Basia Trzetrzelewska wiecznie smutno-pogodna

Ilustracja Przemysław Truściński

Zawsze miałam sny, w których widziałam siebie na scenie. I życie tak mną pokierowało, by je spełnić – mówi Basia Trzetrzelewska, jedna z najbardziej cenionych na świecie polskich wokalistek. Sprzedała ponad milion płyt, ma rzeszę fanów w USA i Japonii. Już niedługo ruszy po Polsce z zespołem w trasę promującą najnowszy album „Butterflies”.

Cicha dzielnica Londynu, biały szeregowy, na wskroś brytyjski dom wśród drzew. Danny macha do mnie z okna, za drzwiami szczeka Chester. – Basia jeszcze nie przyjechała, pewnie są korki, a mieszka pod Londynem, na skraju głuszy i południowego krańca miasta – mówi Danny White, klawiszowiec, kompozytor i producent, który gra z Basią od początku lat 80. Żona Danny’ego zaprasza na kawę. Pytam, czy są piosenki, do których – po tylu latach kariery – ma mniejszy entuzjazm. Jedna jest, ale nie zdradzi mi która. Za to jeden z największych przebojów Basi „Cruising and Bruising” z płyty „London Warsaw New York” grać uwielbia, napędzany reakcją publiczności, która prosi o niego na każdym koncercie.

– Zaskoczyło mnie, że ta piosenka, tak z pozoru lekka, ciepła, z elementami samby, do której stopy same podrygują, ma tak smutny tekst – mówię znad kawy. – A melodia twoim zdaniem nie jest smutna? – pyta zdziwiony Danny. Pytanie zawisa w powietrzu, bo pojawia się Basia. Zanim ją zobaczę, usłyszę jej śmiech – jak u nastolatki. Chester wtóruje wściekłym szczekaniem. Za Basią wchodzi Kevin Robinson, jej partner od prawie 30 lat, trębacz i aranżer związany z grupą Simply Red. Porywa nas gwar, ciepłe powitania i uściski. Wszyscy się doskonale znają – dawniej Kevin grał z Basią i Dannym w zespole. Gdy siadamy w salonie z widokiem na ogród (i położone w nim studio Danny’ego), jego pytanie nie daje mi spokoju.

– Powiedział, że ta melodia jest smutna? Cały Danny. W tamtym czasie często, gdy tekst piosenki był smutny, tworzyliśmy dla kontrastu melodię pełną optymizmu. A tekst jest smutny bez wątpienia – pisałam go, gdy się rozstawaliśmy. Później, gdy na koncertach śpiewałam tę piosenkę, łzy leciały mi po policzkach. To nie było łatwe rozstanie, zresztą żadne nie jest. Pracowaliśmy akurat nad drugą solową płytą i mieliśmy zaplanowaną dużą trasę koncertową. Jedynym plusem było to, że przynajmniej miałam o czym pisać piosenki [śmiech]. „Time and Tide”, tytułowy utwór z naszej pierwszej płyty z 1987 r., też jest o nas, a raczej o Dannym – już chyba wtedy miałam przeczucie zbliżającego się rozstania.

To, dodajmy, twój pierwszy utwór na liście przebojów „Billboardu”, potem pobił go „Cruising…”.
W USA ta piosenka często jest grana na weselach. Śpiewam, że nie powinniśmy być razem, może kiedyś, że mamy czas – to piosenka o niespełnionym uczuciu, a tu ślub! Przewrotne.

Podobnie jak to, że z rozstania wyszły wam największe hity.
Piosenki o nieszczęśliwej miłości, rozdartym sercu – od Phila Collinsa po Adele – najbardziej przemawiają do ludzi, może dlatego, że są do bólu szczere i poruszające. Dobrze, że jakoś to rozstanie przetrwaliśmy. W pierwszym odruchu chciałam zerwać kontakt, ale Danny jest najbardziej upartym człowiekiem na świecie i jeżeli coś sobie postanowi, to do tego dąży, więc w końcu przekonał mnie, że szkoda marnować takie dobre partnerstwo muzyczne. Przecież już mieliśmy za sobą jedną solową płytę, pracowaliśmy nad drugą, a właściwie nad trzecią, bo jeszcze wcześniej była ta z zespołem Matt Bianco. Uważał, że nie możemy tego zaprzepaścić… Ja z kolei jestem wyrozumiała, daję ludziom drugą i trzecią szansę, łatwo wybaczam.

