fbpx

Jacek Borcuch: Jestem czystym egzystencjalistą

Jacek Borcuch
Fot. Forum

Nie jestem zainteresowany schlebianiem gustom. Staram się być szczerym w stosunku do ludzi, ale myśląc o sobie – mówi Jacek Borcuch, reżyser filmu „Nieulotne” w rozmowie z Tomaszem Kinem.
Jacek, jak polski filmowiec robi dziś na świecie karierę?

Taki, który żyje własną pasją, nie ogląda się na innych. Jeżeli z czymkolwiek walczy, to z własnymi słabościami lub niemożnością zrealizowania własnych marzeń. To długa i ciężka praca. Osobiście zajmuję się tym już 20 lat. Dopiero jako 40-latek widzę, że coś zaczyna się dziać.

Zasłużenie?

Tego nie wiem. Jednak najwyższy czas, żeby coś się zadziało. Może to także kwestia tego, że bardzo świadomie rozwijam swoje projekty. One od zarania, od pierwszej myśli, są konsultowane na świecie. Mam przyjaciół, którzy mi pomagają, nazywa się ich script doctors. Oni już na poziomie pierwszego scenariusza mówią, co jest dla nich jasne i czego nie rozumieją, co budzi w nich nadzieję, a co nie. Potem zostaję z tymi informacjami i zastanawiam się, czy oni także się nie mylą. Na końcu jestem przecież z tym sam. Świadomość, że pochodzimy z kraju, który milion lat temu, przed dinozaurami, miał jakąś słynną szkołę, której już nikt nie pamięta, ciąży wielu artystom. Niektórzy sądzą, że skoro pochodzą z kraju Polańskiego, Skolimowskiego, Żuławskiego, Wajdy czy Zanussiego, to wystarczy, że przekroczą granicę i już staną się wielcy.

Czyli karierę robię samolubne sukinsyny?

Ujmę to tak – utalentowane, samolubne sukinsyny (śmiech). Nie można nie być samolubnym. Wydaje mi się, że kina nie można projektować dla widza. W kwestii kina świat dzieli się na rzemieślników, wśród których jednym z najwybitniejszych jest Steven Spielberg. Ale jest także kino autorskie, gdzie widz jest niemal przy okazji. To jak z pisaniem książek. Ludzie robią to dla siebie. Ich sublimacja emocjonalna ma ujście właśnie w ten sposób.

Chcą się czegoś pozbyć.

Owszem, przy założeniu, że znajdzie się chociaż jeden czytelnik, a może milion. Michelangelo Antonioni powtarzał, że widz jest ostatnim elementem, który przychodzi mu do głowy, kiedy kręci film. Wówczas jest to szczere, a ludzie to widzą i doceniają. To jest ta dobra zależność. Staram się być szczerym w stosunku do ludzi, ale myśląc o sobie. Na tym to polega. Nie mam poczucia winy, jestem szczęśliwy, bo oferuję coś najlepszego, co potrafię. Być może za rok zrobię coś lepiej. Dzisiaj nie.

Po cholerę Ci script doctor, skoro robisz to dla siebie?

Ponieważ z wiekiem stajesz się bardziej świadomy. Podczas pokazu pierwszej wersji montażowej „Wszystko Co Kocham” w Rotterdamie, zaprosiłem ludzi na zamkniętą projekcję. Takich, którym ufałem, bo jeszcze nie mogłem wyjść na zewnątrz z niegotowym filmem. W związku z tym byli to ludzie, którzy tworzą filmy, produkują je i dystrybuują. Dali mi to, czego oczekiwałem. Stworzyłem bardzo precyzyjną listę pytań. Zdziwiło mnie, że większość z nich uważała, że jest to film współczesny. W ich oczach tak wygląda wschód. Stąd, w pierwszych sekundach filmu pojawia się wielki napis „1981”. Wtedy sobie zdałem sprawę, że coś, co dla nas jest oczywiste, jest nie do wychwycenia za granicą. Pewnie wszystkich zdziwię, ale jesteśmy obecnie postrzegani głównie jako kraj religijny.

