Ida Marszałek - Czy wciąż mają w nas przyjaciół? „Toy Story 5” przepowiada, co nas czeka, gdy zabawa pójdzie w odstawkę [Recenzja]
00:00
„Z biegiem zim i lat ta przyjaźń bez przerwy trwa” – śpiewał Randy Newman w ścieżce dźwiękowej „Toy Story” w 1995 roku. Wówczas największym zmartwieniem animowanych zabawek był powrót do ukochanego właściciela, ucieczka od tego złego chłopca, który bawił się nimi zbyt mocno. W 2026 roku to już nie kwestia tego, jak kto się bawi, ale czy w ogóle się bawi. Najnowsza część kultowej animacji okazuje się wiadrem zimnej wody: nic nie trwa wiecznie. Analogowe zabawki, porzucone dla świetlistych ekranów, czują się bezużyteczne jak nigdy przedtem.
Dla tych, którzy urodzili się w poprzednim stuleciu i pamiętają wygibasy na trzepakach, nowe, piąte już „Toy Story” będzie podróżą w czasie. Nostalgiczną, ale i gorzką. Dla tych, którzy znają już tylko realia ery cyfrowej – chwilą radości i być może powodem, by rozejrzeć się dookoła, zakwestionować świat, który wydaje im się oczywistością. To nie jest anegdota w stylu „gimby nie znają”, „kiedyś to było, teraz to nie ma”. A raczej pytanie: „co możemy zrobić, żeby było teraz?”. Największą siłą bajek Pixara zawsze było to, że nie wykluczały żadnego widza, żadnego pokolenia. Przemawiały na wielu poziomach i do złożonych emocji. Kiedy na ekranie pojawia się skacząca lampka stolikowa, wiemy, że tam, po drugiej stronie ekranu mamy swojego druha.
Kadr z filmu „Toy Story 5” (Fot. materiały prasowe)
Natomiast bohaterka „Toy Story 5” jest bardzo samotna. Animacja w reżyserii Andrew Stantona (scenarzysty poprzednich części) zaczyna się w domu, który pamiętamy z czwórki. Mała Bonnie (Scarlett Spears, a w polskiej wersji językowej: Zofia Załuska), ma już 8 lat i wielki problem z nawiązywaniem przyjaźni. Dziewczynka pogrążona we własnej wyobraźni jest idealną właścicielką dla kowbojki Jessie (Joan Cusack), Buzza Astrala (Tim Allen), Rexa (Wallace Shawn). Pokręcone fabuły, nieoczekiwane role, a w przypadku plastikowych sztućców – noża (Melissa Villaseñor) i widelca (Tony Hale) – także osobowości, które wymyśla, są spełnieniem marzeń każdej zabawki. Jednak dla rówieśników, którzy w przeciwieństwie do Bonnie poznali już możliwości Internetu, koleżanka bawiąca się lalkami, jest w najlepszym razie niezrozumiała, a w najgorszym staje się obiektem drwin. Zaniepokojeni rodzice, którzy do tej pory wychowywali córkę z daleka od sieci, uginają się pod presją: kupują małej pierwszy ekran. Lilypad (Greta Lee) ma kształt żaby i służy głównie do niewinnych zabaw edukacyjnych, ale jak szybko się przekonujemy, czas spędzony w przestrzeni wirtualnej zawsze ma konsekwencje.
Kadr z filmu „Toy Story 5” (Fot. materiały prasowe)
Pixar jak zwykle trzyma rękę na pulsie. Dylemat rodziców Bonnie reprezentuje jedną z największych obaw związanych ze współczesnym wychowywaniem. Czy dla prawidłowego rozwoju dziecka lepiej będzie opóźnić ich kontakt z AI? Czy dziecko niezaznajomione z ekranami od najmłodszych lat nie zostanie przypadkiem w tyle? Czy poradzi sobie w przyszłości, która jeszcze nigdy nie była tak niepewna? Na pytania nie odpowiada definitywnie, ale za to służy pociechą w postaci fekalnych (i bezbłędnych) dowcipów, sporej ilości wyciśniętych łez i kilku mądrych wskazówek.
Konflikt między analogowymi zabawkami, a tabletem, starym i nowym porządkiem jest nieunikniony. Ale twórcy nie ułatwiają nam oceny sytuacji. Szczególnie, że w wojnie o uwagę dzieci bierze udział jeszcze jedna strona. Gdy plastikowa kowbojka rusza na misję, by znaleźć swojej właścicielce prawdziwą przyjaciółkę, na drodze staje jej Pierre Papier (Conan O'Brien), urządzenie towarzyszące dziecku w procesie nauki samodzielnego korzystania z toalety, aparacik elektroniczny Focia (Shelby Rabara) i dziecięcy GPS Atlas (Craig Robinson). Zabawki, które niegdyś były szczytem technologii, dziś zalegają na dnie ciemnej szuflady. Jak na ironię archaiczne bardziej niż klasyczne lalki, które wciąż można napotkać na sklepowych półkach. Na drodze do sztucznej inteligencji okazały się tylko krótkim epizodem. Jessie, Pierre Papier i Lilypad, trzy etapy postępu, walczą o miejsce i użyteczność w życiu dziecka, jednak twórcy animacji bardzo trzeźwo zauważają: technologii nie da się powstrzymać. Wciąż możemy jednak zachować to, co najważniejsze.
Kadr z filmu „Toy Story 5” (Fot. materiały prasowe)
Zabawka sama w sobie nigdy nie jest zła. Złe może być to, jak ją wykorzystujemy. Lilypad życzy Bonnie jak najlepiej, robi wszystko, by nadrobiła komputerowe zaległości i osiągnęła poziom wtajemniczenia koleżanek. Problem w tym, że koleżanki, które nigdy nie były dla niej miłe na żywo, nie zmienią się magicznie w internetowej przestrzeni. Zwłaszcza, że sieć, ze swoim poczuciem zdystansowania, wydobywa ze swoich użytkowników raczej to, co najgorsze. Doświadczenie hejtu na czacie jest dotkliwe. Trudno go udowodnić, bo wydarza się mimochodem – wystarczy mem, emoji, jedno słówko. Bonnie nie może się przed nim ukryć w zaciszu swojego pokoju. W wirtualnym świecie nie może liczyć na ochronę rodziców.
Kadr z filmu „Toy Story 5” (Fot. materiały prasowe)
Gra to nie jest to samo, co zabawa – tutaj twórcy animacji stawiają sprawę jasno. Jedno nigdy nie powinno wykluczać drugiego. Żarciki na chat roomie nie zastąpią karuzeli śmiechu na żywo, smutna minka wysłana w konwersacji, nie równa się możliwości wypłakania się na ramieniu przyjaciółki. Im bardziej zanurzamy się w sieci, tym bardziej oddalamy się od tego, kim tak naprawdę jesteśmy. Od wszystkich dziwnostek, które świadczą od naszej unikalności. Internet jest płaski, podporządkowany liczbom. Zmusza nas do wejścia w schemat, sprawia, że dorastamy zbyt szybko. Postępu nie zatrzymamy, ale musimy pozwolić dzieciom być dziećmi. Tak długo, jak to możliwe.
„Toy Story 5” można zobaczyć w kinach od 17 czerwca.