To było bolesne, ale on był cierpliwy i wiedział, że prędzej czy później wszystko się między nami ułoży. I miał rację – poznaliśmy nowych partnerów, dziś jesteśmy wielką muzyczną rodziną i śmiejemy się z tamtych dramatów. Chociaż cierpliwość Danny’ego została wystawiona na próbę, gdy zaczęłam się spotykać z Kevinem, naszym muzykiem z zespołu. Wcześniej traktowaliśmy się po koleżeńsku, ale podczas długiej trasy po rozstaniu spojrzeliśmy na siebie inaczej. Pokonywaliśmy kilometry w przeróżnych busach i Danny nie był zadowolony, że okazujemy sobie z Kevinem uczucie. A potem spotkał Gronię i wszystko się ułożyło. Świetnie się z nim pracuje.

Jak się poznaliście?
Przyjechałam do Anglii, gdy miałam 27 lat, w 1981 roku, za ukochanym Brytyjczykiem, którego poznałam jeszcze w Warszawie. Wcześniej była przygoda z USA, gdzie śpiewałam z zespołem w klubie polonijnym w Chicago. Danny’ego poznałam rok po przeprowadzce do Londynu – szukając pracy, przeglądałam ogłoszenia w pismach muzycznych. W magazynie „Melody Maker” znalazłam Bronze – zespół współtworzony przez Danny’ego. Gdy odeszła ich wokalistka, zastąpiłam ją. Na początku nie był tym zachwycony, bo brzmiałam zupełnie inaczej niż ona, ale z czasem znaleźliśmy wspólny muzyczny język. Nie udało nam się jednak znaleźć zainteresowania ze strony żadnej wytwórni płytowej i Bronze rozpadł się w 1983 roku.

Wkrótce potem Danny poznał Marka Reilly’ego, z którym założył zespół Matt Bianco, a ja dołączyłam do nich, śpiewając głównie chórki. Po sukcesie pierwszej płyty z hitami „Half a Minute” i „Get out of Your Lazy Bed” odeszliśmy z Dannym z zespołu w ’85 roku, a on zachęcił mnie do pisania. Sama, wpatrzona w idoli, genialnych kompozytorów, jak np. Stevie Wonder, nigdy bym nie miała śmiałości. Ale sprytnie mnie podszedł – na początek dał mi kilka akordów i powiedział, żebym wymyśliła do nich melodię. Potem, żebym dopisała do niej ciąg dalszy, a w końcu polecił mi napisać tekst – choć wtedy jeszcze kiepsko mówiłam po angielsku! Odpowiedziałam mu, że przecież to on jest Anglikiem, to jego robota i jego język, a on mi na to, że nie umie wyrażać uczuć słowami. Sama nie wiem, kiedy okazało się, że pracujemy i żyjemy razem. Na dłuższą metę to było nie do wytrzymania, bo nasze życie zamieniło się w niekończącą się pracę. Danny’emu muzyka wypełnia całe życie, ja z kolei chcę podróżować, spędzać czas z rodziną, przyjaciółmi, pochłania mnie wiele rzeczy: teatr, książki, ogród… Poza wrażliwością muzyczną nie mamy z Dannym zbyt wiele wspólnego – ale muzycznie rozumiemy się bez słów. Choć i dziś Danny bywa zły, że tak powoli pracuję, bo on mógłby bez przerwy. Na szczęście już jakiś czas temu odkrył tenis, gra, chodzi na spacery z psem, znalazł więc coś poza muzyką. Z kolei z Kevinem wszystko mnie łączy poza muzyką! Mamy takie samo spojrzenie na świat, interesują nas te same rzeczy, ale muzycznie różnimy się bardzo.

Jak to jest śpiewać dziś piosenki o rozstaniu sprzed lat?
Łatwiej, nie mam już do nich tak emocjonalnego stosunku, nie myślę, o kim i o czym one są. Czasem patrzę na ludzi na koncercie i ich emocje mnie niosą. Ktoś ma łzy w oczach albo śpiewa ze mną, a to bardzo mnie wzrusza. Raz, wyobraź sobie, podczas „Time and Tide” mężczyzna klęknął przed dziewczyną i się jej oświadczył! Niemal głos mi odebrało z wrażenia.

