fbpx

Kinga Baranowska: Ważna jest intuicja

Kinga Baranowska: Ważna jest intuicja
Archiwum Kingi Baranowskiej

W górach trzeba mieć pokorę. Wejdziesz wtedy, gdy góra ci na to pozwala – o pokonywaniu szczytów i trudnościach z tym związanych Tomkowi Kinowi opowiada polska himalaistka Kinga Baranowska.

Archiwum Kingi Baranowskiej/więcej w galerii

Jesteś jedyną sportsmenką jaką znam, w której zawód – bardziej niż sukces – wpisana jest śmierć.

Dosyć kontrowersyjna teza. Jak ja mam się do niej odnieść ?

Szczerze.

Widzę, że chcesz mi tu zrobić medialną psychoanalizę.

Chętnie zbadam Twoją psychikę. Zastanawiałaś się nad tym kiedykolwiek? W końcu każda góra ma swoją statystykę śmierci.

Na statystyki trzeba uważać. Owszem, ja je również zawsze analizuję przed wyprawą, po to by się lepiej przygotować, ale trzeba się temu przyjrzeć głębiej. Taka chociażby Nanga Parbat w Pakistanie, czyli jak ją niektórzy nazywają: Killer Mountain, ma makabryczną statystykę. Jednak te wysokie statystyki śmiertelności wzięły się stąd, że jeszcze przed II wojną światową Niemcy wymyślili sobie, że chcą mieć niemiecką górę. Chociaż jedną.

Widziałem film „7 lat w Tybecie”.

Masz już pewne wyobrażenie. To właśnie Heinrich Harrer, pierwszy zdobywca Eigeru, uciekł z powodu wojny w 1940 roku do Tybetu, zamiast na zaplanowaną kolejną niemiecką wyprawę na Nangę. Dopiero w 1953 roku udało się zdobyć po raz pierwszy ten szczyt. Wcześniej państwa wysoko rozwinięte – Brytyjczycy, Włosi, Niemcy – ścigały się o zwycięstwo, zdobywając swoje góry. Niemcy byli bezwzględni. W latach 30. zorganizowali kilka wypraw, jedna po drugiej, żeby tylko ktoś stanął na wierzchołku i zatknął na nim niemiecką flagę. Ich wyraźne podejście do wspinaczki na zasadzie „śmierć lub sława” przemawiało do nowych przywódców Niemiec. Jeszcze przed wojną zginęło tam kilkadziesiąt osób. Niektórzy twierdzą, że sama partia nazistowska była zaangażowana w pomoc wyprawom. Jak widzisz, niektóre góry mają statystyki wywodzące się z mało sportowych rywalizacji.

A te obecne, nie straszne Ci?

Zamieniłabym słowo śmierć na ryzyko. To trochę tak jak z podróżowaniem samolotem. Owszem, wypadki w górach się zdarzają, ale są rzadkie i najczęściej wynikają z błędu człowieka. Natomiast jeśli coś takiego się zdarzy, media trąbią tylko i wyłącznie o tym. Doświadczam tego na własnej skórze.
Dwa lata temu wspięłam się na Annapurnę. Ta góra ma najczarniejszą statystykę. Niewiele ponad 100 osób stanęło na jej szczycie, co w porównaniu z kilkoma tysiącami na Evereście robi wyraźną różnicę. By zmniejszyć maksymalnie ryzyko, wcześniej pojechaliśmy się aklimatyzować na inny, łatwiejszy szczyt, po czym ruszyliśmy na Annapurnę. Miałam tylko jedno podejście do Annapurny, z bazy bezpośrednio na szczyt, po to właśnie by jak najmniej ryzykować i chodzić w tę i z powrotem po tej górze. Okazało się to bardzo dobrą taktyką.

Sukces jest mniej interesujący dla mediów niż porażka?

