1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Erna Rosenstein - malarka wyjątkowa

Erna Rosenstein - malarka wyjątkowa

Erna Rosenstein w 1994 roku. (Fot. Michał Sadowski/Forum)
Erna Rosenstein w 1994 roku. (Fot. Michał Sadowski/Forum)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Artystka. Ale też bajkopisarka, poetka. Niepokorna komunistka wyklęta przez socrealistów. Mówiła: „Poczucie nadzwyczajności wyrzucone oknem wraca drzwiami w każdej, nawet najbardziej logicznej sztuce”.

"Proszę wymienić ważne fakty, które wpłynęły na pana/pani twórczość?” – zwrócił się do Erny Rosenstein w 1967 roku „Miesięcznik Literacki”.

„Diabeł, który stanął w nocy przy moim łóżku. Bardzo wysoka pani w niebieskiej nadmiernie zwężającej się sukni, która wyszła z morza. Różowe, niebieskie i białe anielice o czarnych włosach być może z cukru, a być może ze śniegu. Czarne korytarze o wielu drzwiach. Krajobrazy z drobnymi szczególikami, pełne banalnych kwiatków, motyli i różnych ślimaków” – odpowiedziała.

Nikt nie odważył się w ten sposób zareagować na standardowe pytania ankiety „Twórcy i odbiorcy o plastyce”. Ona odwrotnie – nie miała odwagi powiedzieć nic banalnego.

Wisiorek z guzika

Ten, kto ją spotkał i z nią rozmawiał, wiedział od razu, że ma do czynienia z osobą, która nie demonstruje wyjątkowości, ponieważ nie musi – jest od stóp do głów wyjątkowa.

Wyglądała zwyczajnie, nawet przeciętnie. Na zdjęciach dokumentalnych, np. z wernisaży, widzimy ją często w białej bluzce z kołnierzykiem lub żabotem, uśmiechniętą. Wcielenie normalności. Wiele o niej mówiły szczegóły: rzucony mimochodem żart, absurdalna obserwacja, dodatek do ubrania.

Ja na przykład zapamiętałam jej sandały. Miała około 80 lat i zmierzała na wernisaż swej wystawy w warszawskiej galerii rzeźby. Na nogach miała sandałki własnoręcznie przerobione i wycięte. W dyskretny, ekstrawagancki sposób odsłaniała wciąż zgrabną i smukłą stopę. A jeszcze bardziej zdumiewające było to, co nosiła na szyi. Jako biżuterii używała tworzone przez siebie ozdoby. Mógł to być wisiorek z guzika do bielizny pościelowej przytrzymanej żabką do firanek, kolia z otwieraczy do konserw, broszka ze zgniecionego kapsla przytwierdzonego do starej tubki od farb.

Jej pracownia na warszawskim Mokotowie przypominała pełną humoru i groteski, surrealistyczną instalację. Najeżona dziwnymi obiektami tworzonymi z odpadków i śmieci, na półkach, stolikach, parapetach i ścianach, uwodziła odmiennością, czarowała.

Rosenstein tworzyła obrazy, asamblaże, rysunki, pisała scenariusze nigdy niezrealizowanych filmów oraz wystaw, ale także bajki i wiersze. Jaką była artystką? Feministyczną, ale bez ogłaszania, że to, co tworzy, jest sztuką kobiet. Świadomą politycznie, ale bez wmawiania sobie i innym, że sztuka może zmienić świat. Sztuka była dla niej koniecznością. Fantazją, bez której życie byłoby nie do zniesienia.

Dziwna religia

„Jeszcze jako dziewczynka, chodząc po krakowskich Plantach, zbierałam niewielkie kamyki. Później malowałam na różne kolory i rozrzucałam je z powrotem. Obserwowałam ludzi, jak reagują. Chyba chciałam, żeby się dziwili” – opowiadała.

Zachowała też w pamięci inny obrazek. Oto w Krakowie: „Była uliczka Kremerowska, po drugiej stronie chodnika był trawnik. Bawiłam się z dzieciakami. Różnymi. Rodzice patrzyli z balkonu: niech ona się bawi ze wszystkimi. Myśmy robili takie mieszkania w trawniku dla złych duchów. Szło o to, że złe duchy nie mają gdzie spać w nocy, wchodzą w człowieka i wywołują złe sny. Bardzo dziwna religia, prawda?”.

Urodziła się w 1913 roku we Lwowie. Jej ojcem był Maksymilian Rosenstein, wzięty prawnik, matką Anna ze Schragerów. W swoich notatkach przechowywała urywki wspomnień: mglisty obraz z lwowskiego przedszkola. Albo z włoskiego Lugano, gdzie pojechała na wakacje z rodzicami i nagle się zgubiła. Tak się zapomniała w zabawie z innymi dziećmi. Odnaleziono ją – w różowej sukience, w którą tego dnia ubrała ją matka, całkiem zachlapanej, bo dzieci bawiły się, chlapiąc się w kałuży. Do szkoły mała Erna chodziła we wspomnianym Krakowie, gdzie przenieśli się rodzice.

Wychowana w cieple, poczuciu bezpieczeństwa wcześnie rozwinęła w sobie potrzeby estetyczne i artystyczne. Jak potem opowiadała, była to głównie zasługa matki, która miała inklinacje artystyczne, była duszą towarzyskich przyjęć. Przekazała córce miłość do poezji, przede wszystkim Rilkego (w czasie wojny Rosenstein wspólnie ze swoim pierwszym mężem Allanem Kosko będzie tłumaczyć właśnie wiersze Rilkego).

Lubiła i potrafiła wspominać dzieciństwo. Miała pamięć precyzyjną, żywą, ale nie przywiązywała wagi do dat. Czas miał dla niej charakter kołowy, wszystkie momenty życia istniały razem, co mocno widać w jej sztuce, pewne motywy – ręka, oko, usta, nóż, świecący Księżyc – powracają tak, jakby istniały zawsze, były gdzieś w kosmosie, tylko sztuka do nich powracała. Był tylko jeden okres w jej życiu, który nie miał w sobie nic magicznego i którego wspominać nie lubiła – Holokaust. Lata niemieckiej okupacji przeżyła w ukryciu i w nieustannej ucieczce przed nazistami.

Wyrok

Wcześnie została komunistką. Już w gimnazjum była w nielegalnej  międzyszkolnej komórce partyjnej, gdzie miała pseudonim „Zośka”. W 1932 roku zdała maturę. Wtedy w Polsce walka polityczna się zaostrzała, coraz niebezpieczniej było działać, zwłaszcza w nielegalnej partii, rodzice postanowili chronić córkę i wysłali ją na studia do Wiednia. Wcześniej studiował w Wiedniu starszy brat artystki – Nacek (Paweł Narcyz Rosenstein-Rodan, potem słynny brytyjski i amerykański ekonomista). Wydawało się, że oderwą ją od złych wpływów. Było to jednak złudzenie. Młoda Rosenstein, która jesienią 1932 roku została przyjęta na Wiener Frauenakademie, czyli akademię dla kobiet, natychmiast nawiązała kontakt z podziemnymi strukturami komunistycznymi.

Po latach niewiele mówiła o przeżyciach artystycznych w okresie wiedeńskim, więcej o polityce. Dobrze zapamiętała np. rewolucję przeciw rządom Dollfussa w lutym 1934 roku, bo akurat w 1934 zaczęło być w Austrii gorąco, panował austrofaszyzm. Rosenstein jeszcze w tym samym roku wróciła do Krakowa. Zapisała się na Akademię Sztuk Pięknych i, co było do przewidzenia, znów skontaktowała się z lokalną komunistyczną siatką.

W 1939 za udział w demonstracji pierwszomajowej została aresztowana i potem wraz z grupą innych protestujących sądzona. Obrońcą w procesie politycznym był jej ojciec. „Wyroki były niskie – wspominała – w końcu wznosiliśmy hasła antyhitlerowskie”. Wyrok się nie uprawomocnił. Wybuchła wojna.

