fbpx

Krystyna Prońko: Moje łaskawe fado

Krystyna Prońko - mistrzyni polskiego jazzu
Krystyna Prońko - mistrzyni polskiego jazzu. (Fot. Adam Tuchliński)

Niektórzy mówią „diwa”, „ikona”. Na pewno niekwestionowana mistrzyni polskiego jazzu. Krystyna Prońko nie przestaje poszukiwać. W szczycie pandemii wydała nową płytę „Lubię… specjalne okazje…”, 16 piosenek o popowym i jazzującym brzmieniu. Nie chce jednak opowiadać życia tekstami piosenek.

Dystansuje się pani od „czytania” pani przez piosenkę, jej treść?
Piosenka to tylko piosenka. Ma wzbudzić jakieś odczucia i zdobyć zainteresowanie słuchacza. Kiedy śpiewam, nie przewijają mi się obrazy z mojego życia.

Nie wierzę.
Przecież pan nie jest mną. Ten zawód daje mi możliwość zaspokojenia moich potrzeb – duchowych i materialnych. Paru kolegów już śpiewało, że „ta piosenka jest stworzona dla pieniędzy”. Ja też w dużej mierze śpiewam dla pieniędzy. Tym lepiej, bo śpiewanie to moja pasja. To wielki przywilej, bo nie wszyscy pracują z taką przyjemnością.

W „Piosenkach, z których się żyje” Wojciech Młynarski pisał, że „na przekór wszystkim i mimo wszystko, jeszcze ty w Łomży zrobisz nazwisko”.
Gdzieś to nazwisko zawsze się zaczyna robić. Może być Łomża, może być mój Gorzów Wielkopolski. Bez znaczenia.

Śpiewając z braćmi „Małego kwiatka” na sylwestrach pod koniec lat 60.?
Ja tego nie śpiewałam. Piotrek grał ten temat na saksofonie. Grałam na pianinie, a publiczność podnosiła kieliszki i się upijała, bo w końcu był sylwester. To było chyba biuro, w jednym pokoju jedli, w drugim tańczyli, wszystko się zgadzało. Mieliśmy ze 12 piosenek, co wystarczało na godzinę, i zaczynaliśmy od początku. Chodziłam jeszcze do szkoły średniej. Piotrek jest ode mnie młodszy, a Wojtek wtedy akurat chyba z nami nie grał. Myśmy dość szybko stworzyli zespół, ojciec czasami woził nas na tak zwane występy artystyczne albo tylko chłopaków na wesela. Pakował do auta wszystkie instrumenty, w kabinie siedziały trzy, cztery osoby, i było granie po wsiach.

A domowe jam session?
To już zupełnie inna sytuacja, z kolegami z podwórka. Jakoś nikt z sąsiadów nie protestował, że głośno. Podporządkowywałam się chłopakom, bo jeszcze sama nie wiedziałam, czego chcę. Potem z graniem przenieśliśmy się do domów kultury, do Domu Chemika, Kolejarza… Pamiętam, że koledzy i bracia grali Hendrixa. Wojtek grał na gitarze basowej albo na kontrabasie, bardzo dobrze śpiewał, miał ładny głos. To już było na poważnych potańcówkach dla młodzieży. Nasze nazwisko stawało się rozpoznawalne w Gorzowie Wielkopolskim. Każdy z nas szukał własnej drogi. Mnie się naprawdę wydawało, że będę pianistką. Na Ogólnopolskim Festiwalu Awangardy Beatowej w Kaliszu, chociaż coś zaśpiewałam, zdobyłam nagrodę jako pianistka zespołu Reflex. Grałam na wschodnioniemieckich organach Vermona. Później dosyć długo nic się nie działo, aż pojawiła się możliwość dołączenia do zakładanego w Rzeszowie zespołu, który przyjął nazwę Respekt, i przyszła propozycja supportu przed koncertem Czesława Niemena.

Miała pani idoli?
Od samego początku to był Niemen, uwielbiałam Arethę Franklin, kiedy zaczęłam dojrzewać, dołączyła Ella Fitzgerald. Bardzo wcześnie, jeszcze przed 1970 rokiem, zaczęliśmy jeździć z Piotrkiem na Jazz Jamboree, to było nasze okno na świat. Przyjeżdżaliśmy do Warszawy i chodziliśmy na koncerty do Kongresowej, a potem na jamy do Piwnicy Wandy Warskiej. Bardzo fajne czasy. A potem sami wylądowaliśmy z akademickim big-bandem na Jazz Jamboree, i to chyba ze dwa razy. To wszystko to ciąg wydarzeń, na które nie do końca miałam wpływ. Tak to się układało.

Krystyna Prońko: Moje łaskawe fado
Krystyna Prońko: „Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała”. (Fot. Adam Tuchliński)

„Niech moje serce kołysze ciebie do snu”, „Papierowe ptaki” czy „Deszcz w Cisnej” to piosenki z lat 70., nadal w pani sztandarowym repertuarze.
Przetrwały. Szmat czasu upłynął, wszystko się zmienia, a one są. Te pierwsze nagrania na niczym nie straciły. Nadal nimi dysponuję, bo w latach 90., kiedy się komuna sypała, odkupiłam ich oryginały od firmy Tonpress.

Jaka była Krystyna Prońko, kiedy śpiewała „Papierowe ptaki”?
To była bardzo młoda, niedoświadczona wokalistka, która chce jak najlepiej zaśpiewać, więc jest potężnie przerażona. Był 1974 rok, jechałam do Opola pociągiem i jeszcze sobie dośpiewywałam, uczyłam się tego utworu, który wcale nie był łatwy. Miałam straszną tremę, zwłaszcza że śpiewałam tę piosenkę po raz pierwszy.

To, że tamte nagrania na niczym nie straciły, znaczy, że była pani wtedy „gotową” piosenkarką?
Być może tak, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dotarło to do mnie później, kiedy oglądałam tamte stare wykonania.

Gdzie pani dzisiaj wysyła papierowe ptaki?
Taki ptak wisi u mnie na lampie, ale nie da się go odczepić. No i tyle.

Tyle przekazu?
Tak. Ale jest to bardzo ładna przenośnia, bardzo ładny tekst. Dopiero teraz do mnie naprawdę pasuje w stu procentach.

To dzisiaj o czym jest?
O tym samym, tylko wtedy to była perspektywa. Ale zaśpiewałam z pełną emocją. Intuicja jest niezwykle ważna w działaniach artystycznych. Proszę pana, jak ktoś będzie o sobie myślał: „O kurde, jestem artysta”, to już jest źle. Artystą się tylko bywa. Byłam artystką przez chwilę, śpiewając „Papierowe ptaki”, a potem artyzm ulatywał i stawałam się na nowo normalnym człowiekiem.

Co to znaczy, że artyzm ulatywał?
Nie można być artystą 24 godziny na dobę. Nikt by tego nie wytrzymał. Nie będę tu panu dla wywiadu snuć jakiejś filozofii. Po prostu artysta to nie jest zawód. Ten rodzaj przekazu energetycznego pojawia się tylko czasem.

Energia współpracy z Januszem Komanem powodowała eksplozje?
Powodowała, wszystko się zgadza. Byłam w chórku i miałyśmy z dziewczynami trasę po Związku Radzieckim. Byłyśmy w pierwszej części programu, w drugiej były, chyba, Czerwone Gitary, a ponieważ był jakiś problem z pianistą, PAGART ściągnął z Polski Komana. Pojawił się w Baku, tam się poznaliśmy, a miesiąc czy dwa później wróciliśmy do domu. Janusz siedział w pokoju przy instrumencie, coś śpiewał, coś grał, ja gotowałam zupę, słyszałam, co robi, leciałam do niego i mówiłam: „O to, to” albo „tamto nie”. Albo: „Wiesz, to może ja tutaj…”. Myśmy się sobą nakręcali, bardzo się ze sobą muzycznie zgadzaliśmy. Do tego stopnia, że kiedy moje koleżanki zainteresowały się jego twórczością, czułam się z tym bardzo źle.

Była pani zazdrosna?
No pewnie! W końcu pomyślałam: „Jeśli tak, to wolę robić swoje, sama”.

Bo te wybuchy były?
Wybuchy w tej pracy są potrzebne, ale i doprowadzają do rozpadu. Każdy poszedł swoją drogą.

W 1980 roku zaśpiewała pani w oratorium „Kolęda nocka” Ernesta Brylla i Wojciecha Trzcińskiego w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Tu śpiewała pani „Psalm stojących w kolejce”, a wokół pełna opresji komuna. Nie bała się pani?
Sytuacja była nieprzewidywalna i uważałam, że to będzie koniec mojego śpiewania, co powiedziałam Wojciechowi Trzcińskiemu. „Nie, nie, to dopiero początek” – odpowiedział.

Już nie mogła pani mówić, że to tylko piosenki?
A co pan ma na myśli?

Że trzeba było się opowiedzieć po którejś stronie.
Nie trzeba być zaangażowanym, żeby śpiewać. Polityka mnie wtedy zupełnie nie interesowała. Zobaczyłam w tym spektaklu możliwość pracy w teatrze, repertuar, którym można wyrazić to, co się działo. Natomiast, jeśli mam być dosłowna, to nigdy w życiu nie stałam w kolejkach, wolałam czegoś nie kupić. Nie znam kolejek z autopsji. Ale przypadło mi w udziale zaśpiewanie o takich sytuacjach. Mam swoje poglądy polityczne, ale staram się ich w ogóle nie ujawniać, bo się na tym przejechałam. To moja prywatna sprawa. Z „Kolędą nocką” mieliśmy jechać do Stanów. Nastał stan wojenny, no i co teraz? Byliśmy jeszcze w teatrze, graliśmy w sobotę „Kolędę nockę”, a w niedzielę już to nie było możliwe. Pamiętam, że było strasznie dużo śniegu. Pojechałyśmy z Haliną Frąckowiak do teatru odebrać nasze rzeczy. Wróciłyśmy do hotelu, a potem pociągiem do domu.

A jednak wyjechaliście do Stanów.
Przesunięto nasz wyjazd na drugą połowę stycznia. Pojechaliśmy z wersją estradową, udało nam się nawet zagrać w teatrze na off-Broadwayu. Ci Amerykanie w ogóle nie wiedzieli, o co chodzi z tymi kolejkami, z całą tą sytuacją, o której był spektakl.

Amerykanie kochali wtedy Solidarność.
Nie wiem, co kochali. To mnie mało interesowało. Tak samo jak nie interesowało mnie pozostanie w tym kraju. Chociaż wszyscy sądzili, że zostanę.

Dlaczego pani nie została?
Chyba z głupoty, każdy jakąś popełnia. Przeraziło mnie, że zostawiam w Polsce rodzinę, bałam się represji. Może nic by się nie wydarzyło, ale wolałam nie ryzykować.

W Warszawie pojawiła się dziewczyna w zielonym nieprzemakalnym płaszczu.
[śmiech] Tak, bo w Nowym Jorku koleżanka zaprowadziła mnie do sklepu z wojskowymi ciuchami z demobilu i ja ten płaszcz kupiłam. W największą ulewę mogłam w nim wyjść, i wszystko z niego spływało. Był długi, naprawdę świetny.

Jak radziła sobie pani z brakiem pracy?
Założyliśmy z braćmi Prońko Band. Poza tym dostałam zaproszenie od kolegi, który jeździł na kontrakty na norweskich promach, szukał wokalistki. Bardzo mi ta praca pasowała. Miałam dużo wolnego czasu, mogłam się uczyć języka. A przede wszystkim miałam codziennie trening wokalny, co najmniej dwugodzinny. Śpiewałam piosenki nie ze swojego repertuaru, aktualne hity.

I co pani śpiewała?
Musiałabym sprawdzić, mam gdzieś jeszcze zeszyty z tekstami. Na pewno „Like a Virgin” Madonny, coś Michaela Jacksona i dużo amerykańskich standardów, klasyków swingowych.

Nie chciała pani później nagrać tych coverów?
Nagrałam płytę „Jestem po prostu” z polskimi hitami lat 50. i 60. W szkole średniej wycinałam z gazet prymki [zapis nutowy melodii, czasem z podpisanymi funkcjami], zbierałam je, ot, na wszelki wypadek. W pewnym momencie przy jakiejś przeprowadzce to odgrzebałam. Masa piosenek, które pamiętałam z dzieciństwa. Niektóre z nich bardzo mi się podobały. „Pierwszy siwy włos”, „Żółte kalendarze”, „Znad białych wydm”, „Złoty pierścionek”…

Mama lubiła te piosenki?
To nie ma nic wspólnego z moją mamą. To były moje hity z dzieciństwa. A ponieważ w domu grało radio, to słuchałam.

A jacy byli rodzice?
Wspaniali, no, jacy mieli być? Boże, o co mnie pan pyta!

Mama śpiewała?
Grała na harmonii, którą mam, bo ją wyremontowałam, i śpiewała. Harmonia była z odzysku, podobnie jak meble, które stały w mieszkaniu w Gorzowie, jak się rodzice wprowadzili. Pamiętam stare wielkie biurko, które w końcu wyrzuciła moja siostrzenica. Ojciec znalazł „poniemieckiego” nimbusa, sam wyremontował silnik i tak uruchomił motocykl. Ojciec zaocznie zrobił technikum mechaniczne, naprawiał wszystkie nasze auta. W nimbusie matka na tylnym siedzeniu, w przyczepie dziecko albo dwoje. Sama tego nie pamiętam, mam takie zdjęcia, miałam może półtora roku. A potem zamienił go na dekawkę IFA, były takie samochody. Do dziś pamiętam jego dźwięki. Było słychać, że ojciec zbliża się do domu.

Jak rodzice trafili do Gorzowa?
Przodkowie poszukiwali złota na Syberii, po jakimś czasie kupili ziemię na terenie dzisiejszej Białorusi. Tak powstało wielohektarowe gospodarstwo. Mój ojciec jeździł tam po wojnie. Pamiętam, że wyjeżdżał nawet dalej, na Syberię. Kiedy w 1970 roku Czesław Niemen spotkał się z moim ojcem, u nas w domu, natychmiast padli sobie w ramiona. Bo Wasiliszki, skąd pochodził Czesław, i Baranowicze, gdzie mieszkali Prońkowie, leżą niedaleko siebie. Korzenie mamy były z kolei w centralnej Polsce. Babcia była z Łodzi. Potem przeniesiono dziadków na wschód Polski, do Grodna. Kiedy przyłączono do polski Ziemie Zachodnie, ktoś je musiał zasiedlić. Wsiedli do pociągu, mogli wysiąść w dowolnym miejscu, a matka wybrała Gorzów, bo jej przypominał Grodno. Byłam w Grodnie, nie ma nic wspólnego z Gorzowem. Poza tym, że przez środek miasta płynie rzeka.

Klatka schodowa, na której pani śpiewała w dzieciństwie, istnieje?
W tym domu mieszka moja rodzina. Ciągle tam bywam. Kamienna, lastrykowa klatka w domu, który razem z poddaszem ma trzy piętra, powoduje naturalny pogłos. Lubiłam, jak niosło mój głos.

Wątpiła pani kiedyś w swój zawód, na przykład w latach 90., śpiewając jeden koncert na kwartał?
To był bardzo trudny czas dla muzyków. No i zalew gównianego repertuaru. Polskiej muzyki nie było w stacjach radiowych. Z ówczesnym partnerem zainteresowaliśmy się radiem i robiliśmy audycje. Postanowiliśmy założyć hurtownię płyt i kaset. Zaczęły powstawać numery disco polo. Bardzo dużo mieliśmy takich kaset w hurtowni.

Czyli przyczyniła się pani do popularyzacji gatunku?
W jakimś sensie tak, próbując przeżyć. Pamiętam, że dużo jeździliśmy po hurtowniach discopolowych. Mieliśmy paręnaście sklepów, do których dostarczaliśmy ten towar.

Przyjeżdża Krystyna Prońko i kupuje parę kartonów kaset Shazzy?
Nie pamiętam, co kupowałam, ani mnie to ziębiło, ani grzało. Ludzi, którzy to kupowali, nie interesowały dokonania ani nazwiska, których tam zresztą nie było. Chcieli tylko łupu-cupu, tyle. Do tego sprzęt grający, który wówczas można było kupić, urągał wszelkiemu rozsądkowi. Ogólnie to było straszne.

Była pani w stanie komponować?
Tak, jakoś potrafiłam się w tym wszystkim odnaleźć. Kiedy sprzedaż tego towaru zaczęła spadać, zrobiły się długi, musiałam je pospłacać, więc załatwiłam sobie koncerty dla amerykańskiej Polonii. Wróciłam z pieniędzmi, a potem rynek muzyczny zaczął się normalizować.

Co ważne jest w pani życiu poza muzyką?
Rodzina, zwierzęta, swoboda działania. Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała.

Portugalia?
Przedostatni raz pojechałam zupełnie sama, zabrałam tylko psa. Po drodze złapałam dwie gumy, i to po tej samej stronie. Pierwszą w Niemczech, drugą we Francji. A przed podróżą wymieniłam wszystkie opony. Tyle że nie zostały wymienione wentyle, ktoś oszczędził na mnie parę złotych, no i dwa nie wytrzymały. We Francji, zmieniając koło, ukręcili mi śrubę, urwała się. Przyjechał facet z platformą, a ja z tym psem, i zawiózł na szrot, wymienili koło. Konsultując się z bratem przez Skype’a, dojechałam do Portugalii.

Śpiewała pani fado?
Mąż mojej bratanicy, która tam mieszka, ma w swojej rodzinie śpiewaków fado. Mam spory zbiór płyt. Doszłam do wniosku, że „Małe tęsknoty” to typowe fado, i w nastroju, i w melodyce. Jakby dopisać portugalski tekst, to byłoby świetne współczesne fado. A fado znaczy los.

Na wakacjach szuka pani ciszy?
Na kempingu? Wieczorem jest huk, wszyscy się bawią. Do północy gra muzyka.

Jeździ pani pod namiot?
Jest ciepło i do końca października można siedzieć pod namiotem. Od szkoły średniej jestem przyzwyczajona do namiotów. Teraz mam trzy, każdy innej wielkości. Najnowszy ma 30 metrów kwadratowych, jest jak małe mieszkanie. Jeszcze nie próbowałam rozbić namiotu na samej plaży, ale domyślam się, że są miejsca, gdzie to można zrobić. Pod warunkiem że nie ma przypływu. Miałam taką sytuację z psem. Leżał pod parasolem, zbliżał się zachód słońca, a fala stawała się coraz dłuższa i coraz bardziej się do tego parasola zbliżała. W pewnym momencie poczuł, że sięga go woda, i zerwał się jak oszalały.

Pani fado było dla pani łaskawe?
Jestem zadowolona. Dotąd nigdy nie miałam do życia pretensji. Będę pracowała, dopóki będą chcieli mnie słuchać. Jestem dość krytyczna wobec swojego śpiewania i brzmienia. Jeżeli zauważę, że nie jest dobrze, przestanę. Nawet nikomu o tym nie powiem. Bo po co mam się tłumaczyć ze swoich błędów i niedoróbek? Może nikt inny ich nie usłyszy?

Koziorożec twardo stąpa po ziemi?
To chyba nie znak decyduje. Sama staram się czuć ziemię pod stopami. Zawsze było dla mnie najważniejsze to, co teraz. A to, co minęło… Było. Koniec. Póki jestem, ciągle jest szansa na nowe. 

Krystyna Prońko wokalistka jazzowa, kompozytorka, pedagożka. Wielokrotnie zdobywała nagrody na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Nagrała kilkanaście albumów, między innymi: „Krystyna Prońko”, „Deszcz w Cisnej”, „1980”, „Subtelna gra”, „Firma Ja i Ty”, „Jesteś lekiem na całe zło”, „Złość”, „Jestem po prostu”,
„The Album”, „Lubię… Specjalne okazje…”, a także „Osobistą kolekcję”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze