1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Indra Devi - pierwsza dama jogi

Indra Devi - pierwsza dama jogi

Od lewej: Indra Devi w Szanghaju, gdzie prowadziła swoje pierwsze lekcje (1938) oraz z uczniami ze szkoły w Bangalore.  (Fot. dzięki uprzejmości Fundación Indra Devi)
Od lewej: Indra Devi w Szanghaju, gdzie prowadziła swoje pierwsze lekcje (1938) oraz z uczniami ze szkoły w Bangalore. (Fot. dzięki uprzejmości Fundación Indra Devi)
Nauczyła Marilyn Monroe siedzieć w pozycji lotosu, radzieckich komunistów przekonała, że joga nie jest religią. Pierwsza kobieta z Zachodu, która popularyzując nauki indyjskich guru, sprawiła, że świat dosłownie stanął na głowie. Eugenia Peterson, znana bardziej jako Indra Devi.

„Żenioczka ma talent. Będzie aktorką tak jak ja” – postanowiła Aleksandra Wasiliewna, znana teatralnej publiczności Moskwy przełomu wieków jako Labunskaja. Jej mąż, Wasilij Peterson, z pochodzenia Szwed, i tym razem przyznał żonie rację. Podział ról w rodzinie Petersonów był jasny: on, dyrektor banku, przychylał nieba swoim dwóm kobietom, a Aleksandra dzięki arystokratycznemu pochodzeniu zapewniała mu miejsce na wysokim szczeblu rosyjskiej socjety. Ich córka Eugenia – Żenioczka – dorastała w dobrobycie okraszonym atmosferą artystycznej bohemy. Matka uznała, że rodzinna Ryga to dla jej córki za mało, więc wysłała ją do prywatnej szkoły do samego Petersburga. Jest rok 1917, chwilę przed rewolucją, ale Eugenia nie interesuje się polityką: ma na głowie maturę i egzaminy do szkoły aktorskiej w Moskwie. Wykładowcy są zgodni: panna Peterson ma charyzmę i prezencję.

Cały ten cyrk

Rewolucyjna zawierucha sprawiła, że zamiast podbijać sceny carskiej Rosji, musiała spakować walizki. Uciekła najpierw do Rygi, a potem z matką przez Polskę do Berlina. Ojciec zginął w zawierusze wojny domowej, nigdy nie dowiedziały się, co się z nim stało. Eugenia szybko dołączyła do działającego w stolicy Niemiec zespołu rosyjskiego teatru Jakowa Jużnego Niebieski Ptak.

„Literatura teozoficzna” – głosiło ręcznie napisane ogłoszenie przyklejone do szyby wystawowej małej berlińskiej księgarni. Peterson zaintrygowana weszła do środka. Sprzedawca wręczył jej ulotkę: wynikało z niej, że kontrowersyjne Towarzystwo Teozoficzne, któremu przewodniczyła słynna angielska działaczka Annie Besant, miało wkrótce kongres w holenderskim mieście Ommen. Teozofowie propagowali komparatywne studia nad różnymi religiami i systemami filozoficznymi, skupiając ludzi różnych wyznań. Jednym z gości kongresu miał być hinduski poeta i filozof Jiddu Krishnamurti. „Nie mam pojęcia dlaczego, ale wiedziałam, że muszę tam pojechać” – będzie wspominać po latach Eugenia. Kulturą Indii fascynowała się już jako nastolatka, od kiedy wpadła jej w ręce książka „Filozofia jogi i wschodniego okultyzmu (14 lekcji)” – jedna z pierwszych pozycji w Europie o tradycjach indyjskiego subkontynentu. W posiadłości pewnego holenderskiego teozofa w Ommenie przywitał ją niezwykły widok: cztery tysiące ludzi koczujących w namiotach zgłębiało tajniki medytacji i studiowało stare indyjskie teksty filozoficzne. Z kuchni polowych unosił się zapach nieznanych jej przypraw, którymi doprawiano wegetariańskie dania. „Jak można jeść tę trawę? Zaraz po powrocie do domu zrobię sobie porządny befsztyk” – obiecywała sobie Eugenia. Kongres uznała za ekscentryczny cyrk. Do momentu, kiedy ostatniego wieczoru usłyszała dochodzący z pobliskiego zgromadzenia przy ognisku hymn śpiewany w sanskrycie. To śpiewał Krishnamurti, którego bezskutecznie szukała w obozie przez cały tydzień. „Miałam wrażenie, że słyszę zapomniane wołanie – odległe, lecz znajome. Ten jeden moment był zwrotnym punktem w moim życiu” – napisze w jednej ze swoich książek.

Niebiańska bogini

Tymczasem jej kariera aktorska nabierała rozpędu. Grała przy wypełnionych salach, objechała z zespołem Europę, do garderoby przynoszono bukiety kwiatów od adoratorów. Jeden z nich, bankier Herman Bolm, proponuje jej małżeństwo. Praktyczna Eugenia widzi w tym szansę na spełnienie swoich marzeń. Przyjmuje oświadczyny pod jednym warunkiem: zanim wezmą ślub, Bolm musi zapłacić za jej samotną podróż do Indii. Narzeczony przystał na ten kaprys przekonany, że zmęczona biedą, brudem i upałem Żenioczka wróci stamtąd jak niepyszna prosto w jego ramiona.

W ciągu trzech miesięcy zdołała przejechać całe Indie, z południa na północ. Biała kobieta podróżująca samotnie budziła w brytyjskich Indiach niezdrową sensację, więc Peterson zaczęła ubierać się jak Hinduski. Nosiła sari, sandały, siadała na ziemi, jadła rękami. Nocowała w tanich pensjonatach dla miejscowych. Zaczęła uczyć się hindi.

Już pierwszego dnia po jej powrocie do Europy stęskniony Bolm zabiera ją do restauracji. Przy deserze Eugenia zdejmuje z palca pierścionek zaręczynowy i dławiona poczuciem winy tłumaczy, że nie może zostać jego żoną: „Mam nadzieję, że zrozumiesz. Mój dom jest tam”.

Sprzedała wszystko, co miała: futra, rodową biżuterię, klejnoty i prezenty od adoratorów. Szacowała, że pieniędzy powinno jej wystarczyć na podróż i pół roku życia w Indiach. „A co potem? Indie? Kogo ty tam znasz?” – dopytywała się jej zaniepokojona matka. „Nikogo” – odparła Eugenia. „Nauczę się tradycyjnego indyjskiego tańca. Może zagram w filmie?”.

Indra Devi z matką, późne lata 40. (Fot. dzięki uprzejmości Fundación Indra Devi) Indra Devi z matką, późne lata 40. (Fot. dzięki uprzejmości Fundación Indra Devi)

Pierwszy punkt planu okazał się łatwy do wykonania. Zaraz po przyjeździe prosi o lekcje znaną tancerkę i aktorkę hinduską Enakshi Rama Rau. Już po kilku zajęciach nauczycielka stwierdziła, że edukacja Eugenii dobiegła końca: „Nie umiem tego wytłumaczyć, ale ty już wszystko umiesz!”. Towarzyskie wsparcie oferowali teozofowie, których główna siedziba mieściła się w Adyar. Eugenia była tam częstym gościem, czasem tańczyła dla zebranych. Tam poznała znanego polityka Jawaharlala Nehru, z którym połączyła ją przyjaźń. W Adyar zauważył ją też reżyser Bhagwati Mishra, który zaproponował jej rolę w filmie „Arabski rycerz”. Oczywiście, się zgodziła – jej portfel był coraz cieńszy, a gaża za rolę nie do pogardzenia. Film wszedł na ekrany w 1930 roku, w napisach końcowych nie figurowała jednak żadna Eugenia Peterson. Mishra upierał się, żeby aktorka przybrała hinduski pseudonim. „Masz tu listę imion, wybierz na chybił trafił”. Stuknęła palcem w podsuniętą kartkę. „Co to znaczy?” „W sanskrycie to niebiańska bogini. Dobry wybór”. Tak właśnie narodziła się Indra Devi.