Nie zauważyłam jakiegoś szczególnego zainteresowania podczas mojego ostatniego wejścia na górę Lhotse. Może dlatego, że wszystko poszło bardzo gładko. Mimo, że było to pierwsze polskie kobiece wejście na ten szczyt bez używania tlenu.

Gdybyś spadła, schodząc, byłoby olbrzymie.

Zapewne.

Czyli wielkie sukcesy himalaistów nie docierają do ludzi, bo za mało osób w trakcie zdobywania góry ginie.

Himalaiści nie mają głowy do tego, żeby nagłaśniać swoje wyczyny, oni są skupieni na swoim zadaniu.

Przydałby się Wam PR-owiec albo operator z TV. Finał Wimbledonu mogę obejrzeć na ekranie. Ostatniego podejścia na szczyt niestety nie zobaczę.

Być może jest to jakiś pomysł. Pamiętam, kiedy w 2008 roku stanęłam jako pierwsza Polka na Manaslu, w gazecie w dodatku sportowym napisano o tym dwie linijki, powyżej zaś był olbrzymi tekst na temat którejś ligowej drużyny futbolowej. A tymczasem wejście Baskijki, która stanęła razem ze mną tego dnia na tym szczycie, było wydarzeniem sportowym tygodnia w całej Hiszpanii. Być może dlatego, że hiszpańska telewizja publiczna ma specjalny program poświęcony sportom outdoorowym i objęła ją patronatem.

Dlaczego wspinaczka nie jest sportem olimpijskim?

W naszym środowisku rozróżniamy wspinaczkę sportową i alpinizm. To dla nas dwie różne dyscypliny sportu. Owszem, w przyszłości wspinaczka sportowa, czyli np. „czasówki” na ściance wspinaczkowej, staną się konkurencją olimpijską, bo mamy tu mocny element rywalizacji. Taka jest przecież idea sportu. Natomiast możesz sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby himalaiści zaczęli ze sobą rywalizować. Było kilka takich przypadków, nota bene podkręconych bardzo przez media i skończyły się śmiercią. W Himalajach nie może być mowy o jakiejkolwiek rywalizacji. To słowo, łącznie z emocjami związanymi z rywalizowaniem, mam w górach wykasowane dla mojego własnego dobra.

Ta konstatacja przyszła z trudnościami w zdobywaniu niedostępnych gór?

Każda wyprawa coś nowego przynosiła.

To prawda, byłaś zupełnie inna, kiedy poznaliśmy się po twoim wejściu na pierwszy ośmiotysięcznik.

W tym momencie zupełnie inaczej patrzę na himalaizm. Przeszłam i przez wielkie uniesienia, ale i przeczołgało mnie maksymalnie pod dywanem. Wiem chociażby, że poddanie się emocjom, temu wszystkiemu, co nie jest moje, jakimś bodźcom z zewnątrz, typu sława skończy się gorzką karą. Za każdy głupi uczynek, jak np. pchanie się do góry przy silnym wietrze i temperaturze minus 30 stopni tylko dla sławy, dostanie się w pysk.

Odmrożenia?

Minimum. Musisz szybko to sobie uświadomić. Tu żarty się kończą.

Liznąłem trochę górskich historii, w książkach i filmach i zawsze zdumiewało mnie to, że góry są tak niewdzięczne, a Wy się tam pchacie. Czujesz czasem tę wrogość gór?

Mam różne doświadczenia. To też zależy od tego, jakie mamy oczekiwania. Jeśli są zbyt wygórowane, prawdopodobnie popełnimy błąd i zmyje nam głowę.

To w końcu idziesz tam, żeby zdobyć tę górę czy tylko sobie na niej posiedzieć i zobaczyć, co się wydarzy?

