fbpx

Niszowo dla szerokiej publiczności: Riverside, Shrine of New Generation Slaves – recenzja

Riverside, "Shrine of new generation Slave"
mat. prasowe

Riverside to grupa, jakiej w Polsce jeszcze niedawno nie było. A
przynajmniej nie było o niej słychać.

Riverside, "Shrine of new generation Slave"
mat. prasowe

Wydawać by się mogło, że „Shrine of New Generation Slaves” to druga płyta w ich dorobku. Ale tak nie jest – do tej pory czterokrotnie publikowali swoją twórczość. A jednak dopiero wydana w 2009 roku „Anno Domini High Definition” spowodowała, że o Riverside usłyszeli nie tylko fani progresywnego rocka i cięższych brzmień jako całości. Grupa zaproponowała profesjonalnie nagrane, bogato zaaranżowane, śpiewane czystym angielskim utwory. Przestrzenne, działające na wyobraźnię. Był to kawał dobrej roboty.

Podobnie jest i teraz. „Shrine of New Generation Slaves” już na pierwszy rzut oka zachwyca rozmachem. Kompozycje są przemyślane i urozmaicone. Zespół nie szuka poklasku, choć nie da się ukryć, że z każdym kolejnym nagraniem bliżej mu do komercyjnego sukcesu. Słychać
raczej pasję i zamiłowanie do floydowskich rozważań o człowieczeństwie. Imponujący jest spokój, w jakim wokalista Michał Duda wyśpiewuje pytania o zniewolony umysł. Kariera, konsumpcjonizm, ciągła pogoń – to cechy tytułowej nowej generacji niewolników. Choć Riverside dotychczas
prezentował się jako zespół wybitnie hardrockowy, tym razem jest spokojniej. Dzięki temu oprócz gitar mamy szansę usłyszeć choćby saksofon Marcina Odyńca, zamieniający „Deprived” w maraton dźwięków przypominający „Shine On You Crazy Diamond”. Podobnie najdłuższy na płycie „Escalator Shrine”. To muzyka, która ma szansę trafić do szerszej publiczności. I jeszcze jej się spodobać.

Riverside, „Shrine of New Generation Slaves”, Mystic

ZAMÓW

E-WYDANIE

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>