fbpx

Barbara Hulanicki: Mam metodę na modę

Barbara Hulanicki: Mam metodę na modę
Fot. Rafał Masłow

Decyzja o tym, jak wyglądamy i gdzie kupujemy modę, zapadła prawie 50 lat temu. Podjęła ją Polka, Barbara Hulanicki, założycielka londyńskiej Biby, pierwszego na świecie sklepu, w którym na ładne ubrania stać było gwiazdy, ale i wszystkich pozostałych. Dlaczego zamiast spokojnie odcinać kupony od sukcesu, nadal pracuje – 76-letnia projektantka i ilustratorka wytłumaczyła nam podczas Art & Fashion Festival w Poznaniu.

Barbara Hulanicki: Mam metodę na modę
Fot. Rafał Masłow

Czy potrafisz wyobrazić sobie, że nie robisz nic?

Absolutnie nie, przecież jestem Polką. Nie wiem, kim bym się stała bez stałej pracy. Pewnie kimś przerażającym, znudzonym samym sobą, straciłabym pewność siebie. Praca to dla mnie forma ucieczki. Na początku przed mamą, przed uzależnieniem od innych ludzi, teraz przed starością, którą wiele osób uważa za przyzwolenie na nierobienie niczego. A ja nie umiem tak żyć. Cały czas projektuję, podróżuję i dzięki temu wciąż jestem sobą. Całkiem niedawno pewien poważny biznesmen powitał mnie słowami: „To pani jeszcze pracuje?”. Niewiele brakowało, żebym mu przywaliła.

Naprawdę uważasz, że pracowitość to polska specjalność?

Polacy, których poznałam w życiu, są niezwykle aktywni i bardzo kreatywni. To nie może być przypadek. Sześć tygodni mieszkam w Miami na Florydzie, gdzie mam swoje studio projektowe, a sześć w Londynie, gdzie kontroluję powstawanie kolekcji ubrań dla supermarketów ASDA. I w Ameryce, i w Anglii Polska jest podawana za przykład rozsądnej, stabilnej gospodarki, prasa pisze o nas bardzo dobrze.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Myślałem, że kreatywni ludzie mieszkają raczej w Nowym Jorku niż w Miami.

Nienawidzę Nowego Jorku. Tydzień, dwa raz na jakiś czas da się tam wytrzymać, ale potem pada się ofiarą presji na sukces. Wszyscy zachowują się tak, jakby ze sobą nieustannie rywalizowali. Zawsze uważałam, że warunkiem powodzenia w pracy jest brak zazdrości o osiągnięcia innych. W Londynie nie ma aż tak dużego ciśnienia, by być najlepszym, w Nowym Jorku nikt się szczerze nie cieszy z twojego sukcesu.

Nawet ty, instytucja mody, pracujesz pod taką presją? Dla ludzi z branży jesteś przecież guru.

W Stanach? Tam nikt nie ma pojęcia, czym była Biba. I bardzo dobrze, zbyt dużo wiedzy może zabić. Amerykanie nawet nie potrafią poprawnie wymówić tej nazwy. A nawet gdy im się już uda, o entuzjazmie nie ma mowy.

Ten i następny sezon w modzie to znów powrót lat 60. Co było takiego wyjątkowego w tej dekadzie, że projektanci ciągle się nią inspirują?

Uwielbiam te powroty do przeszłości, bo z prawdziwymi latami 60. mają coraz mniej wspólnego. Za każdym razem, gdy młodzi projektanci próbują wyobrazić sobie, jak się kiedyś ludzie ubierali, wychodzi im coś zaskakującego, coś nowego. I bardzo dobrze, bo kopiowanie nie ma sensu, ludzie też wyglądają teraz inaczej. Dziewczyny z lat 60. były chude i wiotkie, teraz są szczupłe, ale wysportowane. To dwie zupełnie różne sylwetki. Poza tym w czasach mojej młodości moda ubierała w znaczeniu zasłaniania ciała, teraz chodzi chyba o coś zupełnie przeciwnego.

Wydajesz się jeszcze szczuplejsza niż w latach 60.

Bo odżywiam się lepiej, wiem więcej na ten temat. Nie mam cudownej diety, niespecjalnie też pracuję nad swoim ciałem. Szczerze mówiąc, nie robię nic, tylko dużo spaceruję, czasami też pływam. Mniej więcej od roku stosuję tzw. technikę Alexandra, czyli coś zbliżonego do stretchingu mięśni i kręgosłupa. Mój instruktor przez dotyk potrafi ocenić, co ostatnio robiłam, z czym przesadziłam, a potem doprowadza ciało do idealnej formy fizycznej, nie muszę mu w tym pomagać. Idealny fitness dla lenia.

Powiedziałaś kiedyś, że zawsze byłaś za stara, by nosić projektowane przez siebie ubrania. Biba ubierała nastolatki i 20-latki, kobiety po trzydziestce czuły się tam niezbyt mile widziane.