Jak ją przeżyła? Kilka razy składała świadectwo. Pozbawione jest literackiego polotu. W czasie wojny krok po kroku z pełnoprawnego obywatela, artystki, początkującej poetki stała się człowiekiem niższej kategorii. Dla nazistów jej tożsamość była jednoznaczna – była Żydówką. Walka o życie trwa dla niej od lipca 1941, kiedy Niemcy zdobyli Lwów, do stycznia 1945 roku, kiedy Armia Czerwona wkroczyła do Częstochowy, gdzie Rosenstein ukrywała się pod koniec okupacji. Jej narracja o tamtym okresie ma jedną charakterystyczną cechę – nikogo w niej nie oskarża. Same fakty są wystarczającym oskarżeniem. Od chwili wyjścia z lwowskiego getta dla Rosenstein, jeszcze wtedy ukrywającej się wraz z rodzicami, najbardziej niebezpieczni są Niemcy, ale nie tylko, także Polacy szczególnego typu, czyli szantażyści i szmalcownicy. I to właśnie polski szantażysta zastawia na jej rodzinę pułapkę. Oto budzący zaufanie człowiek proponuje pomoc w wyjeździe na letnisko. W ciemności, po wyjściu z pociągu, pokazuje, kim jest naprawdę. Krępuje Rosenstein, zabija jej rodziców, ona cudem wyzwala się z więzów i ucieka. Resztę okupacji przeżyje na fałszywych papierach, ukrywając się, gubiąc tropy, przenosząc z miejsca na miejsce.

Powrót

Rok 1945, wyzwolenie. Co dalej ze sztuką? A z życiem? Koleje życiowe Rosenstein są takie jak tysięcy innych, którzy przeżyli. Najpierw wraca do domu, do Krakowa. Jednak mieszkanie jest już przez kogoś zajęte. Na straganie artystka widzi książki ze swojej biblioteki, nie reaguje.

Debiutuje późno. Ma już 32 lata. Jej malarskie początki są nieśmiałe, ostrożne. Jeszcze nie wie, jaki wybrać styl. Maluje np. „Wypoczynkową”, „Pływalnię”. Ale też powstaje pełne okrutnych wspomnień „Getto”.

Erna Rosenstein, Narodziny, 1949, © Muzeum Sztuki, Łódź. Erna Rosenstein, Narodziny, 1949, © Muzeum Sztuki, Łódź.

Rosenstein ma szczęście – odnajduje brata. Najpierw szuka go przez Czerwony Krzyż. Kiedy to nie odnosi skutku, sama pisze list do London School of Economics, gdzie brat wykładał przed wojną. Otrzymuje jego adres. To Nacek sprowadza ją za granicę, spotykają się w Londynie, potem brat umożliwia jej pobyt w Paryżu, gdzie Rosenstein spotyka Artura Sandauera, znajomego sprzed wojny, pisarza i krytyka literackiego. Zwiąże się z nim na całe życie, w 1950 urodzi mu syna. Na razie podejmują wspólnie ważną decyzję: powrót do Polski. Decyzja to brzemienna w skutki, bo w kulturze w Polsce zaraz zacznie się stalinizm. W 1948 r. Sandauer otrzymuje propozycję pracy w piśmie „Odrodzenie”. Ale zaraz potem ją traci za ostrzejszą wypowiedź pod adresem nowej polityki kulturalnej. Ich życie w związku z tym, że oboje są raczej na „nie” wobec socrealizmu, zaczyna przypominać walkę na froncie. Rosenstein nie zgłasza obrazu na I Ogólnopolską Wystawę Plastyki. Ma odwagę powiedzieć na partyjnym zebraniu, że w sprawach sztuki partia być może się myli. Wybucha skandal, artystka otrzymuje naganę. Tą samą postawą wykażą się jej koledzy z Grupy Krakowskiej: Jaremianka i Stern, chociaż także partyjni.

