Fern jedzie wciąż przed siebie. Przemierza bezkres amerykańskiego Zachodu z wiatrem we włosach, bez żadnych zobowiązań. Je kiedy chce, śpi kiedy chce, jeśli potrzebuje pieniędzy, chwyta się dorywczych prac. W 2021 roku za romantyczną wizję koczowniczego życia Chloé Zhao i Frances McDormand wygrały po Oscarze. Na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych Eliza Godlewskia i Alan Ruczyński pokazali nasze, polskie „Nomadland”, a wraz z nim drugą stronę nieważkiego życia. Skrajne wyczerpanie tułaczką i brakiem zobowiązań. Rozpaczliwą potrzebę przynależności.
Roma, tytułowa „Kobieta stanu wolnego” (Ewa Konstancja Bułhak), nie ma dzieci, męża, rodziny, żadnych zobowiązań, domu, a i tak jej życie podlega ścisłemu rygorowi. Czynności, które dla tych z adresem zamieszkania wydają się oczywiste, 50-letnia kobieta musi planować z wyprzedzeniem. Prysznic bierze po kryjomu, po domach, w których sprząta. Jeśli akurat nie dostaje zlecenia, wybiera się na basen. Przy okazji myje zęby nad umywalką i napełnia termos kawą z automatu. Pranie robi strategicznie, w pralniach samoobsługowych, między kolejnymi fuchami. Kiedy już wyjdzie ze swojej drugiej pracy na magazynie, zaczyna rozglądać się za miejscem, w którym tego dnia rozprostuje kości. Obdzwania tanie noclegownie, próbuje wprosić się do poznanego w barze mężczyzny, zwykle ląduje jednak gdzieś na parkingu, na rozłożonym fotelu swojego auta – jedynego stałego elementu w jej koczowniczym życiu. I tak dzień w dzień, noc w noc.
Kadr z filmu „Kobieta stanu wolnego” (Fot. materiały prasowe)
Zamiast pejzaży – fototapety w tanich knajpach. Zamiast kolorowej wspólnoty nomadów – samotne noce na parkingu. Zamiast upragnionych wakacji – pocztówka przyczepiona do dachu samochodu. Roma żyje namiastką prawdziwego życia. Nie ma do czego wracać, więc nie ma też na co czekać. Bez punktu odniesienia, zdana wyłącznie na siebie bohaterka, nie może pozwolić sobie na utratę czujności, spokojne przymknięcie oczu, głębszy oddech. Nieznośna lekkość bytu jest ciężarem ponad siły i nikt nie garnie się do pomocy. Instytucje zawsze znajdą bardziej beznadziejny przypadek, szefowie zgrabnie wymigują się od przyznania etatu, przyjaciele oferują prowizoryczne wparcie, by uspokoić sumienie, po czym z ulgą odwracają wzrok. Kryzys bezdomności jest wstydliwym piętnem, z którym nikt nie umie sobie poradzić i nikt nie chce obcować. „Kobieta stanu wolnego” udowadnia, że utrata domu oznacza równię pochyłą – ci, którzy spadną nie mają szans, by wygrzebać się z marginesu społecznego.
Kadr z filmu „Kobieta stanu wolnego” (Fot. materiały prasowe)
Nie tak wyobrażamy sobie osobę w kryzysie bezdomności. Roma to prawdziwa dama z cool aurą. Regularnie aplikuje błyszczyk, spryskuje się perfumami, włosy zaczesuje na gładko, blisko głowy. W wolny wieczór ubiera cekiny i idzie potańczyć. Gdy jest na parkiecie, wzbudza zazdrość młodszych dziewczyn, ściąga wzrok nieznajomych. Eliza Godlewska i Alan Ruczyński portretują bohaterkę na przekór stygmom. Taką, na którą nie tylko chcemy patrzeć, ale mamy też ochotę przygarnąć i przytulić. Reprezentantką widzów na ekranie jest przedstawicielka młodszego pokolenia – w tej roli Maria Sobocińska. 30-latka z mieszkaniem po dziadkach i bez pomysłu na życie staje się przeciwwagą Romy. Ucieleśnieniem jej niespełnionego marzenia i przypomnieniem, że proste życie jest cenne i kruche. Sytuację życiową obu dziewczyn różnią tak naprawdę tylko dwie dekady, jeden zapis w testamencie i jedna nieszczęśliwa historia miłosna.
„Kobieta stanu wolnego” jest filmem pozbawionym efektownych zwrotów fabularnych, ale w ciszy, między słowami i spojrzeniami wydarza się bardzo wiele. Duet reżyserski pozwala nam na intymne obcowanie z bohaterką. Wkraczamy w jej codzienne rytuały, przyzwyczajenia. Towarzyszymy w budzie z kebabem, na stacji benzynowej, w urzędzie, podczas pracy. I słuchamy. Prawdziwa empatia, porządne kino społeczne, rodzi się wraz z poświęconym czasem, niepodzielną uwagą i obecnością.
Kadr z filmu „Kobieta stanu wolnego” (Fot. materiały prasowe)
Chciałaby być „tą, która pomogła sąsiadom znaleźć psa”, „tą, która piecze pyszne ciasta”. Zamiast tego jest „tą, która nie ma domu”. Wolność zawsze związana jest z wyborem. Roma, kobieta stanu pozornie wolnego, nie posiada tego przywileju. Jej tożsamość codziennie jest wybierana za nią. Debiut fabularny Godlewskiej i Ruczyńskiego uzmysławia nam odpowiedzialność, którą ponosimy za innych. Skoro to my decydujemy, postarajmy się bardziej.
„Kobieta stanu wolnego” bierze udział w Konkursie Głównym 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.