Ksiądz Adam Boniecki – Wolność, nie potrafimy być w niej konsekwentni

O wolności, jej granicach i konsekwencjach w rozmowie z Karoliną Morelowską opowiada ksiądz Adam Boniecki
– „Wolność, nie potrafimy być w niej konsekwentni” – bardzo chwytne, nęcące hasło. Walczymy o nią w zasadzie codziennie, z jej konsekwencjami już niekoniecznie sobie radzimy.

– No właśnie. I kojarzymy ją dość jednoznacznie. Tymczasem jest wolność „ku czemuś” i wolność „od czegoś”. Bardzo istotne jest to ulubione przez Jana Pawła II jej rozróżnienie.

I tak – wolność jest możliwością, potem przychodzi czas wolnego wyboru i jego konsekwencje. A te są już ograniczające. Czyli wolność użyta nakłada na nas obostrzenia.

Jestem wolny, mogę związać się z każdą kobietą, ale wiążąc się, biorę na siebie odpowiedzialność. Mam wolność, nie muszę wstępować do zakonu, ale kiedy złożę śluby zakonne…

Rozdzielenie tych dwóch rzeczy prowadzi do anarchii tak w życiu osobistym, jak i w życiu społecznym. To prawda – wolność jest darem, ale darem czasem kłopotliwym. Nigdy nie jest bezgraniczna, ale nawet w jej ograniczoności mam z nią problemy.

– Z wywalczonej czy po prostu wolności danej nie umiemy mądrze korzystać?

– Nie potrafimy być konsekwentni. Tak jak powiedziałem – wolności wyboru musi towarzyszyć akceptacja konsekwencji, które z niego wynikają. Można teraz dociekać, czy człowiek, podejmując decyzję na przykład w wieku lat 20, jest dokładnie tym samym człowiekiem, którym jest, mając lat 70. Argumentów za i przeciw jest wiele, ale w kwestii odpowiedzialności za wybór podobne rozważania nie są istotne. Tu musimy przyjąć, że podmiot dokonujący wyboru jest ten sam. Konsekwencje więc zawsze będą nasze, lecz my próbujemy od nich uciekać. To tak, jakbyśmy chcieli mieć wolność, ale z niej nie korzystać. Mieć w garażu samochód, ale do niego nie wsiadać. Jest oczywiście wiele dziedzin wolności, z którymi lepiej lub gorzej sobie radzimy.

– Wolność słowa

– Szczególna. Doświadczenie cenzury bardzo na nią uwrażliwia. To jest moje ważne doświadczenie. Pamiętam, co wtedy myślałem, jakie było moje pragnienie: niech nas atakują, jak tylko chcą, ale niech nam będzie wolno na te ataki odpowiedzieć. Dzisiaj ją mam. Czy mogę więc zrobić z nią wszystko? Nie. Ważę słowa, staram się być ostrożny. Wobec innych ludzi, wobec samego siebie. Nie chcę skończyć w sądzie, nie chcę być wyśmiany czy wykluczony. Wolność bez odpowiedzialności nie istnieje. Nie ma sensu, w żadnych okolicznościach.

– Są sytuacje, kiedy z tej arcyważnej wolności my sami decydujemy się nie korzystać.

– Tak. I tu pomyślałem o wolności zakonnika – sam, z własnej chęci, część swojej wolności ceduje on na przełożonych. Mówi się wtedy, że przez przełożonego wyraża się wola Boża. Byłem przełożonym i ta wiara bardzo mnie męczyła. Moje decyzje, czasem bez stuprocentowej pewności, że są słuszne… i to ma być wola Boża? Tak to wygląda od strony przełożonego. Prostsza jest perspektywa podległego.

– Trudniejsza?

– Bardzo ciekawe jest to doświadczenie Kościoła, przyjęcie takiej formy służenia Panu Bogu, przez posłuszeństwo. To jest przykład absolutnie wolnego wyboru. Nikt nikogo nie zmusza do ślubowania posłuszeństwa, jest kilka lat próby, ślubów czasowych. Nie można więc powiedzieć sobie: „Nie wiedziałem, co robię”. Oczywiście, zdarzają się momenty, kiedy konieczność podporządkowania budzi opór. Przełożeni nie zawsze grzeszą nadmierną mądrością, nie mówiąc o zwykłej, ludzkiej wrażliwości. Ale w takich sytuacjach trzeba pamiętać, że posłuszeństwo jest pochodną mojej wolnej decyzji. Teraz tę decyzję odnawiam, czasem z trudem. Spór – ten z przełożonym i ten mój wewnętrzny – kończy się w momencie podjęcia decyzji. Powinien się kończyć. To jest dobra metoda – nie traci się energii na rozpamiętywanie swojej rzekomej krzywdy, nie frustruje w poczuciu niedocenienia. Każdy człowiek ze swoją wolnością coś musi zrobić. Wiem, że ja z nią coś zrobiłem, wstępując do zakonu…

– Powinniśmy stworzyć sobie w życiu przestrzeń, w której tę wolność stale będziemy mogli odczuwać. To jest ważne?

– To jest kwestia przestrzeni wewnętrznej. Tej, w którą nikt nie może ingerować. Zawsze zostaję sobą. Są przestrzenie poza zasięgiem władzy innych – myślenie, pisanie, malowanie… Rejony, które niezależnie od kontekstu, w którym zostaniemy umieszczeni, niezależnie od szaleństwa przełożonego, pozostaną nasze.

– A jaki jest przepis na wykonywanie wolności wewnętrznej w przypadku księdza zawodu, zawodu dziennikarza?

– To jest w dużej mierze kwestia odwagi. Ryzykuje się utratę pracy. Często. Obowiązkiem dziennikarza jest informować i komentować rzeczywistość. Jego praca, z założenia, ma w sobie coś z misji, dlatego wymaga odwagi. Czasem trzeba mówić lub pisać rzeczy niepopularne, także te, które mogą budzić niezadowolenie, również tych, na których mi zależy. Bywało, że pisałem teksty i podejmowałem decyzje o druku, ściągając na siebie zarzuty naruszenia etyki dziennikarskiej. Jestem przekonany, że naruszeniem etyki byłoby ich niedrukowanie, milczenie. Kiedyś grożono mi, że jeśli coś tam wydrukuję, „Tygodnikowi”, zostanie cofnięte prawo do tytułu „gazeta katolicka”. W wolność naszego zawodu wpisane jest ryzyko. To jest właśnie etyka wolności. Podejmuję wolną decyzję świadom konsekwencji.

Wolność polega też na tym, aby odrzucać pokusę rozmaitych, bardzo subtelnych czasem uzależnień. Na przykład od stawiania na pierwszym miejscu kryterium słupków sprzedaży. Wolność to możliwość powiedzenia: „nie!”. Zawsze muszą iść razem wolność i odpowiedzialność.

Książka „Czasem trzeba zażartowac Alfabet ksiedza Bonieckiego”

– Czy zasadne, w pewnych okolicznościach, jest łączenie słów „wolność” i „kompromis”?

– Kompromis w Polsce ma złe notowania. Jest znalezieniem płaszczyzny porozumienia z kimś, z kim dla ważnych racji muszę iść razem, a nie jest mi z nim po drodze. Wtedy trzeba znaleźć i zaakceptować przynajmniej jedną płaszczyznę porozumienia. To jest doświadczenie

„Tygodnika” w czasach PRL-u. Wtedy wydawanie pisma katolickiego, niereżimowego było kompromisem. Każdy tekst oddawało się do cenzury, jej ingerencje, do pewnych granic, się przyjmowało. Gdy na skutek ingerencji sens tekstu miał być zmieniony, artykuł wycofywaliśmy. Zamieszczaliśmy okolicznościowe wstępniaki na 1 maja i 22 lipca – każde słowo było w nich wyważone, żeby nie przekroczyć granic dopuszczalnego kompromisu właśnie. Taki był wybór: albo przestać istnieć, albo, za cenę takich właśnie faktów, tę gazetę jednak wydawać. Kompromis, ale jednocześnie próba realizowania wolności w tamtych ramach, w specyficznej konwencji pisania między wierszami. To było trudne doświadczenie limitowanej wolności. Kiedy uchylały się drzwi, wstawialiśmy nogę, żeby przestrzeń wolności nieco poszerzyć.

– To jest rodzaj wyboru, z którym każdego dnia trzeba godzić się na nowo?

– Wybór pewnej filozofii był jeden, fundamentalny – nie zniknąć, nie dać się zniszczyć, nie dać się użyć, zachować wierność wartościom uznawanym za najważniejsze. Aplikację tej filozofii trzeba było w każdym numerze od nowa kreować.

Fragment książki „Czasem trzeba zażartować. Alfabet księdza Bonieckiego” (Wydawnictwo Zwierciadło, 2011)

Książkę można nabyć w naszej księgarni.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze