Izabela Nowakowska-Teofilak - Kiedy marzenia stają się ucieczką od życia? Psychoterapeuta wskazuje moment, w którym fantazjowanie zamienia się w nałóg
00:00
Fantazjowanie to przyjemne oderwanie od rzeczywistości, dzięki któremu możemy znaleźć się w każdym miejscu na świecie albo być, kim tylko chcemy. Tyle że uciekanie w wyimaginowane światy może czasem uzależniać. W jakich okolicznościach pojawia się takie ryzyko? I czy to nałóg, który trzeba leczyć?
- Fantazjowanie pomaga regulować emocje, rozwija kreatywność i ułatwia planowanie przyszłości.
- Jak podkreśla psychoterapeuta Igor Pietkiewicz: „Marzenia bywają mechanizmem radzenia sobie w trudnych sytuacjach”.
- Nie każde bujanie w obłokach jest jednak nieszkodliwe. „Najbardziej charakterystyczną cechą nałogowego marzycielstwa jest to, że staje się ono priorytetowe – ważniejsze niż inne aspekty życia” – wyjaśnia ekspert.
- Psychoterapeuta wyjaśnia również, czym jest dezadaptacyjne marzycielstwo, skąd się bierze, jakie są jego objawy i dlaczego może wpływać na relacje, pracę oraz skuteczność psychoterapii.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 07/2025
Izabela Nowakowska-Teofilak: Co nam daje fantazjowanie?
Igor Pietkiewicz: Fantazjowanie jest naturalną aktywnością psychiczną, która pełni wiele ważnych i korzystnych funkcji. Już ponad 100 lat temu brytyjski psychoanalityk Donald Winnicott zwracał uwagę, że małym dzieciom marzenia pomagają radzić sobie z rozłąką z opiekunami. W dorosłym życiu wygląda to podobnie – kiedy tęsknimy za kimś bliskim, wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądać spotkanie, co razem zrobimy, o czym porozmawiamy. To pomaga oswoić smutek czy tęsknotę.
Inni psychologowie podkreślali, że fantazjowanie odgrywa również ważną rolę w rozwoju funkcji poznawczych, rozwija zdolność do symbolizacji, pozwala ćwiczyć umiejętność przyjmowania ról społecznych i eksperymentowania z zachowaniami. Jean Piage opisywał dzieci bawiące się patykiem jak czarodziejską różdżką czy udające rodzica, policjanta albo złodzieja. Z kolei Jerome Singer zauważał, że gdy wyobrażamy sobie przyszłe wydarzenia: naszą karierę, określone działania – uczymy się planowania i wzmacniamy umiejętności rozwiązywania problemów. Takie ćwiczenia umysłowe mają realny wpływ na mózg – pobudzają tworzenie nowych połączeń neuronalnych. Nieprzypadkowo psychologowie zachęcają sportowców do mentalnego powtarzania ruchów czy taktyki – fantazjowanie może poprawiać skuteczność działania także w świecie rzeczywistym.
Fantazje mogą być pomocne w trudnych momentach?
Marzenia bywają mechanizmem radzenia sobie w takich sytuacjach. Dziecko, które słyszy awanturę za ścianą, może wyobrażać sobie, że znajduje się na łące pełnej jednorożców albo na bezludnej wyspie.
Dobrym literackim przykładem takiego sposobu ucieczki od rzeczywistości jest Ania z Zielonego Wzgórza. Fantazjowanie pomaga więc regulować emocje: radzić sobie z pustką, lękiem, rozłąką, smutkiem, a także z gniewem. To jedna z naturalnych strategii samoregulacji, wspierająca rozwój psychiczny.
Problem pojawia się wtedy, gdy zaczyna być nadużywana – podobnie jak inne strategie, takie jak: picie alkoholu, palenie, objadanie się, robienie zakupów, granie w gry czy maratony serialowe. Niektórym osobom marzenia pochłaniają po kilka godzin dziennie. W konsekwencji zaniedbują oni obowiązki, przegapiają terminy, nie rozwijają relacji w świecie rzeczywistym. Im więcej trudności się przed nimi piętrzy, tym częściej uciekają w fantazję. Podczas gdy rówieśnicy zakładają rodziny, zdobywają stałą pracę, budują domy – oni wciąż żyją głównie w wyobrażonym świecie.
