1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. „Botox face” na ekranie. Czy dla wiecznej młodości rezygnujemy z emocji?

„Botox face” na ekranie. Czy dla wiecznej młodości rezygnujemy z emocji?

Demi Moore w filmie „Substancja\
Demi Moore w filmie „Substancja" (Fot. materiały prasowe)

Odsłuchaj artykuł

Ida Marszałek - „Botox face” na ekranie. Czy dla wiecznej młodości rezygnujemy z emocji?

00:00
15s
0,5 x
15s
W filmie z 1992 roku, „Ze śmiercią jej do twarzy", bohaterki grane przez Goldie Hawn i Meryl Streep wypijają tajemniczy eliksir młodości. Ich skóra staje się idealnie jędrna, twarz się wygładza, ale za swój ulepszony wygląd kobiety zaprzedają duszę. Mamy rok 2026 i dylemat z którego wyśmiewaliśmy się w czarnej komedii Roberta Zemeckisa stał się realnym problemem. Za cenę kilku wygładzonych zmarszczek rezygnujemy z prawdziwych emocji. Czy kino wytrzyma estetyczną rewolucję?

Meryl Streep w filmie „Ze śmiercią jej do twarzy\ Meryl Streep w filmie „Ze śmiercią jej do twarzy" (Fot. materiały prasowe)

Botoks blokuje sygnały nerwowe, rozluźnia mięśnie, wygładza twarz, zapobiega pogłębianiu się zmarszczek. Odejmuje kilka lat, czasem może nawet kilkanaście. Współczesna medycyna estetyczna jest naszym eliksirem młodości. Ale za jaką cenę? Kiedy byłam na „Dniu objawienia”, nie mogłam przestać gapić się na twarz Emily Blunt na ekranie multipleksu. Jej rola miała stanowić emocjonalny napęd nowego filmu Stevena Spielberga, a jednak na 40-letniej, pięknej twarzy, próżno było szukać prawdziwych emocji. Kiedy łzy obficie ciekły z oczu jej bohaterki, czoło i policzki pozostały nienaruszone. I ja również pozostałam niewzruszona. Poczułam, że straciliśmy coś ważnego.

Emily Blunt w filmie „Dzień objawienia\ Emily Blunt w filmie „Dzień objawienia" (Fot. materiały prasowe)

Przez pierwsze 30 lat kina, zanim zaczęto pokazywać filmy dźwiękowe, gesty i mimika twarzy były głównymi narzędziami pracy dla aktorów i aktorek. Uniesienie brwi, zmarszczenie czoła potrafiły całkowicie zmienić kontekst opowiadanej historii. W „Męczeństwie Joanny d'Arc" (1928), cierpienie na twarzy odtwórczyni głównej roli, Renée Jeanne Falconetti, reżyser Carl Theodor Dreyer eksplorował za pomocą długich zbliżeń. Widzowie towarzyszyli sądzonej, a następnie palonej na stosie bohaterce, gdy jej twarz zdradzała najskrytsze myśli, była namacalnym dowodem człowieczeństwa. Bez emocjonalnej gamy, subtelnych mikrodrgań z pewnością nie byłoby jednego z najwybitniejszych filmów w historii kina. W trakcie egzekucji Falconetti wyglądała anielsko, była piękna właśnie dlatego, że nie bała się być brzydka. Ale dzisiejszych standardów piękna niestety by nie spełniła.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Jestem pewna, że Jean-Luc Godard instruując Jean Seberg w ostatniej scenie „Do utraty tchu” (1960), gdy ta patrzy prosto w kamerę, nie myślał o tym, że pod jej oczami odcinają się delikatne zmarszczki mimiczne, a bardziej o sile jej spojrzenia. O tym, co wyraża się w ciszy, gdy już wybrzmi ostatnia kwestia. Przestrzeń pomiędzy słowami starzy mistrzowie kina wypełniali znaczeniem. Coraz częściej jest dokładnie na odwrót: brak znaczenia zagaduje się słowami. Ciężko będzie udowodnić, że „wyprasowana” ekspresja aktorów przyczynia się do redundantnych dialogów i nadmiernej eksplikacji fabuły w równym stopniu, co utrata uwagi przez doomscrolling. Faktem jest jednak, że to, co kiedyś mogliśmy po prostu zobaczyć i samodzielnie zinterpretować, dziś mamy dosadnie wytłumaczone. Medycyna estetyczna może i sprzyja samopoczuciu aktorów, ale na pewno nie inteligencji widzów.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

W panicznym strachu współczesnego kina przed wyglądem, który choć trochę odbiega od ogólnie pojętej atrakcyjności, jest pewna hipokryzja. Bo inkluzywność, ciałopozytywność są przecież terminami naszych czasów. Powtarzanymi tak często, że aż nadużywanymi. Doskonałym przykładem tego, jak naginana jest rzeczywistość, jest głośny film „Substancja” (2024) w reżyserii Coralie Fargeat. Demi Moore zagrała w nim aktorkę, która nie może pogodzić się, że jej młodość i sława już przeminęły. Pragnie, by jej nazwisko wciąż znaczyło coś w showbiznesie. W desperacji sięga po zakazaną substancję, która odbiera jej pół prawdziwego życia, by drugie pół stworzyć na wzór i podobieństwo fantazji obleśnych producentów telewizyjnych. Kamera w filmie Fargeat jest równie okrutna i oceniająca, co nasz taksujący wzrok, gdy patrzymy w lustro. Nie odpuszcza żadnej zmarszczce, żadnemu celullitowi, żadnemu rozstępowi. 60-letnia Moore dzielnie stanęła przed obiektywem w pełnym negliżu. W jej zgodzie na ten brutalnie szczery portret jest mnóstwo samoakceptacji. A jednak wciąż jest to 60-latka, która na ekranie spokojnie uchodzi za 40-latkę. Jeśli przyjrzymy się wygładzonej twarzy aktorki dojdziemy do dość ironicznych wniosków. „Substancja” nabija się ze świata, w którym nie ma miejsca dla kobiet niespełniających nieskazitelnych standardów. Jednak sama funkcjonuje w ramach tego świata.

Demi Moore w filmie „Substancja\ Demi Moore w filmie „Substancja" (Fot. materiały prasowe)

W pułapkę wiecznej młodości wpadł między innymi Zac Efron. Idol nastolatek znany z roli Troya Boltona w High School Musical stracił swój chłopięcy urok nie dlatego, że się postarzał, ale dlatego, że na siłę chciał ten proces powtrzymać. Skutki odwrotne do zamierzonego osiągnęła też Courteney Cox, znana z roli Moniki Geller w kultowym sitcomie „Przyjaciele”. W pewnym momencie aktorka sama musiała przyznać, że już nie rozpoznaje się w lustrze. Można się jednak kłócić, czy wspomnianym aktorom, występującym obecnie w niezbyt ambitnych produkcjach, zaawansowana mimika jest niezbędna do życia. Podam więc przykład zdobywczyni Oscara, aktorki Stanleya Kubricka, Baza Luhrmanna, Gusa Van Santa, Larsa von Triera. Nicole Kidman zawsze była aktorką o chłodnym obliczu, jednak braku ekspresji nigdy nie można jej było zarzucić. W pewnym momencie jednak perfekcyjny chłód zagościł na jej twarzy na stałe, a w jej rolach zaczęło brakować dawnych ambicji. Najbardziej niepokojący wydaje się jednak przypadek Millie Bobby Brown, teraz 22-latki, która za sprawą głównej roli w serialu „Stranger Things" na stały kontakt z mediami i światem showbiznesu narażona była od wieku lat 12. Fani kultowej produkcji w ostatnich sezonach zaczęli krytykować radykalną zmianę ekspresji twarzy Nastki i obwiniać młodziutką aktorkę o jej wybory urodowe. Ale zastanówmy się – kto tu jest naprawdę winny?

Nicole Kidman w serialu „Para idealna\ Nicole Kidman w serialu „Para idealna" (Fot. materiały prasowe)

Łatwo powiedzieć: „starzej się z godnością”. Presja medialna nie jest niczym nowym, ale presja social mediów oddziałuje na nowych, bardziej osobistych poziomach. Ocena jest bezpośrednia, złośliwe komentarze dawniej wypowiadane tylko przed teleodbiornikami i nad gazetami, teraz mogą dotrzeć prosto do adresata. Najgorsze jest to, że bez względu na to, co zrobi dana gwiazda, krytyka jest nieunikniona. Uwadze czujnych tłumów nie uchodzi żadna nowa zmarszczka, ale też żadna korekta urody. Trudno się dziwić, że tym sprzecznym sygnałom ulegają coraz młodsze artystki. Już nie chodzi tylko o wiek, a przymus ciągłej perfekcji.

Może to naiwne, ale myślę, że we współczesnym kinie naprawdę jest miejsce na historie tych konwencjonalnie pięknych i tych całkowicie oryginalnych, tych starych i tych młodych. Że nie musimy ograniczać się do jednego typu urody. Że role kobiet 60-letnich mogą faktycznie grać 60-latki. Że uczestnicząc w tym tym wyścigu ku perfekcji branża filmowa krzywdzi swoich artystów i rezygnuje z namiętności, której szukamy na dużym ekranie. Jeśli już nawet kino nie wierzy w siłę emocji, niedługo wszyscy przestaniemy w nią wierzyć.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE