Filip Springer: Nic na Roztoczu

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Jedziemy, pada deszcz, mijamy zdezelowane passaty. Jadą poboczem, w swoim tempie. Jadą na wschód, a w każdym siedzi po czterech facetów o kamiennych twarzach. Woda bryzga spod kół, oni mają zamknięte okna i patrzą przed siebie. Zgaduję, że każdy w zwiniętej dłoni trzyma papierosa.
Mijamy ich i jedziemy dalej, swoim tempem, zostawiamy ich w tyle i rozglądamy się po bokach. Że niby perła Polski wschodniej, że ostatnie dzikie miejsca w kraju. Że malowniczo, że tradycja, że pięknie po prostu. Dlatego jedziemy na majówkę, wioząc rowery, bo po tym wszystkim będziemy jeździć i się zachwycać. Tak ma być, tak będzie. Albo nie będzie, ale jeszcze tego nie wiemy.

Do Lublina jeszcze jakoś idzie, ale potem zapada zmrok i on się okazuje zbawienny. Na trasie jest pusto i dookoła też. Jakieś pola, dużo lasu. Światła w oddali. Jadę i przypominam sobie Serbię. Jechaliśmy wtedy autobusem z Polski do Macedonii (i już nigdy tego nie powtórzymy, bo to był koszmar). I wszędzie coś się działo, a w Serbii było pusto. Widziałem w oddali jakieś światła, zbliżaliśmy się do nich i okazywało się, że to jakaś latarnia na środku pustego skrzyżowania czy coś takiego.

No więc tu, za Lublinem, na trasie w kierunku Biłgoraja, mam podobnie. Mijamy jeszcze producenta ozdób ogrodowych i dekorów i wzdychamy, zażenowani kiczem i tandetą. A potem pochłania nas ciemność.

Poranek jeszcze nie jest najgorszy, bo mieszkamy pod lasem, w drewnianej chałupie i to, co dookoła, też jest drewniane. Ale potem ruszamy zobaczyć okolicę, pedałujemy dzielnie, a mnie z każdym kolejnym kilometrem coraz bardziej szczypią oczy. Bo tego Roztocza, tej perły wschodu już nie ma, prawie wszystko zniknęło. Jeździmy po wioskach i wszystkie wyglądają tak samo. Katalogowe domki we wszystkich kolorach tęczy, byle jak rozrzucone wzdłuż dróg. Żadnego w tym ładu, żadnego stylu, niczego, co by to Roztocze odróżniło, dajmy na to, od wschodniej Wielkopolski, północnego Mazowsza, zachodniego Podkarpacia czy południowej Opolszczyzny. Już nikt tam nie dba o to, jak było.

Roztocze jest dziś tak samo żadne, bezbarwne, nudne jak flaki z olejem i gdyby nie ten las i kilka enklaw z drewnianymi chałupkami, które zaraz znikną, to by już tam w ogóle nie było na czym oka zawiesić. Bo wszyscy patrzą w przyszłość, więc wychodzą z tych swoich pastelowych koszmarków i wsiadają do obsranych mercedesów, kupionych w Reichu. Jadą na pola i sprawdzają, czy już im tam wschodzi, co ma wschodzić na tym wschodzie, który już wcale nie wygląda jak wschód.

ZAMÓW

E-WYDANIE

I ja już wiem, jaka by się tu pod tym tekstem mogła rozpocząć dyskusja, bo już kiedyś podobny napisałem, tyle że o Beskidzie Niskim i Bieszczadach, a potem dostawałem maile, że chcę zrobić skansen, że chcę aby ludzie na klepiskach mieszkali, że im luksus odbieram, że jak oni chcą, to co w tym złego. Że facet z miasta jeździ raz od dzwonu na wiochę i ludziom mówi jak mają żyć. I już mi ręce opadają, bo przypominam sobie te nudne wiochy w Niemczech, we Francji, w Norwegii, ale żeby nie było tylko na bogato, to też na Litwie czy w Czechach i tam jakoś się da mieć nowoczesny dom, który będzie miał jakiś związek z ziemią, na której stoi. A u nas się nie da. U nas, odkąd chłopom zrobiło się lepiej i bogaciej, obowiązuje styl „polski bezstylowy”, wymyślony przez kilku cwaniaczków prowadzących gazetki z projektami. I najsmutniejsze jest to, że jak już z Roztocza zniknie ostatnia drewniana chałupa i już nikt nie będzie chciał postawić nowej, okaże się też, że nie za bardzo po co jest tam jeździć. Bo te rzeki i lasy fajne, ale może to czasem za mało?

?>