fbpx

Juliette Binoche: „Próbuję grać w filmach, które mogą zmienić czyjeś życie na lepsze”

Juliette Binoche
Juliette Binoche (Fot. East News)

Życie jest do tego żeby je przeżywać, a nie obmyślać plany ucieczki mówi Juliette Binoche. Francuska aktorka nigdy nie bała się ryzyka i wyzwań. Tak trafiła na plany europejskich legend, między innymi Leosa Caraxa i Krzysztofa Kieślowskiego. „Prawda”, najnowszy film, w którym zagrała u boku Catherine Deneuve, opowiada o relacjach matki i córki, ale przede wszystkim o świecie kina i sztuki.

Chyba nie musiała pani długo przygotowywać się do roli w „Prawdzie”?
Tylko całe życie. Grałam artystkę, kobietę, która musi ułożyć sobie relacje z matka, partnerkę w niełatwym związku. Dziennikarze pytają mnie, czy wydam swoje wspomnienia. Pierwszą propozycję napisania autobiografii dostałam po „Spotkaniu” Andrégo Téchinégo, kiedy miałam 22 lata. A ja nie czuje takiej potrzeby.
W każdej roli opowiadam o sobie znacznie więcej, niż gdybym zebrała garść anegdot z planów albo zdradziła, z kim miałam romans. I szczerze? Właśnie to mnie napędza w aktorstwie. Pozwala mi ono wyjść z własnej strefy komfortu, poznać lepiej siebie, odsłonić
się przed innymi.

Ale rola w „Prawdzie” musiała być pani szczególnie bliska. Wcieliła się pani w córkę granej przez Catherine Deneuve legendy kina. Wszystko rozgrywa się w środowisku francuskich  filmowców.
Reżyser Hirokazu Koreeda nie ukrywał, że nie przez przypadek zaangażował do „Prawdy” Catherine i mnie. Mówił: „Mam jedna prośbę: Bądź sobą”. Przeprowadzał z nami wywiady jak dziennikarz albo student teatrologii. Pytał, czym jest nasz zawód i jak rozumiemy swoja
„misję”. Próbowałam udzielać mu satysfakcjonujących odpowiedzi, ale cały czas miałam świadomość, że prawdziwego aktorstwa nie da się ubrać w słowa. Ono rodzi się wtedy, kiedy przestaje się o nim myśleć. Kiedy zapomina się o wszystkim i pozostaje wyłącznie tu i teraz, w kostiumie, jaki się na siebie włożyło.

Juliette Binoche
kadr z filmu „Prawda” (fot. BEW)

Potrzebuje pani tych momentów?
Absolutnie tak. Zawsze potrzebowałam. Podobnie jak Catherine Deneuve pochodzę z aktorskiej rodziny. Ona powtarza, że zdecydowała się na ten zawód przez przypadek. Ja podjęłam świadomą decyzję. Chodziłam do szkoły z internatem. Dusiłam się tam, nauczyciele dużo od nas wymagali, panowała dyscyplina. Dopiero kiedy zaczęłam brać udział w zajęciach teatralnych, odetchnęłam pełna piersią. Nie sadziłam wtedy, że kiedykolwiek zagram w filmie. Ale już wiedziałam, że moja droga jest aktorstwo.

Tymczasem kino szybko się o panią upomniało.
Kwestia szczęścia. Na studiach dorabiałam w knajpach i szukałam angażu w teatrze. Nagle zadzwonił mój agent z propozycja wystąpienia przed kamera. A potem z kolejną. I tak to już poszło.

W jednym ze swoich pierwszych  filmów, w „Spotkaniu” Andrégo Téchinégo, wystąpiła pani w mocnych scenach erotycznych, tworząc bardzo odważną kreację, zwłaszcza dla początkującej aktorki.
Od początku kariery mówiłam sobie: „Żadnej taryfy ulgowej”. Albo zdecyduje się dawać z siebie wszystko, albo nie warto się w to bawić. Kilka razy chciałam rzucić tę robotę, kiedy emocje stawały się zbyt silne i zaczynały mnie przytłaczać. Podczas ƒfilmu „W moim kraju” poznałam świat Republiki Południowej Afryki i apartheidu. W „Rozstaniach i powrotach” eksplorowałam traumę wojny domowej w Bośni. Ale przetrwałam.
Dzisiaj myślę, że czasem ludzie wykorzystywali moja otwartość. Film Téchinégo był OK, ale na plakacie „Spotkania” naga opierałam się o ubranego w garnitur, zapiętego po szyje Lamberta Wilsona. To nie było wobec mnie uczciwe. Ale takie wtedy panowały standardy. A wstyd nie idzie w parze z aktorstwem.

