fbpx

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Banan

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Mikołaj imion wiele ma

Żeby książka mogła zacząć żyć, musi zostać spełnionych kilka prostych warunków. Przede wszystkim potrzebny jest autor, który książkę napisze, wydawca, który dzieło zechce wydać, czytelnik, który je potem zakupi i przeczyta ( warunek to najważniejszy).
Bywają sytuacje, kiedy książka – napisana w innym kraju i w innym języku – ukazuje się najpierw w przekładzie. Przytrafiło mi się coś takiego w zeszłym roku, toteż zbiór opowiadań wydrukowany został najpierw po francusku, a dopiero w tym roku zostanie wydany w kraju nad Wisłą.

Ale dlatego, że książka nad Loarą się ukazała, zaproszono mnie na jeden z ważniejszych festiwali literackich. Jak wiadomo, na takich festiwalach nie dość, że płacą honoraria, pokrywają koszty podróży, śpi się w dobrych hotelach, dostaje się dobre papu, oraz – bo bez tego we Francji się nie da – dobre wino, spotyka się innych twórców. Ba, z tymi twórcami, często z odległych krańców świata, bierze się udział w panelach dyskusyjnych.

Przyszło mi rozmawiać z pisarzem z Ekwadoru (przez tłumaczy oczywiście, bo ja nie mówię po hiszpańsku, on po polsku, a język tubylców był nam zbyt słabo znany. Publiczność natomiast nie chciała słuchać nas w dialekcie zza kanału La Manche). Opowiadania Ekwadorczyka rozgrywały się na plantacjach bananowych. Opisywały ciężką pracę robotników najemnych, z których pewien procent stanowili inni.

Sam pisarz jest wesołym chłopakiem, co zadeklarował na samym początku, żeby nie było podejrzeń, że chce atakować mniejszość seksualną. Powiedział też, że kilkukrotnie brał udział w procederze zbierania bananów, jak i w zgrywie, która często miała miejsce po fajrancie. Rozkoszną zabawę opisał w jednym z opowiadań. Otóż, pod koniec dnia, chłopcy innej opcji wyszukiwali największego banana. Następnie losowali zapałki i ten, który wyciągnął najkrótszą, mógł dostąpić zaszczytu. Gdy już zaszczyt miał w połowie, strzelano mu pamiątkowe foto.

Pomyślałem, że takie jazdy mogą mieć miejsce tylko w ciepłych krajach. Zupełnie nie pasowała mi do takiej akcji brygada z pola marchewki. Bo, po pierwsze, pracownicy sezonowi europejskiego rolnictwie są w 150 procentach hetero,a po drugie – rzadko wykopuje się teraz coś ręcznie. Może potem, na myjce, mogłoby dojść do ciekawych eksperymentów. W Holandii może…

No nic, przyszedł czas na streszczenie francuskiego wydania mojej książki. Pytania prowadzących i pytania publiczności. Lecz w pewnym momencie, ktoś ze środka sali zapytał Ekwadorczyka.
– Drogi Panie, ja mam problem związany z tym bananem. Czy banan był w skórce, czy bez? Czytałem to opowiadanie, i z tekstu jasno nie wynika.
– Oczywiście, banan był w skórce – Odpowiedział pisarz. – My, weseli chłopcy, lubimy twarde rzeczy, a prócz tego, na skórce można się poślizgnąć.

Śmiech i gromkie brawa. Jaka szkoda, że gdzie indziej nie rosną banany. Jaka szkoda, że tam, gdzie nie rosną, jest wielu bananowych czubków, którzy z zajadłością walczą z tymi od bananowej zgrywy.