Angelika Kucińska - „Uroda i bujne życie prywatne wielokrotnie przesłaniały fakt, że potrafi ona stać się aktorką o niezwykłej sile wyrazu”. Historia Elizabeth Taylor
00:00
Mówili, że ma twarz anioła, ale moralność kierowcy tira. Rozliczali z rozwodów – własnych i cudzych, których bywała przyczyną. Najpierw zachwycali się jej idealnie kobiecym ciałem, a potem, gdy przytyła, publicznie drwili z tych samych krągłości. Ale jej nie dało się złamać. Wciąż, 15 lat po śmierci, uchodzi za symbol siły i determinacji w walce. Zresztą nie tylko tej toczonej o siebie, bo Elizabeth Taylor pół swojego życia.
Poświęciła działalności aktywistycznej.
Fragment artykułu - całość znajdziesz w najnowszym numerze „Zwierciadła” (08/2026).
Kim Kardashian wyprodukowała o niej serial dokumentalny, z kolei Taylor Swift napisała piosenkę, w której gorzko stwierdza: „Jesteś tak pożądana, jak twój ostatni hit, kochana”. Wcale nie dziwi, że akurat te dwie megagwiazdy przeglądają się w życiorysie hollywoodzkiej ikony, tyleż wielbionej, co piętnowanej.
Zagrała w prawie 80 filmach, choć niespecjalnie zależało jej na graniu, a wręcz bywały okresy w jej życiu, gdy publicznie deklarowała, że nie szuka już spełnienia w kinie. Osiem razy brała ślub, w tym dwa razy z tym samym mężczyzną, aktorem Richardem Burtonem, a ich związek do dziś uchodzi za jedną z najbardziej spektakularnych historii miłosnych w dziejach.
Kiedy kończyła się emisja pierwszego sezonu „Love Story”, amerykańskiego serialu, który ma przypominać celebryckie związki ekscytujące opinię publiczną, w mediach społecznościowych pojawiły się komentarze, że po relacji Johna F. Kennedy’ego Jr. z Carolyn Bessette należy koniecznie zająć się miłością Taylor i Burtona i to właśnie im poświęcić drugi sezon produkcji.
Związki aktorki z mężczyznami były przedmiotem publicznej dyskusji – wybrzmiewały nawet w rolach, które jej proponowano. Media bywały dla niej okrutne, ale Elizabeth Taylor mówiła o sobie, że jest survivor, przetrwanką.
Upadała, podnosiła się, poprawiała koronę i szła dalej. I tak w kółko. Na poczekaniu tworzyła bon moty, które oddawały esencję jej życiowej strategii. „Zrób sobie drinka, pomaluj usta i weź się w garść” – to pewnie jeden z najczęściej wskrzeszanych cytatów, przypisywanych Taylor. Żartowała, że nic nie przykrywa nieprzyjemnego odoru skandalu tak, jak rozkosznie przyjemny zapach sukcesu. Przyznawała bez pardonu, że w życiu prowadzą ją silne impulsy, nad którymi nie panuje – i to w czasach, w których kobiety nie miały prawa do posiadania impulsów, potrzeb, apetytów. Mówiła, że lubi przygody. Och, jak ona kochała przygody! Zresztą z wzajemnością. „Nie popieram wszystkiego, co zrobiłam i wszystkiego, czym byłam. Ale taka właśnie jestem. Bóg jeden wie, że taka po prostu jestem” – mówiła niedługo po 50. urodzinach.
W 1960 roku amerykańska prasa sensacyjnie donosiła, że jako pierwsza w historii Hollywood wynegocjowała niebotyczne honorarium za rolę. Za udział w filmie „Kleopatra” zgarnęła okrągły milion dolarów i wreszcie wyswobodziła się z krzywdzącej umowy ze studiem MGM, dla którego pracowała od dziecka i które mocno ograniczało jej autonomię, wymuszając udział w produkcjach, na które nie miała ochoty albo które wręcz żerowały na prywatności.
Ostatnim z filmów zrealizowanych dla MGM było niesławne „Batterfield 8”. Taylor nie chciała tej roli, ale przystała na żądania studia tylko po to, żeby wypełnić ostatnie zobowiązania określone kontraktem podpisanym 18 lat wcześniej. Zagrała nowojorską modelkę, która ochoczo używa nocnego życia, aż dostaje jej się za bezrefleksyjny hedonizm, gdy zakochuje się w żonatym facecie. Brzmi znajomo? Elizabeth Taylor została zmuszona, by zagrać w filmie nakręconym ku przestrodze dziewczyn takich jak ona: zbyt swobodnych jak na standardy pruderyjnego amerykańskiego społeczeństwa, więc zasługujących na karę za to, że rozbijają cudze związki.
Dostała za tę rolę swojego pierwszego Oscara. W kuluarach złośliwie komentowano, że Amerykańska Akademia Filmowa rozdaje statuetki za rynsztokowe melodramaty wyłącznie z litości, więc dali Taylor, bo ta chwilę wcześniej prawie umarła, gdy dopadło ją wyjątkowo agresywne zapalenie płuc.
Zresztą widać, jak słabego jest zdrowia, gdy odbiera nagrodę. Ta pyskata, zazwyczaj pełna życia dziewczyna, ledwie łapie oddech. Mówi: „Nie wiem, jak wyrazić wdzięczność, powiem tylko: dziękuję” i schodzi ze sceny.
Kolejnego Oscara dostanie sześć lat później, tym razem za znakomity film „Kto się boi Virginii Woolf?” w reżyserii Mike’a Nicholsa. To kino kameralne, ale niezwykle intensywne. Małżeństwo (Taylor i Burton) wraca do domu z imprezy, oboje są pijani, dyskutują zawzięcie o filmie, który ona uparcie cytuje, a on nie jest w stanie go sobie przypomnieć. On jest profesorem literatury na lokalnym uniwersytecie, ona – córką rektora, co znacząco wpływa na rozkład władzy w związku. Gdy dołącza do nich druga para – młodsze małżeństwo, nowo zatrudniony na uczelni biolog i jego żona – rozkręca się duszny dramat, prowadzony z impetem przez Taylor.
Być może z perspektywy dzisiejszych standardów aktorka gra z nadmiarową emfazą, ale to rola, która mimo swojej teatralności (film był zresztą adaptacją sztuki teatralnej) niezmiennie porusza. Jej Martha jest kobietą na skraju. Raz się mizdrzy, innym razem wrzeszczy. Jest zmysłowa i wredna jednocześnie. Ciepła i okrutna. Rozpaczliwie głodna atencji i dystansująco wyniosła. Krytyka filmowa zachwycała się kreacją Taylor. James Powers z redakcji „The Hollywood Reporter” twierdził w swojej recenzji, że wzbiła się na szczyt własnych możliwości.
„Uroda i bujne życie prywatne wielokrotnie przesłaniały fakt, że potrafi ona – gdy tylko zechce – stać się aktorką o niezwykłej sile wyrazu”.
Drugiego Oscara nie odebrała. Zostali wówczas z Burtonem w domu, przekonani, że on – również nominowany za udział w tym samym filmie – nie wygra. Smutne o tyle, że Taylor była rzadko doceniana za swoje role, a wręcz w powszechnej opinii uchodziła za aktorkę o umiarkowanych zdolnościach. Wytykano jej, że nie ma warsztatu, więc wypada na ekranie przyzwoicie tylko wtedy, gdy postać ma wiele z niej samej. Jej ekspansywną kobiecość, tupet, żar. Tak naprawdę to jej matka marzyła o karierze wielkiej gwiazdy filmowej, a gdy po ślubie uległa żądaniom męża i zrezygnowała z pracy zawodowej, zaczęła realizować własne ambicje przez córkę, którą niemal podstępem wystawiła na pożarcie biznesmenom z Hollywood.
Serial dokumentalny „Elizabeth Taylor. Zbuntowana gwiazda” (ten wyprodukowany przez Kardashian) przypomina, że to matka zaaranżowała spotkanie z narzeczoną dyrektora jednego z największych wówczas studiów filmowych. Mała Elizabeth, wystrojona, niby przypadkiem wychodzi do ogrodu, w którym odbywa się spotkanie, i od razu wzbudza zainteresowanie – fiołkowe oczy i czarne loki kupują jej zaproszenia na castingi. Kiedy była już starsza, potrafiła przyznać, że właśnie wystąpiła w „strasznej kupie”, a gdy oglądała „Kleopatrę”, wystawną i ostentacyjną, „chciało jej się rzygać”. „Prawda jest taka, że nigdy nie byłam specjalnie ambitna. Nie zabiegałam o role. Najpewniej ze zwykłego lenistwa” – mówiła w wywiadzie dla amerykańskiego „Vogue’a” w 1987 roku.
Elizabeth Taylor przyszła na świat 27 lutego 1932 r. w Londynie. Miała czworo dzieci oraz dziesiątkę wnuków. Była właścicielką jednej z najbardziej spektakularnych kolekcji biżuterii, w tym diamentu Taylor-Burton i perły La Peregrina. Wraz z mistrzami perfumiarstwa stworzyła własną markę perfum. Są w niej trzy zapachy: Passion, White Diamonds i Black Pearls.
Całość przeczytasz w sierpniowym wydaniu „Zwierciadła”.