fbpx

Jeździec znikąd

Jeździec znikąd
mat.pras.Disney

Jak nie pirat to Indianin – Johnny Depp, ponownie przebrany, tym razem zabiera nas na Dziki Zachód, pełen Indian, złoczyńców i dużej ilości srebra.

Jeździec znikąd
mat.pras.Disney

To kolejna produkcja Disneya, w którą angażuje się hollywoodzki aktor. Zamiast jednak w ekstrawaganckiego pirata o nie zawsze czystych zamiarach, wciela się w „Jeźdźcu znikąd” w ekstrawaganckiego Indianina o nie zawsze czystych zamiarach. Inny anturaż, za to mimika i gesty niemal te same. Zabrakło jedynie chwiejnego kroku, ale w końcu nie jesteśmy na pełnym morzu.

Taki jak Johnny Depp jest cały film – niby wszystko gdzieś już widzieliśmy, a każdy ruch jesteśmy w stanie z góry przewidzieć, tylko opakowanie jest inne a efekty specjalne wspanialsze. „Jeździec znikąd” to film równie zły jak i dobry, na pewno za to gwarantowany hit tego lata. Obraz łączy w sobie kino przygodowe, western, komedię i czarny humor z elementami sensacji i historii. Reżyser Gore Verbiński, mający na swoim koncie – jak łatwo się domyślić – takie tytuły jak trzy części „Piratów z Karaibów”, oraz mocne „The Ring” i „The Mexican”, lubi bawić się gatunkami i tworzyć z kina mieszankę wybuchową. Taki właśnie filmowy koktajl dostajemy i tutaj.

Poznajemy młodego prokuratora Johna, gdy ten zmierza pociągiem w rodzinne strony. Jest rok 1869, wojna secesyjna za nami, teraz Stany Zjednoczone skoncentrowały się na połączeniu całego kontynentu siecią kolejową. Budowa trwa i w takim właśnie przybytku nowoczesności przemieszcza się John. W tym samym pociągu, ale innym wagonie, skuty łańcuchami podróżuje niejaki Butch Cavendish – jak samo imię wskazuje – zbir, jakich mało. Jego towarzyszem niewoli choć nie towarzyszem niedoli jest Indianin Tonto. Tonto chce zabić Butcha, bo ten przed laty wymordował mu wioskę. Gdy Butch ucieka, Indianin i John (któremu zbir zabija brata), ruszają jego śladem, by pomścić bliskich.

Jezdziec_znikad
mat.pras.Disney

ZAMÓW

E-WYDANIE

Ich krucjata ma szersze społecznie i historycznie tło. Gore Verbiński ma ambicję pokazać w tej historii, że potęga Ameryki zbudowana została żądzą pieniędzy i władzy ludzi o niskich morale, którzy za nic mieli los lokalnych społeczności, a już na pewno nie interesowało ich dobro prawdziwych autochtonów, czyli Indian. To trochę taka lekcja historii, w której wujek Disney opowiada, że za los biednych Indian odpowiedzialni są złe jednostki, ale nie społeczność w ogóle. To trochę jakby powiedzieć, że to tylko Hitler odpowiada za Holocaust. Dlatego napisałam, że film jest zły.

Równie zły jak dobry, „Jeździec znikąd” okaże się dla tych, którzy zamiast historii, szukają w nim przygody i rozrywki. Mamy tu wspaniałe pościgi pociągowe, spektakularne lawirowanie na torach końmi, pieszo lub trzymając w cuglach rozpędzoną maszynę. Już jedna z pierwszych scen, gdy pędzący pociąg wykoleja się, należy do majstersztyków efektów specjalnych. A do tego wspaniała postać Tonto, grana przez Johnny’ego Deppa.

„Jeździec znikąd” nie jest znikąd – pomysł zaczerpnięty został ze słuchowiska, jakie radowało Amerykanów w latach 30. poprzedniego wieku. Do gotowej historii dodano efekty specjalne, znaną twarz Deppa (aktora podczas zdjęć adoptowało plemię Komańczy, co dodatkowo nakręca machinę marketingową filmu) i voila! Wspaniały letni produkt gotowy. Podawać z popcornem i zimną colą.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>