fbpx

Aleksandra Kurzak: Siadam i beczę

Aleksandra Kurzak: Siadam i beczę
Zdjęcia ZOSIA ZIJA i JACEK PIÓRO

Bez wątpienia zdobyła operową Koronę Ziemi. Jako pierwsza polska śpiewaczka podpisała ekskluzywny kontrakt z wytwórnią Decca, w której właśnie wydała nową płytę „Bel Raggio”, czyli „Piękny promień”, z ariami Rossiniego. Miała zostać skrzypaczką. Aleksandra Kurzak, jedna z najbardziej utalentowanych śpiewaczek operowych świata.
O czym powinna być opera, gdyby ktoś chciał napisać taką o pani?

Taka opera nie powinna powstać!

A która z ról, jakie pani śpiewała, najbardziej panią przypomina?

Żadna. Najlepiej porozumiałabym się z Toscą, której nigdy nie śpiewałam. To kobieta silna, dumna, kochająca na zabój, straszna zazdrośnica. I ja właśnie taka jestem. Same skrajności – albo szaleństwo, albo depresja. No i Tosca, jak ja, jest śpiewaczką.

W życiu zaskakuje pani siebie?

Jestem przewidywalna, ciągle się ganię za popełnianie tych samych błędów. Za to, że po raz kolejny nie zapanowałam nad swoim charakterkiem. Nie jestem łatwa we współżyciu. Staram się to zmienić, ale przychodzi mi to z trudem. Wybucham, a potem żałuję. Ale kiedy coś mi się podoba, też mówię. Wydaje mi się, że jestem bardzo szczera i otwarta.

Zdarza się pani płakać?

[śmieje się] Oj, często.

Jak to?

Życiu śpiewaczki, która nieustannie się przemieszcza, towarzyszy poczucie doskwierającej samotności, brak rodziny.

Przyjeżdża pani do nowego miejsca i co się dzieje?

Nic. Siadam i beczę.

Za każdym razem?

Bywa… Zamykam drzwi i prawie zawsze się rozpłaczę. Trochę trwa, zanim zamknę pancerzyk, w którym mogę iść do przodu. Znajduję sobie jakieś zajęcia, żeby oswoić te miejsca. Na przykład sprzątam. Albo dzwonię do mamy. Muszę się jej wypłakać, wygadać.

Jak być szczęśliwym, kiedy się cały czas płacze?

Nie płacze się cały czas. Tylko pierwszego dnia.

Trudno zbudować sobie życie poza Polską, nawet przy dłuższych kontraktach?

Nie ma życia! Zapomnijmy. To egzystencja. Życie jest tu, w Warszawie, gdzie mieszkam od trzech lat, w domu, w którym zakochałam się praktycznie od pierwszego wejrzenia. Tutaj są przyjaciele. Tam jest praca. Podróżuję, ale nie mam czasu, żeby pozwiedzać. A chciałabym poznać Amerykę Południową, Indie. Stale żyję w rozerwaniu. Najpierw dół, że jestem w nowym miejscu, sama. Marzę o powrocie do domu. A kiedy wracam, to nie wiem, co ze sobą zrobić, nie mogę sobie znaleźć miejsca. To oswajanie trwa trochę. Po kilku dniach, kiedy zaczynam się czuć dobrze, przychodzi kolejny dół, bo trzeba się pakować. A przecież ledwo wgryzłam się w tę rzeczywistość.

Tak wygląda pani życie między operami?

Staram się, żeby było bardzo zwyczajne – jak życie większości ludzi. Sprzątanie, pranie firanek, mycie okien.

Tym razem wpadła pani do Warszawy dosłownie na chwilę, nagrać nową płytę z repertuarem Rossiniego. Lubi pani takie tempo?

To prawda, nagrałam tę płytę właściwie na wariackich papierach. Byłam między spektaklami „Romea i Julii” w Weronie. Mieliśmy nagrywać w kwietniu, ale okazało się wtedy niemożliwe, by zsynchronizować terminy wszystkich: orkiestry, a jest to Sinfonia Varsovia, dyrygenta, moje, inżynierów dźwięku. Miałam mieć w lipcu tylko dwa spektakle, a okazało się, że śpiewam całą serię. Kiedy zaczęliśmy pracę, zmarła matka dyrygenta. Tak z pięciu zaplanowanych na nagrania dni zrobiły się cztery. Praca była intensywna, sześć godzin dziennie bez przerwy.