To, niestety, prawda, ale różnice między pokoleniami w tamtym okresie były drastyczne. Zanim lata 60. w Anglii obrosły legendą, Londyn wydawał mi się odizolowany od reszty świata. Boom ekonomiczny, telewizja i muzyka otworzyły ludziom oczy. Zwłaszcza młodym, których nikt tam wcześniej specjalnie nie rozpieszczał. Biba nie była domem mody dla bogatych pań, ubierała dziewczyny, które dopiero zaczynały zarabiać pieniądze albo dostawały kieszonkowe od rodziców.

Wiek nie ogranicza już kobiet, przynajmniej jeśli chodzi o modę.

Moim zdaniem to największy sukces mody. W latach 60. kobieta przed trzydziestką musiała wybierać, czy chce wyglądać jak młoda wariatka, czyli nosić modne rzeczy, czy podkreślić swój status społeczny tymi wszystkimi futrami, biżuterią, torbą z krokodyla, rzeczami, które potwornie postarzały, ale mówiły: „Jestem spokojna o swoją przyszłość”. Całe szczęście system wartości zmienił się radykalnie, także dzięki modzie.

Nawet jeżeli tego nie zaplanowałaś, Biba przyciągała też gwiazdy. Pamiętam taki kadr z filmu dokumentalnego z lat 60. – ty i twój mąż śledzeni przez kamerę TV. Prawie jak Victoria i David Beckhamowie. Mądrzejsi Beckhamowie, ale jednak celebryci.

O nie, tylko nie to. Nigdy nie byłam celebrytką, nie miałam takich ambicji. Jako ilustratorka, graficzka i projektantka znałam muzyków, modelki i aktorki, ale to nie był ten sam show-biznes co teraz. O talencie Victorii Beckham do promowania siebie nie będę się wypowiadać, o jej projektach tym bardziej. Szczerze mówiąc, sławni ludzie najczęściej mnie rozczarowują. Są za bardzo skoncentrowani na sobie, żeby wzbudzać zainteresowanie innych. Niedawno Twiggy, z którą przyjaźnię się już pół wieku, wyciągnęła mnie na przyjęcie pełne pierwszorzędnych gwiazd brytyjskiego kina i teatru. Dawno się tak nie wynudziłam. Czułam się jak w sklepie z odkurzaczami, każdy próbował wyciągnąć ze mnie jakieś wspomnienia, nie dając nic w zamian.

Podobno Biba nigdy nie odniosłaby sukcesu, gdyby była dobrze zorganizowana. Czy chaos to faktycznie klucz do jej sukcesu?

Ludzie Biby mieli mało doświadczenia w handlu, w projektowaniu wręcz żadnego, w ogóle nie za bardzo znali się na modzie. Podział obowiązków był prosty i całkiem logiczny – ja projektowałam ubrania, mój mąż Fitz pilnował wyników sprzedaży, pozostali starali się nam za bardzo nie przeszkadzać. Mąż ciągle mi powtarzał: „Rób więcej sukienek, bo sprzedają się rewelacyjnie”. Ale ja byłam zbyt ambitna, chciałam dawać ludziom coś więcej niż tylko to, czego sami się domagają. Pamiętam, ile musiałam się nagimnastykować, żeby Fitz zgodził się sprzedawać w Bibie buty. Okazały się takim sukcesem, że już nigdy więcej nie blokował moich pomysłów.

Nie na tym właśnie polega praca projektanta? Bardziej niż danymi marketingowymi trzeba kierować się intuicją?

Tak, tylko że ja miałam szansę poznać reakcję klientów natychmiast po zrealizowaniu jakiegoś pomysłu. Nawet jeśli nie wiadomo, jak byłam z siebie zadowolona, a mój projekt się nie sprzedał, przyznawałam się do porażki. Większość współczesnych projektantów nie ma bezpośredniego kontaktu z klientami, muszą przekonywać dystrybutorów, a to już zupełnie inna sprawa, inny poziom negocjacji. Wiele genialnych projektów nigdy nie przebija się przez barierę, jaką stwarzają ci ludzie. Szkoda.

Uważasz, że o zaopatrzeniu sklepów decydują teraz specjaliści od marketingu?

Niestety, tak. Sklepy sieciowe zrobiły się przerażająco do siebie podobne, na całym świecie sprzedają to samo, bo widocznie ktoś „mądry” na górze ustalił listę hitów i nie chce ryzykować. Jeśli klientki wszędzie widzą tuniki i torby z frędzlami, mogą sobie pomyśleć: „OK, taki jest trend, może rzeczywiście powinnam to sobie kupić”. W ten sam sposób da się wytłumaczyć popularność czarnego bez względu na sezon. Tym kolorem trudno jest zrobić sobie krzywdę.

Sama od lat też ubierasz się tylko na czarno.