Jednak prawdziwe szaleństwo miało dla pani dopiero nadejść.
Razem z Leosem Caraxem? Pan powie, ze on jest szaleńcem, a dla mnie to wizjoner. W dodatku bardzo świadomy tego, co robi. Razem z nim odkrywałam wspaniałe klasyczne filmy. Dopiero przy nim poczułam, że naprawdę mogę poczuć się w kinie jak w domu. Że
nie muszę być w teatralnej trupie, która zastąpi mi rodzinę. Że mogę być częścią świata kina.

Naprawdę nie wyniosła pani tego przekonania z domu?
Nie. Rodzice zarazili mnie poczuciem wolności. Kiedy miałam napisać wypracowanie o najważniejszym słowie w życiu, poradziłam się mamy, jakie ono powinno być. Odpowiedziała bez wahania: „entuzjazm”. Po latach zrozumiałam, że miała racje. W życiu nieustannie szukam czegoś nowego i to daje mi siłę, żeby wstać z łóżka. Ale też mam „drugą stronę”. Każdy potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, chce mocno stąpać po ziemi
i wiedzieć, gdzie przynależy. A o to w artystycznej rodzinie o skomplikowanym rodowodzie nie tak łatwo.

Pani szukała swoich korzeni także w Polsce.
Nie musiałam szukać! Moja babcia pochodziła z Częstochowy. Wyjechała z kraju z mężem Flamandem, gdy wybuchła wojna. Do końca życia mówiła po francusku z polskim akcentem, wpoiła mi polska tradycje. Jestem wyczulona na to, co łączy się ze słowiańską
mentalnością. Mam inna wrażliwość niż przeciętny Francuz. Znajomość polskiej historii obudziła we mnie więcej empatii, czuje związek z inna muzyką, zwyczajami, wyobrażeniami o rzeczywistości. A gdy kiedyś poproszono mnie na planie, żeby nucić polską kolędę, wzruszyłam się. Bo przypomniała mi się babcia.

Także dlatego tak ważne było dla pani spotkanie z Krzysztofem Kieślowskim?
Trudno uwierzyć, jak wiele lat minęło od tamtego czasu. Mogłabym odegrać każdą scen z „Niebieskiego”. Dzisiaj została we mnie czysta miłość do tego człowieka. We wspomnieniach wielu ludzi pozostał jako intelektualista kina. A ja mam w pamięci rozmowy, w czasie których nieustannie śmialiśmy się i żartowaliśmy. Po latach świetnie porozumiałam się też z inną polską artystką – Małgośką Szumowską. Świetna kobieta.

Juliette Binoche
Kadr z filmu „Trzy kolory. NIebieski” Krzysztofa Kieślowskiego (Fot. BEW)

Pani chyba z podobnych spotkań uczyniła sposób na życie?
Oczywiście. André Téchiné, Michael Haneke, Lasse Hallström, Amos Gitai, Claire Denis. To wspaniali ludzie, od których wiele się nauczyłam. Hou Hsiao-hsien ujął mnie połączeniem delikatności i mądrości. Jeździłam po całym świecie, żeby grac w ich fi™lmach, poznawałam inne kultury. Albo zarażałam ich swoja, jak przy „Prawdzie”. W końcu Japończyk Hirokazu Koreeda kręcił w obcej sobie rzeczywistości. I choć doskonale ją rozumiał, pewnych rzeczy się nie oszuka. W scenariuszu była scena kłótni. Po kilku ostrzejszych słowach moja bohaterka przepraszała matkę. Spytałam: „Hirokazu, dlaczego ja niby przepraszam? Żadna Francuzka nie przeprosiłaby matki, że ją ochrzania za wtrącanie się w jej związek”. Koreeda zamilkł. Kolejnego dnia podszedł i powiedział cicho: „dziękuję”.

Jednak przy tych wszystkich podróżach nie dała się pani porwać Hollywood.
Nie było mi potrzebne. Pieniądze nigdy się dla mnie nie liczyły, kocham wolność europejskiego kina, a moim domem zawsze pozostawał Paryż. Mogłam spotkać się ze Stevenem Spielbergiem przy „Parku Jurajskim”. Ale wtedy wybrałam pracę z Kieślowskim. I nigdy nie żałowałam. Bo zadałam sobie pytanie: „Czy chce biegać po ekranie wśród dinozaurów?”. W tym zawodzie trzeba decydować, jakie emocje przekazuje się widzom. Próbuję grać w ™filmach, które mogą zmienić czyjeś życie na lepsze.

Zazdrościła pani kiedyś jakiejś roli innej aktorce?
Oczywiście, to część tego biznesu! Zazdrość zresztą wcale nie musi być zła – ona często motywuje do działania. Podobnie nie lubię opowieści o chowaniu swojego ego. Do licha! Gdybyśmy go nie mieli, skąd mielibyśmy czelność, aby opowiadać innym ludziom historie!

Ale nie powie pani, jakich ról zazdrościła?
Oczywiście, że nie!

Juliette Binoche
Kadr z filmu „Angielski pacjent” (Fot BEW)

Kiedyś jednak wspomniała pani, że bohaterka „Podwójnego życia Weroniki” była dla pani idealna.
Bo to prawda, wyjątkowo do tego filmu pasowałam. Ale akurat kręciłam „Kochanków z Pont-Neuf ”, a Irène zrobiła świetną robotę. Cóż, zdarza się. Szkoda życia na oglądanie się wstecz.

Starzenie się jest trudne dla aktorki?
Niekoniecznie. Mnie granie 20-latek się znudziło. Pozornie wtedy wszystko wydaje się prostsze. Ale tak naprawdę młodość jest tylko kurtyna, która sprawia, że nie dostrzega się problemów. To czas, kiedy nie jest się jeszcze w pełni świadomym emocji, jakie nami rządzą, wypiera się trudne uczucia. Dopiero doświadczenie uczy radzenia sobie z problemami. I to samo dotyczy pracy: z wiekiem łatwiej mi godzić się z wizją reżysera, wchodzić w dialog, szukać porozumienia. To mi daje siłę. Czuje, ze wkraczam w nowy etap.

Miewa pani jeszcze tremę?
Jasne. Niedawno grałam w teatrze „Antygonę”. Wyszłam, żeby wygłosić długi monolog. Stanęłam i nie pamiętałam tekstu, który dzień wcześniej byłam w stanie powiedzieć obudzona w środku nocy. Bałam się przed tanecznym show „In-I” z Akramem Khanem. Nagle znalazłam się w zupełnie nowym świecie. I musiałam powtórzyć ten spektakl na scenie sto razy. Nie wiedziałam nawet, czy fizycznie wytrzymam to zadanie. Myślę, że to była szczepionka, która już na zawsze uchroni mnie przed strachem.

Właściwie na każde pytanie odpowiada pani przez pryzmat pracy i aktorstwa. Ten zawód chyba potra‰fi człowieka spalić.
Nie rozumiem rozgraniczenia na prace i prywatność. Oddaję całą siebie na planie i spełniam się dzięki sztuce.Ale to nie znaczy, ze odpuszczam w życiu prywatnym. Czy się spalam? Tylko prawdziwe zaangażowanie może przynieść szczęście.

Ale zawsze coś się po drodze traci. Nie marzy pani czasem, żeby rzucić to wszystko, kupić winnicę w dolinie Rodanu i czytać książki?
Życie jest od tego, żeby je przeżywać, a nie obmyślać plany ucieczki. Poza tym to nieprawda, że nie mam prywatności. Nigdy nie wyszłam za mąż: dostałam kilka propozycji, ale postanowiłam nie udzielać na nie odpowiedzi. Rycerz na białym koniu, o którym marzyłam jako dziewczynka, nie przyjechał. Ale to nie znaczy, że nie miałam świetnych związków. Ostatnio po zawodowym maratonie zrobiłam sobie kilka miesięcy przerwy, chciałam mieć pusty gra„fik i pobyć z dziećmi. Ten czas był tylko dla mnie i moich bliskich. Ale już pora wracać do pracy.

W tym, co pani mówi o sztuce, kryje się dużo idealizmu. Ale ostatnio, po wybuchu ruchu #MeToo, widać coraz więcej mrocznych stron przemysłu filmowego.
To ważny moment. Przez całe pokolenia udawaliśmy, że jest dobrze. Teraz wreszcie kobiety opowiadają o przemocy, której doznały. Tylko w taki sposób możemy rozpocząć proces leczenia ran i próbę budowy bezpiecznego środowiska pracy. Bo wciąż jesteśmy daleko od równouprawnienia. Nie odcinam się od siebie jako artystki.

Juliette Binoche
Kadr z filmu „Czekolada” (Fot. Bew)

Ostatnio jednak powiedziała pani, że chętnie zagrałaby u Woody’ego Allena.
I mogę to powtórzyć. Jest mistrzem kina. Tak naprawdę nie wiemy, co się naprawdę wydarzyło. Myślę, że naszym błędem jest kolektywne osadzanie. Wymieniamy jednym
tchem: Woody Allen, Roman Polański, Harvey Weinstein. Każdy z tych przypadków jest inny. A od oceniania nie są dziennikarze ani inni artyści. Liczę, że sąd wymierzy Weinsteinowi sprawiedliwość. Proces trwa. Natomiast my powinniśmy skupić się na systemowych rozwiązaniach.

A kręcąc „Prawdę”, obserwowała pani Catherine Deneuve?
Oczywiście, to legenda. Wcześniej kilka razy wpadłyśmy na siebie na festiwalach, ale naprawdę poznałyśmy się dopiero teraz. Próbowałam się do niej zbliżyć. Pomyślałam, że jeśli gramy matkę i córkę, nie powinnyśmy się do siebie zwracać per pani. Widać było, że to spoufalanie się jej nie odpowiada. W końcu jednak opuściła gardę i zaufała mi. Wspierała mnie, bo w tym czasie chorował mój ojciec. I tak było do końca zdjęć. Kilka tygodni później dostałam od niej SMS: „Kiedy mogę do pani zadzwonić?”. Ale rozumiem, że zachowuje dystans wobec świata. Jej sława wiąże się z presją, każdy czegoś od niej oczekuje. Aby się bronić, w sytuacjach publicznych musi nałożyć maskę ikony.

I widzi pani siebie kiedyś w tej roli?
A skąd! Catherine Deneuve jest jedna. Ja jestem po prostu aktorką. Nie marzę o zostaniu legendą. Chce tylko robić swoje, doświadczać nowych rzeczy, żyć. Zresztą o czym my mówimy? Mam 55 lat i niedawno w „High Life” zagrałam scenę w wielkiej kosmicznej seksmaszynie. Czy tak się zachowuje przyszła ikona?

Juliette Binoche, ur. w 1964 roku w Paryżu, aktorka. Zaczynała od ról m.in. w „Spotkaniu” Andrégo Téchinégo i „Zdrowaś, Mario” Jeana-Luca Godarda, stworzyła artystyczny duet z Leosem Caraxem. Zawsze chętnie współpracowała też z reżyserami spoza Francji, zagrała m.in. w „Trzech kolorach. Niebieskim” Krzysztofa Kieślowskiego, „Angielskim pacjencie” Anthony’ego Minghelli, „Czekoladzie” Lassego Hallströma, „Ukrytym” Michaela Hanekego, „Sponsoringu” Małgorzaty Szumowskiej. Chętnie bawi się swoim wizerunkiem, ostatnio m.in. w komedii Brunona Dumonta „Martwe wody” czy filmie science ˜fiction Claire Denis – „High Life”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>