Masz polskie i brytyjskie obywatelstwo. Jak to jest żyć na dwa domy i dwa kraje?
Nauczyłam się być tu i tam. Raz w miesiącu jadę do Polski, bo tęsknię. Ale też dobrze, że mam brytyjską odskocznię, bo nie wiem, czy inaczej mogłabym pracować. Muszę mieć dystans, pełną ciszę, być sama. Gdy nagrywam, nie lubię nawet, gdy Kevin jest w domu, a gdy jest, proszę go, by został na parterze – studio mam na strychu. Nie chcę, żeby słyszał, jak improwizuję, wymyślam, bo czasem niektóre próby wydają mi się żenujące. Mieszkamy pod lasem, wokół tylko ptaki, lisy i koty sąsiadów. A dom w Jaworznie dzieli między siebie 12 osób, więc cisza i spokój są czymś nieosiągalnym.

Aż 12?
To wielki dom. Straciłam już, niestety, rodziców oraz obu braci, ale mieszka w nim moja siostra, która ma córkę i syna, a oni swoje rodziny. By się pomieścić, co chwilę adaptujemy nowe pomieszczenia tak, żeby każdy miał osobne mieszkanie – w domu jest już pięć kuchni! My z Kevinem, po wędrówce przez wszystkie niemal piętra, w końcu wylądowaliśmy na strychu, gdzie mamy dużo przestrzeni, tak jak lubię. Na dole, w ogromnym salonie, odbywają się wszystkie ważne uroczystości rodzinne oraz co roku święta i sylwester.

To był zawsze twój rodzinny dom?
Urodziłam się w zupełnie innym domu, rodzice mieli przy nim sklep z lodami, potem przenieśliśmy się do kolejnego, tym razem z wielkim ogrodem. Już nie istnieje, wybudowano na jego miejscu osiedle, a rodzice dostali w zamian działkę. Na początku lat 70. ojciec zaczął budować na niej nasz wielki dom, ale zmarł, zanim go ukończył, więc moim życiowym projektem stało się kontynuowanie jego dzieła. Odkąd odeszli rodzice, przejęłam pieczę nad domem – zajmuję się naprawami, co chwilę znajduję coś do wymiany, ostatnio płot i rynny… Mieszkamy tam w cztery rodziny, jest trochę jak w komunie, trzeba się umieć dogadywać. Dla siebie mamy z Kevinem czas w Wielkiej Brytanii, tu znajomi są bardziej powściągliwi, nie zdarza się, by ktoś wpadł niezapowiedziany [śmiech]. Mamy za to wielu gości z Polski, co jest cudowne, latem niemal każde łóżko i sofa są zajęte. Bo zdecydowanie bliżej mi do moich przyjaciół z Jaworzna niż tych z Wysp. Poza tym są jeszcze kuzyni, ciocie… W Polsce wszyscy trzymają się blisko i to jest wspaniałe, bo nie znajduję nic lepszego w życiu niż najbliżsi mi ludzie.

Rodzina bywa inspiracją?
Narodziny Amelki, jednej z wnuczek mojej siostry, stały się okazją do powiedzenia mojej rodzinie, co w życiu ważne i żeby się nie przejmować głupstwami. Piosenka „Amelki śmiech” ma rytm walca, a moja mama zawsze mnie prosiła, żebym nagrała walczyka. To była piosenka dla niej, mimo że już odeszła.

Pisanie tekstów jest dla mnie najtrudniejszą rzeczą na świecie. By jakoś się z tym uporać, zaczynam od napisania listu do wybranej bliskiej osoby. Dopiero potem adaptuję go tak, by pasował do melodii. Najgorzej włączyć komputer i patrzeć na pustą stronę. Jest pomysł, jest zarys muzyki – ale wypełnij to, zrób z tego całość, zainteresuj tym ludzi, wzrusz, włóż coś prawdziwego! To wyciąga ze mnie każdą emocję. Potrafię wysprzątać cały dom, przekopać ogródek, wyprasować górę prania, żeby odsunąć tę torturę. Oczywiście, jak już wszystko idzie dobrze, to sprawia mi niesamowitą przyjemność. Ale wcześniej, pracując nad piosenką, potrafię wylać sporo łez.

Śpiewasz: „Wiesz, co liczy się: Amelki śmiech, ludzki gest. Masz przyjaciół w bród, biesiadny stół. Śpiewaj i nie zapominaj, jak ważna ta chwila”.
Mam grupę przyjaciół w Polsce, z którymi każde spotkanie zamienia się w ogromną biesiadę i zawsze kończy się śpiewami, wygłupami, tańcami, jest wesoło i na luzie. Te spotkania są dla mnie niezwykle ważne. W Anglii coś takiego się nie zdarza, imprezy wyglądają tak, że wszyscy stoją z drinkiem nad bufetowym jedzeniem – inna planeta. W „Amelki śmiechu” chórkiem są współbiesiadnicy – przyjaciele i rodzina. Zależało mi na oddaniu atmosfery, więc na stole – obok jedzenia i napojów – postawiliśmy z Kevinem dwa mikrofony i nagraliśmy chórki. Musiałam nauczyć bractwo melodii, zanim wypije zbyt dużo. Udało się nam oddać atmosferę, więc nieważne, że niektórzy śpiewali nieczysto, chciałam, żeby to było autentyczne. Mam fajne wspomnienia z tego nagrania.

„Amelki śmiech” pochodzi z twojej trzeciej solowej płyty „It’s that Girl Again”, którą wydałaś w 2009 roku, po 15-letniej przerwie. Co ją spowodowało?
Szereg tragedii. Najpierw zmarła moja mama, kilka miesięcy później wstrząsnął mną atak z 11 września, potem w wypadku zginęła moja bliska kuzynka… To wszystko wydarzyło się w przeciągu roku, nie chciałam pracować, odrzuciłam muzykę. W końcu Danny, który wyrywał włosy z głowy tak, że nie ma ich już wcale [śmiech], wrócił do Matt Bianco i zaczął podsuwać mi pomysły. Powoli, powoli znów wciągnął mnie w muzykę. Zaczęłam nieśmiało od chórków, potem wróciłam do pisania. W rezultacie w 2005 roku nagraliśmy płytę z Matt Bianco, więc moja przerwa od śpiewania była krótsza, niżby się wydawało.

Opowiedz, proszę, o mamie.
Mama była motorem, bardzo mnie motywowała, pracowałam dużo więcej i częściej, gdy żyła. Była krytyczna, mówiła, co jej się podoba, co nie, ale też była moją największą fanką, jak to matka. Lubiła Shanię Twain, nie znosiła Whitney Houston, mówiła, że za płaczliwie i za krzykliwie śpiewa. Interesowała się wszystkim, co się dzieje, była nowoczesną kobietą, młodą duchem. Mam wiele jej fotografii, na mojej ulubionej jest ubrana po domowemu i z uśmiechem patrzy w obiektyw – dałam ją Agacie Orlickiej, świetnej malarce, by zamieniła ją w obraz. Powiesiliśmy go w centralnym miejscu domu w Jaworznie, mama wygląda na nim jak żywa, jest zawsze z nami. Ale na jej fotografie wciąż nie mogę patrzeć bez bólu, choć od jej śmierci minęło już 19 lat. Żałuję, że nie spędziłam z nią więcej czasu, że może za rzadko przyjeżdżałam.

Przez salon z przepraszającym wyrazem twarzy przechodzi wracający ze studia Danny z synem. – Cześć, Jordan – rzuca Basia. – Kiedyś był małym chłopcem, dziś komponuje, gra na saksofonie, raz nam towarzyszył w nagraniu. – Na fortepianie umie zagrać rzeczy, których ja nie potrafię – dodaje z lekką dumą Danny. – Raz usłyszy i od razu gra. Ja jestem samoukiem, dodam na swoje usprawiedliwienie, on studiował muzykę. Ja psychologię.

A twój syn?
Mikołaj zawsze był zainteresowany muzyką. Zaczął studiować filozofię, która, jak się okazało, nie za bardzo go pociągała, i gdy w końcu z niej zrezygnował, zaproponowałam mu, że skoro muzyka jest tym, co kocha, to niech ją studiuje. A on mi na to, że wtedy przestanie być jego pasją, a stanie się pracą. Więc zaczął studiować antropologię i socjologię. Dziś ma bardzo lewicowe poglądy i prowadzi w Londynie radykalną księgarnię, organizuje spotkania z pisarzami, targi książkowe, przyznaje nagrody. Ale oprócz tego jest też didżejem i nagrał swoją płytę instrumentalną, jazzową. Jestem dumna z niego, że potrafi pogodzić te wszystkie pasje.