Małżonka

„To najbardziej pożądany i zatwardziały kawaler w Bombaju” – przedstawiono jej Jana Strakatiego, 40-letniego pracownika czeskiego konsulatu. Już po kilku miesiącach wzięli ślub przed obliczem czeskiego ambasadora. Trudno było nie zauważyć, że nowa, ekscentryczna żona Jana nie pasowała do kręgów dyplomatycznych. Co prawda tak jak inne panie wydawała podwieczorki, bywała na wyścigach konnych i rautach, ale wciąż widywano ją, jak ubrana w sari sama przemierza ulice Bombaju. Bywała w domu pisarza Rabindranatha Tagore, spotykała się z członkami indyjskiego ruchu emancypacyjnego. Kategorycznie odmówiła zerwania towarzyskich kontaktów ze swoimi hinduskimi przyjaciółmi. U siebie w domu podejmowała Hindusów ze wszystkich kast, dając środowisku europejskich ekspatów tematy do ciągłych plotek. Gorset konwenansów uwierał ją coraz bardziej. „Czy po to tu przyjechałam? Żeby być panią na salonach [...]? Zrozumiałam, że muszę wrócić do początku, zacząć wszystko od nowa. Ale nie wiedziałam jak” – wspominała. Sytuacji nie poprawiał fakt, że zaczęła chorować na serce. Mdlała, spędzała całe dnie w łóżku, a lekarstwa zalecane przez europejskich lekarzy nie przynosiły żadnych skutków. W nadziei na skuteczną terapię Jan zawiózł ją do Pragi. Kardiolog spojrzał na jej napuchniętą, bladą twarz i rozłożył bezradnie ręce. „Nie potrafię pani pomóc, ale przecież mieszka pani w Indiach. Proszę porozmawiać z joginami – oni potrafią zdziałać cuda”.

Tylko dla Hindusów

Do spotkania z najsłynniejszym wówczas guru jogi Sri Krishnamacharyą Indra przygotowywała się kilka godzin. Listownie poprosiła go o przyjęcie na kurs, chciała wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Ale guru nawet nie spojrzał jej w oczy. „Nie przyjmę do siebie kobiety, i to na dodatek cudzoziemki. Joga jest tylko dla mężczyzn i tylko dla Hindusów”. Był stanowczy, ale nie wiedział, z kim przyszło mu się zmierzyć. „Umiał zatrzymać bicie swojego serca, wyłączyć siłą myśli światło i zapalić je ponownie. Nie umiał tylko jednego: pozbyć się mnie” – śmiała się Devi. Wykorzystała swoją znajomość z maharadżą Mysore, który przekonał guru, aby dał jej szansę. Krishnamacharya niechętnie się zgodził, ale ostrzegł Indrę, że nie będzie miała taryfy ulgowej. Tak jak wszyscy jego uczniowie ma przejść na dietę wegańską, zrezygnować z cukru, mąki, ryżu, konserw. Cebula czy marchew też były zakazane, w ośrodku jadło się tylko te warzywa, na które „padły promienie słońca”. Nie wolno było ogrzewać się przy ogniu, pobudka była przed wschodem słońca, a o dziewiątej wieczorem wszyscy już spali. Indra była zdeterminowana, postanowiła zignorować niewygody. Schudła, nabrała energii, a guru, widząc jej wytrwałość, zaczął udzielać jej indywidualnych lekcji. Wszystkie symptomy jej choroby zniknęły. Krishnamacharya obstawał, żeby Devi zapisywała wszystko, czego ją uczył. Za zamkniętymi drzwiami instruował ją w asanach, ćwiczeniach oddechowych, wyjaśniał przesłanie starych tekstów filozoficznych.

W dniu, gdy Jan Strakati dowiedział się, że zostanie przeniesiony na placówkę w Szanghaju, guru zawołał do siebie Indrę. „Opuszczasz nas. Będziesz uczyć jogi. Jesteś gotowa”. Była przekonana, że jej mistrz się myli. Albo sobie z niej żartuje. Na statku do Szanghaju zrozumiała jednak, że nie ma już ochoty odgrywać roli konwencjonalnej żony dyplomaty.

Postanowiła oddać biednym swoje suknie i na stałe chodzić tylko w sari. Pierwsze kroki w kosmopolitycznym Szanghaju skierowała do najbardziej prestiżowego salonu politycznego miasta: do domu Song Meiling – żony Czang Kaj-szeka, przywódcy Kuomintangu. Song, entuzjastka jogi, zaproponowała Devi prowadzenie u niej zajęć dla Chińczyków i zainteresowanych Europejczyków i Amerykanów. 1939 rok zapowiadał się ekscytująco: wykłady i zajęcia Indry cieszyły się ogromną popularnością, a studenci zaczęli zwracać się do niej mataji – matko nauczycielko. Mało kto wiedział, że żona czeskiego dyplomaty prowadzi też po godzinach lekcje w sierocińcach i przytułkach dla ubogich.

