Scarlett Johansson: Nie będę siedzieć cicho

Scarlett z fanami przed Teatrem Księżnej Walii w Toronto; fot. Getty Images/ Gallo Images

Do tematu twojego macierzyństwa chciałabym jeszcze wrócić, na razie zapytam jednak o kino. Sporo zamieszania wywołał twój niedawny udział w „Ghost in the Shell”, fabularnej ekranizacji kultowego japońskiego komiksu i filmu animowanego pod tym samym tytułem. O tej produkcji mówiło się latami. Była obciążona sporym ryzykiem, bo oryginalna japońska wersja ma na świecie fanatycznych miłośników. Co takiego spodobało ci się w tej historii na tyle, że zdecydowałaś się przyjąć główną rolę?

Ten film, rozgrywający się w przyszłości, to historia Major, agentki antyterrorystycznej Sekcji 9, działającej z ramienia elity rządzącej. Moja bohaterka ma eliminować ekstremistów, groźnych wrogów systemu. Dla mnie „Ghost in the Shell” jest mieszanką wybuchową, to jakby połączyć „Raport mniejszości” z „RoboCopem” i realia rządów Trumpa [śmiech].

A nie uważasz, że to także wariacja na temat „Pinokia”?

W jakimś sensie tak. Zagrałam hybrydę, częściowo człowieka, częściowo cyborga. W filmie widać, jak poszerza się samoświadomość Major, jak pojawiają się u niej wspomnienia. I ona, zamiast je wypierać, jest coraz bardziej ciekawa, skąd się biorą. To sprawia, że moja bohaterka staje się bardziej istotą ludzką niż robotem. Lubię analizować, co czyni nas ludźmi, czym jest dusza. I uważam, że w każdym z nas kryje się puszka Pandory, którą należałoby otworzyć, jeśli się tylko ma odwagę to zrobić. Nawet w takie produkcje jak ta, w kinie akcji, w dodatku science fiction, można wpleść niezwykle poruszające wątki fabularne. Na końcu tej historii moja bohaterka przeżywa miłość. Jest zakochana, ale to bardziej skomplikowane. Jak zresztą wszystko w życiu.

Łatwo się zakochujesz?

Tak, zdecydowanie zbyt łatwo. Jestem typem silnej, niezależnej kobiety, a jednocześnie łatwo ulegam męskiemu urokowi. Umiem zadbać sama o siebie, ale mimo wszystko potrzebuję miłości i czułej troski. Myślę, że najcenniejsze w życiu chwile to te, kiedy jesteś dosłownie na chwilę przed zakochaniem. Kiedy leżycie obok siebie w łóżku, on patrzy na ciebie, ty na niego i dokładnie wiesz, że to teraz, że za moment to się wydarzy.

Media dowiadują się o przełomowych momentach twojego życia, takich jak ślub czy narodziny dziecka, jako ostatnie. Dlaczego to dla ciebie takie ważne?

Bo i tak wszystko, co mówię, zawsze obraca się przeciwko mnie i uderza potem bezpośrednio we mnie. Albo moje słowa zostają przeinaczone. Z oczywistych powodów – chodzi o to, żeby wywołać sensację. Nie buntuję się, jestem realistką, patrzę na to pragmatycznie i zdaję sobie sprawę, że jest to część mojej pracy, cena, jaką trzeba płacić za sukces. Ale tak, nauczyłam się nie ujawniać zbyt dużo ze swojego prywatnego życia.

Za to niektóre twoje wypowiedzi wywołują falę gorących komentarzy. Choćby ta z wywiadu dla „Playboya”, kiedy powiedziałaś, że nie uważasz, aby monogamia była czymś naturalnym. Co dokładnie miałaś na myśli?

Monogamia wymaga nieustannej, intensywnej pracy. Czasem to praca ponad siły, często idąca na marne. Sądzę, że trwanie w monogamicznej relacji jest po prostu niezgodne z ludzką naturą. Z całą pewnością dotyczy to mężczyzn, ale i kobiet, szczególnie teraz, kiedy stałyśmy się niezależnymi jednostkami. W przypadku moich poprzednich relacji, wliczając w to obydwa małżeństwa, problem monogamii zawsze był kluczowy.

Wierzysz jeszcze w instytucję małżeństwa?

Wierzę, choć muszę przyznać, że stałam się ostrożniejsza. Zdałam sobie sprawę, że każda wygrana ciągnie za sobą jakąś porażkę. I odwrotnie. Chodzi tylko o to, żeby wybrać to, na czym najbardziej ci zależy. Małżeństwo jest bardzo romantyczną ideą, tyle że ekstremalnie trudną do wcielenia w życie, prawie niemożliwą, zupełnie jak realny socjalizm [śmiech]. Mogą mnie ukamienować, a ja i tak będę trwać przy swoim zdaniu – że w monogamii nie ma nic naturalnego. Jasne, można próbować wytrwać, ale to beznadziejny wysiłek.

Są pary, którym się udaje.

I mam dla nich wielki szacunek. Za to, że nieustannie nad sobą pracują, że są w stanie wciąż pielęgnować w sobie miłość. Ale to rozwiązanie zdecydowanie nie dla każdego. Według mnie wbrew instynktowi samozachowawczemu.

Chyba że mówimy o matczynej miłości.

Jasne, macierzyństwo to równoległy wszechświat, jeśli w ogóle nie przeciwieństwo relacji damsko-męskiej. Nie ma tu co porównywać. Jestem zakochana w swojej córce i ta miłość to bułka z masłem w porównaniu do problemów, jakich przysparza uczucie do mężczyzny. To taka nieskomplikowana, czysta miłość jak podmuch świeżego powietrza. Nieustające źródło szczęścia.

Chciałabyś mieć więcej dzieci?

Wiem, że będę je miała. Podpowiada mi to mój instynkt.

Wywiad pochodzi z numeru 7/2017