Z lenistwa, właśnie dlatego, że wiem, że wszystko będzie dobrze. Zresztą zakładając tylko czarne rzeczy, koncentrujesz się na tym, co w ubraniu najważniejsze – na kroju, na linii, podkreślasz sylwetkę. Proste rzeczy mają teraz niezwykle skomplikowany krój, dlatego tak idealnie leżą. Do tego tak naprawdę sprowadza się różnica między nowoczesnością a modą sprzed lat.

Na każdym kroku słyszymy, że ubrania mają mówić, kim jesteśmy, mają wyrażać naszą osobowość, odrębność. Tylko jak to zrobić, skoro między kolekcjami nie ma praktycznie żadnej różnicy?

Przeszłam się wczoraj po centrum handlowym w Poznaniu. Ludzie ubierają się tu dokładnie tak samo jak w Londynie czy Los Angeles. Bez względu na to, co proponują wielcy projektanci, wszyscy noszą wąskie spodnie, męskie marynarki, duże torby, dość ciężkie buty. Wygląda mi to na rewoltę, na bunt mas przeciwko absurdalnym pomysłom z prêt-à-porter. Na pokazach w Paryżu czy Nowym Jorku widzimy setki sukienek koktajlowych. A ja się pytam: „kto ma to kupić?”.

Normalna kobieta codziennie pracuje. Jeżeli wieczorem wybiera się na koktajl, to w tym samym, w czym poszła rano do biura. Takie jest życie, projektanci nie postawią go na głowie, bo tak będzie ładniej.

Popierasz rewoltę przeciw projektantom?

Dopóki nie projektują tego, co ludzie chcą nosić, stoję po przeciwnej stronie. Gdy w Anglii ubierasz się zbyt elegancko, wszyscy uważają, że za bardzo się starasz zrobić wrażenie, nie masz nic lepszego do roboty. To zdrowy stosunek do mody.

Wszyscy narzekają ostatnio na zbyt szybkie tempo zmian mody. Ale czy ona naprawdę aż tak się zmienia? Nie masz wrażenia, że w ciągu ostatnich 20 lat nie powstało nic naprawdę odkrywczego, w modzie, w designie, w architekturze?

Zwłaszcza w modzie, bo chyba wyczerpały się już wszystkie możliwości manipulowania kobiecą sylwetką. Długość do kolan, nad kolana, do kostek, wąskie ramiona, sztywne ramiona, to wszystko już było, wielokrotnie wracało. Mój mąż zawsze mówił, że gdy kropki i paski robią się modne, to znak, że projektanci przechodzą kryzys. Kiedyś lamparcie cętki wracały co trzy lata, teraz są hitem co trzy miesiące. Permanentny kryzys kreatywności.

Sprawdzałaś może kiedyś, co o tobie piszą w internetowej Wikipedii?

Nigdy nie wpadłam na ten pomysł.

Szkoda, bo przypisuje ci się zasługi w spopularyzowaniu długości mini, wspomina się też o przymiarkach do wystawienia musicalu o Bibie.

Nic z tego nie wyjdzie, to jakiś śmieszny pomysł dwóch szalonych facetów, którzy nie mają pojęcia, co robią.

Po raz drugi przyjechałaś do Poznania na Art & Fashion Festival. Dwa lata temu byłaś gościem honorowym, w tym roku prowadziłaś zajęcia z rysunku, pracowałaś ze studentami. Warto było?

Na Art & Fashion Festival przyjeżdżają ludzie autentycznie zainteresowani modą. Mają dużo entuzjazmu i talentu, brakuje im tylko impulsu, sygnału, że moda to naprawdę jest to, na czym powinni się skoncentrować. Bardzo zależało mi na tym, żeby studenci z mojej grupy współpracowali z tymi, którzy projektowali w Poznaniu ubrania. Bo tak wyglądać będzie ich życie zawodowe: graficy realizują pomysły projektantów, projektanci wykorzystują rysunki itd. Nikt nie działa na własną rękę, moda to praca zespołowa.

Twoje ubrania, grafiki, ilustracje, a nawet tapety można obejrzeć na wielkiej wystawie retrospektywnej w angielskim Brighton. Wszystkie są w idealnym stanie. Niestety, nie da się tego powiedzieć o zaprojektowanych przez ciebie wnętrzach.

Bo to były głównie hotele, kluby i restauracje. Pierwsze zlecenie dostałam od Ronniego Wooda z The Rolling Stones, który kupił klub właśnie w Miami. To przez niego tam wylądowałam i nigdy już na dobre nie wróciłam do Europy. Wnętrza starzeją się przerażająco szybko, raz na pięć lat trzeba je kompletnie zmienić, inaczej ludzie nie będą tam już przychodzić. Nie rozpaczam, że po moich projektach zostało tylko kilka zdjęć i szkiców. Tak musi być.

Barbara Hulanicki, ur. w 1936 roku w Warszawie. projektantka mody i wnętrz, ilustratorka. Skończyła Brighton School of Arts. W 1964 roku otworzyła londyński sklep Biba, projektowała ubrania m.in. dla Cacharel i tapety dla Habitatu.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>