Małgorzata Rejmer: Trzęsienia ziemi i koty

Małgorzata Rejmer

Zdarza się, że gdy wychodzę z domu i otwieram drewnianą furtkę, na głowę spada mi kot. Że spada to jeszcze pół biedy – niejeden przechodzień zginął od cegły; że wszędzie wokół domki, dobudówki i płoty – to jedno, ale że wystarczy parę kroków i Bukareszt strzela do góry, a samochody wyją – to drugie.
Małgorzata Rejmer, KulturalniZaczyna się szpaler bloków zbudowany dla najzręczniejszych małp Ceausescu, dziś zdobny w plakaty z Laną del Rey, która patrzy krowimi oczami na chaos Bukaresztu. Jeszcze niedawno mieszkałam w jednym z takich bloków z lat 80., a gdy przychodzili znajomi, piłowali pytanie: „Rozwalą się, czy się nie rozwalą podczas trzęsienia ziemi?”.

I wychodzili na klatkę schodową, żeby kontemplować krzywiznę schodów. Jeden w kątach, poręczach i betonach znajdował odpowiedź, że owszem, tak, wszystko się zawali, a drugi że w życiu, że nie i nic. – Zaraz będzie następne trzęsienie, to się przekonacie – łagodziłam.

Bo Bukareszt raz na 30-40 lat przeżywa swoje pandemonium, które czyści go ze słabowitych obiektów i z ludzi, którzy nie mają szczęścia. 1940, 1977, 1986. Ciąg dalszy nastąpi.

Niby-uliczki tej wiejskiej kiszki gdzie teraz mieszkam – z trzęsionką chodnika, jakby wybite zęby rozrzucić po klepisku – nie znajdziecie ani na planie miasta, ani w Google Street View.

– Jak tutaj wjedzie straż pożarna? –zapytałam współlokatora na dzień dobry, a trzeba wam wiedzieć, że jestem czuła na kataklizmy i chętnie snuję o nich fantazje. Na co on mówi, że chyba żartuję, nic tu nie wjedzie, bo jak?

ZAMÓW

E-WYDANIE

No, może pożar nas nie urządza, za to trzęsienie ziemi może nam skoczyć. Co drugi budynek w Bukareszcie zdobi czerwona kula, zwana buliną, z napisem „Budynek sprawdzony technicznie, klasa I ryzyka sejsmicznego”. Czyli – nie mamy dla państwa dobrych wiadomości. A w naszym domku bezpiecznie, poprzednie trzęsienia ziemi ledwie go musnęły.

Tymczasem wychodzę, a na głowę spada mi kot. I jest to rzecz nienowa, bo przy kiszkouliczce mieści się stołówka dla okolicznych kotów, śmigają kocie wycieczki i kocie patrole, więc zdarza się, że gdy one fru, to ja nieopatrznie pę, otwieram furtkę, pod ciemnicą winogronowych liści, i wtedy one fik, na moją głowę, i wtedy ja w kwik – choć powinnam się przyzwyczaić.

Ceausescu wymyślił Rumunom, że będą się żywić w stołówkach, które nazywano cyrkami głodu. Oczywiście nic z tego nie wyszło, wyszedł natomiast brak kuchni w mieszkaniach, brak stołówek i, dla równowagi, brak także jedzenia.

– Baron, Rufus, hai la mine! – krzyczy sąsiadka, a nad ukucniętą sąsiadką pochyla się karłowata, wynędzniała starowinka i zdaje sprawozdanie ze wszystkich chorób i nieszczęść, które dosięgły ją ostatnio. Pani od stołówki szczęka pokrywkami puszek, pani od nieszczęść kwili coraz słabiej, a koty piszczą z uciechy. – Nie mam czasu tego słuchać, jestem zajęta – mówi pani od kotów, i pewnie bym przeszła obok tej sceny, gdyby nie to zdanie. Co tam w kieszeni mam, daję staruszce.

– Domniszoara…! – woła ona, i to jest mój refren rumuński. Rumunia ciągle przyzywa mnie tym okrzykiem, za każdym winklem, przy każdym sklepie, to jest moje rumuńskie imię.

Idę dalej i kicam po zębach chodnika. Mój Bukareszt to miasto, które wplątało się w wieś, chcąc ją poskromić, które wieś próbowało sobie podporządkować, które w starciu ze wsią musiało pochylić głowy wieżowców. Idziesz na Piata Unirii i masz dużo niesytej, ryczącej wściekle Azji, idziesz na Piata Universitate i Calea Victoriei i masz trochę Paryża i trochę szyku wśród błotka, a potem zapuszczasz się głębiej i jest już tylko wieś, koty i peryferia, kobiety w chustach i cygańskie dzieci, psy, tąpnięte cerkwie i smutne antykwariaty.

A w nocy, gdy zasypiam, słyszę łup, łup, łup, i – łup, łup, łup – to koty biegają po blaszanym dachu nad moją głową. Trzęsienie ziemi? Jeszcze nie teraz.

?>