Marta Waszkiewicz - Ten oscarowy film z Anthonym Hopkinsem trafia prosto w serce. Tak przerażająco demencji nie pokazał jeszcze nikt
00:00
„Czuję się jak drzewo, które gubi liście” – to jedno ze zdań, które po seansie tego filmu z Anthonym Hopkinsem i Olivią Colman zostają w głowie widza niczym zadra. Nie jest to jednak zwykły dramat o starości. To doświadczenie – wejście w rozpad świata, który jeszcze chwilę temu wydawał się stabilny, znajomy i bezpieczny, w trakcie którego nawet sam widz przestaje ufać temu, co widzi.
Ten nagradzany dramat psychologiczny o Alzheimerze i demencji z oscarową kreacją Anthony’ego Hopkinsa i poruszającą rolą Olivii Colman nie opowiada o chorobie w klasyczny sposób. On ją symuluje: konsekwentnie dezorientuje widza, gubi tropy, zmienia przestrzeń i czas tak, jakbyśmy sami zaczęli tracić orientację, wrzucając nas w samo centrum cierpienia. I właśnie w tym tkwi jego największy emocjonalny ciężar.
(Fot. materiały prasowe)
To historia 80-letniego Anthony’ego (Anthony Hopkins), który z jednej strony jest pełen życia i wciąż uważa, że potrafi sam o siebie zadbać, a z drugiej wykazuje oznaki demencji i coraz częściej nie wie, co się wokół niego dzieje, gdzie jest i kim są jego bliscy. Jego córka Anne (Olivia Colman) próbuje zapewnić mu opiekę, jednocześnie mierząc się z czymś, co dla wielu dorosłych dzieci staje się jednym z najtrudniejszych doświadczeń: powolną utratą rodzica, który fizycznie wciąż jest obecny.
Zatrudnienie opiekunki wydaje się świetnym rozwiązaniem, ale w świecie Tony’ego twarze i lokacje ciągle się zmieniają, a rozmowy coraz bardziej tracą sens. Senior staje się zatem coraz bardziej zagubiony, zdezorientowany i przerażony. Powoli gaśnie i traci kontakt z rzeczywistością, jednocześnie desperacko próbując trzymać się życia i umykającej świadomości, a jego córka z miesiąca na miesiąc może już tylko opłakiwać utratę ojca.
(Fot. materiały prasowe)
Czytaj także: Dwa wczesne objawy demencji, których lepiej nie ignorować. Mogą zwiastować przyszłe problemy z pamięcią
Film nie tłumaczy jednak demencji – on ją odtwarza. Widz nie stoi więc obok choroby, a po prostu się w niej znajduje. Narracja jest zatem poszarpana i nieustannie gubi logikę, bo właśnie tak działa umysł głównego bohatera. Efekt jest prosty, ale uderzający: dezorientacja przechodzi na widza. W wielu recenzjach filmu powtarza się więc jedno mocne porównanie:
„To bardziej przerażające niż klasyczny horror” – twierdzą widzowie.
I faktycznie ciężko się z tym nie zgodzić. Bo chociaż nie ma tu potworów wyskakujących z ciemności, jest za to pamięć, która powoli rozpada się na małe kawałeczki.
To najbardziej poruszający film o demencji ostatnich lat. Po seansie trudno dojść do siebie
Ten wybitnie zagrany, przemyślany narracyjnie i niezwykle przejmujący film o starości, przemijaniu oraz utracie świadomości i tożsamości w wyniku choroby jest niczym wejście w umysł osoby chorej. To także wnikliwy, porażająco autentyczny i skutecznie działający na wyobraźnię wgląd w umysł osoby schorowanej wiekiem, która powoli zaczyna tracić kontrolę oraz szalenie angażujący emocjonalnie portret opieki nad starzejącym się rodzicem, poczucia winy i bezsilności. Namacalnie pokazujący rozpad osobowości, coraz bardziej chaotycznie działający umysł oraz narastające zagubienie i niepokój towarzyszący demencji, a także ludzką niemoc w obliczu choroby.
(Fot. materiały prasowe)
Demencja jest tu zatem centrum doświadczenia. Nie jest to jednak opowieść stricte o chorobie, a opowieść z jej wnętrza, mówiąca o lęku przed własnym umysłem i chwytaniu się resztek wspomnień, w której Anthony Hopkins tworzy kreację iście mistrzowską. Jego bohater potrafi bowiem być raz czarujący i zabawny, a za chwilę dziecinnie bezradny, zagubiony, przestraszony, agresywnie broniący swojej rzeczywistości. Olivia Colman grająca jego córkę jest natomiast drugim biegunem emocji: spokojna, cierpliwa, ale też coraz bardziej bezsilna wobec czegoś, czego nie da się zatrzymać.
(Fot. materiały prasowe)
Czytaj także: „On nigdy taki nie był” – Alzheimer kradnie bliskich za życia. Jak radzą sobie rodziny z człowiekiem, którego już nie znają
„Ojciec” jest też filmem o czymś, o czym rzadko mówi się wprost: o żałobie, która zaczyna się jeszcze przed śmiercią oraz wykańczającej opiece nad rodzicem, który wciąż żyje, ale stopniowo znika w inny sposób – nie fizyczny, lecz tożsamościowy. To doświadczenie dla wielu widzów może być trudne, bo dotyka lęku bardzo podstawowego: co, jeśli pewnego dnia przestaniemy rozpoznawać własne życie?
(Fot. materiały prasowe)
„Ojciec” jest jak emocjonalne tsunami. Widzowie są zgodni: „Łzy same cisną się do oczu”
Film nie daje jednak łatwych odpowiedzi ani ukojenia. Zamiast tego zmusza widza do empatii i zrozumienia świata, w którym nic nie jest pewne. To zatem kino kameralne, ale intensywne. Takie, które nie potrzebuje wielkich gestów, żeby uderzyć prosto w serce. Wystarczy jedno spojrzenie Hopkinsa, jedno zawahanie, jedno rozpaczliwe „gdzie ja jestem?”, które wybrzmiewa mocniej niż jakikolwiek dialog. „Ojciec” działa więc jak doświadczenie, po którym ciężko wrócić do siebie i które zostaje z widzem jeszcze długo po napisach końcowych. Pracuje w tle, każe myśleć o starzeniu się, pamięci i kruchości życia. I może właśnie dlatego film tak mocno wybrzmiał w kinie ostatnich lat – bo nie mówi o demencji z dystansu, ale na chwilę pozwala ją poczuć.
„Ojciec” dostępny jest na platformach Canal+ online, Prime Video i Apple TV+.