Musisz mieć ogromną motywację, ale jednocześnie wielką pokorę. Jak takie połączenie osiągnąć? Myślę, że każdy ma na to inny sposób. Relację zaś z górą należy ustawić w taki sposób, że robisz wszystko co w twojej mocy by wejść na szczyt, masz być bardzo dobrze przygotowany, jednakże iść do góry tylko wtedy kiedy góra ci na to „pozwala”. Czyli kiedy są sprzyjające warunki i tzw. okno pogodowe. Pchanie się za wszelką cenę jest niepotrzebnym ryzykiem. Powinno się minimalizować to ryzyko, nie tylko ze względu na siebie, ale także na innych, by ktoś nie musiał po ciebie wychodzić w środku nocy i samemu ryzykować swego bezpieczeństwa. Wówczas nikt nie będzie się pytał, czy góry są niewdzięczne. One są niezmienne.

Skąd ten mistycyzm, jakim przesiąknięte są książki o górach? W pamiętnikach himalaistów pełno wywodów o stwórcy i bliskości z nim. Niekiedy to wszystko wydawało mi się potwornie infantylne emocjonalnie.

O jakich wydaniach mówisz?

Większość, to te z lat 80. i 90.

Z takim sprzedawaniem transcendencji w mediach trzeba bardzo uważać, bo może wyjść z tego niezły kicz. Mi coś innego rzuciło się w oczy w książkach z tamtych lat. Pamiętam, że kiedy brnęłam przez kolejne rozdziały, był to dla mnie krew, pot i łzy. Chwilami byłam przerażona. Himalaiści byli dla mnie wtedy nadludźmi: nie udzielali rad, wskazówek, tylko byli nieprzystępnymi gigantami.

Mnie by interesowało, jak się robi siku w takich warunkach.

Oni nigdy tego nie zdradzali. Stworzyli mit niesamowitych herosów. W momencie, kiedy sama zaczęłam jeździć w Himalaje zobaczyłam, że ci herosi robią siku, umierają z bólu i wymiotują, tak jak wszyscy na tej wysokości. Może było to związane z komunizmem, że się wyrwali i mogą zrobić coś wielkiego. A może super himalaiści, którzy robią niesamowite rzeczy nie mogą mówić o emocjach i bólu, bo wychodzi się na mięczaka? Nie wiem. Wydaje mi się, że teraz to się zmienia.

Może wytłumaczysz skąd te permanentne nawiasy, „tam w górze”?

Z pewnością uzyskuje się ogromne wyciszenie. To takie miejsce, w którym nie masz żadnych rozpraszaczy: konsumpcji, cywilizacji jako takiej. Nie jesteś bombardowany masą bodźców. Możesz się skupić na tym, co jest teraz i co jest naprawdę twoje. Na tym co jest dla ciebie ważne w życiu. Widziałam biznesmenów, którzy tam wpadali na genialne pomysły, tylko dlatego bo „przewietrzyli” głowę, jak i ludzi, którzy odnaleźli tam odpowiedzi na mnóstwo pytań ich frapujących.

Wychodzi wtedy religijność?

Różne rzeczy wychodzą. Podejrzewam, że to dzieje się nie tylko tam. Zdziwiłbyś się jak wiele ludzi marzy o takiej prostocie, są już bardzo zmęczeni tymi wszystkimi „luksusami”, które w gruncie rzeczy mało im dają. W górach nie stroisz się w piórka, bo już na starcie nie masz równych szans z górą, naturą, żywiołem. Więc odpuszczasz sobie ten temat na dzień dobry. Kiedy już tego nie ma, to jest szansa, by zadać sobie parę fundamentalnych pytań, również i tych dotyczących wiary w Boga, czy też religijności.

Pytam o to, bo nigdy nie wciskałaś mi głodnych kawałków, jak to pięknie na ośmiu tysiącach, tylko raczej rzeczowo przedstawiałaś to, jak realizowałaś swoją pasję.