Hollywood i hotel Sowiet

Koniec drugiej wojny światowej zastał Indrę, gdy znów odwiedzała Indie. Jan, odwołany czasowo do Europy, umarł na zawał kilka miesięcy wcześniej. Devi porządkuje sprawy majątkowe, ale nie wie, co robić dalej. Chiny stały się zbyt niestabilne politycznie, sytuacja w Indiach też rokuje rychłe zmiany. A może wsiąść na statek i popłynąć w nieznane? „Ameryka? A kogo pani tam zna?” – pada pytanie w konsulacie USA w Bombaju. „Nikogo. Kiedyś już zadano mi to pytanie...”.

Jej sława ją wyprzedziła. „Założenie szkoły jogi w Hollywood? Fantastyczny pomysł!” – nie kryła entuzjazmu Elizabeth Arden, która o słynnej Devi słyszała od znajomych. „Królowa kosmetyków” poprosiła Indrę o opracowanie kilku relaksacyjnych ćwiczeń. Proponowała je swoim klientkom. „W większości przypadków ludzie chcą kopiować zwyczaje i upodobania swoich idoli” – pisała Devi w bestsellerowej książce „Yoga for Americans” [Joga dla Amerykanów] – „Dlatego tak wielu zaczęło ćwiczyć jogę tylko dlatego, że robiła to Gloria Swanson, Yehudi Menuhin, Ben Gurion czy Nehru”.

Na nauki do Indry przychodziła śmietanka Fabryki Snów: oprócz Swanson na liście uczniów znaleźli się m.in. Greta Garbo, Yul Brynner i Marilyn Monroe. W wolnych chwilach Devi udzielała też darmowych lekcji zwykłym śmiertelnikom: sprzedawczyniom, gospodyniom domowym czy robotnicom z fabryk. Z czasem opracowała system asan, ćwiczeń medytacyjnych i relaksacyjnych dostosowany do potrzeb swojej amerykańskiej klienteli. Wyszła ponownie za mąż za lekarza Siegfrieda Knauera, który przyjął rolę jej asystenta. W 1953 roku otrzymała amerykańskie obywatelstwo. W nowym paszporcie w rubryce „imię i nazwisko” po raz pierwszy mogła wpisać: Indra Devi.

„Odważna kobieta postawiła Kreml do góry nogami” – krzyczały nagłówki amerykańskich gazet w 1960 roku. Devi po 40 latach od wyjazdu z Rosji wybrała się w podróż do Związku Radzieckiego. Interesowało ją tylko jedno: czy w kraju jej młodości uprawia się jogę? Sowieccy dyplomaci w Los Angeles zaproponowali, żeby przekonała się na własne oczy. W ambasadzie Indii w Moskwie natknęła się na dawnego znajomego z Bombaju. „Wspaniale, że przyjechałaś! Oni tu myślą, że joga to religia...” Ambasador Indii zaaranżował spotkanie z radziecką wierchuszką: na przyjęcie w hotelu Sowiet przyjechał sam minister spraw zagranicznych Aleksiej Gromyko. W dwugodzinnym wykładzie Devi starała się wytłumaczyć, czym jest joga. „Wielu myśli, że to religia. Innym wydaje się, że ma coś wspólnego z magią, sztuczkami na linie, siedzeniem na gwoździach, leżeniem na tłuczonym szkle, połykaniem ognia czy zaklinaniem węży. Kojarzona jest z przewidywaniem przyszłości, hipnozą czy spirytyzmem. W rzeczywistości joga to metoda. Droga do fizycznego, intelektualnego i duchowego rozwoju” – klarowała Indra. Pod koniec wykładu Gromyko wstał i wzniósł na jej cześć toast. „Za Indrę Devi, która otworzyła nasze oczy na jogę!”.

Mataji spodziewała się pewnie, że następnego dnia dziennikarze i przyszli studenci zasypią ją listami i telefonami. Nic z tego. Opuści ZSRR rozczarowana.

Od pierwszego wejrzenia

W rok po powrocie ze Związku Radzieckiego przenosi się wraz z mężem na ranczo w Meksyku, gdzie zakłada centrum treningowe dla nauczycieli jogi. Udziela lekcji, pisze kolejne książki, kilka razy w roku odwiedza Indie.

Po śmierci drugiego męża zamierzała nawet przenieść się tam na stałe, ale zobowiązania wzywały ją najpierw do Argentyny, miała tam wygłosić serię wykładów. „Wiedziałam o was tyle, że macie tango i Ziemię Ognistą” – śmiała się przed kamerami w studiu telewizyjnym w Buenos Aires. To była miłość od pierwszego wejrzenia: Argentyńczycy pokochali charyzmatyczną starszą panią, a ona straciła głowę dla ich stolicy. „Przenoszę się tam na stałe” – oświadczyła po powrocie do Meksyku. „A co z przyjaciółmi? Twoim centrum? Uczniami? Kogo ty znasz w Argentynie?”.

„Nikogo”.

Została tam już do śmierci, za to swoje 91. urodziny obchodziła w Rosji. Moskwa w 1990 roku wyglądała już jak inne miasto. Tym razem Indra nie mogła opędzić się od łowców autografów i fanów. Gospodarz popularnego telewizyjnego show, w którym miała gościć, przeraził się, gdy usłyszał, ile Devi ma lat. Czy ktoś pomoże jej wejść na drugie piętro, gdzie mieści się studio? Ku zdumieniu ekipy Indra, wciąż udzielająca dwóch lekcji jogi dziennie, wbiegła lekko po schodach i usadowiła się na kanapie w pozycji lotosu.

Przez kolejne dziewięć lat będzie podróżować po najdalszych zakątkach globu, zarażając ludzi pasją do jogi. Swoje setne urodziny obchodziła w ukochanym Buenos Aires z trzema tysiącami gości. Planowała kolejne wizyty w Indiach, w Europie Wschodniej, w Afryce. Raptownie pogarszający się stan zdrowia jej na to nie pozwolił. Umarła na kilka dni przed swoimi 103. urodzinami, 25 kwietnia 2002 roku. Jej prochy rozsypano nad Rio de la Plata.

Korzystałam z książki Indry Devi „Yoga for You” i z materiałów fundacji Indry Devi.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny. Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje? Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować. Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania. W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze. W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta? Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja.  O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł? Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów? W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego? Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo. Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy. Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom! Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów? Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami? Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania? Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych? Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle? Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli. Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek. Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).

  1. Zwierciadło

Najlepszy prezent na gwiazdkę dla twojego dziecka: czas i uwaga

Brakuje ci pomysłu na prezent świąteczny dla dziecka? Pamiętaj, że prezenty nigdy nie zastąpią waszych relacji. (fot. iStock)
Brakuje ci pomysłu na prezent świąteczny dla dziecka? Pamiętaj, że prezenty nigdy nie zastąpią waszych relacji. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Szukasz idealnego prezentu dla dziecka? Daj mu coś, co ma wartość ponadczasową – swój czas i uwagę. Są cenniejsze niż jakakolwiek kupiona w sklepie rzecz.

Już od pierwszych dni życia dziecka kupujemy mu całe masy przedmiotów. Butelki z obrazkami, śliniaczki z postaciami z kreskówek, kołderki, słodkie ubranka. Oczywiście wszystko nowe i dopasowane do kolorystyki pokoju. A przecież maluchowi przez wiele lat będzie obojętne, czy jego śpioszki pasują do kocyka. To samo dotyczy przeceniania roli gadżetów elektronicznych. Coraz częściej pod choinką lądują tablety lub najnowsze modele smartfonów. I co w tym złego, że idziemy z duchem czasu? Nic, pod warunkiem że mamy świadomość, że tego typu gadżety często rozwijają kreatywność i oswajają dziecko ze światem nowych technologii, ale nigdy nie zastąpią prawdziwego kontaktu z rodzicem.

Dlaczego tak łatwo wpadamy w spiralę ciągłego kupowania nowych zabawek? Wyjaśnienie jest proste: cokolwiek kupujemy dziecku – kupujemy to tak naprawdę sobie. Obdarowując malucha, bardzo często zaspokajamy przy okazji własne potrzeby emocjonalne. Nowa zabawka może łagodzić niepewność w roli rodzica lub wynagradzać niespełnione potrzeby z dzieciństwa; może też budować wizerunek wspaniałego rodzica, który odejmie sobie od ust, ale swojemu dziecku zapewni wszystko. Tymczasem do wychowania małego człowieka potrzebne jest tak naprawdę bardzo mało rzeczy – wiedzą o tym dobrze rodzice, którzy mają więcej niż jedno dziecko – z czasem okazuje się, że wystarczy dosłownie pięć procent tego, co wydawało się niezbędne przy pierwszym maluchu.

Prezenty na gwiazdkę dla dziecka zamiast dobrej relacji

Wraz z dorastaniem dziecka pojawia się kolejny mechanizm: im mniej mamy dla niego czasu, tym częściej próbujemy mu to wynagrodzić prezentami. Podświadomie zasypujemy pustkę naszych relacji. Niestety, nie naprawimy niczego w ten sposób. Przedmioty, nawet te pozornie przez dziecko wymarzone, to tylko przedmioty. Nie mają nic wspólnego z relacją dziecko − rodzic. Im większy strach rodzica, że nie wywiązuje się należycie ze swojej roli, tym chętniej sięga po portfel. Wręczamy prezent i natychmiast czujemy się lepiej. Niemal każdemu zdarzyło się choć raz oszukać siebie samego w ten sposób.

Świąteczne prezenty dla dziecka bywają wyzwaniem. Czy znasz swoje dziecko na tyle, że wiesz co sprawi mu największą radość? (fot. iStock) Świąteczne prezenty dla dziecka bywają wyzwaniem. Czy znasz swoje dziecko na tyle, że wiesz co sprawi mu największą radość? (fot. iStock)

Sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że usprawiedliwieniem dla zasypywania dziecka przedmiotami jest podsycane przez reklamy myślenie: „Nie chcę, żeby czuło się gorsze”. Reklamodawcy świetnie się orientują w poczuciu winy rodziców i dlatego wysyłają im konkretną informację: „Chcesz być dobrym rodzicem? Twoje dziecko musi więc teraz, na Gwiazdkę, dostać takie i takie przedmioty”. Nagminnie dajemy się na to łapać. Nie chcemy, żeby nasze dziecko czuło się gorsze od innych. Problem tylko w tym, że większość gadżetów bardzo szybko się dezaktualizuje i zaraz musimy kupować nowe. Ich główną rolą jest przynoszenie satysfakcji z posiadania. Niestety, chwilę później jej miejsce zajmuje frustracja wynikająca z tego, że nie mamy nowszej, bardziej aktualnej wersji.

Prezent na gwiazdkę dla dziecka? - Złoty środek

Oczywiście nie warto całkowicie pozbawiać dziecka dostępu do zabawek, szczególnie tych elektronicznych. Umiejętność poruszania się w świecie nowych technologii to przepustka do orientacji w bieżących trendach i być może lepszej pracy w przyszłości. Nie możemy izolować dziecka od nowoczesnego wymiaru świata. Starajmy się jednak zachować przy tym zdrowy rozsądek. Kupowanie, gdy coś jest potrzebne, zepsuło się, dziecko wyrosło ze starego – tak. Strukturalizacja czasu poprzez wspólne zakupy – nie. Dobrym sposobem na wypracowanie umiaru jest zadawanie samemu sobie pytań: „Skąd wiem, że on tego potrzebuje? Co z tym da się zrobić? Jak ona będzie się tym bawić? Czy ta rzecz sprawi, że trzeba będzie kupować następne w kolekcji?”. Takie pytania, zadane sobie na minutę przed zakupem, w jednej chwili ostudzą nasze emocje i przywracają zdrowy rozsądek.

Co zatem zamiast nowej gry komputerowej? Bilety do kina, na basen, na zawody, na turniej, na pokaz. Pamiętajmy, że małe dziecko lubi chodzić kilka razy w to samo miejsce, dlatego kupowanie co roku biletów na „Dziadka do orzechów” zaspokaja jego potrzebę poznawczą wciąż z taką samą intensywnością. Wspólna wycieczka, wyprawa do zoo, lepienie bałwana, gra dla całej rodziny, która będzie rosła razem z dzieckiem, książki, które się dziecku przeczyta na głos – takie prezenty mają wartość ponadczasową. Wiążą się z dawaniem dziecku siebie – swojego czasu i uwagi, a to jest znacznie cenniejsze niż jakakolwiek rzecz.

Twoje dziecko nie potrzebuje wszystkiego. To tobie jest potrzebne poczucie, że dajesz mu wszystko. Dlatego zanim kupisz mu kolejny przedmiot, zadaj sobie pytanie: „Po co ja to robię? Czy ten przedmiot nie zaśmieci życia mojego dziecka?”.