Grzegorz Ciechowski we wspomnieniach Piotra Stelmacha

Piotr Stelmach, dziennikarz muzyczny i autor książki "Lżejszy od fotografii..." wspomina swojego idola, Grzegorza Ciechowskiego, fot. Darek Kawka

29 sierpnia obchodziłby 62. urodziny. Nieustannie się zmieniał, rozwijał. Chłonął świat i uczył się nowych rzeczy. Zaskakiwał. Tak o Grzegorzu Ciechowskim mówi Piotr Stelmach, dziennikarz muzyczny i autor książki „Lżejszy od fotografii…”.

Kiedy pierwszy raz usłyszałeś Republikę i Grzegorza Ciechowskiego? Jaka to była piosenka?
1982 rok. Oczywiście „Kombinat”. To kawałek, który był jakimś antyhitem – to o nim po latach mówił Zbyszek Krzywański z Republiki i zgadzam się z nim. Na tamte czasy, czasy magnetofonów MF 235 Grundig, służących do nagrywania piosenek z radia, mile łechczących ucho 11- czy 12-latka, ten kawałek Republiki był szokiem i prowokacją burzącą estetykę. Nic w tej piosence mi się nie zgadzało, a jednocześnie zgadzało się wszystko.

Dziwne uczucie – pierwszy raz słyszeć Republikę.
Kompletnie tego nie rozumiałem. Facet śpiewał o biurkach, jakiejś fabryce, „bo tak zakłada plan…”, ale siła tej muzyki już wtedy mnie dotknęła. Choć, oczywiście, zupełnie nie chwytałem, o co chodzi. Jak 12-latek, słuchając płyty „Nowe sytuacje”, mógł rozumieć, o co chodzi we frazie „skolonizuję twój brzuch”? Ale wzięło mnie jak tysiące innych ludzi.

Skąd się wziął ten Grzegorz Ciechowski – osobowość?!
Z siły i talentu. Dla mnie ten muzyk pochodzący z Tczewa, grający w studenckim klubie Od Nowa w Toruniu to był polski Ziggy Stardust. Jestem w stanie sobie wyobrazić, co ludzie przezywali na Zachodzie w 1972 roku, kiedy ukazała się płyta Davida Bowiego. Ja miałem to samo z Ciechowskim. Szybko zacząłem wyczuwać i rozumieć, że to nie była tylko kwestia piosenek i celnego, sprawnego operowania słowem (choć to najważniejsze), ale cały koncept, przemyślany, wykreowany, charakterystyczny i konsekwentny: ta czerń i biel, precyzja, sposób edycji płyty. To było inne, świeże, piękne i uwodzące. Nie załapałem się na prawdziwego punk rocka i może dlatego tak mnie to uderzyło – ta siła estetyczna. Republika to była jakby niekończąca się, trwająca non stop sztuka teatralna.

I chciałeś w niej grać.
Jeszcze jak! Grzegorz z Republiką wciągał ludzi do tego własnego teatru. Skądinąd dla mnie to nie tylko metafora – na pierwszym koncercie w życiu byłem własnie jako widz sztuki teatralnej. Polonistka – cudowna mentalna punkówa – zabrała naszą klasę do Teatru Wielkiego w Łodzi na spektakl „Republika – rzecz publiczna”. Początek 1985 roku. Zdarzenie z kosmosu. Dla pani od polskiego ważne było, że Grzegorz skończył polonistykę i właściwie był bardziej poetą niż muzykiem.

Zrobiło to na tobie wrażenie?
Byłem zafascynowany tym spektaklem, siedziałem w jednym z pierwszych rzędów, w białej koszulce, aksamitce i sweterku – przecież to Teatr Wielki. A na scenie – Republika. Po latach, kiedy już pracowałem w radiowej Trójce, Zbyszek Krzywański powiedział mi: „Coś ty, to było z playbacku”. Myślałem, że go uduszę. Zabierał mi coś mitycznego z mojej pamięci.

Ciechowski był gwiazdą w dzisiejszym rozumieniu?
Kiedy moje pokolenie doświadczało pierwszych wrażeń artystycznych i uczyło się wszystkiego – muzyki, poezji, wrażliwości – słowo „gwiazda” miało wyłącznie dobre konotacje. I w tym sensie – tak. Grzegorz był gwiazdą. Dzisiaj słowo „gwiazda” stoi bardzo blisko „celebryty”, a to słowo okropne. Grzegorz miał w sobie bardzo niewiele, jeśli w ogóle cokolwiek, z celebryty, a jednocześnie był gigantem artystycznym. Gwiazdą w dobrym sensie tego słowa. Gwiazdy ogrzewają i oświetlają innych, pozwalają dostrzec nowe rzeczy.

I nowe sytuacje.
Też.

Czy te dziesiątki rozmów, które przeprowadziłeś i spisałeś w książce, coś zmieniły w twoim postrzeganiu Grzegorza?
Pracowałem nad książką cztery lata. Wiedziałem, że muszę trochę stłuc kryształowy wizerunek Grzegorza Ciechowskiego, który w sobie noszę, zagrać z samym sobą, mimo że wybudowałem mu w sercu pomnik. Było mi tym łatwiej, że Grzegorz nie zdążył pobrudzić się błotkiem dzisiejszego show-biznesu, telewizji, tych wszystkich talent show i tak dalej.
I kiedy słyszałem od moich rozmówców niektóre opowieści o nim, myślałem sobie: „Ha! To był prawdziwy facet, normalny, który popełniał błędy, który nie ustrzegł się wpadek
i pomyłek w życiu osobistym, czasem dziwnych decyzji”. I dzięki temu idol pozostał moim idolem. Mam nadzieję, że nie brzmi to za bardzo patetycznie.

Piotr Stelmach, „Lżejszy od fotografii…”, Wydawnictwo Literackie

Co do perturbacji w życiu osobistym – Grzegorz Ciechowski miał szczęście, że tylko trochę zahaczył o czasy agresywnych tabloidów i plotkarskich portali.
Chyba tak. Ale myślę, że miał w sobie pewnego rodzaju firewall, który go strzegł, chronił przed nadużywaniem alkoholu, narkotyków i przed hazardem. W czasie pracy nad książką często słyszałem opowieści, że podczas balang, a było ich przecież w środowisko muzycznym bardzo dużo, Ciechowski zawsze wiedział, kiedy powiedzieć stop, wychodził po angielsku, i już. Nigdy nie przekraczał granic.

Może dlatego, że był rockandrollowcem w stylu Picassa lub Zbigniewa Herberta, a nie w stylu Micka Jaggera – tak ci powiedział Leszek Biolik, basista Republiki, człowiek z niesamowitym zmysłem obserwacyjnym, który grał z Ciechowskim kilkanaście lat.
Zgadzam się z Leszkiem. Twierdzi, że Grzegorz miał rockandrollowo niezależny sposób myślenia i indywidualny styl podejmowania decyzji, a nie ten klasyczny, charakterystyczny dla rockmanów freakowy sposób bycia i traktowania rzeczywistości. Był bliżej Witkacego niż Jaggera.

Jeżeli chodzi o kobiety, był chyba blisko obu.
Z opowieści moich rozmówców wynika, że kobiety były dla Grzegorza źródłem niezwykłej siły. Były jego paliwem – życiowym i twórczym. I można tak zdecydowanie powiedzieć o trzech jego życiowych partnerkach – Joli Muchlińskiej, Małgorzacie Potockiej i Annie Wędrowskiej. Małgorzata powtarzała, że w Ciechowskim znalazła bratnią duszę, że najważniejsze były rozmowy. Choć ich pierwsze spotkanie zaczęło się nieco obcesowo: Grzegorz siedział w studiu, a menedżer Andrzej Ludew zapytał go: „Grzesiek, chcesz poznać malarkę czy aktorkę?”. „Dawaj aktorkę!” – odpowiedział. Małgorzata to słyszała. Ich rozstaniu w połowie lat 90. towarzyszyły dość dramatyczne okoliczności. On wyszedł z domu, tak jak stał. Cierpiał, ale kierował się miłością. Jednak był jednocześnie wspaniałym ojcem dla całej czwórki swoich dzieci, mających inne mamy. O, taka historia. Życie.

Jaki wizerunek Grzegorza Ciechowskiego wyłania się z tych kilkudziesięciu rozmów, które przeprowadziłeś? Jak zapamiętywali go ludzie, z którymi pracował i żył? Jest jakiś wspólny mianownik?
Wiele osób mówiło, że był łagodny, przyjacielski, otwarty i prawie zawsze stawiał na swoim. Najfajniejszy przekaz, jaki do mnie dotarł po zredagowaniu tych wszystkich rozmów i po „ułożeniu” życiorysu, jest taki, że to był człowiek, który – mimo że nie ustrzegł się błędów, mimo że miał pokusy jak każdy i chciał czasem decydować za innych – w żadnym stopniu nie był radykalny. Nigdy nie walił pięścią w stół. Jakoś inaczej budował te charyzmę, która sprawiała, że jak coś powiedział, to najczęściej nie było odwrotu. Był liderem, po prostu. I był świadomy i pewny tego, co robi – nie w znaczeniu megalomańskim, choć przejmował się krytyką, ale twórczym.

Jednak dyktator.
Jeśli już, to tylko pod względem artystycznym, choć muzycznie najlepiej było mu przy Zbyszku Krzywańskim. To był bardzo dobrze rozumiejący się i pracujący tandem. Nie wyobrażam sobie natomiast, żeby Grzegorz śpiewał cudze teksty. To nie byłoby dla niego naturalne. Ale czy był dyktatorem w życiu? Bardzo kontrowersyjna teza. Nie sądzę. Może to banalne i ogólne, ale wydaje mi się, że on po prostu umiał żyć.

Czy te osoby, z którymi rozmawiałeś, coś sobie uświadamiały, coś nowego odkrywały w pamieć? Nowe kolory?
Znaczącą wiwisekcję z ich znajomości zbudował wspomniany przez ciebie Leszek Biolik, dużo i pięknie opowiadał menedżer Republiki i Grzegorza Jerzy Tolak. Mówił z jakąś miłością, nie potrafił o Grzegorzu złego słowa powiedzieć…

Mimo że Grzegorz robił mu niezłe dowcipy.
Jasne! Najłagodniejszy to taki, że dzwonił do pokoju Jurka, który lubił długo spać, i udając głos pokojówki mówił, że muszą się wyprowadzać z hotelu, bo doba jest do dziesiątej. Zziajany, spakowany, z walizami i torbami Jurek wpadał do restauracji, a oni chichotali. Żart z podstawówki, prawda? Obrażony menedżer Republiki jadł potem śniadanie przy oddzielnym stoliku. A i tak ich uwielbiał. Grzegorza przede wszystkim.

Może w tych wszystkich wspomnieniach Grzegorz Ciechowski staje się powoli mitem, wyobrażeniem nadbudowywanym na wspomnieniach? Na anegdotach i na pamięci o poważnych zdarzeniach?
Chyba nie. Zauważ, to nie jest facet, o którym wszyscy mówią tylko dobre rzeczy. Są również i jego krytycy. Dotyczy to muzyki, która, choć istotna i zazwyczaj na bardzo wysokim poziomie, nie wszystkim odpowiadała, a także ludzkiej czy towarzyskiej tkanki. Są w tych wspomnieniach opowieści, które zdecydowanie nie ostawiają go w gronie świętych. Nie, ten obraz nie wydaje mi się nadmiernie pokolorowany.

Ale nie jest też – by odwołać się do kolorów Republiki – czarno-biały.
Mam nadzieję.

Dla wszystkich osób, z którymi rozmawiasz, był ważnym człowiekiem. Dla rodziny to jasne, ale dla pozostałych… Okazuje się, że wywarł wielki wpływ na dużą grupę bardzo zdolnych ludzi, osobowości.
Nawet jeżeli ktoś miał z Grzegorzem kontakt jedynie przez miesiąc czy dwa, to i tak został w jakiś sposób naznaczony. I to zostawało w tych ludziach przez długie, długie lata. Tak, to jedno z istotnych spostrzeżeń.

Na czym była zbudowana przewaga Republiki? Wtedy, w tym rockowym boomie początku lat 80.? Na tym, że był poetą, erudytą, że czytał więcej?
Słowo. Te teksty były niezwykle ważne. „Znak równości” –przecież to profetyczny kawałek: wtedy na rzeczywistość narzucano ludziom jakąś urawniłowkę, teraz bywa, że narzucają ją sobie sami, goniąc za wzorcami z mediów… Ten przekaz tekstów Grześka budował odrębność zespołu. On był poetą, od liceum pisał wiersze, podchodził do nich bardzo poważnie. „Od teraz od zawsze od siebie wiem jedno/ Oczy zajdą kością/ Wieczność będzie sekundą/Sekunda wiecznością” – pisał w 1975 roku, mając 18 lat. Był wyjątkowy wśród wyjątkowych, bo przecież były to czasy Maanamu, Perfectu, Oddziału Zamkniętego i punk rocka.

Obywatel G.C. był jakąś ucieczką od Republiki?
Nie, był konsekwencją jej rozpadu w 1986 roku. Materiał z pierwszej płyty Obywatela jest właściwie trzecią płytą Republiki, tylko zagraną nieco inaczej, bo z innymi muzykami. To, oczywiście, bardzo ważny czas dla Ciechowskiego, druga płyta – „Tak! tak!” – to już była jego pełna dojrzałość.

Co by robił Grzegorz Ciechowski, gdyby żył, w którą stronę by poszedł?
I kto by był obok niego? Myślę, że byłby wziętym twórcą muzyki filmowej. A oprócz tego może wciąż produkowałby płyty debiutantów? Przecież „Dziewczyna szamana” Justyny Steczkowskiej, „Gemini” Kasi Kowalskiej i „Mężczyźni” Katarzyny Groniec to były strzały w dziesiątkę. Mam też nadzieję, że Republika przetrwałaby brawurowo. Co jeszcze by robił? Chciałbym wiedzieć, ale nie wiem. Tym bardziej go brakuje – bo na pewno by nas wszystkich nieraz zaskoczył.