Dla mnie akurat ważne jest by pisać o górach w taki sposób, by były one przystępne dla wszystkich, a nie tylko dla garstki pasjonatów. Również dla tych osób, które nigdy nie będą mogły tam pojechać. Albo dla tych co nie wiedzą jak zacząć. Można ludziom pokazać jak zrobić coś „step by step” od zera. Oczywiście ryzykujesz tym, że obnażasz się wtedy i nie jesteś już tylko hero. Mimo to uważam, że warto pokazywać góry od środka, bo to piękna pasja. Niesie też za sobą mnóstwo pozytywnych wartości. Natomiast jeśli ktoś chce wejść na „drogę wtajemniczenia”, czyli zacząć bezpiecznie chodzić po górach, czy też się wspinać, zapraszam takie osoby do klubu wysokogórskiego, w Warszawie działa największy w Polsce.

Czy przywozi się instynkt, to wewnętrzne wsłuchiwanie się w siebie z powrotem tutaj?

Tak, ale zdarza się, że możesz o nim zapomnieć. Ta intuicja jest o tyle ważna, by decyzja którą masz podjąć, była zgodna z tobą i twoimi wartościami.

Podpadłaś komuś swoim odmitologizowaniem gór?

Nasze środowisko jest dość hermetyczne. Samo już pisanie do mediów pozagórskich jest przez niektórych uważane za „zdradę stanu”. Ponadto pewnie chodzi o to, że udowodniłam, że nie tylko herosi mogą się wspinać.

Możesz mi wytłumaczyć, czym się kierujesz, kiedy zawracasz na sto metrów do szczytu?

To jest i trudne i łatwe. Trudne, gdy pomyślisz sobie ile miesięcy się do tego przygotowujesz, wbijasz się w pewną dyscyplinę, by dobrze się przygotować do szczytu. Łatwe, jeśli staniesz ponad tym wszystkim i uświadomisz sobie, że nic nie jest ważniejsze od twego bezpieczeństwa i nie możesz dłużej ryzykować. Na moim ostatnim szczycie – Lhotse, też miałam taką sytuację. Zawróciłam 300 metrów od szczytu, by po paru dniach znów ruszyć na wierzchołek.

Co się tam wydarzyło?

Kiedy szliśmy do szczytu, po paru godzinach okazało się, że nie idzie to nam tak gładko. Że jesteśmy zbyt wolni i istnieje realne ryzyko, że na szczycie staniemy wieczorem i po ciemku będziemy wracać. Ponadto kiedy idzie się tak wolno na tej wysokości, to oznacza, że organizm nie jest dobrze zaklimatyzowany. Mam tu na myśli oczywiście wspinaczkę bez dodatkowego tlenu z butli. W tych warunkach jest to bardzo niebezpieczne. Zawróciliśmy i zeszliśmy do bazy, po czym okazało się, że jeśli chcemy ponownie spróbować, to trzeba wyjść już następnego dnia z powrotem do góry, praktycznie bez odpoczynku. Zdecydowałam się na taki ruch, z tym, że postanowiłam jeden dzień odpocząć. Dogoniłam grupę wspinając się po kilka odcinków naraz. Na szczycie stanęłam bez większych problemów.

Ile ma ta góra?

8516 m n.p.m.

O której byłaś na dachu?

O 10 rano.

Tak po prostu wzięłaś plecak i poszłaś sama?

Tak, ale czułam, że mam duży zapas sił i wewnętrzne przekonanie, że należy spróbować ponownie. I że nic nie tracę próbując. W takim momencie niesamowicie ważna jest twoja psycha, bardzo łatwo się poddać, nic się człowiekowi nie chce. Jest to etap znużenia i zmęczenia i wtedy zdobyć się na taki „kop” wymaga od ciebie wysiłku.

Dlaczego to takie ważne, że zdobywasz góry bez tlenu?

W naszym środowisku sportowym, himalajskim jest to normą. To media i komercyjne wyprawy pokazują głównie wspinaczkę na tlenie i stąd przekonanie, że tak trzeba.

Co przełamałaś w sobie podczas wspinaczki?

Myślę, że przesuwanie granic mam już dawno za sobą. Wiem, na co mnie stać. Kiedy stawiałam pierwsze kroki na ośmiotysięczniku, sprawdzanie siebie było pewnym motywatorem. Potem to przechodzi i można się zacząć w końcu maksymalnie z tych gór cieszyć. Pamiętam też, że na niektórych górach musiałam przełamywać swój strach, jak chociażby na Kanczendzondze. W zasadzie kilka lat zajęło mi oswajanie się z tą górą.

Przez wypadek Wandy Rutkiewicz?

Tak.

Przeanalizowałaś go?

Dokładnie. Jak również i inne, które tam się wydarzyły. O tej górze mówiło się, że nie lubi kobiet.

Tę górę zdobyła jakakolwiek kobieta?

Zanim tam pojechałam, dwie kobiety stały na jej szczycie, z tego jedna tylko żyła. Od tragicznego wypadku Wandy żadna kobieta z Polski nie wspinała się na tę górę.

Kanczendzonga jest jedną z wielkiej piątki ośmiotysięczników.

Tak. Everest, K2, Kanczendzonga, Makalu i Lhotse są rzadko zdobywane bez tlenu, bo wymagają bardzo dobrego zaaklimatyzowania. Ciężko się na nie wspina, nie wszyscy dobrze sobie radzą bez tlenu już na takiej wysokości.

Dlaczego?

To jest granica.

Jak długo mogłaś być w strefie śmierci?

To określenie również jest z lubością wykorzystywane przez dziennikarzy.

Jednak zgodzisz się, że są tam mało przyjazne warunki.

Tak, jest dużo mniej tlenu, ciśnienie waha się w granicach 300 hPa i poruszasz się jak mucha w smole. Jest dużo więcej zagrożeń. Idąc tam, musisz być doskonale przygotowany.

Wyspany, najedzony?

To też. Ale również przygotowany mentalnie. Nie możesz tego robić, by zaspokajać tylko swoją ambicję. Tu chodzi o poczucie, że jesteś właściwą osobą we właściwym miejscu.

Udało ci się. Cóż można jeszcze w sobie pokonać?

To nie chodzi o ciągłe pokonywanie siebie, czy też udowadnianie czegoś. Myślę, że każdy sam musi odnaleźć w sobie tę wewnętrzną motywację do działania.

Uznanie, to dla sportowca chyba największy sukces?

Myślę, że każdy lubi kiedy docenia się jego pracę. Trzeba jednakże uważać, szczególnie jak jest się w górach, by nie myśleć o zaszczytach i uznaniach, tylko skupić się na robocie do wykonania. Uznanie przyjdzie potem samo. Pamiętam, że raz musiałam wyłączyć telefon satelitarny na Kanczendzondze gdy dowiedziałam się ile osób wchodzi na moją stronę. Aż padł serwer. A przecież wcześniej nikt się tym nie interesował. Uzmysłowiłam sobie, że owszem część ludzi mnie wspiera, ale też…

Masz jaja.

Ale niektórzy z nich szukają po prostu taniej sensacji, bo Kanczendzonga ma taką złą legendę. W momencie, kiedy jesteś samemu na dwóch metrach kwadratowych, przez wiele tygodni i nagle ktoś ci powie, że ileś tysięcy ludzi patrzy na twój kolejny krok, to przestaje być zabawne. Może się zdarzyć tak, że coś odciągnie twoją uwagę od rzeczy istotnych, a tam trzeba być maksymalnie skoncentrowanym i nie popełnić błędu.

Rozumiem, że swą hardość odkryłaś przez przypadek?

Ja tylko zawsze wykorzystywałam to co miałam w garści i konsekwentnie szłam swoją drogą. Tylko tyle i aż tyle.

Rozmowa odbyła się 13 lipca w Warszawie.