Co było na tej liście pytań do script doctorów?

Czy jest w filmie coś, co ciebie interesuje? Co to jest? Czy to daje ci obietnicę, która później się ziszcza? Czy jesteś pod koniec rozczarowany? Takie matematyczne pytania. Interesuje mnie komunikowanie się z moimi rówieśnikami i uczestnikami mojego czasu na całym świecie. Nie chcę się zamykać tylko na Polskę.

Skąd ta potrzeba?

Odnoszę wrażenie, że ludzie tworzący kino na świecie to osoby o ogromnej pasji, robiące interes przy okazji. Zauważam tam coś, czego nie ma w Polsce. Nazwałbym to erudycją myślenia o kinie. Postaci te to ludzie gruntownie wykształceni, znający literaturę nie tylko XIX-wieczną, ale także współczesną. Są wysmakowani w malarstwie. Dla nich sztuka jest czymś tak szerokim jak ocean. Nie jest to tylko zawężona Łódzka Szkoła Filmowa i cztery nazwiska, które chce się naśladować, by stać się tym piątym, który ma dołączyć do plejady słynnych reżyserów. Panuje tam open mind. Jeśli komuś podoba się film, wrzuca od razu nazwisko fotografa lub malarza, z którym się kojarzy. W Polsce w ogóle mi się to nie zdarza. Ja od razu sprawdzam, bo często są to współczesne nazwiska z Argentyny, czy innych zakątków, i rzeczywiście widzę kadry ze swoich filmów. Ci ludzie ciągną mnie gdzieś w górę. Jestem głodny wiedzy. Jeśli czegoś nie wiem, mówię że nie wiem, a nie potakuję, udając, że wszystko znam. W tym tkwi siła, cały czas czuję się głupszy niż inni.

Co możesz jeszcze osiągnąć w Polsce?

(śmiech) Dostać Złote Lwy.

Nie masz gorzej tutaj, przez to, że za granicą Ci się udaje?

Zaczyna tak być. Dopada mnie polski syndrom. Uświadomiłem sobie, będąc teraz w Sundance, że jestem tam za karę. Bardzo stresująca myśl. Koleżanka, którą tam spotkałem, dziennikarka, powiedziała mi, że jej koledzy w Polsce czekają na werdykt, żeby napisać swoje recenzje.

Klasyka.

Pomyślałem sobie: „co za wstyd”. Jak będzie nagroda to w porządku, jeśli nie – jestem zerem. Czułem się zażenowany. Miałem ochotę zaprosić tych ludzi i powiedzieć im: „masz tu pięć milionów dolarów i zrób film. Potem zawieź go i pokaż ludziom w świcie”. Cynizm i polskie malkontenctwo, czyli każdy wie jak zrobić lepiej, potwornie podcina skrzydła. Z drugiej strony uwielbiam rosół, zupę pomidorową i Chopina.

Jesteś stąd.

Myślę, jak ktoś stąd. Uwielbiam mój kraj, ale nasze zaprzaństwo jest obleśną cechą. Nie trzymasz kciuków za kogoś, komu się dobrze wiedzie, tylko chciałbyś go załatwić.

Nie da się tego ukierunkować i wykorzystać dla swoich potrzeb?

Nie mam żalu. Jest mi dobrze. Robię filmy, które się ogląda na świecie. „Wszystko Co Kocham” zostało sprzedane do pięćdziesięciu krajów. Mam w domu DVD z koreańskimi napisami.

Pokaż mi drogę swojego projektu. Żeby puścić coś na świecie, trzeba przejść skomplikowany proces promocyjno – marketingowy. Nie łatwo dostaje się nominację do Oskara, będąc Polakiem.

