Są biografie, które próbują rozliczać legendy. Są też takie, które budują im pomniki. „Michael” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii, choć paradoksalnie jego najciekawszym tematem nie jest blask sceny, tylko cień dzieciństwa.
Film w reżyserii Antoine'a Fuqua zaczyna się od krótkiej, efektownej sceny, w której widzimy Michaela Jacksona zmierzającego na scenę w szczycie jego kariery. Po chwili przenosimy się do lat sześćdziesiątych, do Gary w stanie Indiana. W ciasnym domu zaczynają się próby zespołu The Jackson 5 i od pierwszych minut czuć, że ta historia nie będzie opowieścią o beztrosce. Najmocniejszym jej elementem okazuje się relacja Michaela z ojcem. W tej roli świetny Colman Domingo buduje postać człowieka przekonanego, że cel uświęca środki. To on wyznacza rytm życia swoich dzieci i zarządza ich karierą z bezwzględną konsekwencją. To on także pełni tu rolę czarnego charakteru, może nawet zbyt wygodnie przypisaną.
Schemat jest dobrze znany. Surowy ojciec i czuła matka, w którą z dużą wrażliwością wciela się Nia Long. Mimo że to układ często obecny w kinie, tutaj zostaje pokazany bardzo dosadnie. Kary cielesne, wojskowa dyscyplina i brak miejsca na sprzeciw stają się codziennością. Pasek staje się narzędziem wychowawczym, a dzieciństwo luksusem, na który nie ma miejsca. – W tym świecie jesteś zwycięzcą albo przegranym – słyszy mały Michael. Od tej pory wszystko jest podporządkowane perfekcji. To nie jest historia o narodzinach gwiazdy. To raczej opowieść o tym, jak krok po kroku odbiera się dziecku prawo do bycia dzieckiem.
Kadr z filmu „Michael”. (Fot. Lionsgate)
Film prowadzi nas dalej przez kolejne etapy kariery. Widzimy moment odejścia z Motown, podpisanie kontraktu z Epic i początek współpracy z Quincym Jonesem. To czas, kiedy Michael zaczyna budować własną tożsamość artystyczną, choć wciąż pozostaje pod silnym wpływem ojca. Pojawia się także wątek jego rosnących kompleksów dotyczących wyglądu i pierwszych decyzji o operacjach plastycznych.
Największą siłą „Michaela” pozostaje warstwa muzyczna. Sceny koncertowe są dynamiczne i dopracowane. Występ do „Beat It” przyprawia o ciarki i pozwala poczuć skalę talentu artysty. Podobnie działa scena „Billie Jean”, w której po raz pierwszy pojawia się moonwalk. W tych momentach film ożywa i rzeczywiście przypomina, dlaczego Michael Jackson stał się ikoną.
Jaafar Jackson jako Michael Jackson w filmie „Michael”. (Fot. Glen Wilson)
W roli dorosłego Michaela debiutuje Jaafar Jackson. Bratanek „Króla Popu” robi to z dużą precyzją. Jego ruchy, sposób mówienia i gesty są dopracowane w najmniejszym szczególe. Widać też ogrom pracy zespołu charakteryzacji, który pomaga stworzyć bardzo wiarygodną iluzję. Równolegle rozwija się wątek relacji rodzinnych. Ojciec nie chce pogodzić się z rosnącą niezależnością syna i naciska, aby Michael nie rezygnował ze wspólnych występów z braćmi.
Colman Domingo jako Joseph Jackson w filmie „Michael”. (Fot. Lionsgate)
Im dalej jednak od sceny, tym bardziej obraz traci ostrość. Michael zostaje pokazany jako postać niemal baśniowa. Film utrzymuje się w ładnej, chwilami wręcz cukierkowej estetyce. Sceny z egzotycznymi zwierzętami czy dziecięcymi zabawami balansują między realizmem a fantazją. Choć można je czytać jako próbę pokazania odebranego dzieciństwa, równie łatwo odebrać je jako złagodzenie wizerunku.
Najciekawszy i jednocześnie najbardziej niepokojący wątek dotyczy tego, jak dziecięca krzywda wraca w dorosłym życiu. Michael szuka bliskości, której nie dostał jako dziecko. Szuka jej w relacjach, w zabawie i w świecie, który sam sobie tworzy. Film tylko lekko, niemal nieśmiało sugeruje, że to właśnie tutaj mogą znajdować się korzenie późniejszych kontrowersji. Ale nigdy nie idzie o krok dalej. Nie jest to przypadek. Scenariusz autorstwa Johna Logana został zmieniony tak, aby całkowicie usunąć wątki oskarżeń o molestowanie. Historia kończy się więc w 1988 roku podczas koncertu z trasy Bad w Londynie. To moment triumfu i jedyny punkt, w którym można zakończyć tę opowieść happy endem.
Kadr z filmu „Michael”. (Fot. Lionsgate)
Trudno nie zauważyć, że „Michael” jest filmem bardzo kontrolowanym. Czuć to zarówno w formie, jak i w emocjach. Zaangażowanie spadkobierców artysty wyraźnie wpłynęło na sposób opowiadania tej historii. „Michael” sporo rzeczy stara się tłumaczyć, ale niczego nie rozlicza. Ojciec zostaje głównym winowajcą, a system pozostaje w tle. Sam Michael zostaje przedstawiony jako ktoś jednocześnie niezwykły i zagubiony, ale pozostaje niemal nietykalny. Nie musi to jednak przekreślać wartości filmu. Dla widzów, którzy chcą zobaczyć Michaela w szczycie jego kariery i przypomnieć sobie jego największe momenty, będzie to satysfakcjonujące doświadczenie. Dla innych może to być raczej punkt wyjścia do dalszych pytań niż ostateczna odpowiedź.
Choć „Michael” raczej nie wniesie niczego nowego do publicznej debaty o artyście, to zadaje inne, bardzo ważne pytanie. Ile kosztuje sukces dziecka i kto naprawdę płaci tę cenę. To jest film o krzywdzie, ale nie tej, o której najczęściej myślimy, gdy słyszymy nazwisko Jackson. To krzywda cicha i często akceptowana. Czasem nawet nagradzana oklaskami. Może właśnie dlatego tak często ignorowana.
3,5/5