fbpx

Na Batmana za zasługi – „Mroczny rycerz powstaje” – recenzja

Na Batmana za zasługi - "Mroczny rycerz powstaje" - recenzja
materiały prasowe

Są takie trylogie, których ostatnią część wypada zobaczyć choćby za zasługi części wcześniejszych. W trzeciej części Batmana, „Mroczny Rycerz Powstaje”, jest co prawda na co narzekać i na pewno nie przebija on swojego genialnego poprzednika, ale to też godne zakończenie całej opowieści i nowa część układanki o Człowieku Nietoperzu.
Przed wybraniem się na seans najnowszego Batmana dobrze przypomnieć sobie dwa poprzednie. Nolan w wielu miejscach mruga do widzów okiem, przypominając im szczegóły z Batman Begins” i „Mrocznego Rycerza”. Daje też o sobie znać wiele postaci, które – przy okazji dominującej obecności Jokera – w części drugiej odpoczywały. Z takim całościowym spojrzeniem widzimy też, jak w każdej części inaczej rozkładają się akcenty.

Pierwsza to Bruce Wayne i jego stawanie się Batmanem, druga to Joker i pytania o naturę zła, a trzecia… no właśnie, tutaj trudno o jednoznaczną ocenę. Christopher Nolan, który cały czas – przynajmniej w teorii – opowiada historię superbohatera, znów nie ma zamiaru się ograniczać tylko do niego. O ile jednak w „Mrocznym Rycerzu” wychodzi mu to więcej niż dobrze, tutaj jest już różnie.

Warner Bros/więcej w galerii

W „Mroczny Rycerz Powstaje” wracamy do Gotham, które już od 8 lat nie widziało Batmana na swoich ulicach. Nikt zresztą nie jest tym przejęty: to czas pokoju po wojnie, którą w opinii wszystkich, wygrał dla ich miasta bohater bez maski, Biały Rycerz, Harvey Dent. To jego święto obchodzi się każdego roku, przypominając jednocześnie, że zamordował go Batman. Bruce Wayne w swoim ukryciu miał więc czas na zapuszczenie brody, wypadek przez który porusza się z laską, utratę większości zdolności bojowych, słowem, zestarzenie się.

Do powrotu przekona go kilka czynników, od okradającej go Kobiety Kot (Anne Hathaway) zaczynając i przygotowującym tajemnicze powstanie Banie (Tom Hardy) kończąc. Jeśli „noc jest najciemniejsza tuż przed wschodem słońca”, to ta najciemniejsza godzina właśnie zbliża się dla Gotham City i Batmana – czasu na szlifowanie formy jest niewiele. Niedługo brakować zacznie też funduszy, bo ktoś sfałszował transakcje Wayne Enterprises i do niedawna najbogatszy człowiek świata zostaje nagle bez grosza. Ale to, wbrew pozorom, dopiero początek zawiłości fabuły.

Nolan, w przeciwieństwie do Wayne’a, czasu ma sporo: na ostatnim Batmanie spędzimy w kinie aż dwie godziny i czterdzieści pięć minut. To istotna informacja, bo pokazuje, że reżyser mógł zrobić wiele. Przede wszystkim pozwolić fanom Christina Bale’a – który żegna się z kostiumem Batmana – naoglądać się go do woli. Stąd biorą się też jednak wszystkie problemy tego filmu, ocenianego jako osobny żywot, a nie część wielkiej nietoperzowej trójcy.

Zdaje mi się, że „Mroczny Rycerz” odniósł taki sukces, bo uderzył widzów swoją bezwzględnością: Jokerem i brakiem melodramatycznych opowieści o tym, jak to śmierć rodziców naznaczyła życie młodego chłopca (przypadłość „Batman Begins”). W „Mroczny Rycerz Powstaje” jest niestety gorzej, bo w zamian za słuchanie o wzruszającej przeszłości Bruce’a Wayne’a, poznajemy życiorysy jego wrogów albo nadgorliwych policjantów z zadatkami na przyszłych partnerów Batmana (tutaj, do bólu idealistyczny Joseph Gordon-Levitt jako Blake). Pamiętajcie, trudne warunki dorastania – szczególnie za mało światła przy odrabianiu lekcji – krzywdzą na całe życie.