Przede wszystkim ważne jest otwarcie się na innych. To, czego doświadczyłem z „Wszystko Co Kocham”, było dla mnie wielką szkołą. Mogę ci powiedzieć, co nie działa. Załóżmy, że istnieje coś takiego jak obiektywne arcydzieło i powstaje ono w Polsce – niczego to nie gwarantuje. Nikt nie ma interesu, żeby promować Polskę i polskie filmy. Jeśli w Berlinie wygrywa turecki film, to za nim stoją francuskie albo niemieckie pieniądze. Wówczas to już nie jest turecki film, tylko niemiecki z tureckim reżyserem i aktorami. Jak wygrywa film w Cannes np. z Rumuni, to nie do końca jest film rumuński. Za nim stoi „obcy” kapitał. To jest biznes. Kraje się nacjonalizują, pilnują własnych podwórek.

Nie tylko w kinie.

Kino nie pozostaje obojętne na ruchy społeczne. Francuzi od lat mają problem z własnym autorem, bo pojawili się Duńczycy, Rumuni. Dlatego znaleźli sobie Kanadyjczyka z Quebecku, Xawiera Dolana, którego ukochali i kreują na mistrza, tak jak kiedyś Von Triera. Nikt nie ma wątpliwości , że będzie to przyszły Almodovar. Był parę lat temu Francois Ozon, teraz Gaspar Noe, jednak w kraju, gdzie narodziło się kino, wciąż nie ma kogoś wybitnego. Dlatego może wygrać Rumun, którego oni finansują. Polska przez to, że jest samowystarczalna, robi bardzo mało koprodukcji. Jeśli już, to szczątkowo, gdzie zagraniczny producent dorzuca niewiele pieniędzy .

Jeżeli tej kasy jest więcej z zachodu, to film z naszymi aktorami nie wchodzi u nas do kin.

Film, który wygrał Cannes dwa lata temu – „Wujek Boonmee” – widziało w Polsce może z tysiąc osób. W Paryżu taki trudny film ogląda trzysta tysięcy.

Tam jest taka tradycja, że najpierw idzie się do kina, a potem do bistro, żeby było o czym pogadać.

Tam jest zdrowy snobizm ludzi, którzy się interesują, a nie tylko udają, że się znają. Mówimy o pewnym sposobie na życie. U nas kompletnie tego nie ma. Póki ludzie nie będą mieli pełnych lodówek i póty sąsiad nie zacznie chodzić do opery, niewiele się zmieni. Krzysztof Zanussi powiedział mi kiedyś, że skończyła się na świecie moda na Polskę. Myślę, że to błyskotliwe spostrzeżenie. Wszystkie najważniejsze festiwale na świecie, począwszy od Berlina a skończywszy na Sundance, są lekko lewicujące. Wspierają ruchy wolnościowe na świecie, dlatego Chiny i Iran to miejsca, które przyciągają Noble i Oscary. U nas działo się to w latach 80. Złota Palma dla Andrzeja Wajdy za „Człowieka z Żelaza”, choć nie był to jego najwybitniejszy film, jest tego przykładem. W tym filmie występował Lech Wałęsa, to był sfabularyzowany dokument z wielką gwiazdą Polski , plus wcześniejsze produkcje, powstające w rzeczywistości totalitarnej. Świat nie wierzył, że tutaj mogły powstawać takie filmy. W latach 60. komunizm i egzystencjalizm Sartre’a był modny w Paryżu niesłychanie. Wszyscy uważali się za komunistów, bo to współczesne, lewackie, inne. Nie mieli pojęcia, co działo się u nas. Koniec mody na nas polega na tym, że pogłębiła się nasza ksenofobia, antysemityzm i agresja. Spójrz, co się działo po premierze „Pokłosia”. Maćkowi Stuhrowi zatruto życie, bo zagrał porządnego człowieka. Co ma zrobić otwarty, chcący się rozwijać świat, z takim krajem jak nasz? Zobacz, jak zachowało się Cannes wobec swojego pupila Larsa Von Triera. Został wyrzucony z festiwalu, uznany za persona non grata. U nas nawet nie zwraca się na to uwagi. Mamy pokazywać filmy na świecie o tym, że jesteśmy fajni, bo kiedyś żywcem paliliśmy i zakopywaliśmy ludzi? Nikt nie chce tego oglądać, bo problem nie jest przerobiony.

Jak nagrody ułatwiają życie reżyserowi?

Bez nagrody w Sundance pewnie byłoby mi trudniej zrobić kolejny film. Pytanie, jaką frekwencję będzie miało w kinach „Nieulotne”. Szczęście, że istnieje PISF, należę do jego wielbicieli, bo dzięki tej organizacji robi się 40 filmów rocznie. Lepszych, gorszych, ale robi się je. Wcześniej nie było takiej możliwości, kręcili tylko uprzywilejowani. Teraz mamy przejrzystą procedurę i wieloetapowe opiniowanie przez zmieniających się regularnie ekspertów. Ustawowo jest do rozdysponowania ok. 100 mln rocznie. Nie jest to mało. Co prawda, oznacza to zwiększenie budżetu o 40 proc., nie więcej, ale dzięki temu można robić kino. Działalność PISF to jest rodzaj czujnego pielęgnowania czegoś, co nazywamy polskim kinem. Utalentowani twórcy nie muszą się martwić, czy przyciągną do kin tłumy. Kieślowski tłumów nie przyciągał .

Ludzie wyszli z filmu „Nieulotne” rozczarowani.

Z tego co wiem nie wszyscy. A ja nie jestem zainteresowany schlebianiem gustom. Wiem, czego ludzie oczekują ode mnie po „Tulipanach” i „Wszystko Co Kocham”. Chcą zobaczyć, coś w tym stylu tylko oczywiście lepsze. Ale są też tacy, którzy mi ufają, oni oczekują uczciwości i szczerości. Za to mają do mnie określony stosunek. Wiesz, jaką miałem myśl po „Wszystko Co Kocham”?

Pewnie, że zrobisz teraz coś lepiej.

Nie, chciałem zrobić coś innego, nowego. Żeby ludzie nie dostali czegoś, czego się spodziewają. „Nieulotne” w Sundance podobał się bardziej niż „Wszystko Co Kocham”.

Dlaczego?

Może dostrzeżono wartość w tej zmianie stylistyki. Przyznam, że z wiekiem staję się bardziej radykalny. Wychowałem się na Sergio Leone, Giuseppe Tornatore, czyli kinie wykreowanym, choć z drugiej strony fascynował mnie Antonioni, francuska Nowa Fala. Musiałem dorosnąć, żeby się za to wziąć. Zacząłem od kina kreacyjnego.

Na czym polega Twoja filmowa specyfika?

To trochę tak, jakbyś zapytał, o czym jest twoje życie. Nie jest to proste, prawda. Moim marzeniem było zrobić film, który jest otwarty, ma tempo życia i jest zaledwie wycinkiem historii.

Po prostu lubisz stawiać pytania?

Marzę o tym. Jeżeli ktoś wychodzi z kina i nie daje mu spokoju to, co zobaczył, odnoszę sukces. Dam ci przykład otwartego kina. Pamiętasz zakończenie „Między Słowami” Coppoli?

Jasne. Nawet widziałem niedawno powtórkę. Zawsze inaczej oglądam ten film.

Widzisz, on coś jej szepcze i nikt tego nie słyszy. Pamiętam swoją własną irytację, bo sam chciałbym to usłyszeć. W internecie jest całe forum, które bada ruch warg Billa Murraya. Może dał jej numer telefonu, może coś innego. Tak właśnie działa kino, które zostawia mnie w łóżku z myślami.

O czym będzie kolejny film?

Widziałem parę lat temu siedzących nago młodych ludzi na plaży. Był wieczór, byłem na spacerze z psem. Pomyślałem sobie, jak to wyglądało dwa tysiące lat temu, i że za kolejny tysiąc nic się nie zmieni. Nagi człowiek nad oceanem, otoczony naturą, jest niezmienny. Wygląda dokładnie tak samo. Robię i będę robił filmy o trwaniu i relacjach międzyludzkich. Jestem czystym egzystencjalistą, to mnie kręci w kinie.

Rozmowa odbyła się 18 lutego w Warszawie.