Bunt z kneblem w ustach

Bunt z kneblem w ustach
123rf.com

„Zima w Bukareszcie” to jest taka osobna kategoria zimy, kiedy spełniają się wszystkie fantazje o apokalipsie i całe miasto arktycznie zamarza pod warstwą lodu i śniegu.
Jeśli chcesz gdzieś dotrzeć, określasz normalny czas podróży i doliczasz do tego godzinę, potem wracasz w ciemnościach do domu, a przed wejściem na klatkę schodową napotykasz trzy skostniałe koty. Siedzą w rządku i każdy po kolei ma podkurczoną jedną łapkę, bo ich delikatne opuszki nie są w stanie wytrzymać takiego mrozu.

Owej zimy w Bukareszcie jeździłam od jednego rumuńskiego domu do drugiego, żeby słuchać opowieści kobiet o tym, jak za czasów Ceausescu usuwały pokątnie ciąże, na ceracie, na tapczanie, w kuchni obcych domów. Środki antykoncepcyjne były wówczas luksusem niedostępnym dla zwykłym śmiertelników, za aborcję groziło więzienie: kobieta miała być fabryczną taśmą, z której będą schodzić kolejne dzieci na pociechę dyktatorowi. Przy okazji tych rozmów poznawałam rumuńskie słowa, których nie nauczyłabym się na żadnym kursie: skrobanka, łyżeczkowanie, mdłości. Do tego różne zwroty, na przykład: „ogarnęła mnie rozpacz”, albo: „odechciało mi się żyć”.

Wychodziłam z mieszkań kobiet, które miały już po 50, 60 lat i rzadko kiedy uśmiechały się, wspominając młodość, i szłam przez Bukareszt, przez jego porażającą ciemność, obok skulonych psów, przemarzniętych kotów, żebraków wciśniętych w szczeliny kamienic, po chodnikach nigdy nieodśnieżanych, pełznąc jak po szkle, i myślałam, jak wielkie mam szczęście, że nie urodziłam się w kraju, który wymyślił Ceausescu. Jak niewinna wydaje się teraz Rumunia w porównaniu z bezwzględnością i okrucieństwem tamtych czasów. Rumunia zapyziała, ciągle jeszcze peryferyjna, ale wolna, nawet jeśli nikt nie wie, co z tą wolnością zrobić.

Czytając książki o ziemi, nad którą świeciło Słońce Narodu, zastanawiałam się, dlaczego w Rumunii tak łatwo dało się zakneblować opozycję. Wiem, Securitate łamało, uderzając w najczulsze miejsca, ludzie bali się, że po prostu znikną, ale mimo wszystko – jak wytłumaczyć zasłonę milczenia, która przykryła wszystkich? Po 1989 apelowano do intelektualistów, żeby otwierali szuflady, pokazali Rumunom ukryte dzieła, dramaty, wiersze, pamiętniki – ale szuflady były puste.

I dlatego gdy przeczytałam, że szczątkowy ruch feministyczny w Rumunii ma swoją ikonę w postaci artystki Any Lupus, która w latach 70. sfilmowała własną nielegalną aborcję, pomyślałam: Oho. Wreszcie jest!

ZAMÓW

E-WYDANIE

O tym filmie, jakże odważnym, myślałam, szokującym zapewne, dowiedziałam się z artykułu Olivii Nitis, kuratorki i krytyczki sztuki, która jest jedną z nielicznych feministek w Rumunii, a do tego ciekawą kobietą o precyzyjnym umyśle i wielkiej wrażliwości. Tekst Olivii mnie poruszył, bo wynikało z niego, że w kraju, który ma wielowiekową tradycję ignorowania praw kobiet, kwestie feministyczne są jak zmokła kura, która schowała się do kurnika. Napisałam więc do Olivii z prośbą żeby opowiedziała, jak to jest z tym rumuńskim feminizmem.

– Rumuński feminizm – powiedziała Olivia – nie istnieje. Rumuni nie zwykli walczyć o swoje prawa i dotyczy to także kobiet. Jeśli mąż bije żonę, to żona nie może dzwonić na policję, tylko musi iść do lekarza, żeby zrobił jej obdukcję. Obdukcja kosztuje 40 euro. Miesięczna pensja to 400 euro. A więc kobieta nie idzie do lekarza, nie dostaje obdukcji i nie dzwoni na policję. O prawach kobiet wszyscy milczą, tak jak milczą o wszystkich niewygodnych sprawach, Rumunia to społeczeństwo milczenia.

Żeby się więc trochę podbudować i zmienić atmosferę, pytam Olivię, jak to było z tą Aną Lupus i jej filmem. Taki odważny gest! Taka wyjątkowa postać, jedyna, która przemówiła w świecie zakneblowanych, stłamszonych, przerażonych kobiet.
– Najprawdopodobniej nie ma tego filmu – mówi Olivia. – Zaczynam godzić się z faktem, że ten film to mit.

I opowiada: kiedy zbierała materiały do doktoratu, wszyscy zajmujący się sztuką refrenowo opowiadali o video-arcie Any Lupus. Jednak, jak się okazało, nikt go nie widział. Nie, przepraszam. Jedna osoba widziała, ale co takiego zobaczyła – nie pamięta. Sama artystka o swojej sztuce nie chce rozmawiać. Dawne czasy, było, minęło.

Lecz Olivia przywarła do myśli o tym, że gdzieś tam jest przysypana prawda i trzeba się do niej dokopać. Dzwoniła do artystki i prosiła. Powtarzała – To ważne, proszę się ze mną spotkać. W końcu artystka się zgodziła. Wyznaczyła datę spotkania. Olivia kupiła bilet na pociąg. Czekała ją wielogodzinna podróż, aż do Klużu. Dzień przed spotkaniem artystka zmieniła zdanie. Źle się poczuła i nie może się spotkać. Zaprasza innym razem, ale kiedy będzie inny raz – nie wie.
– Chciałabym myśleć, że ten film istnieje – mówi Olivia. – To ważne dla mnie i dla wielu innych rumuńskich kobiet. Istnieje czy nie istnieje? Tylko Ana Lupus mogłaby to udowodnić. Tylko, że ona mówić nie chce.

Mitu Any Lupus potrzebują nie tylko rumuńscy artyści, ale też rumuńskie kobiety, właśnie ta garstka, która wie, czym jest feminizm i uważa, że każdej kobiecie należy się szacunek. Nawet tej, która bierze udział w telewizyjnej debacie, ma ponad 50 lat, i słyszy od swojego rozmówcy „Ależ wstrętna z ciebie krowa, nie mogę na ciebie patrzeć”. Takie słowa padły pod adresem dziennikarki Andreei Pory, kiedy dyskutowała o polityce z rumuńskim poetą Mirceą Dinescu, i pokłóciła się z nim o komunistyczną przeszłość. „Idź pocałuj Basescu [prezydenta Rumunii] w dupę” – poradził Dinescu, kiedy oburzona Pora wychodziła ze studia.

1 marca Rumunia świętowała Martisor, pierwszy dzień wiosny, kojarzony z płodnością i kobiecością. Wszystkie kobiety, stare czy młode, w uznaniu zasług dostają w ten dzień kolorowe zawieszki, podobne do breloczków – z pieskiem, z kotkiem, z kwiatkiem, bez krowy, bez fartucha, bez pięści. I mogą je sobie przyczepić, mogą się nimi obwiesić, mogą się cieszyć wyrazami sympatii, w ten dzień dobroci dla kobiet, uśmiechniętych choinek.

?>