W tym miniserialu Netflixa Joanna Kulig gra Maję, polską wokalistkę jazzową, która wyjechała do Nowego Jorku, gdzie poznała muzyka Elliota. Zakochali się w sobie, postanowili zacząć nowy etap w życiu i przenieść się do Paryża, aby otworzyć tytułowy klub. Tematem tej opowieści jest zatem muzyka w każdej odmianie i postaci, która utrzymuje złamanych życiem bohaterów na powierzchni. „The Eddy” nie jest jednak łatwą produkcją, która przypadnie do gustu każdemu.
Współczesny Paryż. Elliot (André Holland), niegdyś ceniony nowojorski jazzman, jest współwłaścicielem klubu jazzowego oraz managerem kapeli, której lideruje Maja (Joanna Kulig) – polska wokalistka, będącą z nim w burzliwej relacji. Lokal często jednak świeci pustkami, a odwiedzający niechętnie wspierają biznes. Muzycy wierzą jednak, że razem przetrwają kryzys, chociaż sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Każdy ma bowiem swoje problemy: Elliot wciąż nie poradził sobie z osobistą tragedią, Katarina musi opiekować się chorym ojcem, Jude walczy z uzależnieniem i ma złamane serce, a Sim jest rozdarty między zarabianiem na życie, a pogonią za marzeniami. Podobnie zresztą jak Maja, która z jednej strony żałuje tego, jak toczy się jej kariera, ale z drugiej nie potrafi z niej zrezygnować.
(Fot. materiały prasowe)
Gdy Elliot odkrywa jednak, że jego przyjaciel i wspólnik (Tahar Rahim) może być wplątany w szemrane interesy, a do miasta przyjeżdża nastoletnia córka mężczyzny (Amandla Stenberg), jego życie kompletnie zaczyna się rozpadać, a on sam musi zmierzyć się ze swoją przeszłością, zawalczyć o klub i ochronić swoich najbliższych. Na jaw wychodzą bowiem różne tajemnice, a do tego na bohaterów spada pewne tragiczne wydarzenie.
Czytaj także: Te seriale Netflixa nie mają ani jednego słabego odcinka. To 10 najlepszych thrillerów psychologicznych na platformie
(Fot. materiały prasowe)
Wybitny, intrygujący, życiowy, skupiony na ludziach, piękny w dźwięku i obrazie – takie określenia cisną się na usta po seansie wszystkich 8 odcinków. Kameralny i boleśnie niedoceniony miniserial „The Eddy”, za którego produkcję i reżyserię odpowiada Damien Chazelle, laureat Oscara za „La La Land”, opowiada o życiowych rozbitkach, którzy próbują wyżyć z muzyki. Specyficzna forma stanowi wysoki próg wejścia. Łatwo się od niej odbić, ale też warto dać szansę, bo to serial bardzo przemyślany i całkowicie nienetfliksowy.
(Fot. materiały prasowe)
Serwis przyzwyczaił nas bowiem do szybkiej, dynamicznej narracji, zwrotów akcji, cliffhangerów i jazdy bez trzymanki. Tu jednak akcja płynie niespiesznie, ale jest w tym jakaś magia. Bohaterowie wzruszają, muzyka trafia w czułe punkty, a historia angażuje. Jest wątek kryminalny, są osobiste bolączki i społeczne problemy, a także walka o przetrwanie w bezwzględnym muzycznym biznesie i ludzie, którzy z trudem wiążą koniec z końcem.
(Fot. materiały prasowe)
To również serial wybitnie europejski: dominują długie ujęcia, często kręcone z ręki, a bohaterowie to mieszanka różnych kultur i narodowości. Ten świat zupełnie różnych ludzi łączy jednak muzyka. To ona gra tutaj główną rolę, wokół niej kręci się wszystko i ona splata wszystko w całość. Bohaterowie nucą praktycznie non stop, grają na instrumentach, muzykują, słuchają piosenek w każdej wolnej chwili. Bo tak łatwiej jest im znieść biedę, niesprawiedliwość społeczną, uzależnienie czy złamane serce. „The Eddy” nie traktuje więc tylko o jazzie, chociaż to on dominuje. Jeśli za nim nie przepadasz, serial może cię więc znudzić, ale nie musi, bo sceny muzyczne to prawdziwe perełki.
Czytaj także: 10 miniseriali Netflixa do obejrzenia w weekend. Te niedocenione perełki i ekranowe arcydzieła warto teraz nadrobić
(Fot. materiały prasowe)
To jednak przede wszystkim wielowątkowa opowieść o zagubionych ludziach, których łączy wspólna pasja, życie w jednym mieście i tytułowy podupadający klub. W każdym odcinku przyglądamy się innemu bohaterowi, zgłębiamy ich zmartwienia i osobiste rozterki: ból po stracie, trudy rodzicielstwa, walka o byt, uzależnienia, niemożność samorealizacji, blokady psychiczne. Dzięki temu „The Eddy” jest tak ludzki i prawdziwy.
(Fot. materiały prasowe)
Postacie są doskonale napisane i wielowymiarowe, a większość aktorów to również zawodowi muzycy. Zdecydowanie najmocniejszym elementem obsady jest jednak żywiołowa Joanna Kulig, która zagrała tu na fali sukcesu „Zimnej wojny”. Jej Maja jest też najbardziej zrównoważoną emocjonalnie bohaterką serialu. Spaja cały zespół i jest wsparciem dla jego członków, a na scenie tryska pewnością siebie i charyzmą.
(Fot. materiały prasowe)
Aktorka miała jednak niełatwe zadanie: musiała bowiem nauczyć się mówić i śpiewać w obcym języku, ale spisała się znakomicie. Innymi słowy: Kulig kradnie całe show. Zachwyca aktorsko, a gdy śpiewa, widać, że wkłada w to całe serce. Poza tym, w roli matki Mai wystąpiła inna ceniona polska aktorka, Agnieszka Pilaszewska.
Czytaj także: Najlepsze miniseriale Netflixa, które wciągną cię bez reszty
„The Eddy” nie jest jednak bez wad. Niektóre wątki są niewystarczająco rozwinięte, a mnogość bohaterów i tematów sprawia, że momentami serialowi brakuje spójności. Całe szczęście muzyka nadaje tej wielowątkowości sens, a leniwe tempo – autentyczności. „The Eddy” to zatem serial dla koneserów jazzu i trudnych osobistych historii. Niektórzy mogą wyłączyć go po pierwszym odcinku. Warto jednak zostać dla Joanny Kulig czy muzyki, która ułatwia życie i jest wspólnym językiem dla wszystkich, niezależnie od pochodzenia.
„The Eddy” można obejrzeć na Netflixie.