fbpx

Ralph Fiennes – Kiedy zmyję makijaż z twarzy…

Ralph Fiennes - Kiedy zmyję makijaż z twarzy...
Corbis / Francuski twórca Bernard Pras ze śmieci stworzył m.in. portret van Gogha

Specjalista od bohaterów z dylematami. Nawet w największym potworze znajdzie ludzki rys. Na ekranach kin oglądać go można było ostatnio w filmie „Harry Potter i insygnia śmierci: cz. II” , a pod maską Lorda Voldemorta – oczywiście on, Ralph Fiennes. Opowiada nam o swoich nieoczywistych wcieleniach, wyborach i wyzwaniach, przed którymi staje. Jako aktor i jako człowiek.
– Kiedy Ralph Fiennes patrzy w domu w lustro, to kogo widzi? Siebie czy postać filmową?

– [śmiech] Ralpha Fiennesa oczywiście… Nie, ja nie żyję życiem moich bohaterów 24 godziny na dobę. Nie zabieram ról do domu, choć zdarza mi się zamyślić nad jakimś szczegółem w najmniej pasującym do tego momencie. Na przykład kiedy smażę jajecznicę [śmiech], ale nie jest to nieustanne szarpanie się. Trudno, żebym grając mordercę kanibala w „Czerwonym smoku”, zachowywał się jak moja postać. To mogłoby doprowadzić do załamania nerwowego. Zresztą ta sytuacja jest na szczęście zwrotna, bo kiedy gram, nie jestem sobą. Muszę użyć własnej wyobraźni, czerpać z osobistych doświadczeń i intuicji, ale nigdy nie odgrywam siebie. Lubię wyobrażać sobie, co inni ludzie czują. Próbuję ich zrozumieć.

– Grywa pan zbrodniarzy, tyranów, chorych psychicznie. Czy szukanie motywacji w każdym nie prowadzi do moralnego relatywizmu?

– Aktor inaczej patrzy na postać niż widz. Nie ocenia jej, ale musi dobrze wejść w skórę bohatera i emocje. Im bardziej odrażająca postać, tym większe wyzwanie dla aktora. Kiedy przygotowywałem się do roli schizofrenika w „Pająku”, odwiedziłem szpital psychiatryczny w Croydon. Spotkałem się z pacjentami, wśród których byli także mordercy. To, co najbardziej mnie przeraziło, to nie tyle ich zbrodnie, ile fakt, że na co dzień wydawali się zupełnie normalnymi ludźmi. Częstowali mnie kawą, czytali książki, pisali utwory literackie. Wielu zaskoczyło mnie wykształceniem. Bardzo łatwo zrobić z kogoś potwora. Jednak kiedy jako aktor mam kogoś sportretować, muszę uwzględnić wszystkie jego wymiary. Na tym polega moja uczciwość wobec postaci.

– W każdym z nas tkwią jasne i ciemne strony, z szaleństwem i autodestrukcją włącznie, tyle że rzadko bywamy w tak ekstremalnych warunkach, by te siły eksplodowały. Aktor jest w nieco innej sytuacji.

– To prawda. Kiedy Steven Spielberg zaproponował mi rolę nazisty Amona Götha w „Liście Schindlera”, nie od razu uświadomiłem sobie, na co się porywam. Dziś wiem, że po doświadczeniach XX wieku powinniśmy nie tylko potępiać nazizm, ale też usiłować go zrozumieć. Dlaczego na przykład tacy ludzie jak Göth w latach 30. przyłączali się do SS? Ze złości wobec nieudolnego rządzenia krajem i poczucia upokorzenia, ale nie mówię tego, by usprawiedliwiać ich zbrodnie. Jeśli jakieś zjawisko potępiamy, to nigdy go nie zrozumiemy. Jeśli zaś za bardzo współczujemy, to nie możemy potępić. Dlatego postać Götha była dla mnie wyzwaniem. Pamiętam uczucia, jakie towarzyszyły mi, kiedy zakładałem mundur oficera SS. Nabierałem siły, arogancji i dzikiej pewności siebie. Nie zastanawiałem się, jak zagrać tego człowieka. Wiedziałem tylko, że bez tego munduru nigdy bym się tak nie zachowywał. Trzeba więc uważać, by nie stracić kontroli nad instynktami. Jednocześnie takie spuszczenie powietrza jest dla mnie terapią. Jestem introwertykiem i gdyby nie aktorstwo, moje negatywne emocje mogłyby w jakimś momencie zwrócić się przeciwko mnie.

– Lord Voldemort to zło w czystej postaci. Ale nawet on w pana kreacji dostaje rys tragizmu, rozdarcia.

– Nie jestem wprawdzie psychiatrą, ale stworzyłem na użytek Voldemorta własną teorię. Przyczyny jego zła mogą tkwić w dzieciństwie. Mógł być dzieckiem odrzuconym i niekochanym. Dlatego w dojrzałym wieku jest przeżarty zazdrością o miłość otaczającą Harry’ego Pottera i zrobi wszystko, by go zniszczyć. Jak zwykle w docieraniu do tego, kim jest mój bohater, bardzo pomogła mi charakteryzacja – pozbawiona nosa twarz. Ta charakteryzacja była bardzo uciążliwa, bo trwała kilka godzin dziennie i musiałem być na planie już o piątej rano. Kiedy jednak patrzyłem na Voldemorta w lustrze i przyglądałem się jego twarzy, wiedziałem, kim jestem.

– Z jednej strony gra pan ciemne typy, a z drugiej – występuje komedii romantycznej. Jaki jest klucz pana wyborów?

– Potrzebuję odmiany dla mojego zdrowia psychicznego… [śmiech] Zaczynałem chyba powoli wpadać w pułapkę grania czarnych charakterów i ponuraków i dlatego propozycja zagrania w „Pokojówce na Manhattanie” była jak łyk świeżego powietrza. Kiedy dokonuję wyborów, ufam intuicji, wybieram reżyserów, którzy pozwalają rozwijać mi wyobraźnię i kreatywność, nie zabijając ich dokładnymi instrukcjami.

– Nie lubi pan mówić o swoim życiu prywatnym.

– Już jako dziecko byłem skryty. Nie miałem wielu przyjaciół, bo moja rodzina często zmieniała adres. Poza tym nie wydaję się sobie tak interesujący jak moje role.

– Po „Angielskim pacjencie” został pan okrzyknięty wrażliwym romantykiem. Trafnie?

– Na co dzień jestem raczej cyniczny i dość sceptyczny. Romantyczne porywy serca to coś wspaniałego, ale tylko na początku związku. Boję się miłości, która oślepia, zagłusza zdrowy rozsądek. Nie lubię tracić kontroli, choć w teatrze może to być inspirujące i podniecające. W relacji międzyludzkiej bywa niestety… kłopotliwe. Plotkarskie media chciałyby, abym był jak moi, potraktowani powierzchownie, bohaterowie. A jeśli nie spełniam tych oczekiwań, piszą o mnie brednie. Tymczasem życie, a już w szczególności związki między mężczyzną a kobietą są o wiele bardziej skomplikowane niż schematy narzucane przez kulturę masową. Nie rozumiem, dlaczego mężczyzna nie może związać się ze starszą kobietą, a porozumienie między nimi nie może być ważniejsze niż romantyczna namiętność 20-latków. Świat mnie coraz bardziej przeraża.

– Ucieka pan w kino i teatr, by nie popaść w depresję, ale postaci, które pan gra, ogniskują zło tego świata.

– Tak, ale to ja je projektuję w mojej głowie. Mam kontrolę nad postacią. To przywraca mi równowagę psychiczną. Kiedy zmyję makijaż, wracam do domu. Po prostu.