fbpx

Muzyk, który się pospieszył

Charlie Winston to dziwny artysta. Jego „Hobo” podbiło serca słuchaczy, a on postanowił zmienić recepturę.
Trudno zrozumieć fenomen płyty, która w 2009 roku szturmem wzięła eter. W Polsce – bo słuchacze z innych krajów nie pokochali Charliego tak mocno, jak ci znad Wisły. Czy to siła radiowej Trójki, która potrafi wypromować coś od kompletnego zera, czy też nietypowe upodobania Polaków (patrz: tegoroczny sukces artysty znanego jako Gotye) – nieistotne. Ważnym jest, że Charlie Winston powrócił. Zapewne po to, by udowodnić, że nie jest muzykiem jednej płyty i potrafi urzec raz jeszcze. Chyba się jednak przeliczył.

„Running Still” to zbiór 12 piosenek, z których chyba żadna nie ma większych szans na powtórzenie sukcesu debiutu. Są to po prostu utwory nijakie, mdłe, pozbawione uroku. Owszem, mamy tu melodie, dla których kręgosłupem jest gitara akustyczna czy fortepian, jednak powoli wypierane są one przez naładowane sztucznością dźwiękowe bakalie. Ten miszmasz jest wyraźnym dowodem na to, że Winston nie wiedział tak naprawdę, co chciał tym razem sobą reprezentować.

Szczególnie denerwujące „Until You’re Satisfied” to dziwna mieszanka bitów, elektronicznej perkusji, efektów w tle, z krzykliwym refrenem. Podobnie kolejne na płycie „Wild Ones”, które brzmi, jakby podczas nagrywania Charlie bardzo się spieszył. To już nie są standardy radiowej Trójki, to muzyka, którą kupi mniej ambitny odbiorca. Tylko czy o to Winstonowi chodziło? Czy „Running Still” miało dotrzeć do szerszej publiczności? To się mogło udać. Byle się jednak zaraz nie okazało, że co szybko przyszło, szybko poszło.

Charlie Winston, „Running Still”, Warner Music Polska