Dwóch starszych panów z East Endu

Tate Modern / Gilbert & George „Fates”, 2005

Gilbert i George zawsze pojawiają się razem. Grzeczni, akuratni i opanowani. Od 40 lat ci dżentelmeni serwują publiczności kunsztowne fotokolaże, w których odbija się cały zgiełk tego świata: seks, perwersje, religia, napięcia społeczne, terroryzm… Wystawa w londyńskim Tate Modern potwierdza fakt od dawna oczywisty: we współczesnej sztuce nie ma drugiego takiego duetu.

Gilbert i George wybrali najbardziej ekstrawagancką z kreacji, jakie można stworzyć w świecie sztuki: postanowili być normalni. Stąd urzędnicze garniturki, przylizane fryzury i aparycja emerytowanych wujków. Panuje przekonanie, że Gilbert i George są kochankami, ale oni sami nigdy tego oficjalnie nie potwierdzili. Od początku lat 70. prowadzą wspólne gospodarstwo – mają dom na londyńskim East Endzie – ale wbrew ciekawskim, którzy chcą widzieć w nich stare małżeństwo, podkreślają, że nie mają nawet kuchni. Gilbert i George jedzą wyłącznie na mieście, twierdzą, że programowo nie mają przyjaciół, wszędzie chodzą na piechotę, nie jeżdżą na wakacje i nienawidzą wsi. W swojej dzielnicy mają cały świat: przedstawicieli niemal wszystkich narodów kuli ziemskiej, bogatych i biednych, przestępców i artystów, wielkomiejski hedonizm i religijny fundamentalizm. „Jeżeli czegoś nie ma na East Endzie, to znaczy, że nie ma tego nigdzie na świecie – mówią Gilbert i George. – Po co więc się stąd ruszać?”.

Żyjące rzeźby

„Normalni” Gilbert i George podkreślają swoje „zwykłe” skromne pochodzenie. George Passmore urodził się w Anglii w 1942 r. Rok później we włoskim Tyrolu przyszedł na świat Gilbert Proesch. Spotkali się na studiach artystycznych w londyńskim St. Martins College of Arts and Design i jak sami przyznają, „przypadli sobie do gustu od pierwszego wejrzenia” – zwłaszcza że George był podobno jednym z niewielu studentów, którym chciało się rozumieć kiepską angielszczyznę Gilberta.

W 1970 r. Gilbert i George, którzy wcześniej ogłosili się „żyjącymi rzeźbami”, zaprezentowali pracę pod tytułem „Śpiewająca rzeźba”. Tytułową rzeźbą byli sami autorzy – pomalowani na złoto, stojący na stole i śpiewający szlagier „Underneath the Arches”, często przez wiele godzin bez przerwy. Z początku lat 70. pochodzą również inne performance, wśród nich zapisana na taśmie filmowej akcja „Gordon  Makes Us Drunk”, w ramach której artyści metodycznie upijają się gordon ginem niemal do nieprzytomności.
 
Gilbert & George „The Wall”, 1986/Tate ModernNajważniejszym medium Gilberta i George’a od początku kariery była jednak fotografia. Zbudowali gigantyczne archiwum: w swoich zbiorach mają tysiące zdjęć krucyfiksów, dokumentacje graffiti i napisów z londyńskich murów, kolekcje ptasich odchodów sfotografowanych na chodnikach East Endu, zapasy portretów młodych ludzi z ulicznych subkultur i niezliczoną ilość innych motywów zorganizowanych w precyzyjne kategorie. W archiwum Gilberta i George’a honorowe miejsce zajmują wizerunki ich samych; każda praca duetu jest bowiem podwójnym autoportretem.

Demokratyczny ruch punk

W 1986 r. Gilbert i George, cieszący się już od dawna sławą wielkich brytyjskich artystów, ogłosili manifest „What Our Art Means” („Co znaczy nasza sztuka”). W przeważającej części był on deklaracją sztuki robionej z myślą o masowym odbiorcy: „Chcemy, aby nasza sztuka przemawiała prosto do Ludzi na temat ich Życia, a nie na temat ich wiedzy o sztuce. Dekadenccy artyści zajmują się sobą i wąskim kręgiem wtajemniczonych, lekceważąc zwykłego widza. Uważamy, że ta skomplikowana, niejasna i opętana obsesją własnej formy sztuka jest dekadencka i pozostaje okrutnym zaprzeczeniem prawdziwego Życia Ludzi”.
 
Gilbert i George realizowali ten demokratyczny program artystyczny od początku lat 70., choć ich prace niekoniecznie odpowiadają wyobrażeniu o „sztuce popularnej” czy „twórczości dla mas”. Ich sztuka rzeczywiście trzyma się blisko tzw. prawdziwego życia, co nie znaczy jednak, że jest przyjemna, kojąca czy łatwa. Przeciwnie, w czarno białych kompozycjach z lat 70. królują takie tematy, jak rozkład, seks, kurz, picie na umór. W serii „Dirty Words Pictures” („Brzydkie słowa”) z końca lat 70. artyści umieścili fotografie wulgarnych napisów na murach, wyrażających gniew, agresję i frustrację pogrążonej w społecznym i ekonomicznym kryzysie Wielkiej Brytanii. Te prace doskonale wpisują się w atmosferę epoki, w której narodziła się antykultura punk – nawet jeżeli ubrani w garnitury artyści wydają się w swoich własnych pracach przeciwieństwem punkowców.

Kontrowersyjne rebusy

Gilbert & George „England”, 1980/Tate ModernW latach 80. Gilbert i George wprowadzili do swoich dzieł kolor. Wypracowali własny, rozpoznawalny styl łączący elementy pop artu, punku, surrealizmu, plakatu i awangardowego fotomontażu. Wizerunki samych autorów, którzy we własnych pracach pojawiali się niczym postacie z komiksu czy kreskówki, zaczęły funkcjonować na prawach popkulturowych ikon. Atrakcyjna forma kryje tu niepokojące treści. Wśród wykorzystanych do kolaży elementów znajdziemy m.in. mikroskopowe zdjęcia krwi, moczu, spermy i śliny autorów. Oni sami występowali często w prowokacyjnych erotycznych pozach, bardzo swobodnie też poczynali sobie z symboliką religijną. Kolaże Gilberta i George’a przypominają skomplikowane rebusy ułożone z fragmentów rzeczywistości według przewrotnej logiki ekscentrycznych artystów. Niejednoznaczność tych obrazów nieraz wprawiała publiczność w konsternację. Nic też dziwnego, że artyści ściągali na swoje głowy wszelkiego rodzaju oskarżenia. Piętnowano ich jako gejowskich dekadentów, pornografów, nihilistów, szydzących z religii obrazoburców, perwersyjnych zwyrodnialców i satanistów, ale także jako artystycznych populistów, rasistów, a nawet faszystów.
 
Do anonimowych garniturów Gilberta i George’a trudno jednak przykleić jakąkolwiek etykietkę. Fenomen ich sztuki polega bowiem między innymi na jej pojemności. Kwiaty, ekskrementy, krew, napisy, bezdomni, skinheadzi, Azjaci, chuligani, AIDS, terroryści, symbole wiary, seksualne fetysze, obrazy śmierci, horror i czarny humor – wszystko to mieści się w fotokolażowej machinie obrazów brytyjskich artystów. Tu wszystko może być tworzywem sztuki. I wszystko nim bywa, bo sztuka Gilberta i George’a polega na rekonstruowaniu z fragmentów obrazu świata – oczywiście świata według dwóch nienormalnie normalnych starszych panów z East Endu.