W ogóle ogromny stres, żeby zdążyć nagrać tę płytę w cztery dni. Tak, tysiąc razy bardziej wolę pracować tak szybko, niż tygodniami siedzieć na próbach i nudzić się jak mops. Bardzo szybko się uczę. Przyznam się panu, swój debiut w roli Julii w Weronie zrobiłam w trzy dni. W poniedziałek zaczęłam próby, w środę była już próba generalna. Bałam się pierwszego zetknięcia z kolegami, dyrygentem, reżyserem, nie miałam pewności, czy zdążę. A ponieważ pierwsza próba była dobra, stres minął. Weszłam na scenę, wszystko się poukładało.

Czy kiedykolwiek musiała się pani wstydzić, na przykład nieprzygotowania?

Nie, nigdy. Właśnie stąd tak duże nerwy, żeby do tego nie dopuścić.

Pierwszą płytę też nagrywała pani tak szybko?

Było gorzej dla mnie, bo mieliśmy dwie sesje dziennie, w tym poranną, a ja rano kompletnie się nie nadaję do śpiewania. Teraz zaczynaliśmy o 17, o 16 już były próby, a tak naprawdę czułam, że panuję nad głosem, dopiero koło 18, 19. Podświadomie jestem podporządkowana rytmowi teatru. Wieczorem dysponuję pełną koncentracją.

A w dniach spektakli raczej nie używa pani głosu, nie spotyka się z nikim, nie rozmawia?

[śmieje się] A skąd pan ma taką teorię?

Inne śpiewaczki mówiły, że tak dbają o głos.

Przecież pan nie uwierzy, jeśli powiem, że nie odsłaniam okien, leżę w ciemnicy i czekam na wieczorny spektakl. Nie uleżałabym. Żyję bardzo normalnie. Jeśli trzeba, dużo gadam.

Ale na pewno nie zapali pani papierosa, żeby nie forsować głosu.

Różnie to bywało, ale, rzeczywiście, powinnam uważać. Na pewno w dniu spektaklu nie pozwalam sobie nawet na lampkę wina do obiadu. Po co?

Jest pani obowiązkowa?

Tak, choć niesystematyczna. Ponieważ wiem, że np. szybko się uczę, zostawiam wszystko na ostatnią chwilę. Panika pojawia się później. Ale często jest to też wina okoliczności. Na przykład mój debiut w „Rigoletcie” w La Scali odbył się bez żadnej próby. Śpiewałam tę operę od dziesięciu czy 11 lat, więc debiut nie był obarczony tak wielkim stresem. Nie byłam przewidziana do tej produkcji. Śpiewałam wówczas w „Don Giovannim” w Hamburgu. Menedżer zapytał, czy przyjadę do La Scali ratować spektakl. Odpowiedziałam, że mogę, ale gdy skończę pracę w Hamburgu. W La Scali nie spodobała się solistka, zastąpiono ją inną, ale ta też się nie podobała. Kiedy skończył mi się kontrakt w Niemczech, na dwa czy trzy ostatnie spektakle pojechałam do Mediolanu, nawet nie było przewidzianych prób. Spotkałam się z dyrygentem w pokoju, prześpiewałam całość, potem spotkałam się z asystentem reżysera we foyer, były dwa krzesła zamiast scenografii. Zaśpiewałam. Na drugim spektaklu, który śpiewałam, okazało się, że tenor jest chory i raczej nie dośpiewa do końca. Zadzwoniono do dwóch śpiewaków, żeby wsiedli do pociągu. Zaśpiewa ten, który dotrze najszybciej. Dramaturgii dodaje też to, że ten chory śpiewak zaczął spektakl, a dyrekcja opery nie chciała robić zbyt dużej przerwy.

No i który ze śpiewaków zdążył?

Pierwszy dotarł do Mediolanu pociąg z Franceskiem Demuro. Opowiadał mi później, że siedział po obiedzie w swoim domu w Lukce w Toskanii i naprawiał antenę od telewizora. Odebrał telefon od menedżera, który powiedział: „Masz debiut w La Scali”. „O, Jezu! Świetnie, tak na to czekałem. Kiedy?”. „Zaraz”. „Co znaczy: zaraz?”. „Dzisiaj wieczorem. Taksówka już na ciebie czeka przed domem, zawiezie cię na dworzec”. W pociągu stał przez całą podróż, bo nie było wolnych miejsc. Odbywał próbę przez telefon, również reżyserską. Wpadł do teatru, założył kostium i wszedł na scenę. Przez zaciśnięte zęby powiedziałam: „Nic się nie martw, wszystko ci powiem”. Poszło bez najmniejszego problemu.

Brzmi jak koszmar.

Wielu śpiewaków tak zaczynało swoje międzynarodowe kariery. Ja swój niespodziewany debiut w Met też zawdzięczałam koleżance, która zaszła w ciążę i odmówiła na trzy miesiące przed premierą, a kontrakty Metropolitan Opera są podpisywane z kilkuletnim wyprzedzeniem.