Ty, zdaje się, studiowałaś fizykę?
Zdawałam na matematykę, ale zabrakło mi punktów, bo byłam córką rzemieślników – wyobrażasz sobie?! Wylądowałam na fizyce. Jeszcze w liceum występowałam na różnych akademiach, od szóstego roku życia uczyłam się grać na fortepianie. Chciałam zapisać się do szkoły muzycznej na obój, ale okazało się, że termin minął i dyrektor przesunął mnie na wokal, więc uczyłam się śpiewu operowego. Zawsze miałam sny, w których widziałam siebie na scenie. I życie tak mną pokierowało, by je spełnić.

Debiutowałaś w wieku 15 lat z zespołem Astry, aż w końcu trafiłaś do Alibabek.
Porwały mnie ze studiów już na pierwszym roku. Bardzo lubiłam ten zespół, jego chórki i harmonie – zresztą do dziś wykorzystuję to, czego tam się nauczyłam. Dzięki temu, że nie śpiewam za dużo, bo nagrywamy i wydajemy płyty rzadko, koncertujemy również – mój głos wciąż nieźle się trzyma. Świeżość w mojej muzyce, radość z robienia jej po tylu latach kariery wynika między innymi z tego, że to nie jest moja codzienna praca.

A na co dzień jakiej muzyki słuchasz?
Jestem fanką muzyków, którzy mogliby być moimi wnukami. Tym się różnimy z Dannym. Ja słucham wszystkiego, co się pojawia, ot, chociażby Eda Sheerana, a on żyje w świecie swoich pierwszych inspiracji, uwielbia jazz i muzykę klasyczną. Dla mnie każda muzyka jest dobra. Na przykład jestem szaloną fanką 36-letniego Jamiego Woona – jest pół Szkotem, pół Malezyjczykiem – nagrał dwie płyty i czekam na trzecią, kiedyś wyprawiliśmy się na jego koncert do Walii. Kupiłam też płytę norweskiej wokalistki Sigrid, ma zaledwie 23 lata, wygląda na 16, daje mi tyle entuzjazmu, śpiewam z nią w samochodzie, ma świetny głos. Zupełnie inny niż głosy, które kiedyś mnie interesowały, chociaż, oczywiście, nadal kocham płyty Arethy Franklin czy Steviego Wondera. Wczoraj na przykład oglądałam nagranie niesamowitego koncertu Coldplay z São Paulo sprzed dwóch lat. Patrzenie, jak tysiące ludzi cieszą się, tańczą, krzyczą, obejmują się, bo porywa ich muzyka i wiąże piosenka, jest dla mnie wzruszające do łez. Więc zamiast się cieszyć z nimi, ciągle wycierałam oczy. Taki płacz ze szczęścia.

Mimo tych łez twój perlisty śmiech sprawia, że wydajesz się niezwykle pogodną osobą.
Smutno-pogodna jestem. Mam w sobie sporo melancholii. Urodziłam się w środę, a jest taki angielski wierszyk, który opisuje charakter i mówi: Wednesday’s child is full of woe – i to woe znaczy „żałość”. Może dlatego jestem zawsze na pograniczu łez i śmiechu. Do tego jestem Wagą, więc potrafię płakać ze szczęścia. Moi znajomi czasem specjalnie mi o niektórych rzeczach nie mówią, żeby mnie nie martwić. No, ale nic na to nie poradzę, zawsze miałam w sobie tę nadwrażliwość.

Danny pewnie by przytaknął, gdyby mógł zrozumieć, o czym rozmawiamy. A tak, wchodząc do pokoju, rzuca tylko: – Patrz, jaki mądry pies!. I pokazuje Chestera, który umościł się na fotelu i zamiast szczekać, śpi w najlepsze. – Ma szczęście – chodzi na spacer trzy, cztery razy dziennie – dodaje Basia. – Wystarczy, że zagram pewną melodyjkę i on od razu biegnie pod drzwi! – śmieje się Danny. – Załapał już po dwóch razach. Wcześniej miałem setera, który dopiero po miesiącu zrozumiał, o co chodzi. A ten jeszcze umie śpiewać. Gdy gram Chopina, zaczyna mi wtórować. Patrzcie. Danny gra, Chester podnosi głowę i zaczyna wyć do rytmu. A Basia śmieje się perliście zaraźliwym śmiechem, takim z głębi serca.