Bridget Jones ponad ćwierć wieku temu przypomniała, że kolejne pokolenie młodych kobiet chce wierzyć w wielką romantyczną miłość. A przynajmniej Helen Fielding, autorka powieści „Dziennik Bridget Jones” miała takie wyobrażenie. Dzięki jej twórczości, wielbicielki „Dumy i uprzedzenia”, odkurzyły powieści Jane Austin, żeby ponownie odkryć jej fenomen.
Pan Darcy, bohater „Dumy i uprzedzenia” na nowo stał się idealnym obiektem westchnień ze strony kobiet. Sam serial z 1995 roku, w którym wystąpił Colin Firth, po to tylko, żeby sześć lat później zagrać Marka Darcy’ego w filmie o Bridget Jones, do dzisiaj uchodzi za telewizyjną klasykę.
„Duma i uprzedzenie”, w której poza Colinem Firthem wystąpiła m.in. Jennifer Ehle do dzisiaj uchodzi za jedną z najlepszych ekranizacji twórczości Jane Austin. Serial stał się punktem odniesienia pokazującym innym twórcom, że dobre decyzje obsadowe mogą przysłużyć się długowieczności dzieła filmowego.
O co chodzi w fenomenie „Dumy i uprzedzenia”? Historia jest bardzo prosta. Z pozoru to romans, choć trafniejszym określeniem jest jednak panorama społeczno-obyczajowa ukazująca angielskich przedstawicieli wyższych sfer przełomu XVIII i XIX wieku. Poznajemy rodzinę Bennet i jej pięć córek w wieku idealnym do zamążpójścia. Temat ten oraz brak męskiego potomka spędza sen z powiek rodzicom, a zwłaszcza pani Bennet. Trudno spać spokojnie, gdy tyle kobiet musi pilnie wyjść za mąż (!). Tak uważa pani Bennet.
Perypetie sióstr przypadły do gustu współczesnym czytelniczkom Jane Austin, ponieważ pokazują prawdziwe emocje bohaterek, ich pragnienie miłości, ale i niezależności, często tłumione z powodu ówczesnych konwenansów i zakulisowych gierek rodzinnych swatów.
Helen Fielding wykorzystując historię Elizabeth Bennet, stworzyła postać współczesnej trzydziestolatki Bridget Jones (Renée Zellweger), również tęskniącej za wielką miłością. Na jej drodze staje Mark Darcy, ale zanim doceni jego obecność i rodzące się między nimi uczucie, pobłądzi uganiając się za Danielem Cleaverem (w tej roli Hugh Grant). Jest w tej historii wiele prawdy emocjonalnej. Bohaterka pogubiona w swoich uczuciach, nie potrafi zaufać mężczyźnie, a gdy już to robi i okazuje się, że zostaje okłamana, nie potrafi ponownie zaufać nikomu więcej. Kręci się w karuzeli nieporozumień dopóki nie nastąpi happy end, jak przystało na (prawie) każdą romantyczną opowieść. Jednak kolejne części filmu dowodzą, że uczucie bohaterów niejednokrotnie będzie wystawione na poważną próbę.
Podobną historię przeżywa Carrie Bradshaw w „Seksie w wielkim mieście”. Mimo swojego szczęśliwego finału z Mr. Bigiem, w kolejnych filmach i serialowej kontynuacji, pokazuje wątpliwości, a po śmierci bohatera po raz pierwszy mówi głośno do przyjaciółki: „Być może to był błąd”. Wątek ten został w serialu „I tak po prostu” dopisany w związku z oskarżeniami wobec aktora grającego Mr. Biga, ale i na fali nieufności wobec wielu wpływowych mężczyzn. Mr. Big chociaż to postać fikcyjna, również był takim mężczyzną. Dziwne byłoby gdyby twórcy serialu w ogóle nie odnieśli się do kwestii uprzywilejowania białych mężczyzn w średnim wieku, gdy amerykańskie media ciągle o tym pisały.
To pokazało jednak, że nie zawsze dostajemy szczęśliwe zakończenia. Czasem są zarezerwowane tylko dla postaci fikcyjnych, bo w realnym życiu zwyczajnie ich brakuje.