To wszystko przeplata się z przekombinowanym planem doprowadzenia do socjalistycznej rewolucji w Gotham, nieszczególnie rozwiniętym wątkiem powrotu Batmana do łask mieszkańców miasta i interesami kilku kobiet, które albo chcą czegoś od głównego bohatera, albo on próbuje zdobyć coś od nich. Można się pogubić i w część z tych rozwiązań po prostu nie uwierzyć.

Film ratuje jednak to, że to ciągle ten sam Batman. Przyglądanie się jak z trudnościami – tym razem zdecydowanie większymi niż jego możliwości – radzi sobie postać Bale’a, to sama przyjemność, szczególnie, że tym razem pomaga mu świetna w swojej roli, pełna kociej gracji, Hathaway. Niezmiennie doskonały jest oczywiście też poważniejszy niż zwykle Alfred (Michael Caine), który naciska ostatniego z Wayne’ów, by ten zamiast powrotu do akcji rozważył… emeryturę. Nolan tym razem nie szczędził poza tym grosza na efektowne sceny pościgów, walk w powietrzu („- Mama zawsze ostrzegała mnie przed wsiadaniem do samochodów z nieznajomymi. – To nie jest samochód.), wysadzania kilometrowych odcinków miasta i ostateczną bitwę o Gotham.

W efekcie plusy wygrywają z minusami (o czym świadczą chyba też brawa, które napisy końcowe usłyszały po premierze), ale o nowym klasyku nie może być mowy. Po Mrocznym Rycerzu” oczekiwania były oczywiście bardzo wygórowane; wśród fanów najpierw pojawiło się zwątpienie i (słuszne) założenie, że drugiej części pobić nie można, a później internetowe przypinki rodem z kampanii Baracka Obamy, z hasłem Wierzę w Christophera Nolana”. Zdaje się, że reżyserowi udało się nie zawieść oczekiwań obu tych grup: tak, to gorszy film niż jego poprzednik, ale też taki, który nie psuje jego dziedzictwa i nastrojów tym którzy wybiorą się do kin.

„Mroczny Rycerz Powstaje” nie wyjdzie jednak poza poziom raczej typowego, niemal schematycznego „zamykacza” serii: jest w nim ostatnia próba wielkiego bohatera, jego momenty zwątpienia, upadek i powstanie. Wreszcie bitwa, podczas której producenci mogą wystrzelać wszystko, co trzymali w magazynach od czasów pierwszej części.

Fanom tej trylogii i samego Człowieka Nietoperza to nie będzie przeszkadzało, bo to dla nich pozycja tak czy inaczej obowiązkowa. Nowy, szczególnie tak długi film, jest okazją do zebrania dodatkowych informacji o swoim ulubieńcu, zobaczenia go w nowych sytuacjach – „dokończenia układanki”. Z kolei ci zazwyczaj niezainteresowani nie mogą już niestety liczyć na te dyskusje o decyzjach bohaterów, które inspirował Joker i jego filozofia „psa goniącego samochody”. Bane, to inna, niższa klasa złoczyńcy, którego motywy działania są (w porównaniu z klaunem Heatha Ledgera) raczej prostolinijne i płytkie (idei „oddania władzy w ręce ludzi” on sam chyba do końca nie rozumie).

Słowem podsumowania: postać negatywna jest gorsza niż w części drugiej, ale lepsza niż w pierwszej. Podobnie z główną postacią kobiecą i poziomem emocji, które wzbudza w widzach film. Batman-Bale utrzymuje swój poziom, a Morgan Freeman, Michael Caine to jak zwykle klasa światowa. Jeśli to dla Was wystarczająco dużo, nie powinniście żałować wyjścia do kina. Tym, którzy przez cztery lata oczekiwań liczyli jednak na coś wyjątkowego, pozostanie wspominanieMrocznego Rycerza”. Część trzecia będzie tylko przyjemnym dopełnieniem, które stara się wypromować kilka postaci drugoplanowych. A nuż któraś wyjątkowo spodoba się fanom; stamtąd do kolejnej trylogii już tylko jeden krok…