Czy to znaczy, że możemy się uzależnić od marzeń?
W świecie nauki trwa debata nad tym, czym właściwie jest dezadaptacyjne marzycielstwo. Izraelski psycholog Eli Somer, który jako pierwszy opisał ten fenomen w 2002 roku, uznał go za formę zaburzenia dysocjacyjnego. Argumentował, że marzycielstwo wiąże się z odcięciem od rzeczywistości, pewnymi zmianami świadomości i oderwaniem od świata zewnętrznego. Przez lata jednak toczyła się dyskusja, czy nie lepiej byłoby klasyfikować je jako zaburzenie uwagi lub kontroli impulsów.
W 2018 roku razem z zespołem opublikowałem w „Journal of Behavioral Addictions” artykuł, w którym zaproponowaliśmy inne podejście – ujęcie dezadaptacyjnego marzycielstwa jako formy uzależnienia behawioralnego, podobnie jak uzależnienie od hazardu czy gier online. Mechanizmy, które leżą u jego podstaw, są bowiem najlepiej wyjaśniane właśnie przez modele uzależnień.
Jak rozpoznać, że fantazjowanie staje się problemem?
Najbardziej charakterystyczną cechą nałogowego marzycielstwa jest to, że staje się ono priorytetowe – ważniejsze niż inne aspekty życia. Osoba, która mu ulega, aktywnie poszukuje okazji, by zanurzyć się w świat fantazji i spędza w nim coraz więcej czasu. Kiedy zostaje z tego stanu wyrwana – na przykład przez innych ludzi lub nagłe zdarzenia – może odczuwać rozdrażnienie, niepokój, a nawet gniew. Myślami wraca do świata marzeń i chce jak najszybciej się tam przenieść ponownie. Z czasem fantazjowanie zaczyna dominować w jej życiu.
Tak jak inne uzależnienia dezadaptacyjne marzycielstwo negatywnie wpływa na różne sfery funkcjonowania – zwłaszcza relacje społeczne. Osoby pogrążone w marzeniach często wycofują się z kontaktów z innymi albo zaczynają zawodzić bliskich, bo nie dotrzymują zobowiązań, nie są obecne – fizycznie czy emocjonalnie.
Mimo świadomości tych konsekwencji nadal angażują się w fantazjowanie. To utrzymujące się zaangażowanie, pomimo strat, jest jednym z wyznaczników uzależnienia.
Dlaczego tak się dzieje?
Bo to źródło ekscytacji, przyjemności i chwilowego poczucia spełnienia.
Wiele osób, które nałogowo fantazjują, wyobraża sobie, że są wojownikami, przywódcami wielkich korporacji, odkrywcami przełomowych zjawisk – a czasem wręcz superbohaterami ratującymi świat.
W tym wyobrażonym świecie są silni, podziwiani, ważni, często też niezwykle atrakcyjni dla innych. Takie fantazje dają zaspokojenie poprzez kompensowanie różnych deficytów emocjonalnych: braku poczucia wartości, niedoborów uwagi czy akceptacji, które pojawiły się w dzieciństwie albo w procesie socjalizacji. Marzenia stają się więc nie tylko ucieczką od rzeczywistości, lecz także próbą nadpisania jej – stworzenia alternatywnego „ja”, które zaspokaja głęboko zakorzenione potrzeby psychiczne.
Czy to znaczy, że uciekamy w świat marzeń właśnie z powodu takich deficytów?
Zarówno badania, jak i moje własne obserwacje wskazują, że ucieczka w świat fantazji często rozwija się już w dzieciństwie, szczególnie w okresie szkolnym.
Wiele osób, które mają trudności z nawiązywaniem relacji z rówieśnikami, czuje się niepewnie w kontaktach społecznych albo doświadcza odrzucenia, znajduje ukojenie właśnie w marzeniach. To są często dzieci, które nie czują wystarczającego wsparcia emocjonalnego ze strony dorosłych.
Brakuje kogoś, kto pomógłby im zrozumieć własne emocje, nazwać je i nauczyć się, jak sobie z nimi radzić. Nie mają wokół siebie dorosłego, który byłby źródłem ukojenia i poczucia bezpieczeństwa. Istotnym predyktorem może być też pewna psychiczna kruchość, niskie poczucie własnej wartości, niepewność co do siebie i świata.
