Autopromocja
WOS 6 - 1200
WOS 6 - 1200
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Muzyka
  4. >
  5. Szalony, niejednoznaczny, ale zawsze prawdziwy. Nieposkromiony Ozzy Osbourne

Szalony, niejednoznaczny, ale zawsze prawdziwy. Nieposkromiony Ozzy Osbourne

(Fot. Dave Hogan/Getty Images)
(Fot. Dave Hogan/Getty Images)
Pozwólcie, że opowiem wam o najlepszym filmie, jaki widziałam w tym roku.

Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.

Nie dostanie żadnej nagrody, nie przejdzie do historii kinematografii, ba, to jedna z produkcji z gatunku „Jeśli nie trafiłeś przypadkiem, pewnie cię to ominie”. Innymi słowy: nisza – i do tego, o zgrozo, telewizyjna! Jeśli jednak przyjmiemy, że dobre kino to nie efekty specjalne i superbohaterzy w pelerynach, ale mocna historia, prawdziwe emocje i angażujący nas od pierwszej sceny główny bohater, to z całego serca polecam… wybaczcie, nie film o Szopenie, lecz dokument o pięciu ostatnich latach Ozzy’ego Osbourne’a „No Escape From Now”.

Zrealizowana na zlecenie Paramount+ dwugodzinna produkcja to pozornie bardzo kameralna, skromna opowieść. Gdzie jej tam do pomnika, jaki swojej marce modowej zbudowała ostatnio z pomocą kamer Victoria Beckham, czy pieszczących ego dokumentów o stadionowych podbojach gwiazd muzyki pop. Otoczony kochającą rodziną Ozzy siedzi w swoim pięknym kalifornijskim domu – tym zdaniem można streścić cały film. Zareklamowałam Wam tę produkcję, nie ma co! Ale jest coś jeszcze. W każdym z ujęć „No Escape From Now” Osbourne odczuwalnie, fizycznie cierpi. Gdy czeka na operację, gdy postępuje choroba Parkinsona, gdy odbiera kolejne złe wiadomości od lekarzy. Gdy nie wolno mu jeść ulubionego jedzenia, pić alkoholu, szaleć na scenie. Gdy nie może pobiec za swoimi wnukami, swobodnie chodzić, gdy zdeterminowany walczy o sprawność z pomocą najlepszych rehabilitantów. Gdy dociera do niego, że życie, jakie kochał najbardziej, już nie wróci.

W 2002 roku Osbournowie zrewolucjonizowali telewizję, gdy MTV rozpoczęła emisję ich kultowego reality show. Ale mimo skandali, kontrowersji i czystej rozrywki tamtej produkcji – kruchość gwiazdora była tematem tabu. To w końcu wielki Ozzy Osbourne, „książę ciemności”, wokalista Black Sabbath, legenda heavy metalu, postrach stadionów i aren, niezniszczalny „Iron Man”. Dwie dekady później człowiek z żelaza zdecydował się na jeszcze jeden „odcinek” tego reality show. Bardzo specjalny. Pięć ostatnich lat życia. W 120 minut. „No Escape From Now” zrobił na mnie ogromne wrażenie i od razu wiedziałam, że będę chciała o tym filmie opowiedzieć. Nie byłam jednak pewna, czy zrobię to tu, na łamach magazynu kierowanego do kobiet. Ozzy, delikatnie mówiąc, partnerem idealnym nie był. Powiedzmy wprost: zamroczony używkami, nieznośny i nieobliczalny, a czasem po prostu niebezpieczny, był okropnym mężem dla swojej żony i menadżerki, Sharon. Nie chciałabym, by zostało to pominięte, świetne płyty i magnetyczna osobowość to wciąż nie dość, by usprawiedliwić przemoc. Uznałam jednak, że skoro wybaczyła mu Sharon, kim jestem, by oceniać – jak by nie patrzeć – jedno z najbardziej udanych małżeństw w show-biznesie. Ich miłość jest największą ozdobą tego dokumentu. On, zgodnie z prawdą, wyznaje, że żona go uratowała, bo żył tak, jak ci, których dziś już tylko wspominamy: zginęli młodo, splątani uzależnieniami, zrujnowani, zgubieni. Dała mu dzieci, stabilizację, menadżerską opiekę i ponadprzeciętny margines cierpliwości i tolerancji.