W 1951 roku Rosenstein maluje obraz „Ekrany” poświęcony rodzicom – ich głowy unoszące się na ciemnym tle lasu. To zerwanie ze stalinowską wersją historii, w której masy ludowe walczyły u boku ZSRR przeciw niemieckim faszystom. Rosenstein pokazuje, że byli ludzie, którym nie pomogły ani masy ludowe, ani Armia Czerwona i którzy ginęli sami, w lesie. Skrajnie niesocrealistyczny obraz namalowany w samym środku socrealizmu. Na żadnej wystawie wtedy niepokazany.

Erna Rosenstein, Ekrany, 1951, © Muzeum Sztuki, Łódź. Erna Rosenstein, Ekrany, 1951, © Muzeum Sztuki, Łódź.

Organizm

Być może właśnie tak się zaczyna każda wybitna sztuka. Nie od akceptacji, ale od odrzucenia? Nie od poklasku, ale od izolacji?

Rosenstein oficjalnie nie maluje. Pracuje w spółdzielni Wzór, razem z innymi plastyczkami tworzy ceramikę, tkaniny, trochę ilustracji. W samotności maluje dla siebie. Kiedy przychodzi odwilż, od razu włącza się w nurt artystycznego życia, wystawia, zakłada z kolegami Grupę Krakowską. I ma swoją pierwszą wystawę indywidualną w Galerii Krzywego Koła w Warszawie. Jednak najciekawsze prace tworzy w drugiej połowie życia.

Przełom w jej twórczości następuje w połowie lat 60. To właśnie około 1965 roku w jej sztuce dzieje się coś nowego. Nie jest już tylko malarką. Tworzy asamblaże, trójwymiarowe kompozycje z kawałków sztucznego szkła, blaszek, plastikowych elementów, które przypominają sprzęty z dawnych epok, skarby z zatopionego okrętu. Noszą też orientalne nazwy – na przykład „Lampa Aladyna” albo „Podróż Sindbada”. Jednocześnie w jej rysunkach i obrazach pojawia się ciekawie traktowane kobiece ciało. Coś nabrzmiewa, pączkuje, mnoży się i zachodzi w ciążę. W 1968 roku powstaje kluczowy dla tego etapu jej sztuki obraz „Organizm”.

Erna Rosenstein, Pęcznieje, 1966, © Muzeum Sztuki, Łódź. Erna Rosenstein, Pęcznieje, 1966, © Muzeum Sztuki, Łódź.

W jej sztuce narasta jeszcze inny, równie ciekawy proces: Rosenstein coraz bardziej interesuje się rozpadem materii. Jest w tym nie tylko zaduma nad przemijaniem, to zbyt banalne. Przede wszystkim coraz silniej dochodzi do głosu trauma przeszłości. Wymowne są pod tym względem obrazy z lat 80., malowane na zbitych kawałkach desek, objęte wspólną nazwą „Obrazy bezdomne”. Jeden z nich to zestawione ze sobą kompozycje ze śladami spływającej czerwonej farby, nosi tytuł „Zewsząd krew”.

Jednocześnie artystka z coraz większą swobodą bawi się samym rozpadem i przemijaniem. Tworzy kompozycje ze zużytych opakowań po czekoladkach i nazywa ją „Skarbiec”. Maluje kosz na śmieci w swojej pracowni w fantazyjne zakrętasy. Jest w tym mnóstwo humoru. Od tej pory każde wyrzucenie śmieci staje się małym performance’em. Zamienia w obiekt sztuki stary ebonitowy telefon, wsadzając do niego nogi martwego ptaka. Ustawia na szafce w pracowni. Może ktoś sięgnie po słuchawkę?

Wyrażalne

Kim była? Konceptualistką? A może tym samym dzieckiem, które kiedyś rzucało kamyczek na drogę i pytało: „Jak zareagują?”.

Erna Rosenstein, Chwila wieczności, 1977, © Muzeum Sztuki, Łódź. Erna Rosenstein, Chwila wieczności, 1977, © Muzeum Sztuki, Łódź.

„Erna stukawna – mówi o niej Bożena Kowalska, krytyk sztuki. – Wie pani dlaczego? Od stu kaw dziennie. Była radosna, pełna humoru, wszyscy ją lubili, przyciągała ludzi swoim zainteresowaniem, otwartością, dowcipem. Siedzimy kiedyś razem, wchodzi Koji Kamoji [polski artysta o japońskim rodowodzie – przyp. red.], a ona mówi: Koji? Nie szkodzi”.

„Droga Medio” – zaczynał do niej list malarz Stanisław Fijałkowski. Wysłał jej też taki telegram: „Wszystko w porządku, TUBATOR POCZUŁ TUBIENIE”.

Czym jest tubienie? A czy musimy to wyjaśniać? Niech pozostanie po Ernie Rosenstein jakaś nierozwiązana zagadka.

„Dla Artura Sandauera wszystko było wyrażalne. On był racjonalistą. Racjonalizował świat” – zagadnięto kiedyś Ernę Rosenstein o męża. Odpowiedziała: „Tak mu się zdawało”.

Prace Erny Rosenstein stanowią część Kolekcji Sztuki XX i XXI wieku Muzeum Sztuki w Łódź.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny. Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje? Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować. Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania. W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze. W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta? Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja.  O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł? Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów? W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego? Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo. Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy. Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom! Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów? Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami? Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania? Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych? Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle? Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli. Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek. Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).

  1. Zwierciadło

Najlepszy prezent na gwiazdkę dla twojego dziecka: czas i uwaga

Brakuje ci pomysłu na prezent świąteczny dla dziecka? Pamiętaj, że prezenty nigdy nie zastąpią waszych relacji. (fot. iStock)
Brakuje ci pomysłu na prezent świąteczny dla dziecka? Pamiętaj, że prezenty nigdy nie zastąpią waszych relacji. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Szukasz idealnego prezentu dla dziecka? Daj mu coś, co ma wartość ponadczasową – swój czas i uwagę. Są cenniejsze niż jakakolwiek kupiona w sklepie rzecz.

Już od pierwszych dni życia dziecka kupujemy mu całe masy przedmiotów. Butelki z obrazkami, śliniaczki z postaciami z kreskówek, kołderki, słodkie ubranka. Oczywiście wszystko nowe i dopasowane do kolorystyki pokoju. A przecież maluchowi przez wiele lat będzie obojętne, czy jego śpioszki pasują do kocyka. To samo dotyczy przeceniania roli gadżetów elektronicznych. Coraz częściej pod choinką lądują tablety lub najnowsze modele smartfonów. I co w tym złego, że idziemy z duchem czasu? Nic, pod warunkiem że mamy świadomość, że tego typu gadżety często rozwijają kreatywność i oswajają dziecko ze światem nowych technologii, ale nigdy nie zastąpią prawdziwego kontaktu z rodzicem.

Dlaczego tak łatwo wpadamy w spiralę ciągłego kupowania nowych zabawek? Wyjaśnienie jest proste: cokolwiek kupujemy dziecku – kupujemy to tak naprawdę sobie. Obdarowując malucha, bardzo często zaspokajamy przy okazji własne potrzeby emocjonalne. Nowa zabawka może łagodzić niepewność w roli rodzica lub wynagradzać niespełnione potrzeby z dzieciństwa; może też budować wizerunek wspaniałego rodzica, który odejmie sobie od ust, ale swojemu dziecku zapewni wszystko. Tymczasem do wychowania małego człowieka potrzebne jest tak naprawdę bardzo mało rzeczy – wiedzą o tym dobrze rodzice, którzy mają więcej niż jedno dziecko – z czasem okazuje się, że wystarczy dosłownie pięć procent tego, co wydawało się niezbędne przy pierwszym maluchu.

Prezenty na gwiazdkę dla dziecka zamiast dobrej relacji

Wraz z dorastaniem dziecka pojawia się kolejny mechanizm: im mniej mamy dla niego czasu, tym częściej próbujemy mu to wynagrodzić prezentami. Podświadomie zasypujemy pustkę naszych relacji. Niestety, nie naprawimy niczego w ten sposób. Przedmioty, nawet te pozornie przez dziecko wymarzone, to tylko przedmioty. Nie mają nic wspólnego z relacją dziecko − rodzic. Im większy strach rodzica, że nie wywiązuje się należycie ze swojej roli, tym chętniej sięga po portfel. Wręczamy prezent i natychmiast czujemy się lepiej. Niemal każdemu zdarzyło się choć raz oszukać siebie samego w ten sposób.

Świąteczne prezenty dla dziecka bywają wyzwaniem. Czy znasz swoje dziecko na tyle, że wiesz co sprawi mu największą radość? (fot. iStock) Świąteczne prezenty dla dziecka bywają wyzwaniem. Czy znasz swoje dziecko na tyle, że wiesz co sprawi mu największą radość? (fot. iStock)

Sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że usprawiedliwieniem dla zasypywania dziecka przedmiotami jest podsycane przez reklamy myślenie: „Nie chcę, żeby czuło się gorsze”. Reklamodawcy świetnie się orientują w poczuciu winy rodziców i dlatego wysyłają im konkretną informację: „Chcesz być dobrym rodzicem? Twoje dziecko musi więc teraz, na Gwiazdkę, dostać takie i takie przedmioty”. Nagminnie dajemy się na to łapać. Nie chcemy, żeby nasze dziecko czuło się gorsze od innych. Problem tylko w tym, że większość gadżetów bardzo szybko się dezaktualizuje i zaraz musimy kupować nowe. Ich główną rolą jest przynoszenie satysfakcji z posiadania. Niestety, chwilę później jej miejsce zajmuje frustracja wynikająca z tego, że nie mamy nowszej, bardziej aktualnej wersji.

Prezent na gwiazdkę dla dziecka? - Złoty środek

Oczywiście nie warto całkowicie pozbawiać dziecka dostępu do zabawek, szczególnie tych elektronicznych. Umiejętność poruszania się w świecie nowych technologii to przepustka do orientacji w bieżących trendach i być może lepszej pracy w przyszłości. Nie możemy izolować dziecka od nowoczesnego wymiaru świata. Starajmy się jednak zachować przy tym zdrowy rozsądek. Kupowanie, gdy coś jest potrzebne, zepsuło się, dziecko wyrosło ze starego – tak. Strukturalizacja czasu poprzez wspólne zakupy – nie. Dobrym sposobem na wypracowanie umiaru jest zadawanie samemu sobie pytań: „Skąd wiem, że on tego potrzebuje? Co z tym da się zrobić? Jak ona będzie się tym bawić? Czy ta rzecz sprawi, że trzeba będzie kupować następne w kolekcji?”. Takie pytania, zadane sobie na minutę przed zakupem, w jednej chwili ostudzą nasze emocje i przywracają zdrowy rozsądek.

Co zatem zamiast nowej gry komputerowej? Bilety do kina, na basen, na zawody, na turniej, na pokaz. Pamiętajmy, że małe dziecko lubi chodzić kilka razy w to samo miejsce, dlatego kupowanie co roku biletów na „Dziadka do orzechów” zaspokaja jego potrzebę poznawczą wciąż z taką samą intensywnością. Wspólna wycieczka, wyprawa do zoo, lepienie bałwana, gra dla całej rodziny, która będzie rosła razem z dzieckiem, książki, które się dziecku przeczyta na głos – takie prezenty mają wartość ponadczasową. Wiążą się z dawaniem dziecku siebie – swojego czasu i uwagi, a to jest znacznie cenniejsze niż jakakolwiek rzecz.

Twoje dziecko nie potrzebuje wszystkiego. To tobie jest potrzebne poczucie, że dajesz mu wszystko. Dlatego zanim kupisz mu kolejny przedmiot, zadaj sobie pytanie: „Po co ja to robię? Czy ten przedmiot nie zaśmieci życia mojego dziecka?”.