Czytaj także: Spuścizna Carrie Bradshaw. Nowe dziewczyńskie seriale dla zetek
Tegoroczny serial BBC, który w Polsce oglądamy w ofercie HBO to kolejna wariacja na temat „Dumy i uprzedzenia”. Tym razem poznajemy perspektywę innej siostry, naszą przewodniczką zostaje Mary (w tej roli Ella Bruccoleri). Bohaterka żyła w cieniu swoich sióstr, ale w końcu dostaje szansę na samodzielność. Wyprowadza się do wujostwa w Londynie, a tym samym zyskuje szansę na życie nieco bardziej po swojemu, a na pewno odzyskuje sprawczość.
Nie bez powodu serial powstał właśnie teraz, gdy coraz więcej mówimy o tym, żeby kobiety nie bały się żyć po swojemu i nie próbowały jedynie spełniać oczekiwań społecznych wyznaczanych przez mężczyzn. Z tego powodu Mary, uchodząca za tą mniej urodziwą i niezbyt interesującą, dostaje swoją szansę. Ma prawo, tak jak pozostałe siostry, układać życie tak jak sama tego zapragnie. Powinna poznawać ludzi, zawierać przyjaźnie, wsłuchiwać się we własne potrzeby.
Bohaterka szuka własnej drogi, nie chce podążać tą jedyną, prowadzącą przez małżeństwo. Chce poznać siebie i dowiedzieć się, co lubi i co ją interesuje. Przekonać się, że nie jest niczyim rozczarowaniem. To bardzo ważne, żeby kolejne pokolenia kobiet miały tę świadomość.
„Ta inna siostra Bennet” więcej mówi o miłości do samej siebie i życia w poczuciu spełnienia niż o konieczności poszukiwania „drugiej połówki”. To znamienne, że uniwersum „Dumy i uprzedzenia” rozwija się w zgodzie ze zmieniającą się rzeczywistością.
Nieprzypadkowo w naszym zestawieniu znalazł się serial „Bridgertonowie”, który robi wszystko, żeby zasłużyć na tytuł najbardziej brytyjskiego niebrytyjskiego serialu. Opowiada o Anglii czasów regencji, a szczególną uwagę skupia na losach dwóch rodzin – tytułowych Bridgertonów i panien z rodziny Featherington. Panny na wydaniu z obydwu rodzin zaczynają sezon towarzyski „na zamążpójście”, czyli obowiązkowo pojawiają się na wystawnych przyjęciach, aby mieć szansę spotkać potencjalnego kandydata na męża. Daphne cieszy się powodzeniem i nie narzeka na brak adoratorów, gorzej radzi sobie niepasująca do kanonu Penelope (w tej roli Nicola Coughlan) oraz ekscentryczna Eloise (Claudia Jessie).
Czytaj także: „Nic nie smakuje tak dobrze, jak bycie chudą”. Czy bohaterki plus size zasługują na życie erotyczne?
Serial przykłada współczesne ramy do opowieści czasów regencji. Pokazuje cechy bohaterek, które dzisiaj uznajemy za cenne, ważne i świadczące o dojrzałości emocjonalnej. W uniwersum „Bridgertonów” nie zawsze są w ten sposób odbierane. Mimo to produkcja stara się pokazywać, że to co kiedyś „działało” w społeczeństwie, dzisiaj już nie musi.
Potrzeba powstawania takich seriali jak „Bridgertonowie” jest ogromna. Częściowo odczarowują „stare, dobre czasy” uświadamiając nas, że wcale nie były takie dobre, a po części przypominają, że emancypacja społeczna musi zachodzić ciągle. Ten proces nigdy się nie kończy.
Duże zainteresowanie twórczością Jane Austin i liczne literackie odniesienia do jej powieści dowodzą, jak bardzo literatura pisarki jest uniwersalna i wciąż potrzebna. Kolejne reinterpretacje i nowe adaptacje spotykają się z entuzjazmem czytelniczek i widzek. Stąd też sukces „Tej innej siostry Bennet”. Tej, która nie musi się już wpasowywać w cudze oczekiwania i w końcu może żyć na własnych zasadach.
Czy to znaczy, że minął już czas wielkich historii miłosnych i pięknych panien na wydaniu? To zależy od widowni, ale zetki i milenialski zdecydowanie odcinają się od klasycznych opowieści o miłości, gdzie kobieta nie ma żadnej mocy decyzyjnej poza oczekiwaniem na oświadczyny. Popularność Penelope z „Bridgertonów” i Mary z „Tej innej siostry Bennet” zdaje się potwierdzać to założenie.