Ona… Szczerze mówiąc, mam ochotę na dokument o Sharon Osbourne! Bo dla mnie to fascynująca kobieta, która całe swoje życie, zawodowe i prywatne, poświęciła mężczyźnie i była w tym oddaniu autentycznie spełniona i szczęśliwa. Sharon kochała kochać Ozzy’ego, to był jej cel w życiu, widzieć w jego oczach miłość i potrzebę. Podporządkowała mu wszystko, kiedyś – jego karierze, w ostatnich latach – jego chorobie. Jeśli ten związek nie jest definicją „na dobre i na złe”, to nie wiem, co jest. Nawet jeśli nieszablonowa, była to prawdziwa, wielka miłość.

Rodzina Osbourne’ów: Ozzy, Sharon, Kelly i Jack (Fot. ZUMA Press/Alamy Stock Photo) Rodzina Osbourne’ów: Ozzy, Sharon, Kelly i Jack (Fot. ZUMA Press/Alamy Stock Photo)

Dokument skupia się na ostatnich latach Ozzy’ego, gdy „pigułek nie bierze już dla zabawy, lecz by nadal żyć”. To dni fizycznych ograniczeń i cierpienia pogrążonej w depresji duszy. Spiętrzenie problemów zdrowotnych uniemożliwia koncertowanie, później nagrywanie, wreszcie – dobre, szczęśliwe życie. Ten efekt chorobowego domina jest ogromnie przygnębiający, słabnące, niepełnosprawne ciało przypomina każdego dnia o okrucieństwie losu, nieuchronności naszych destynacji.

Być może Ozzy poddałby się, położył do łóżka, by już z niego nie wstać, gdyby nie jedna, dręcząca myśl. Nigdy oficjalnie nie pożegnał się z fanami i sceną. Wypadek zmusił go do odwołania trasy koncertowej, a jego konsekwencje z każdym rokiem oddalały nadzieję, że kiedykolwiek w tę trasę wyruszy. Mniej więcej w połowie filmu dociera i do nas, i do głównego bohatera, że to koniec aktywnej kariery, jest z tym pogodzony, wypatruje spokojnej emerytury w rodzinnej Anglii z ukochaną Sharon u boku. Ale nim odwiesi czarną pelerynę, zmyje eyeliner i odłoży mikrofon, musi być ten ostatni akt, zejście ze sceny na swoich warunkach, z godnością, której nie odbierze postępująca, paraliżująca choroba. 50 lat imponującej kariery domagało się spektakularnego zamknięcia, wielkiego, finałowego koncertu w Birmingham, mieście, w którym wszystko się zaczęło.

Miejsca takie jak Birmingham nie miały wiele do zaoferowania urodzonym po wojnie chłopcom z wielodzietnych robotniczych rodzin. Nastoletni Ozzy pracował w rzeźni i wyczekiwał końca dniówki, by wrócić do marzeń. Śpiewanie w lokalnych zespołach było ucieczką od traumatycznych przeżyć z dzieciństwa, a przede wszystkim od otaczającej nicości. Dziś show-biznes funkcjonuje głównie w trybie „nepo dzieci i ich szybkie kariery”, kiedyś trzeba było mieć więcej niż nazwisko, niezbędny był czystej próby talent. A kiedy Ozzy wychodził na scenę i stawał za mikrofonem, działo się to niewytłumaczalne „coś”, bez względu na to, czy patrzyły na niego trzy osoby w podrzędnym klubie czy dziesiątki tysięcy na stadionach świata. „Paranoid”, drugi album Black Sabbath, wystrzelił młodą kapelę w kosmos sukcesu i sławy.

Ozzy Osbourne nagrywający w Regent Studios w Londynie (1970). (Fot. Chris Walter/Getty Images) Ozzy Osbourne nagrywający w Regent Studios w Londynie (1970). (Fot. Chris Walter/Getty Images)

Jedna z najlepszych i najbardziej wpływowych płyt w historii muzyki dożywotnio ustanowiła status Osbourne’a, ojca heavy metalu, inspiracji kolejnych pokoleń muzyków. Kiedy masz 22 lata i dzieją się takie rzeczy, żywy możesz z tego nie wyjść. Ozzy dekadami igrał z ogniem. Wyrzucony z Black Sabbath, rozpoczął udaną karierę solową, a seria śmiałych menadżerskich decyzji Sharon z każdym rokiem mocniej pieczętowywała jego status legendy, najpierw muzyki, a wraz z sukcesem „The Osbournes” – kultury masowej.

Gdy patrzymy na przygotowania do wielkiego koncertu w Birmingham, myślimy właśnie o początkach, o uderzeniu, jakim były ciężkie dźwięki Black Sabbath, jakie to było ważne. Złożyć hołd Ozzy’emu przyjechali najwięksi: Metallica, Guns N’Roses, Slayer, muzycy Aerosmith, Van Halen, The Rolling Stones i dziesiątki innych. Mówimy o wykonawcach, którzy w sumie sprzedali ponad pół miliarda płyt (!), o elicie. W zakulisowych wywiadach uparcie wraca wątek inspiracji, zarówno artystycznej, jak i tej większej, życiowej, bo kiedy zamykasz oczy i słuchasz swojej ukochanej płyty, uciekasz od wszystkiego, co złe. Masz swój świat.

(Od lewej) Tommy Clufetos, Geezer Butler, Ozzy Osbourne i Tony Iommi występują na scenie jako Black Sabbath podczas trasy „The End Tour” w Wantagh w stanie Nowy Jork (2016).(Fot. Kevin Mazur/Getty Images) (Od lewej) Tommy Clufetos, Geezer Butler, Ozzy Osbourne i Tony Iommi występują na scenie jako Black Sabbath podczas trasy „The End Tour” w Wantagh w stanie Nowy Jork (2016).(Fot. Kevin Mazur/Getty Images)

Rock’n’roll pozwala marzyć, w tym roku spektakularnie przypominali nam o tym muzycy Oasis, ale nikt nie zrobił tego tak, jak Ozzy, który na oczach tysięcy spełnił swoje największe marzenie: wbrew wszystkiemu raz jeszcze stanął na scenie. Dokładniej: usiadł na czarnym tronie, bo ciało nie pozwoliło inaczej. Ale to była jedyna oznaka słabości. Gdy śpiewał, czy solo, czy z Black Sabbath, wracał duch niepokonany. Znakomity, wielogodzinny koncert był triumfem, nie tylko gdy Osbourne był na scenie, także gdy grali na niej inni, był to szybki kurs historii muzyki, odcinek: „Kogo zainspirowała twórczość Ozzy’ego”. Warto o tym pamiętać, bo popkultura jest bestią, która wymaga ciągłego sterowania i korekt, a ostatnie dekady umocniły wizerunek Osbourne’a – szalonego ojca nieco niestandardowo kochającej się rodziny, niestety, kosztem jego artystycznego dorobku. Tym koncertem nadał sprawom słuszny bieg, tu liczyła się muzyka. Gdy zaśpiewał swoją najsłynniejszą balladę, „Mama I’m Coming Home”, kontekst czasu i miejsca wyciskał łzy z oczu rockmanom w skórach i ćwiekach. Nieposkromiony koleś, który kiedyś pożerał nietoperze, teraz kruchy i słaby, śpiewa o tym, że nadchodzi jego czas.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

I nadszedł, bo życie dopisało najbardziej poruszający z finałów tego koncertu. Ozzy zmarł w swoim domu zaledwie 17 dni po ostatnim triumfie. Zamykające sceny „No Escape From Now” to znów rodzinne Birmingham, znów całe udekorowane Ozzym. Ale tym razem to nie są kolorowe murale i kąciki sprzedażowe w wielkich centrach handlowych. Birmingham tonie w kwiatach i wieńcach, płonie od świec. Ludzie wychodzą na ulice, płaczą. Pogrążona w żałobie rodzina wychodzi do fanów. Jak kiedyś jego muzyka, tak teraz wszystkich jednoczy Ozzy, szalony, niejednoznaczny, ale zawsze tak bardzo prawdziwy.

Telewizja BBC wyemitowała swój dokument o Osbournie i jego ostatnim koncercie w dniach szaleństwa medialnego wokół premiery nowej płyty Taylor Swift. Obserwowałam to uważnie, to w końcu moja praca. I pomyślałam wtedy, że ten dość przeciętny album to triumf ego, bo komercyjny sukces „Life Of A Showgirl” jest niezaprzeczalny, a ostatni koncert Ozzy’ego to triumf człowieka i wygrana miłości. Nie musicie znać tej płyty, ale ten dokument po prostu musicie zobaczyć.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE