1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Georgia O’Keeffe - Picasso w spódnicy

Georgia O’Keeffe - Picasso w spódnicy

Georgia O’Keeffe na swoim ranczu, Nowy Meksyk, 1948. (Fot. Philippe Halsman/Magnum Photos/Forum)
Georgia O’Keeffe na swoim ranczu, Nowy Meksyk, 1948. (Fot. Philippe Halsman/Magnum Photos/Forum)
Gdyby przyszło do wyliczania dobrych rzeczy, które Ameryka dała światu w XX wieku, na liście – obok jazzu, rock and rolla, coca-coli, klasycznego Hollywoodu i flower-power – nie mogłoby zabraknąć Georgii O’Keeffe.

Nie była piękna. Wiemy o tym, ponieważ Alfred Stieglitz – jej kochanek, później mąż i miłość jej życia – fotografował Georgię obsesyjnie. Uwieczniał jej twarz, jej nastroje, ręce, każdy detal ciała. Z tych fotografii wyłania się osoba, która nigdy się nie uśmiecha. Oczy patrzą zwykle spod wpół przymkniętych powiek, ale zawsze wnikliwie. O’Keeffe jest sexy, ale nie jest zalotna. „W życiu nie wystarczy być miłym. Trzeba jeszcze mieć charakter” – mawiała. Faktycznie go miała i był to, jak donoszą jej współcześni, charakter trudny. Inni powiadają, że była po prostu silna. Zresztą w latach, w których O’Keeffe zdobywała sławę „amerykańskiego Picassa w spódnicy”, na scenie artystycznej słabych kobiet nie było. Sama ujęła to nieco inaczej: „Byłam absolutnie przerażona w każdym momencie mojego życia, ale nigdy nie pozwoliłam, aby ten strach powstrzymał mnie przed zrobieniem choćby jednej rzeczy, którą naprawdę chciałam zrobić”.

Wśród najważniejszych rzeczy, które postanowiła zrobić jeszcze jako dziecko, było zostanie artystką; sprawa była przesądzona, zanim Georgia skończyła dziesięć lat. Urodzona w 1887 roku wnuczka węgierskiego hrabiego (który wyemigrował do Ameryki, uciekając przed represjami za udział w przegranym patriotycznym powstaniu 1848 roku), przyszła artystka dostała imię właśnie po węgierskim arystokracie. I na tym „aspirującym” imieniu mogłoby się skończyć, bo Georgia dorastała na głębokiej amerykańskiej prowincji końca epoki Dzikiego Zachodu. Urodziła się w miasteczku Sun Prairie („Słoneczna preria”) w stanie Wisconsin; miejscowość, założona w połowie XIX wieku przez osadników pionierów, dziś liczy sobie raptem dwa tysiące dusz. W czasach Georgii była jeszcze mniejsza. Jej rodzice, jak większość tamtejszych mieszkańców, byli farmerami. Za to niepozbawionymi ambicji i dbającymi o wykształcenie córek.

Georgia zaczęła od nauki u lokalnej akwarelistki Sary Mann. Potem przyszedł czas na prowincjonalne pensje w Wisconsin i Wirginii. W 1905 r. rozpoczęła naukę w szkole Art Institute of Chicago. To była już zupełnie inna liga, poważna artystyczna sytuacja. Chicagowski Art Institute uchodził (i uchodzi do dziś) za jedną z najciekawszych i najbardziej postępowych instytucji w Stanach. W prowadzonej tu szkole wykuwały się na przestrzeni dekad talenty tak różnorodnych postaci amerykańskiej kultury, jak Walt Disney, Orson Welles, Claes Oldenburg, Robert Indiana, założyciel „Playboya” Hugh Hefner czy gwiazda współczesnej rzeźby Jeff Koons. Kilka lat temu dyplom honorowy uczelni odebrał Kanye West. Na razie jest początek XX wieku, a O’Keeffe krąży coraz bliżej artystycznego sedna. Owo sedno tkwiło – nie inaczej niż obecnie – w Nowym Jorku. Artystka przeniosła się tam w 1907, aby kontynuować studia.

