączy wszystkie swoje talenty, właściwie mógł być jej debiutem reżyserkim. Bo zalążek pomysłu na scenariusz zrodził się prawie 30 lat temu. I tu, uwaga, pojawia się wątek polski: Delpy grała wtedy u Krzysztofa Kieślowskiego w trylogii „Trzy kolory”. Po zdjęciach sporo i szczerze z Kieślowskim rozmawiali, a dziś Francuzka mówi, że to on jest duchowym patronem „Mojej małej Zoe”, nawet jeśli sama historia jest „bardzo jej”, że to najbardziej osobisty film w jej dorobku. Mówi też, że nakręciła go, bo sama odkryła, jak trudnym wyzwaniem jest macierzyństwo, jak potężny jest codzienny lęk o własne dziecko. „Moja mała Zoe” może wzbudzać kontrowersje, bo zadaje trudne pytania. Ale to także po prostu dobre kino obyczajowe. Ze świetnie, jak to u Delpy, poprowadzonymi dialogami między parą Isabelle i Jamesem. Są w separacji, dzielą się naprzemiennie opieką nad ich kilkuletnią córką Zoe. Starają się odkładać emocje i urażoną dumę na bok dla dobra dziecka, ale różnie im to wychodzi. I kiedy wydaje się, że film opowiada właśnie o tym, czy dwoje skonfliktowanych ze sobą ludzi jest w stanie pogodzić się dla córki, następuje zwrot akcji. Wydarza się coś, co wstrząsa ich i tak nie najłatwiejszym układem. Zoe trafia do szpitala w ciężkim stanie, nie ma szans, żeby wyszła z tego cało. A Isabelle, na co dzień pracująca jako genetyczka, gotowa jest zrobić wszystko, żeby córkę odzyskać. To ten moment, kiedy pojawiają się najtrudniejsze pytania, przywodzące na myśl kino Kieślowskiego. Jak nowoczesna nauka ma się do moralności? Gdzie są granice etyczne, których przekraczać nie wolno? Czy miłość wszystko usprawiedliwia? Film odpowiada na nie w taki sposób, że nie pozostawia widza obojętnym. Można do decyzji głównej bohaterki podejść ze zrozumieniem albo zupełnie się z nią nie zgadzać. Delpy daje nam do tego prawo, ale też robi – trzeba przyznać – wszystko, żebyśmy przynajmniej zrozumieli, co kieruje jej bohaterką, a zrozumieć to w przypadku tak drażliwych kwestii, bardzo wiele.

„Moja mała Zoe” do obejrzenia na: vod.pl, Platforma CANAL+, Player +, Chili, UPC Polska, Play Now, Inea, Toya, Vectra, Multimedia Polska, Netia oraz Orange VOD.

'Moja mała Zoe' (Fot. materiały prasowe) "Moja mała Zoe" (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

"Van Gogh. U bram wieczności" z Willemem Dafoe w kinach już od 25 października

Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie
Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie "Van Gogh. U bram wieczności". (Fot. materiały prasowe)
"Van Gogh. U bram wieczności" to zmysłowa opowieść o najbardziej owocnym i zarazem najbardziej dramatycznym okresie życia Vincenta Van Gogha. W malarza wcielił się nominowany do Oscara znakomity Willem Dafoe. Premiera już 25 października. 

 

Malarz wyjeżdża z Paryża do Arles w Prowansji. Zafascynowany feerią barw i grą światła, tworzy najsłynniejsze obrazy. Stopniowo popada też w obłęd... Film odkrywa tajemnicę jego zagadkowej śmierci i przedstawia jako człowieka z krwi i kości, wspieranego przez brata i przyjaciela Paula Gauguina, z którym pod koniec życia popada w konflikt. W obsadzie Mads Mikkelsen, Emmanuelle Seigner, Oscar Isaac i Rupert Friend. Willem Dafoe otrzymał Nagrodę dla Najlepszego Aktora na festiwalu w Wenecji i nominację do Oscara. Film wyszedł spod ręki Juliana Schnabla, reżysera takich dzieł, jak „Motyl i skafander” czy „Basquiat – taniec ze śmiercią”, który sam jest także malarzem.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” miał swój początek w muzeum. Julian Schnabel zaprosił przyjaciela, renomowanego francuskiego scenarzystę, pisarza i aktora Jeana-Claude'a Carrière'a, do Muzeum Orsay na wystawę pod tytułem „Van Gogh/Artaud: Samobójstwo przez społeczeństwo” (nawiązującą do książki francuskiego dramatopisarza, poety i wizjonera Antonina Artauda pod tym samym tytułem).

Carrière sam jest żywą legendą kina. Znany z dziewiętnastoletniej współpracy z mistrzem Luisem Buñuelem współtworzył z nim między innymi „Dziennik panny służącej”, „Piękność dnia” i „Dyskretny urok burżuazji”. Jest także autorem wielu scenariuszy do filmów takich jak „Danton”, „Powrót Martina Guerre”, „Nieznośna lekkość bytu” czy „Cyrano de Bergerac”. W 2014 roku Carrière otrzymał nagrodę honorową Amerykańskiej Akademii Filmowej za całokształt twórczości scenopisarskiej.

Kiedy Schnabel i Carrière przechadzali się wśród czterdziestu obrazów na wystawie – takich jak „Portret artysty”, „Fotel Paula Gauguina”, „Portret doktora Gacheta”, „Piastunka (Augustine Rolin)” czy „Para butów” – zaczęli rozmawiać o filmie i nagle pomysł zaczął żyć własnym życiem. Carrière wspomina: „Niezwykle interesujący wydawał mi się plan realizacji filmu o malarzu w reżyserii innego malarza”.

Jeszcze tego samego popołudnia Schnabel rozpoczął pracę nad strukturą filmu, który chciał zrealizować. „Kiedy stoisz przed konkretnym dziełem, każde z nich o czymś Ci mówi. Ale jeśli obejrzysz trzydzieści obrazów przeżywasz coś więcej. Wszystkie uczucia akumulują się w jedno” opisuje. „To efekt, który chciałem uzyskać w filmie, zbudować strukturę w taki sposób, żeby doświadczenia Vincenta piętrzyły się, tak jakby cały ten okres jego życia przydarzył się widzom w jednym intensywnym momencie”.

Schnabel i Carrière rozwijali pierwotny pomysł i zaczęli dostrzegać co może się z niego narodzić. Carrière opowiada: „Zaczęliśmy pisać wspólnie, wiele czytaliśmy, ale pomysł ani przez chwilę nie polegał na tym, żeby stworzyć film biograficzny albo odpowiadać na oczywiste pytania. Zajmowało nas to, że van Gogh w ostatnich latach życia był absolutnie świadomy, że prezentuje nową wizję świata, że nie maluje już tak, jak inni malarze. Dawał ludziom nowy sposób widzenia i właśnie tę wizję chcieliśmy oddać w filmie”.

Piotr Czerkawski, recenzent Filmwebu, określa film jako "świetne kino, które – co przyznaję z pewnym smutkiem – na poziomie emocjonalnym wyraźnie dystansuje "Twojego Vincenta", i daje filmowi wysoką notę 8/10.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” wchodzi do polskich kin 25 października.