Dalszych badań wciąż wymagają jednak biologiczne uwarunkowania tej skłonności – na ile niektóre osoby są po prostu bardziej podatne na intensywne przeżywanie swoich fantazji i łatwiej im się w nie zanurzyć. W przypadku osób z dezadaptacyjnym marzycielstwem granica między światem wyobraźni a rzeczywistością często zaczyna się zacierać. Ich wyobrażenia są tak intensywne i pochłaniające, że mogą się ujawniać również na zewnątrz. Idąc ulicą, potrafią na przykład mówić do siebie, bo w wyobraźni właśnie udzielają wywiadu, przemawiają do tłumu albo zarządzają zespołem, co dla postronnych może być zaskakujące czy nawet niepokojące.
Ale przecież w fantazjach można też kogoś zabić, zrobić coś złego. Na ile realne jest ryzyko, że osoba pogrążona w takich marzeniach pewnego dnia wcieli je w życie?
To bardzo ważne pytanie – i często budzące niepokój. Ale warto pamiętać, że sama treść fantazji nie jest problemem. Fantazje, również te mroczne, bywają sposobem radzenia sobie z emocjami: złością, frustracją, bezsilnością. Pamiętam jedną z pacjentek, która miała poważne trudności osobowościowe. Nie potrafiła nawiązywać trwałych relacji, czuła się głęboko skrzywdzona przez bliskie osoby i, jak wynikało z jej historii, ten gniew i żal były w pełni uzasadnione. Nie wyrażała ich jednak wprost, kierowała je do siebie, samookaleczając się. Ale w fantazjach dopuszczała głos złości – wyobrażała sobie, że osoby, które ją skrzywdziły, spotyka zasłużona kara albo że w jakiś sposób jej zadośćuczynią. Te obrazy były dla niej źródłem ukojenia, pomagały jej porządkować emocje, których nie potrafiła przeżyć w inny sposób. Problemem nie jest więc to, o czym fantazjujemy, ale co z tym robimy.
Freud pisał, że fantazja może być narzędziem rozwiązywania wewnętrznych konfliktów, formą sublimacji, sposobem odreagowania niezaspokojonych pragnień. Lepiej coś przeżyć w wyobraźni niż urzeczywistnić to w działaniu. Można wyobrazić sobie, że bierze się karabin i niszczy wszystko wokół – albo włączyć grę komputerową i „rozładować się” w wirtualnym świecie. Obie formy mogą świadczyć o nagromadzonym gniewie – i to wcale nie znaczy, że ktoś realnie stanie się zagrożeniem dla otoczenia. Tym, co naprawdę powinno nas niepokoić, jest nie sama fantazja, ale sztywność i nadmiarowość stosowanej strategii, zwłaszcza gdy dana osoba nie rozwija innych form regulacji emocji i nie próbuje zrozumieć, jakie potrzeby czy impulsy kryją się pod powierzchnią tych fantazji.
Czy wspomniane przez pana gry komputerowe albo RPG mogą w jakiś sposób stymulować dezadaptacyjne marzycielstwo?
Nie natknąłem się na badania, które wprost analizowałyby tę zależność. Trzeba jednak podkreślić podstawową różnicę: gry RPG to aktywność społeczna. Gramy po to, żeby spotkać się z innymi, wspólnie tworzyć historie, używać wyobraźni w relacji. Dezadaptacyjne marzycielstwo działa w zupełnie przeciwnym kierunku – wiąże się z izolacją, wycofaniem z kontaktów i zanurzeniem się w prywatny świat fantazji. Istnieją jednak pewne czynniki, które mogą to zjawisko nasilać. Jednym z nich jest muzyka. Wiemy z badań, że u wielu osób potrafi ona wywoływać silne obrazy mentalne, przenosić je w wyobrażony świat. U nałogowych marzycieli niektóre utwory wręcz podtrzymują ten stan i pomagają w nim trwać.
Podobny efekt mogą wywoływać bodźce kinestetyczne – takie jak kołysanie się, kręcenie w miejscu, chodzenie po mieszkaniu. U wielu osób te powtarzalne ruchy zaczynają się kojarzyć z wejściem w stan fantazjowania i działają na zasadzie warunkowania: pojawia się określony bodziec i niemal automatycznie uruchamia się marzycielski trans.
Powiedział pan, że nałogowe marzycielstwo może prowadzić do izolacji, ale z drugiej strony – w Internecie widzimy powstawanie subkultur skupiających osoby, które identyfikują się jako wróżki, syreny czy rycerze. Czy to znaczy, że fantazje mogą też integrować?
Nawiązując do początku pani pytania, warto doprecyzować: kiedy mówimy, że nałogowe fantazjowanie może niszczyć relacje, dobrze jest zadać sobie pytanie – co było pierwsze: jajko czy kura? Czy to dlatego, że czułem się niezrozumiany, wyśmiewany, gorszy, zacząłem uciekać w wyobrażenia, w których jestem doceniany i szanowany? A może to moja naturalna skłonność do fantazjowania z czasem sprawiła, że przestałem angażować się w codzienne sprawy i zacząłem się wycofywać ze świata? W rzeczywistości często działa tu mechanizm błędnego koła – jedno napędza drugie.
A jeśli chodzi o wspólnoty – jak najbardziej, fantazje potrafią ludzi łączyć. W Internecie działają liczne fora i grupy zrzeszające osoby, które identyfikują się jako dezadaptacyjni marzyciele. Przyciąga je nie tylko temat, lecz także wspólnota doświadczeń.
Antropolodzy mówią o wspólnotach empatycznych – ludziach, których łączą wspólna wizja świata, zainteresowania czy sposób myślenia. To może być wszystko: od muzyki przez hobby po rekonstrukcję historyczną. Człowiek ma głęboką potrzebę przynależności – szczególnie jeśli jego relacje rodzinne czy towarzyskie są trudne albo niestabilne. W takich społecznościach niektórzy szukają też odpowiedzi – próbują zrozumieć, co się z nimi dzieje, znaleźć dla siebie nazwę, diagnozę. To często pierwszy krok do refleksji i zmiany.
Wydaje się, że lepszym rozwiązaniem byłaby wizyta u psychologa lub terapeuty.
Oczywiście, zgoda. Tyle że często trudno jest otwarcie powiedzieć: „Czuję się bezwartościowy, niczego w życiu nie osiągnąłem, nie mam znajomych ani przyjaciół, izoluję się w domu i boję się wychodzić do ludzi”. U wielu takich osób można byłoby rozpoznać zaburzenia osobowości lub trudności na tym tle. I to brzmi o wiele poważniej niż „dezadaptacyjne marzycielstwo” – termin, który wielu ludzi chętnie stosuje, by tłumaczyć swoje problemy.
Co ciekawe, kiedy pacjent dzieli się tą diagnozą z psychologiem czy psychiatrą, często spotyka się z bagatelizowaniem – bo po prostu lekarz albo terapeuta o tym zjawisku nie słyszał albo nie traktuje go poważnie. Przez wiele lat temat ten nie był poruszany na studiach medycznych lub psychologicznych, a przecież może mieć kluczowe znaczenie dla powodzenia terapii.
Czasem moi superwizanci, czyli psychoterapeuci pracujący z nastolatkami i młodymi dorosłymi, przyznają, że utknęli w martwym punkcie. Słuchając ich historii, mam wrażenie, że jest coś, czego nie zauważyli. Proponuję wtedy, żeby zapytali pacjenta, jak wygląda jego typowy dzień. Ile czasu zajmuje mu fantazjowanie? I często okazuje się, że to na przykład siedem godzin dziennie. To ważna informacja, którą musimy wziąć pod uwagę, planując terapię. Konieczne jest też otwarte omówienie z pacjentem, na czym będzie polegać jego proces zdrowienia, bo jasne jest, że izolacja, ciągłe bujanie w obłokach i brak struktury dnia nie sprzyjają powrotowi do równowagi.
Jest pan pierwszym psychologiem, który uświadomił mi, że marzenia mogą być problemem.
Nie można tego lekceważyć, bo nałogowe marzycielstwo naprawdę wpływa na przebieg terapii. Ważne jest też, by w ocenie różnych problemów, na przykład z pamięcią, brać pod uwagę tendencję do wycofywania uwagi ze świata zewnętrznego i skupiania się na wnętrzu.
Kiedy pracujemy z pacjentami z historią traumy złożonej, którzy zgłaszają luki w pamięci, musimy zrozumieć, co za tym stoi. U jednych może to być efekt działania substancji psychoaktywnych, u innych – aktywacja części dysocjacyjnej, która przejmuje kontrolę i powoduje, że pewne działania są objęte amnezją. A u jeszcze innych – problemy z przypomnieniem sobie konkretnych faktów mogą wynikać z tego, że ich uwaga była tak bardzo skupiona na emocjach czy świecie wewnętrznym, że po prostu nie zauważali tego, co się działo wokół. Takich różnic jest sporo. Dlatego kiedy szkolimy specjalistów diagnozujących zaburzenia związane z traumą, podkreślamy, jak ważne są uwzględnianie tych wszystkich zjawisk i umiejętność ich odróżniania.
Na czym zatem polega leczenie nałogowego marzycielstwa?
Podstawą jest psychoterapia. Kiedy ktoś angażuje się w coś w sposób przesadny i sztywny – żeby zaspokoić potrzeby emocjonalne albo rozwiązać wewnętrzne konflikty – musi zrozumieć, po co to robi.
Nałogowe marzycielstwo, podobnie jak inne uzależnienia, to zwykle tylko wierzchołek góry lodowej. Podczas terapii trzeba zająć się tym, co dzieje się głębiej: konfliktami wewnętrznymi, poczuciem kruchości, niską samooceną.
Pacjent musi nauczyć się być dla siebie dobrym, a także wypracować zdrowsze i bardziej elastyczne sposoby radzenia sobie z emocjami.
Jeśli dodatkowo mamy do czynienia z tak zwaną współchorobowością, czyli marzycielstwo współistnieje z innymi zaburzeniami, jak na przykład narcystyczne zaburzenie osobowości czy zaburzenie ze spektrum autyzmu, to nie można po prostu zastosować jednej, standardowej terapii. Na przykład gdy mamy pacjenta z zaburzeniami osobowości, możemy zastosować określone standardy leczenia. Ale jeśli ten sam pacjent używa niezdrowych sposobów samoregulacji, na przykład nadużywa substancji psychoaktywnych albo ma aktywne objawy zespołu stresu pourazowego, to musimy stworzyć zupełnie inną strategię terapeutyczną. Podobnie jeśli fantazjuje w sposób nałogowy.
A jak to wygląda w przypadku narcystycznego zaburzenia osobowości?
Pacjenci z narcystycznym zaburzeniem osobowości i wyraźną skłonnością do fantazjowania, których badaliśmy, relacjonowali, że w trakcie hospitalizacji znacznie rzadziej oddawali się marzeniom na jawie w ciągu tygodnia. Powód był prosty: szpitalna struktura dnia, wyraźnie określone obowiązki i harmonogram sprawiały, że nie było czasu ani przestrzeni na ucieczkę w fantazje. Ale wystarczyło, że nadchodził weekend, a wraz z nim więcej swobody, mniej zajęć, i wracali do starego mechanizmu. To cenna wskazówka dla terapii ambulatoryjnej: warto zwracać uwagę na to, co pacjent robi między sesjami – jak radzi sobie z emocjami, jakie ma rytuały, jak przetwarza materiał z terapii.
Jeśli oprócz głównego rozpoznania pacjent ma współwystępujące objawy PTSD albo reguluje swoje emocje w sposób nałogowy, to już na samym początku należy zająć się tymi problemami, bo będą one wpływać w istotny sposób na przebieg psychoterapii. To trochę jak w szpitalu – gdy ktoś ma zaawansowaną cukrzycę, ale do tego kompulsywnie się objada, to trudno będzie ustabilizować parametry i dietę, jeśli pacjent nie wykształci w sobie zdrowszych mechanizmów dbania o siebie i redukowania napięcia. Ustalenie priorytetów to klucz do skutecznej terapii.
Igor Pietkiewicz, dr hab. nauk humanistycznych, prof. UIK, psychoterapeuta i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz EMDR Europe, kierownik Centrum Badań nad Traumą i Dysocjacją, Uniwersytet Ignatianum w Krakowie