Wątpliwość

Rok później trafi do galerii 291 na Manhattanie. Ogląda wystawę akwarel Rodina, prace robią na niej duże wrażenie. Nie wie jeszcze, że ta galeria – i jej właściciel – odegrają niebawem w jej życiu kluczową rolę. Przeciwnie, właśnie w tym momencie zaczyna wątpić w swoje artystyczne możliwości. Nauczyła się na tyle dużo, by ocenić, że na gruncie realizmu nie jest w stanie wnieść do sztuki od siebie nic nowego. Przestanie malować na cztery długie lata. Pracuje w tym czasie przy projektach reklamowych w Chicago, uczy rysunku w Teksasie, przygodnie studiuje w różnych miejscach. Zwrot akcji nastąpi w 1912 roku, kiedy O’Keeffe zetknie się najpierw z teoriami Arthura Wesley’a Dowa – a potem z nim samym. Ten artysta, wizjoner i edukator przeciera w Stanach szlak dla modernizmu. Pod jego wpływem O’Keeffe zrozumie, że prawdziwym artystycznym wyzwaniem, przed którym stanie, nie jest doskonalenie akademickiego warsztatu realistki, lecz przeciwnie – porzucenie realizmu. „Nie mogę żyć tam, gdzie mam ochotę, nie mogę jechać tam, gdzie zechcę, nie mogę robić tego, co pragnę robić. Nie mogę nawet powiedzieć tego, co ciśnie mi się na usta. Uznałam, że byłabym beznadziejnie głupia, gdybym do tego jeszcze nie malowała tego, co chcę malować” – powie później artystka. Po 1912 roku zaczyna tworzyć to, co naprawdę chciała. Rzuci się w wir eksperymentów. Zaczyna od nowa, od podstawowych technik, akwareli, rysunków węglem. I to szkice węglem trafiają w 1916 roku – za sprawą koleżanki Georgii – do rąk Alfreda Stieglitza, założyciela i kuratora galerii 291, tej od wystawy dzieł Rodina.

Stieglitz był szkicami O’Keeffe zachwycony. Z miejsca włączył je do jednej z wystaw zbiorowych, które organizował w 291 – nie pytając autorki o pozwolenie. Georgia dowie się o wystawie i wkrótce pojawi w Nowym Jorku. Przyjeżdża zrobić Stieglitzowi awanturę o swój wystawowy debiut, na który nie wyraziła zgody.

https://www.instagram.com/p/BohvcNvjSG3/?utm_source=ig_web_copy_link

Terapia szokowa

Kiedy gotowa na kłótnię O’Keeffe stanęła w 1916 roku na progu galerii 291, nie była nawet debiutantką. Co innego Stieglitz. Właściciel galerii już wtedy był człowiekiem instytucją. Starszy od Georgii o 23 lata pochodził z niemiecko-żydowskiej rodziny z New Jersey. Jego ojciec, choć dobrze radził sobie w Stanach, wywiózł rodzinę do Niemiec, żeby dzieci tam odebrały edukację. Stieglitz senior wierzył, że nie ma lepszych szkół niż niemieckie. Alfred ukończył więc gimnazjum w Karlsruhe i zgodnie z zaleceniami ojca rozpoczął studiowanie inżynierii mechanicznej w Berlinie. Znacznie głębiej niż w mechanikę wciągnął się w życie artystyczne. Pamiętajmy, że w drugiej połowie XIX wieku Nowy Jork, nie mówiąc o reszcie Stanów, pozostawał na tle Europy kulturalną prowincją. Stieglitz nie należał jednak do ludzi, którzy wpadają w kompleksy. Imponująca, nowoczesna scena sztuki Berlina dopingowała go, by podobnie bujne życie artystyczne zorganizować w Ameryce. Największą pasją Alfreda Stieglitza była fotografia, w której widział, nie bez racji, sztukę na miarę nowej epoki. Po powrocie do Stanów zajął się więc tą dziedziną najpierw amatorsko, później zawodowo. Nie miał głowy do robienia pieniędzy, więc jego zakład fotograficzny działał głównie dzięki finansowemu wsparciu ojca, a potem funduszom zamożnej żony. Inne rzeczy wychodziły za to Stieglitzowi świetnie.

Z niespożytą energią animował nowoczesny ruch fotograficzny w Nowym Jorku. Robił zdjęcia i wkrótce stał się jednym z najbardziej cenionych artystów fotografików w Stanach. Zakładał periodyki o fotografii i stowarzyszenia, pisał krytyki, organizował wystawy, urządzał galerie. Podróżował do Europy, szukał nowych artystów, śledził świeże trendy, tropił talenty. Był pracoholikiem, który harował w transie aż do totalnego fizycznego i mentalnego wyczerpania; doprowadzał się do stanu przedzawałowego, dochodził trochę do siebie i zaczynał od nowa. Miał misję. Zamierzał podnieść status amerykańskiej fotografii do rangi sztuki wysokiej i odnosił na tym polu sukcesy. Nie poprzestał jednak na tym. Zaczął sprowadzać do Nowego Jorku awangardowych artystów, którzy z fotografią nie mieli już nic wspólnego. W 291 – jednym z galeryjnych projektów Stieglitza – nowojorczycy po raz pierwszy mogli oglądać Picassa, Matisse’a, Cézanne’a, Picabię, Duchampa. Prace modernistów, których radykalizm był dla Amerykanów niebywały i najczęściej z początku niezrozumiały, wywoływały zdumienie i skandale. Stieglitz tylko zacierał ręce: wierzył, że nic nie zadziała tak dobrze jak terapia szokowa. Praktycznie w pojedynkę oswoił Amerykę z artystyczną nowoczesnością; znaczenie Stieglitza w historii sztuki amerykańskiej trudno jest przecenić. Trudno również przecenić rolę, jaką spotkanie ze Stieglitzem odegrało w karierze Georgii O’Keeffe. Mogła być artystką genialną, ale była również kobietą – i ten fakt na starcie przekreślał jej szanse na poważniejszy publiczny sukces. Jeżeli był w Nowym Jorku ktoś, kto potrafił wykreować postać „pierwszej amerykańskiej modernistki”, to tą osobą był Alfred Stieglitz. A tak się złożyło, że człowiek, który najpierw uległ fascynacji pracami O’Keeffe, zafascynował się również ich autorką.

Zadurzone nastolatki

W odróżnieniu od Stieglitza, który zawsze był gotów rzucić się wir romansu, szczególnie z młodszą kobietą, O’Keeffe była powściągliwa i skrajnie wyczulona na punkcie swojej niezależności. Ale nawet ona musiała skapitulować przed niezaprzeczalnym faktem: Alfred Stieglitz był jej przeznaczeniem. W 1918 roku fotograf ściągnął malarkę na stałe do Nowego Jorku. To właśnie wtedy rozpoczęły się słynne sesje zdjęciowe, które przyniosły najlepsze prace w dorobku Stieglitza – rozpisany na setki ujęć portret O’Keeffe. Na jednej z takich sesji zakochaną parę przyłapała żona Stieglitza. Postawiła ultimatum: albo Georgia, albo ona. Fotograf nie wahał się ani chwili. Małżeństwo zawarł swego czasu pod wpływem rodziny, z rozsądku i z pobudek finansowych. Nigdy nie interesował się domem ani żoną, nad którą przedkładał kiedyś pracę, a teraz Georgię. We wspomnieniach przyjaciół u progu lat 20. Georgia i Alfred zachowywali się jak para zadurzonych nastolatków. Podczas pierwszej wizyty w Lake George, wiejskiej rezydencji Stieglitzów, kilka razy dziennie wymykali się do sypialni, by się kochać; rozbierali się już po drodze na schodach na oczach krewnych Alfreda. Dla niego granica między miłością do samej Georgii a miłością do jej sztuki praktycznie nie istniała. Fotografował swoją ukochaną, a jej obrazy promował. W roku 1928 zorganizował sprzedaż sześciu prac Georgii za sumę 25 tys. dolarów. Była to najwyższa cena, jaką do tego czasu osiągnęła grupa dzieł żyjącego amerykańskiego artysty. Transakcja nie doszła ostatecznie do skutku, nie miało to jednak znaczenia. I tak wywołała medialną sensację. W latach 20. O’Keeffe jako jedyna kobieta znalazła się w ścisłym gronie gwiazd sztuki modernistycznej w Nowym Jorku.

Zwykła mawiać, że „to, czy odnosisz sukces, czy go nie odnosisz, nie ma znaczenia. Coś takiego jak sukces w ogóle nie istnieje. Poznawanie tego, co nieznane, i jednocześnie dostrzeganie nieznanego, które jest ponad tobą – oto, co ma znaczenie”. Szczęście? Ono również nie było nigdy prawdziwym celem artystki. „Uważam, że ludzkie pragnienie szczęścia jest głupie – twierdziła. – Człowiek jest szczęśliwy, a potem znów zaczyna myśleć. To zainteresowanie jest najważniejszą rzeczą w życiu. Szczęście jest tymczasowe, ale zainteresowanie trwa...”.

O’Keeffe interesowała się Stieglitzem, dlatego była z nim do końca jego życia i dlatego tolerowała jego zdrady i romanse (lata upływały, a fotograf wciąż uwielbiał odgrywać rolę mentora młodych kobiet). Biografka artystki Benita Eisler charakteryzuje związek tych dwojga jako „rodzaj zmowy, systemu transakcji i kompromisów zawieranych najczęściej bez słów, milczącej zgody na unikanie konfrontacji w większości kwestii. Głównym architektem tej zmowy była O’Keeffe”. Zainteresowanie Stieglitzem nie wykluczało zainteresowania samą sobą. „Chciałabym, aby wszyscy ludzie byli drzewami; myślę że mogłabym się wtedy nimi cieszyć” – mówiła artystka, którą niektórzy posądzali o mizantropię. Były to posądzenia niesłuszne: O’Keeffe była zdolna i do miłości, i do przyjaźni, potrzebowała jednak nieprzeciętnych dawek samotności i zawsze – nawet w najgorętszym, początkowym, okresie romansu ze Stieglitzem – dbała, aby móc być sama ze sobą.

Nowy Meksyk

Najlepszym do tego miejscem okazał się Nowy Meksyk. To tam powstały jej najwspanialsze i najsłynniejsze obrazy. Stieglitz, choć zaangażowany fanatycznie w sprawę rozwoju kultury amerykańskiej, interesował się żywo Europą, często jeździł za Atlantyk. Georgię ciągnęło zawsze w głąb Ameryki, na Dziki Zachód. Wiele czasu spędzała w Teksasie. W 1929 roku dotarła jeszcze dalej. „Nie można być Amerykaninem, po prostu chodząc i gadając o tym, że jest się Amerykaninem – mawiała O’Keeffe. – Trzeba czuć Amerykę, lubić Amerykę, kochać ją – i wtedy pracować”. Swoją Amerykę malarka znalazła na pustyniach południowego zachodu.

„Jak tylko trafiłam do Nowego Meksyku, wiedziałam, że jest mój – wspominała artystka. – Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego, ale pasował do mnie idealnie. To coś, co wisi w powietrzu, coś innego. Niebo jest tu inne, gwiazdy są inne, wiatr jest inny”.

Najsłynniejsze obrazy O’Keeffe z lat 20. przedstawiały kwiaty, wypełniające cały kadr, pokazane w tak skrajnym zbliżeniu, że niemal abstrakcyjne. W tych pracach perspektywa malarki zbliżała się do fotograficznego spojrzenia Stieglitza, który również lubił patrzeć na przedmiot swojego zainteresowania z bliska. O’Keeffe nie była jednak obsesjonatką detali, w swoim malarstwie potrafiła spoglądać na świat jak przez szkło powiększające, ale nie po to, aby studiować szczegóły. W malowanych przez nią kwiatach dopatrywano się symboli waginalnych, manifestacji kobiecości. Trudno uciec od tych skojarzeń, ale sama autorka nigdy nie wspierała feministycznych interpretacji swojej twórczości.

W latach 70., kiedy na fali kontrkulturowej rewolucji w amerykańskiej sztuce rozpoczęła się feministyczna ofensywa, młode zaangażowane artystki chciały uczynić sędziwą O’Keeffe swoją bohaterką, ale malarka odmawiała im błogosławieństwa. W kluczowych dla jej kariery latach międzywojennych etykieta „artystki kobiecej” była w świecie sztuki wysokiej niczym wilczy bilet, więc O’Keeffe unikała jej jak ognia. Nigdy nie malowała anegdot, nie opowiadała na płótnach żadnych historii. Jej obrazowanie skrojone było na skalę kosmiczną niezależnie od tego, czy kosmosem była abstrakcyjna przestrzeń, własne ciało, kielich kwiatu czy pejzaż. W Nowym Meksyku odnalazła świat, który rezonował z jej malarstwem. Nie było w nim ludzi – ich przedstawieniem O’Keeffe nigdy się nie interesowała. Była za to przestrzeń, która wydawała się nieskończona. Były pustynie, wypalone słońcem skały, fantastyczne formacje geologiczne, układające się w abstrakcyjne kompozycje. O’Keeffe nauczyła się prowadzić samochód i kupiła forda A (następcę legendarnego forda T, auta, które zmotoryzowało Amerykę), by przemierzać tę krainę wszerz i wzdłuż. W pewnym momencie zamiast kwiatów w jej malarstwie zaczęły pojawiać się kości. „Pierwszego roku w Nowym Meksyku zaczęłam zbierać na pustyni kości, ponieważ nie mogłam znaleźć żadnych kwiatów. Chciałam zabrać coś do domu, coś, z czym mogłabym pracować – posiąść jakąś część tej krainy, aby jej dotknąć. I wszystko, co mogłam ze sobą zabrać, to worek kości”.

https://www.instagram.com/p/CC4NVzSgMC9/?utm_source=ig_web_copy_link

Linia horyzontu

W 1936 roku, podczas wędrówek przez Nowy Meksyk, znalazła posiadłość zwaną Ghost Ranch [„Ranczo Duchów”] i zmieniła ją w swój dom. Już wtedy ma status „wielkiej amerykańskiej artystki”. Sypią się zamówienia. Sama malarka bywa jednak w świecie artystycznym coraz rzadziej; jej związek z dobiegającym osiemdziesiątki Stieglitzem pozostał mocny, ale ma teraz charakter przede wszystkim korespondencyjny, oboje rzadko się widują. Do Nowego Jorku Georgia wraca na dłużej w 1946 roku, aby czuwać przy łożu śmierci i pochować Stieglitza. Potem podróżuje po świecie, jednak tylko po to, aby wrócić na południowy zachód.

W latach powojennych sztuka ma już nowych bohaterów, którzy jak Jackson Pollock uosabiają mit „wielkiego amerykańskiego artysty”. W 1970 Whitney Museum of Art w Nowym Jorku organizuje retrospektywę 83-letniej wówczas artystki; jej twórczość odkrywa na nowo pokolenie kontrkultury. Choć pogłoski o romansach z kobietami – miała między innymi flirtować z Fridą Kahlo – nigdy się nie potwierdziły, androgyniczna, wyzwolona seksualnie artystka stała się postacią bliską kulturze LGBT. Niezależnie od deklaracji samej Georgii feministki widziały w niej swoją naturalną patronkę. Kiedy Judy Chicago budowała słynną instalację „The Dinner Party” – klasyczną pracę sztuki feministycznej, symboliczną ucztę kobiet, które odcisnęły swoje piętno na historii kultury – umieściła O’Keeffe obok antycznej greckiej poetki Safony, mitycznej bogini Isztar i cesarzowej Teodory z Bizancjum.

Yayoi Kusama, wybitna japońska artystka, która jako młoda dziewczyna przeniosła się z ojczyzny do Nowego Jorku, ze swojego pierwszego spotkania z O’Keeffe zapamiętała przede wszystkim zmarszczki – „niezwykłe, głębokie na centymetr”. Spalona słońcem Nowego Meksyku Georgia zdawała się stapiać z krainą, w której widziała swoje alter ego. Miała przywilej długiego życia. Tworzyła do końca. W latach 80., kiedy dobiegała setki, słabnący wzrok nie pozwalał jej dalej malować, nauczyła się więc pracować w glinie. „Ogrom świata przekracza granice mojego zrozumienia – mówiła. – Jeżeli można podjąć trud jego zrozumienia, to tylko przez stworzenie go samemu poprzez nadanie mu formy. Tak aby poczuć, dotknąć nieskończoności na linii horyzontu. Albo po prostu za najbliższym wzgórzem”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).