Zdecydowałaby się pani na debiut za dwie godziny?

Teraz już nie, ale jako początkująca śpiewaczka na pewno. Nie można nie wykorzystać takiej szansy. Ale jest ryzyko, albo się popłynie, albo się utopi. Podobnie było w Hamburgu. Zadzwoniono do mnie o dziewiątej wieczorem, czy następnego dnia zaśpiewam Gildę w „Rigoletcie”. Uczyłam się w studiu operowym. Koleżanka była chora, więc trochę za nią próbowałam, ale nie było wiadomo, czy zagra – raz przychodziła na próbę, potem znów mówiła, że nie zaśpiewa. Właśnie ta propozycja, na tamtym etapie mojej kariery, była największym szczęściem, jakiego mogłam doświadczyć.

To co się składa na sukces, oprócz pociągów, które się ścigają?

Żaden złoty środek nie istnieje. To, co w każdym innym zawodzie: praca, jeszcze raz praca, duży talent, łut szczęścia, spotkanie właściwych osób we właściwym miejscu.

Pani ma dużo szczęścia?

Mam.

Zaskakuje panią czy już się pani przyzwyczaiła?

Szczęście? Nie, podchodzę do tego spokojnie. Dzięki Bogu wszystkie moje marzenia się spełniły. Pozytywne myślenie jest bardzo ważne. Jestem dowodem na to, że jeśli się o czymś myśli, to się to w końcu wydarza.

A po tych wszystkich sukcesach, teatrach, wielkich rolach nadal się pani zapala?

Przy każdej nowej roli, zwłaszcza jeśli jej wcześniej nie śpiewałam. Wtedy jest i adrenalina, i chęć. Niesamowitą przyjemność sprawiły mi teraz spektakle „Romea i Julii”, bo to repertuar różniący się od tego, który dotychczas śpiewałam, bardziej liryczny – muzyka, która mnie od dawna stymulowała, bardzo bliska moim emocjom, poruszająca serce.

A „Jaś i Małgosia” w Metropolitan Opera?

Śpiewałam tę operę dosyć dawno, w Hamburgu. Myślałam, że już do niej nie wrócę. To wielka frajda poczuć się dzieckiem jeszcze raz, na scenie. Szaleć, wariować, kompletnie wyżyć się aktorsko. Kiedy dostałam tę propozycję z Met, nie mogłam odmówić. Zaśpiewać Małgosię w wieku 34 lat to naprawdę okazja. Przecież tę partię śpiewają dwudziestoparolatki zaraz po studiach. W dodatku inscenizacja nowojorska była kompletnie inna od tej starej, klasycznej, hamburskiej z Babą-Jagą fruwającą na miotle. Teraz zrobiliśmy spektakl bardziej psychologiczny, a jednak zabawny.
Z prawdziwym jedzeniem, bitą śmietaną, koktajlami mlecznymi. Musiałyśmy jeść i śpiewać z pełną buzią. Miałam twarz brudną od czekolady, wypełnioną puddingami. Rzucaliśmy się tortami. Nigdy w życiu nie pozwoliłam sobie na takie ubrudzenie, nawet będąc dzieckiem.

W co się bawi jedynaczka?

W to samo co dzieci, które mają rodzeństwo. Poza tym moje dzieciństwo było wypełnione obowiązkami. Była szkoła muzyczna, były skrzypce. Ale była też opera, do której zabierali mnie rodzice. Opera to była bajka. Ten świat, który oglądałam od kulis, z mamą, księżniczką na scenie.

W jaki świat uciekała pani, kiedy czuła się źle albo samotnie?

Nie uciekałam w żaden świat. Byłam bardzo szczęśliwym dzieckiem. Jak dzieci z Bullerbyn. Uwielbiałam tę książkę.

Jaki miała pani kontakt z koleżankami?

Bardzo dobry. Miałam bardzo dużo koleżanek na podwórku, a potem w szkole. Zawsze byłam towarzyska.

Pamięta pani pierwsze dźwięki, które usłyszała?

Dźwięki to była codzienność. Mama, która śpiewa, tato, który gra. Opera, taniec. Cały świat był dźwiękiem. Trudno mi teraz przypomnieć sobie, co usłyszałam najpierw.

Mama wciąż jest pani nauczycielką?

Nadal się z mamą konsultuję. Nagrywając płytę, dzwoniłam do niej. Mówiłam, że coś mi nie wychodzi, że się męczę. Powiedziałam: „Będę teraz przesadzać, przedrzeźniać samą siebie, żebyś usłyszała”. Zaczęłam. Mama powiedziała: „Stop! Za wcześnie tam frazujesz. Jeszcze nie tu, poczekaj dwa takty”. Zrobiłam tak, jak radziła, i wszystko się udało.

Jest krytyczna?

Ani krytyczna, ani ślepo zakochana w córce, zwyczajna. Ale jest wzruszona i bardzo, bardzo szczęśliwa, że moje marzenia się spełniły.

Rozmawiacie o tym, jak potoczyłoby się życie mamy, gdyby zaczynała karierę w innej rzeczywistości, nie w PRL?

Mama niczego nie żałuje. Obserwuje moje życie, mówi, że nigdy by się ze mną nie zamieniła. Jestem pewna, że gdyby to były inne czasy, mama byłaby w dziesiątce najlepszych śpiewaczek świata. Bo jest znakomitą śpiewaczką, a do tego ma fenomenalną wiedzę. Miała propozycje, ale raz nie dostała paszportu, innym razem nie mogłaby wrócić do kraju, nie widziałaby dziecka przez kilka, a może kilkanaście lat. Teraz widzi, czym okupiony jest ten zawód.

Wspomniała pani o realizacji marzeń. Co teraz powinno się wydarzyć?

Nie mam już marzeń zawodowych. Chciałabym, na to pracuję, żeby było tak jak w tej chwili. Lepiej być nie może.

Trochę smutne nie mieć marzeń.

Dlaczego? Mam inne, dotyczące mojego życia prywatnego. Ale nie zdradzę ich, bo się nie spełnią. Zawsze jest jakiś cel. Ale nie marzę już, aby wystąpić w Met, w Londynie, podpisać kontrakt płytowy – to już mam za sobą. Nie istnieją już wielkie cele. Chcę utrzymać się na tym poziomie i śpiewać te partie, które sprawiają mi przyjemność.

Czy śpiewaczka może się nauczyć czegoś od bohaterek, które gra?

Nie mam zielonego pojęcia. Nie wiem, czy śpiewaczka, ja nie mogę. Jestem zbyt silną osobowością. To ja daję postaci swoje cechy charakteru. Żeby zagrać wiarygodnie, muszę tę postać przepuścić przez siebie, przez swój umysł.

A kiedy reżyser chce od pani czegoś innego, niż pani czuje, że powinna?

Staram się mu wytłumaczyć, że muszę coś poczuć, żeby być wiarygodna. Gdyby powiedział: „Nie obchodzi mnie to, zrób to”, odpowiedziałabym: „To sobie śpiewaj sam”. I bym wyszła. To się na szczęście nigdy nie zdarzyło. Wielkość reżysera polega na tym, żeby umiał przekonać, wytłumaczyć swoje racje, żeby wiedział, co robi, ale także czasem posłuchał opinii drugiej osoby.

Które z tych ról, jakie pani śpiewała, były najważniejsze?

Te, które sprawiły mi największą przyjemność, czyli Traviata, Łucja z Lammermooru i teraz Julia. Mogłam w nich pokazać skomplikowane emocje. Poza tym to już nie są lekkie partie.

Chodzi pani do opery?

Rzadko bywam widzem. Na samym początku chodziłam na spektakle, bardzo dużo słuchałam. Już prawie w ogóle nie słucham muzyki. Za dużo jej w mojej pracy.

Muzyka przeszkadza pani w życiu?

Nie, to nie to. Bardzo ją lubię, zwłaszcza muzykę rozrywkową. Ale nie chcę słuchać opery, nie mam na to ochoty. Niezdrowe jest zamykanie się w jednej przestrzeni. Potrzebuję oddechu. Ciszy nawet.

Co się w pani dzieje, a czego widz nie widzi, kiedy stoi pani na scenie?

Jest we mnie wielkie skupienie, wewnętrzna kontrola, bo przecież różne sytuacje się zdarzają, każdy popełnia błędy. Ale na tym polega kunszt wokalny, żeby umieć się wyratować, wyjść z błędu bez konsekwencji.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania?

Nie. Scena to mój żywioł.

A co się dzieje w pani, kiedy już po spektaklu, po owacjach schodzi pani do kulis?

Zazwyczaj czuję się spełniona, zadowolona z siebie, szczęśliwa.

Aleksandra Kurzak śpiewaczka. „Gioia!”, jej debiutancka płyta wydana przez wielką wytwórnię muzyczną Decca, uzyskała w Polsce platynę. Zaczynała w największych teatrach operowych świata: La Scali, Metropolitan Opera, Covent Garden. Związana również z Teatrem Wielkim – Operą Narodową. Została właśnie prezydentem Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Stanisława Moniuszki w Warszawie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze